Książki
26.9
PLN
Hildegarda z Bingen. Opowieść o życiu naznaczonym łaską
Hildegarda z Bingen. Opowieść o życiu naznaczonym łaską
tłum: Magdalena Dobosz
wydawnictwo: PROMIC
rok wyd.: 2015
ISBN: 978-83-7502-287-2
oprawa: twarda
format: 110 x 180 mm
liczba stron: 288
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 26,90 zł

Dane techniczne

wydawnictwo PROMIC
rok wyd. 2015
ISBN 978-83-7502-287-2
oprawa twarda
format 110 x 180 mm
liczba stron 288

Była niczym promień światła, który tnie ciemność jak skalpel ciało. Przyszłość innych nie stanowiła dla niej żadnej tajemnicy. Uzdrawiała i leczyła, przez co uważano ją, wielką opatkę z Rupertsbergu i Bingen, stroniącą od włosiennic, nawet za czarownicę. Uchodziła za powiernicę cesarza i przewodniczkę tłumów. Bliskie sobie mniszki uczyła, że otacza nas witalność. Dlatego, tłumaczyła, świat nie siwieje. Jej ciało, w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, było jej wciąż posłuszne, a ona otaczała je wszelką troską, ponieważ – jak mówiła – było cenną tuniką, którą pewnego dnia będzie musiała zwrócić Stwórcy tak doskonałą, jak w dniu, gdy przyszła na świat. Bez skazy i bez rozdarcia. Taka była Hildegarda. Oto opowieść o jej życiu pełnym tajemnicy i mądrości.

 

DRUKUJ OPIS

1.
 

Zobaczyłam światło, które oznaczało zbliżający się koniec lata. Moja matka Mechtylda głęboko w sercu uważała, że wkrótce wraz z deszczem, w tym roku zimniejszym niż zwykle, nadejdzie ciemność. Była już stara.
Dziewięć ciąż wyczerpało jej członki i duszę. Kiedy mówiła, jej twarz stawała się kanciasta. Miała dłonie małe i bezwładne, które nie umiały ani podnieść dziecka, ani go pocieszyć. Nawet jej włosy straciły wszelki blask - lniane, wypło­wiałe kosmyki, które w dotyku przypominały puch nieopierzonych piskląt. Pogłaskałabym te włosy, ale ona się na to nie zgadzała. Mówiła, że dała już wystarczająco dużo. W sercu nosiła tę samą urazę, co niektórzy robotnicy żyjący w przeświadczeniu, że nie zostali dostatecznie wynagrodzeni. Nigdy się nie uśmiechała. Praw­dę mówiąc, nigdy też nie płakała, jakby wszyst­kie łzy połknęła lub gromadziła pod skórą, gdyż jej oczy z trudem się otwierały ze względu na opuchliznę.
Mój ojciec, Hildebert z Bermersheim, był bóstwem pokrętnym i odległym. Miał w posiada­niu wiele ziem w pobliżu Alzey, w hrabstwie Sponheim, chociaż nie był baronem. Jednak ba­ronowie traktowali go jak sobie równego i za­zdrościli mu rasowych koni o miedzianej grzy­wie, sprowadzonych z Morei. Włosy mojego oj­ca miały kolor czerwony i w odróżnieniu od wło­sów mojej matki nie posiwiały.
Był człowiekiem spragnionym życia, o krew­kim charakterze i gorącym usposobieniu. Moja matka była melancholiczką, a jej krew płynęła wolno, leniwie, co wywoływało u niego taką re­akcję jak mokra bielizna, kiedy włoży się ją na obdartą skórę. Rzadko widywałam ich razem. Ojciec był zapalonym myśliwym i przemierzał wzdłuż i wszerz swoje ziemie, podsuwając dzierżawcom płaszcz do ucałowania. Nie był jednak wyniosły. Wiedział, że nad nim byt król Henryk, arcybiskup Moguncji i Bóg, względem którego czuł się podwładnym. Nie znał ani licz­by, ani imion służby domowej. Jeśli chodzi o los dzieci, uważał, że go zabezpieczył. Z tych, które przeżyły, jeden syn był kanonikiem w Moguncji, drugi w Thaley, natomiast moja siostra była mniszką w klasztorze św. Disiboda.
Również dla mnie znalazł jakieś miejsce. Nie lubił, kiedy kręciłam się w pobliżu, szczebio­cząc. Może dlatego, że powiedziano mu, iż by­łam chorowita i nie przeżyję dzieciństwa. Mój ojciec nie lubił chorych. Ludzie kalecy i pokryci ranami trzymali się z dala od naszych drzwi. Może dlatego nie zwracał na mnie uwagi, ale nie należy obarczać go za to winą. Który dorosły zwraca uwagę na dzieci? Pewnego razu jednak zagorączkował. Rzucał się w łóżku, jakby chciał łapać muchy. Czuwałam przy nim w tych dni­ach, całując jego dłonie, gładząc miedziane wło­sy, które pachniały inaczej niż włosy mojej mat­ki czy piastunki. Jakby zapach ojca nasycony był wonią miejsca, którego nie znałam, gdyż jako chorą trzymano mnie zawsze zamkniętą w do­mu, otoczoną spokojem i powściągliwością.
Cieszyłam się z jego choroby, bowiem w ser­cu wiedziałam, że wyzdrowieje. Tymczasem był tu, otwierając oczy, które stały się duże, wilgot­ne, dobre, potrzebujące. Chciałam, żeby czas się zatrzymał. Byłam jak jego pies, który leżał skulony. Zrozumiałam wtedy, dzięki mądrości właściwej dzieciom, że choroba może być wiel­kim błogosławieństwem. To nie była choroba, która miała trzymać się z dala od drzwi nasze­go domu i która czasami tętniła mi w głowie. W przypadku mojego ojca była rzeczą dobrą, pozwoliła mu skupić się na sercu, na najbliż­szych - po raz pierwszy słyszałam, jak pytał o dzieci - oraz na domu. Już wówczas nie zno­siłam wszelkiego marnotrawstwa. Choroba uczy ciało i ducha właściwiej ekonomii życia. Gdy ojciec wyzdrowiał, znów rzucił się w wir zewnętrznego świata.
W sercu tęskniłam za jego lekkim niedoma­ganiem, które zmorzyłoby go choćby na jeden dzień i przyprowadziło z powrotem do domu.
To były lata marnotrawstwa.
 

Przeczytaj dłuższy fragment „Hildegarda z Bingen” »

„Żywoty świętych” były kiedyś omalże jedyną dostępną lekturą, ale dzisiaj czytuje się je bardzo rzadko. Można powiedzieć, że nie ma na nie dużego zapotrzebowania. Ludzie nie chcą być święci, mało tego, drażni ich to, gdy inni chcą być. Wyśmiewają samo pojęcie świętości i wmawiają innym, że dążenie do niej jest wyrazem głupoty, zacofania i wręcz zaburzeń umysłowych. Na tej fali narodziło się kompletnie fałszywe pojęcie „świętego”, jako ponurego masochisty, nieużytecznego dla świata i zapatrzonego jedynie we własny pępek. Jego przeciwieństwem stał się obraz kościelnego dostojnika, otoczonego przepychem, któremu nikt nie mógł się sprzeciwić bez oskarżenia o herezję lub bluźnierstwo. Czytając jednak książki wydawnictwa PROMIC widzi się zupełnie inny obraz świętych – ludzi wykształconych, otwartych, radosnych z powodu bliskości Boga. Doskonałym przykładem jest tu książka Lucii Tancreti „Hildegarda z Bingen”.

Hildegarda rodzi się w XII-tym wieku, na terenach cesarstwa niemieckiego. Jest dziewiątym z kolei dzieckiem zwykłej w jej czasach pary, połączonej wskutek rodzinnej umowy. Jej matka jest chorowitą i zgorzkniałą kobietą, ojciec zajmuje się tylko sobą i swoimi pasjami, głównie myśliwstwem. Jako małe dziecko Hildegarda doświadcza obojętności ze strony ojca i braku ciepła od pogrążonej w ciężkiej depresji matki. Kiedy spada na nią pierwsze objawienie, ludzie zaczynają gadać, że mała jest opętana. Ojciec decyduje się wysłać ją do klasztoru jako oblatkę, czyli mieszkankę klasztoru nie będącą mniszką. Jego życzeniem jest, żeby z czasem została opatką, zdanie dziewczynki oczywiście się nie liczy. Szczęśliwie dla małej nie jest ona zbyt mocno związana z rodziną, a w klasztorze trafia od opiekę dwóch niezwykłych kobiet – mniszki Jutty oraz jej klasztornej posługaczki Berthe, niepiśmiennej zielarki ze wsi. Od nich uczy się wszystkiego o świecie roślin, przyswaja też dostępną dla kobiet wiedzę i budzi się w niej głód poznania. Z woli opatki dołącza do kalsztornego chóru i uczy się gry na psałterionie, małym instrumencie strunowym. Jednak wizje ponownie ją nawiedzają i stają się coraz konkretniejsze. Jej otoczenie zaczyna rozumieć, że Hildegardzie przeznaczone jest zostać jednym z tych, co odmieniają oblicze świata...

Książka Lucii Tancreti ma wiele zalet. Prede wszystkim jest bardzo ciekawie napisana, w przystępny sposób, mimo stylizacji na średniowieczną modłę. Poza tym daje czytelnikowi wgląd nie tylko w życie klasztorne, które wbrew panującemu często przekonaniu nie polegało jedynie na modlitwie. Autorka odsłania powody, dla których młode dziewczyny, niejednokrotnie piękne i bogate, wolały zamknąć się w klasztorze na resztę życia, niż wyjść za mąż. Wiara odgrywała tu zazwyczaj drugorzędną rolę. Wiele z nich do stanu zakonnego przeznaczali ojcowie, zgoła nie pytając o zdanie, inne zaś, te o które mi chodzi, pragnęły uniknąć losu swych matek, sprowadzonych do roli klaczy rozpłodowych przez najczęściej niekochanych mężów. Klasztory były nie tylko miejscami modlitw i odosobnienia. Stanowiły często jedyne miejsce, gdzie młoda kobieta mogła pobierać nauki i – paradoksalnie – czuć się choć trochę wolna, choć po wolności tej było tyle, na ile pozwolili męscy opiekunowie żeńskich zgromadzeń.

Historia świętej Hildegardy ukazuje nam portret silnej, a jednocześnie łagodnej i życzliwej dla wszystkich kobiety, posiadającej ogromną wiedzę zielarską. Dzięki niej leczyła zgłaszających się po poradę ludzi i robiła to skuteczniej niż wielu współczesnych jej medyków. Była europejską prekursorką w dziedzinie psychoterapii, o czym nie można zapominać. Leczyła ciało i duszę. Czy rzeczywiście miała przy tym widzenia, czy też po prostu cierpiała na epilepsję, dziś można tylko dywagować. Jestem osobą bardzo religijną, ale nie można zaprzeczyć, że nie znając istory chroby często jej objawy brano za opętanie – zazwyczaj u biedaków – lub nawiedzenie, u osób bogatych i wpływowych. Hildegarda miała szczęście należeć do tej drugiej grupy. Jakkolwiek było, nie można zaprzeczyć jej cech daleko bardziej liczących się dla świętego niż widzenia. Myślę tu o miłości, inteligencji, bezinteresowności i dobroci. Nie darmo przecież Pierwszy List do Koryntian zawiera te słowa:

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.”

Lucia Tancreti przekazała czytelnikom nie tylko legendę o świętej, ale przede wszystkim wierny obraz epoki, bardzo nieprzychylnej kobietom. W tych trudnych czasach Hildegarda umiała odrzucić typowe atrybuty zakonne, takie jak włosiennica i biczowanie, przeciwstawić się męskiej kontroli i z sukcesem przeprowadzić reformę swego klasztoru. Ludzie ją uwielbiali, nawet ówczesny cesarz był pod wrażeniem tej niezwykłej kobiety. Liczne uleczenia utwierdzały jej sławę, odwaga w dążeniu do celu przy niezwykłej łagodności budziła powszechny podziw. My też zatrzymajmy się na chwilę przy tej niebanalnej kobiecie, niezależnie od tego, czy uważamy ją za świętą, czy nie.

Książka została wydana bardzo ładnie, jak wszystko, co wyszło od wydawnictwa PROMIC i może z powodzeniem pełnić rolę bibelotu na półce bibliofila.

Luiza Dobrzyńska

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Hildegarda z Bingen. Opowieść o życiu naznaczonym łaską

Lucia Tancredi

OPIS

Była niczym promień światła, który tnie ciemność jak skalpel ciało. Przyszłość innych nie stanowiła dla niej żadnej tajemnicy. Uzdrawiała i leczyła, przez co uważano ją, wielką opatkę z Rupertsbergu i Bingen, stroniącą od włosiennic, nawet za czarownicę. Uchodziła za powiernicę cesarza i przewodniczkę tłumów. Bliskie sobie mniszki uczyła, że otacza nas witalność. Dlatego, tłumaczyła, świat nie siwieje. Jej ciało, w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, było jej wciąż posłuszne, a ona otaczała je wszelką troską, ponieważ – jak mówiła – było cenną tuniką, którą pewnego dnia będzie musiała zwrócić Stwórcy tak doskonałą, jak w dniu, gdy przyszła na świat. Bez skazy i bez rozdarcia. Taka była Hildegarda. Oto opowieść o jej życiu pełnym tajemnicy i mądrości.

 



SPIS TREŚCI
FRAGMENT KSIĄŻKI

1.
 

Zobaczyłam światło, które oznaczało zbliżający się koniec lata. Moja matka Mechtylda głęboko w sercu uważała, że wkrótce wraz z deszczem, w tym roku zimniejszym niż zwykle, nadejdzie ciemność. Była już stara.
Dziewięć ciąż wyczerpało jej członki i duszę. Kiedy mówiła, jej twarz stawała się kanciasta. Miała dłonie małe i bezwładne, które nie umiały ani podnieść dziecka, ani go pocieszyć. Nawet jej włosy straciły wszelki blask - lniane, wypło­wiałe kosmyki, które w dotyku przypominały puch nieopierzonych piskląt. Pogłaskałabym te włosy, ale ona się na to nie zgadzała. Mówiła, że dała już wystarczająco dużo. W sercu nosiła tę samą urazę, co niektórzy robotnicy żyjący w przeświadczeniu, że nie zostali dostatecznie wynagrodzeni. Nigdy się nie uśmiechała. Praw­dę mówiąc, nigdy też nie płakała, jakby wszyst­kie łzy połknęła lub gromadziła pod skórą, gdyż jej oczy z trudem się otwierały ze względu na opuchliznę.
Mój ojciec, Hildebert z Bermersheim, był bóstwem pokrętnym i odległym. Miał w posiada­niu wiele ziem w pobliżu Alzey, w hrabstwie Sponheim, chociaż nie był baronem. Jednak ba­ronowie traktowali go jak sobie równego i za­zdrościli mu rasowych koni o miedzianej grzy­wie, sprowadzonych z Morei. Włosy mojego oj­ca miały kolor czerwony i w odróżnieniu od wło­sów mojej matki nie posiwiały.
Był człowiekiem spragnionym życia, o krew­kim charakterze i gorącym usposobieniu. Moja matka była melancholiczką, a jej krew płynęła wolno, leniwie, co wywoływało u niego taką re­akcję jak mokra bielizna, kiedy włoży się ją na obdartą skórę. Rzadko widywałam ich razem. Ojciec był zapalonym myśliwym i przemierzał wzdłuż i wszerz swoje ziemie, podsuwając dzierżawcom płaszcz do ucałowania. Nie był jednak wyniosły. Wiedział, że nad nim byt król Henryk, arcybiskup Moguncji i Bóg, względem którego czuł się podwładnym. Nie znał ani licz­by, ani imion służby domowej. Jeśli chodzi o los dzieci, uważał, że go zabezpieczył. Z tych, które przeżyły, jeden syn był kanonikiem w Moguncji, drugi w Thaley, natomiast moja siostra była mniszką w klasztorze św. Disiboda.
Również dla mnie znalazł jakieś miejsce. Nie lubił, kiedy kręciłam się w pobliżu, szczebio­cząc. Może dlatego, że powiedziano mu, iż by­łam chorowita i nie przeżyję dzieciństwa. Mój ojciec nie lubił chorych. Ludzie kalecy i pokryci ranami trzymali się z dala od naszych drzwi. Może dlatego nie zwracał na mnie uwagi, ale nie należy obarczać go za to winą. Który dorosły zwraca uwagę na dzieci? Pewnego razu jednak zagorączkował. Rzucał się w łóżku, jakby chciał łapać muchy. Czuwałam przy nim w tych dni­ach, całując jego dłonie, gładząc miedziane wło­sy, które pachniały inaczej niż włosy mojej mat­ki czy piastunki. Jakby zapach ojca nasycony był wonią miejsca, którego nie znałam, gdyż jako chorą trzymano mnie zawsze zamkniętą w do­mu, otoczoną spokojem i powściągliwością.
Cieszyłam się z jego choroby, bowiem w ser­cu wiedziałam, że wyzdrowieje. Tymczasem był tu, otwierając oczy, które stały się duże, wilgot­ne, dobre, potrzebujące. Chciałam, żeby czas się zatrzymał. Byłam jak jego pies, który leżał skulony. Zrozumiałam wtedy, dzięki mądrości właściwej dzieciom, że choroba może być wiel­kim błogosławieństwem. To nie była choroba, która miała trzymać się z dala od drzwi nasze­go domu i która czasami tętniła mi w głowie. W przypadku mojego ojca była rzeczą dobrą, pozwoliła mu skupić się na sercu, na najbliż­szych - po raz pierwszy słyszałam, jak pytał o dzieci - oraz na domu. Już wówczas nie zno­siłam wszelkiego marnotrawstwa. Choroba uczy ciało i ducha właściwiej ekonomii życia. Gdy ojciec wyzdrowiał, znów rzucił się w wir zewnętrznego świata.
W sercu tęskniłam za jego lekkim niedoma­ganiem, które zmorzyłoby go choćby na jeden dzień i przyprowadziło z powrotem do domu.
To były lata marnotrawstwa.
 

Przeczytaj dłuższy fragment „Hildegarda z Bingen” »

Sklep internetowy Shoper.pl