Czwartek, 9 września 2010

Koszyk jest pusty,
zapraszamy na zakupy! 



 Dla stałych klientów

użytkownik:  
hasło:  
zaloguj się

Jesteś nowym użytkownikiem?


Jak do nas trafić?
Jak do nas trafić


Poleć naszą księgarnię internetową znajomemu
Poleć naszą księgarnię internetową znajomemu
Karta pozycji - fragmenty
POZYCJA

Zapiski z Ars. Notatki naocznego świadka kazań, homilii i rozmów św. Jana Marii Vianneya

Alfred Monnin SJ


FRAGMENT

Wstęp do wydania polskiego Święty Jan Maria Vianney jest jak dotąd jedynym kanonizowanym proboszczem. Z okazji stulecia jego śmierci papież Jan XXIII skierował do kapłanów encyklikę Sacerdoti nostri primordia, w której przypomniał słowa Piusa XII, że kto pełen jest Chrystusa, ten bez trudu znajdzie środki i drogi, jakimi pozyska dla Chrystusa innych. W dokumencie tym Jan XXIII pisze: Dlatego wiadomo, że gdy [św. Jan Maria Vianney] świeżo został ustanowiony proboszczem wioski, w której życie chrześcijańskie całkowicie zamarło, nocami długie i słodkie spędzał godziny na adoracji Jezusa w Jego sakramencie miłości. I w świętym tabernakulum upatrywał źródło, z którego stale czerpał górne moce, jakimi odżywiał i odnawiał osobistą pobożność i którymi zapewniał skuteczność swej apostolskiej pracy. Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 r. w wiosce Dardilly, 20 km na północ od Lyonu, jako czwarte dziecko Mateusza i Marii. Trzy lata później wybucha we Francji rewolucja. Lyon wielokrotnie spływa krwią. Chrześcijanie cierpią prześladowania, a w 1794 r. zostaje zamknięty także kościółek w Dardilly. Mały Jan Maria, który, jak wspomina jego siostra, już jako czterolatek lubił chodzić do kościoła, wcześnie zrozumiał, że modlić można się wszędzie. Wspominając po latach godziny spędzane na pastwisku czy na polu, mówił: „Podczas przerw w pracy udawałem, że odpoczywam lub śpię jak inni, a tymczasem gorąco modliłem się do Boga”. Chłopak zajęty pracą w gospodarstwie rodziców nie ma czasu na to, by chodzić do szkoły. Naukę pisania i czytania zacznie dopiero w wieku 17 lat. W tym czasie dojrzewa w nim powołanie kapłańskie. W 1806 r. rodzice, aczkolwiek niechętnie rezygnując z jego rąk do pracy, powierzają go opiece ks. Karola Balleya ze Zgromadzenia Kanoników Regularnych św. Augustyna. Jan Maria przeprowadza się na jego plebanię w Écully, gdzie podejmuje naukę francuskiego i łaciny, co jednak przychodzi mu z tak miernym skutkiem, że postanawia udać się z pieszą pielgrzymką do grobu św. Franciszka Régis do oddalonej o ponad sto kilometrów La Louvesc, by prosić o zdolności do nauki. Pielgrzymuje o żebraczym chlebie, do celu dociera wyczerpany i umierający z głodu. Jak się okazało, do żebrania również nie miał zdolności. Jesienią 1809 r. zostaje powołany do wojska, jednak ze względu na konflikt sumienia dezerteruje i ukrywa się w górach, w wiosce Noës, gdzie zatrudnia się jako nauczyciel dzieci wdowy Klaudyny Fayot. Po jedenastu miesiącach może bez obaw wrócić do Écully, ponieważ jego młodszy brat Franciszek, który, chociaż wyciągnął szczęśliwy los i mógł uniknąć poboru do wojska, postanowił przywdziać mundur zamiast wciąż poszukiwanego Jana Marii. Franciszek zginie w 1813 r., a ks. Vianney przez całe życie będzie opłakiwał brata, który oddał za niego życie. Jesienią 1811 r. Jan Maria wstępuje do Seminarium Świętego Ireneusza w Lyonie, które udaje mu się skończyć tylko dzięki oddaniu ks. Balleya, cierpliwie uczącego go po francusku, a nie po łacinie. Tej kleryk nie jest w stanie opanować, dlatego po niezdaniu pierwszego egzaminu zostaje odesłany z seminarium. 23 czerwca 1815 r. przyjmuje w Lyonie święcenia diakonatu, a 13 sierpnia tego samego roku zostaje wyświęcony na kapłana. Wraca do Écully jako wikariusz ks. Balleya. Obaj duchowni tak gorliwie prześcigają się w praktykach ascetycznych, że szybko tracą w nich umiar. Jan Maria dostrzega, że co prawda pokuta jest konieczna w życiu kapłana, i pozostanie jej wierny do końca życia, lecz o wiele skuteczniejszym sposobem dotarcia do ludzkich dusz jest miłość bliźniego. Ksiądz Balley uczy młodego wikariusza głoszenia kazań, których ten próbuje uczyć się na pamięć, nie zawsze z pozytywnym skutkiem. Na szczęście, słuchacze są wyrozumiali dla młodego kapłana, w którym od razu dostrzegają szczerą i oddaną Bogu duszę. Trzy lata później, po śmierci ks. Balleya, Jan Maria Vianney zostaje wysłany do Ars-en-Dembes, ubogiej i zaniedbanej religijnie wioski, liczącej 230 mieszkańców. W archiwach diecezji znajduje się sprawozdanie z 1804 r., w którym ks. Lecourt, kapłan potajemnie odprawiający Msze święte w regionie Ars w czasie Rewolucji Francuskiej, napisał: „Nauczanie dzieci katechizmu jest bardzo trudne, gdyż są one głupie i mało zdolne. Większość z nich różni się od zwierząt tylko tym, że są ochrzczone”. W wiosce panuje duża swoboda obyczajów i upodobanie do potańcówek, nawet na placu przed kościołem (co sprawi w przyszłości, że Proboszcz z Ars będzie zagorzałym przeciwnikiem tańców). Ksiądz Vianney przybywa do Ars 13 lu¬tego 1818 r. Dzień ten został nawet upamiętniony pomnikiem postawionym na skraju wsi, w miejscu, gdzie pastuszek Antek Givre wskazał młodemu kapłanowi drogę do kościoła. Jan Maria podziękował mu tymi słowami: „Wskazałeś mi drogę do Ars, ja wskażę ci drogę do nieba”. Antek Givre zmarł kilka dni po śmierci swego proboszcza. W 1821 r. ks. Vianney zostaje proboszczem i rozpoczyna prace nad powiększeniem i upiększeniem kościoła. Będzie je prowadził do końca życia, wykazując się wielką gospodarnością i umiejętnością zdobywania funduszy. Dla siebie potrzebował bardzo niewiele. Żył mniej niż skromnie, a jadł tak niewiele, że wszyscy dziwili się, jakim cudem nie umarł z głodu i zimna. Odmrożoną skórę na stopach często zdarzało mu się ściągać razem ze skarpetkami. Siedząc o głodzie po kilkanaście godzin w konfesjonale, cierpiał na silne bóle brzucha, cały puchł i sam przyznawał się, iż nieraz zdarzało mu się tracić przytomność. W 1824 r. ks. Vianney postanawia otworzyć w Ars szkołę dla ubogich dzieci, której nadaje nazwę Dom Opatrzności. Naukę powierza Katarzynie Lassagne i Benedykcie Lardet, których wykształcenie wcześniej sam sfinansował. Mimo wielu trudności, szkoła przyjmuje coraz więcej dzieci, z czasem przekształcając się w sierociniec. Początkowo ks. Vianney wygłasza bardzo rygorystyczne kazania, w stylu tych, jakie wyczytał w odziedziczonych po ks. Balleyu podręcznikach kaznodziejskich. Roztacza w nich przed parafianami przerażające wizje piekła, walczy z najmniejszymi słabościami i przywarami prostych wieśniaków. Z czasem jednak, mniej więcej od 1830 r., ludzie zauważają, że coś zaczyna się zmieniać. Proboszcz coraz częściej mówi o pełnym miłosierdzia Dobrym Pasterzu, o niebiańskim smaku Eucharystii, o miłości Boga i modlitwie, która jest oddechem duszy. Jego słowa łagodnieją, stają się głębsze, zaczynają wypływać prosto z serca, a nie z książek. Na ambonie zamiast Bożego prawnika staje Boży świadek, który zalewa się łzami na myśl o szczęściu życia w Bogu. Wieść o „świętym Proboszczu z Ars” zaczyna rozchodzić się po okolicy: ludzie wiedzą, że spędza on długie godziny, klęcząc przed Najświętszym Sakramentem, że sypia po trzy godziny na dobę, że dzieli się swoim chlebem z ubogimi i jak nikt umie pocieszać strapionych na duchu. Wierni chcą go słuchać, a przed konfesjonałem Proboszcza zaczynają ustawiać się coraz dłuższe kolejki. Człowiek od młodości przywykły do umartwień i ciężkiej pracy zaczyna jednak odczuwać, że obowiązki go przerastają. Wyzna kiedyś, że gdyby wiedział, na czym polega życie proboszcza, nigdy nie poszedłby do seminarium diecezjalnego, lecz wstąpił do trapistów, by tam opłakiwać swoje grzechy. W 1843 r. po raz pierwszy poważnie zapada na zdrowiu i wysyła do biskupa prośbę o przeniesienie do innej parafii. Później jeszcze dwukrotnie będzie próbował „uciekać” z Ars, lecz za każdym razem zrozumie na modlitwie, że to miejsce wyznaczył mu Pan, i pokornie wróci do swoich parafian i tysięcy pielgrzymów. Staje się „więźniem konfesjonału”, spowiadając po kilkanaście godzin na dobę. W 1853 r. biskup przysyła mu do pomocy kilku księży misjonarzy, aby zajmowali się pielgrzymami, których liczba dochodzi do około 10 tysięcy rocznie. Proboszcz traci siły, lecz niemal do końca swych dni prowadzi niezmienny i wyczerpujący tryb życia, w którym nie ma miejsca na wypoczynek. Nawet krótkie godziny spoczynku często zamieniają się w bezsenne noce, spędzane na modlitwie. Nękany przez ataki szatana i pokusy rozpaczy żył w Ars jak męczennik na raty. Swoim penitentom zwykł nakładać lekką pokutę, resztę „brał na siebie”, jak przyznał się kiedyś swoim współpracownikom. Ksiądz Vianney jest coraz bardziej chory i wyczerpany. 29 lipca 1859 r. próbuje rano wstać, lecz upada przy łóżku. Posyła jeszcze po trzech pielgrzymów, którzy nie zdążyli wyspowiadać się poprzedniego dnia. Spowiada ich na leżąco. W kościele tłum wiernych modli się za swojego Proboszcza. Pierwszy dzień sierpnia jest bardzo duszny i gorący. Aby ulżyć mu w cierpieniu, parafianie dokonują rzeczy niebywałych. Otaczają plebanię płótnem, od dachu do ziemi, i polewają je kubłami wody, ustawieni się w szpaler jak do gaszenia pożaru. Proboszcz błogosławi wszystkich modlących się w kościele i pod oknami plebanii, poświęca też przynoszone mu koszyki z dewocjonaliami. Przez cały czas jest spokojny i pełen pogody ducha. Podczas przyjmowania ostatnich sakramentów zaczyna płakać. „Czy czuje się Ksiądz gorzej?” – pytają go. „Nie – odpowiada – płaczę na myśl, jak bardzo nasz Pan jest dobry, że przychodzi do nas w ostatniej chwili”. Umiera spokojnie 4 sierpnia 1859 r., o drugiej w nocy. 8 stycznia 1905 r. Pius X beatyfikuje Proboszcza z Ars, ustanawiając go patronem księży francuskich, a 31 maja 1925 r. Pius XI dokonuje aktu jego kanonizacji, dając go Kościołowi powszechnemu jako wzór pasterza i lekarza dusz. Lilla Danilecka Słowo do pielgrzymujących do Ars Drogie dusze! Z miłości do was Proboszcz z Ars tak pięknie mówił o niebie – ojczyźnie dusz, o Bogu Ojcu i o Panu Jezusie Chrystusie – naszym Zbawicielu i Przyjacielu. To wy, drogie dusze, byłyście natchnieniem Proboszcza z Ars, jego wymową i mądrością. Oddając wam dzisiaj do rąk jego słowa, zwracam wam tym samym waszą własność. Książka ta jest relikwiarzem, do którego włożyłem nieocenione skarby; jeśli by się ich nie zebrało, szybko obróciłyby się w proch jak relikwie nieznanych świętych, których nikt by już potem odnaleźć nie zdołał... Pozwólcie mi, umiłowani bracia, powiedzieć wam, że włożyłem w tę świętą pracę wszystko, co noszę w sercu najlepszego: miłość, szacunek, rozeznanie, troskę, o to, by niczego nie utracić oraz szczere pragnienie służenia wam pomocą. Na kartach tej książki poznacie Jana Marię Vianneya lepiej nawet niż w jego biografii, ponieważ zapisane w niej zostały jego własne, płynące prosto z serca słowa bez moich komentarzy. Wiem, iż prawdziwe słowo jest słowem żywym. Mam wszak nadzieję, że pochylając się nad grobem tego, który spoczywa w Ars, czujecie, jak jego duch wciąż na nowo ożywia wystygłe już dziś słowa. Pan Jezus zechciał pobłogosławić je na wargach Proboszcza z Ars dla zbawienia wielkiej liczby dusz [które go słuchały]. Niech zechce też pobłogosławić słowa, które wyszły spod mojego pióra, dla pożytku czytających i dla wiecznej chwały swojego świętego Imienia. A. Monnin Ars, 4 sierpnia 1864, w piątą rocznicę śmierci Sługi Bożego (...) O modlitwie Skarb chrześcijanina znajduje się w niebie, a nie na ziemi. Myśli nasze powinny podążać tam, gdzie jest nasz skarb. Człowiek został powołany do dwóch wspaniałych rzeczy: do miłości i do modlitwy. Modlić się i miłować – w tym zawiera się szczęście człowieka na ziemi. Modlitwa jest niczym innym jak zjednoczeniem z Bogiem. Człowiek czuje wtedy jakby łagodny balsam koił jego serce, do którego przenika wielkie światło. W osobistym zjednoczeniu Bóg i dusza są jak dwa kawałki stopionego wosku, których nie sposób rozdzielić. Piękną jest rzeczą zjednoczenie Boga ze swoim maleńkim stworzeniem – to szczęście nie do pojęcia. Zasłużyliśmy sobie na to, aby Bóg zakazał nam się modlić, jednak w swej dobroci pozwolił nam nadal zwracać się do Niego [chociaż jesteśmy grzesznikami]. Nasza modlitwa wznosi się do Boga jak woń kadzidła, a On przyjmuje ją z największym upodobaniem. Moje dzieci, macie takie małe serca, lecz modlitwa je poszerza i uzdalnia do tego, byście kochali Boga. Modlitwa jest przedsmakiem nieba, wylaniem na nas rajskich darów. Nigdy nie pozostawia nas bez słodyczy, jest bowiem jak miód spływający na duszę i osładzający wszystko. Ciężary życia topnieją w jej promieniach jak śnieg w wiosennym słońcu. Czas spędzony na szczerej modlitwie upływa tak szybko i przyjemnie, że nawet nie zauważamy, kiedy minął. Kiedy prawie wszyscy proboszczowie w regionie Bresse zachorowali, zastępowałem ich, i biegając od kościoła do kościoła nieustannie się modliłem. Zapewniam was, że czas wcale mi się nie dłużył. Niektórzy czują się na modlitwie jak ryba w wodzie, a to dlatego, że cali oddani są Bogu. W ich sercach nie ma rozdźwięku między tym, co ludzkie, a tym, co Boże. Kocham takie w pełni oddane Panu dusze. Święty Franciszek z Asyżu i św. Colette rozmawiali z Bogiem tak, jak my nawzajem rozmawiamy ze sobą. My zaś potrafimy nawet przyjść do kościoła, nie wiedząc po cośmy przyszli, ani o co chcemy Boga prosić! A przecież, kiedy idziecie do kogoś z wizytą, doskonale wiecie, o czym chcecie z nim rozmawiać. Niektórzy z was robią wrażenie, jakby przyszli do kościoła na odczepnego. Często myślę o tym, że kiedy przychodzimy adorować Najświętszy Sakrament, otrzymalibyśmy naprawdę wszystko, czego pragniemy, gdybyśmy tylko prosili o to z żywą wiarą i naprawdę czystym sercem. A tymczasem, nie ma w nas ani wiary, ani nadziei, ani żywego pragnienia, ani miłości. (...) O grzechu Grzech jest katem Boga i zabójcą duszy. Wyrywa nas z nieba i rzuca w przepaście piekła. A mimo to lubujemy się w nim! Cóż za szaleństwo! Gdybyśmy dobrze sobie z tego zdawali sprawę, żywilibyśmy taki wstręt do grzechu, że nie bylibyśmy w stanie go popełnić. (...) Grzech jest wyrazem pogardy wobec Boga, gestem ukrzyżowania Go. Jakaż to wielka strata widzieć potępione dusze, które Pan nasz odkupił za cenę tak strasznych cierpień! Cóż złego Pan nam uczynił, że traktujemy Go w taki sposób? O, gdyby biedni potępieni mogli wrócić na ziemię, gdyby mogli stanąć tu zamiast nas! Jesteśmy głupcami. Sam Bóg zwraca się do nas, a my przed Nim uciekamy! Pragnie naszego szczęścia, lecz my tym szczęściem gardzimy. Przykazuje nam, byśmy Go kochali, a my oddajemy się całym sercem diabłu. Czas dany nam na zbawienie duszy wykorzystujemy na to, aby ją zatracić. Wojujemy z Bogiem środkami, które On sam dał nam, byśmy nimi Mu służyli. Gdybyśmy spojrzeli na krucyfiks, kiedy obrażamy Boga, usłyszelibyśmy Pana pytającego nas z głębi swej boskiej duszy: „A zatem i ty chcesz należeć do grona mych wrogów? Znów chcesz Mnie ukrzyżować?”. Spójrzcie na Ukrzyżowanego Pana i powiedzcie sobie: oto ile kosztowało Go odkupienie zniewagi, jaką moje grzechy wyrządziły Bogu. Oto Bóg przychodzi na ziemię, by stać się ofiarą za moje grzechy, Bóg cierpi, znosi udręczenia duszy i umiera, gdyż zechciał ponieść karę za nasze zbrodnie. Wpatrujmy się w krzyż i zobaczmy, jakim złem jest grzech i jak bardzo winniśmy go nienawidzić. Wejrzyjmy w siebie i zobaczmy, co możemy zrobić, aby zadośćuczynić za złe czyny, jakie popełniliśmy w naszym nędznym życiu. (...) Spójrzcie, jak grzech degraduje człowieka. Z istoty stworzonej do miłowania Boga czyni demona, który na wieki będzie Go przeklinał. Gdyby Adam, nasz praojciec, nie zgrzeszył i gdybyśmy sami nie grzeszyli każdego dnia, jakże bylibyśmy szczęśliwi! Równi bylibyśmy w szczęściu świętych w niebie, a na ziemi nie byłoby nikogo nieszczęśliwego. Jakże to byłoby piękne! W rzeczy samej to grzech ściąga na nas wszystkie klęski, głód, trzęsienia ziemi, pożary, gradobicia, mróz, burze i wszystko, co nas zasmuca i unieszczęśliwia. Człowiek w stanie grzechu jest zawsze smutny. Cokolwiek robi, jest znudzony i wszystkim zniechęcony. Człowiek zaś cieszący się Bożym pokojem jest zawsze radosny i ze wszystkiego zadowolony. Boimy się śmierci. To grzech sprawia, że boimy się śmierci. To grzech czyni śmierć okropną i straszną. To grzech budzi przerażenie w duszy złoczyńcy stającego na progu straszliwego [dlań] przejścia do wieczności. A jest czym się przerazić! Można doznać wstrząsu na myśl, że jest się potępionym, i to potępionym przez Boga! Dlaczego? Z jakiego powodu ludzie wystawiają się na niebezpieczeństwo potępienia przez Boga? Z powodu złych myśli, butelki wina czy paru chwil przyjemności. Stracić duszę, stracić niebo na zawsze dla paru chwil przyjemności... Ujrzymy wstępujących do nieba z ciałem i duszą naszych bliskich, ojca, matkę, siostrę, sąsiada, którzy żyli tuż obok nas, z którymi dzieliliśmy naszą codzienność, lecz których nie potrafiliśmy naśladować, podczas gdy sami wtrąceni zostaniemy z duszą i ciałem do piekła, by tam stać się pastwą diabłów. Wszystkie bowiem diabły, za radą i podszeptami których szliśmy w życiu, przyjdą znęcać się nad nami... (...) Odsuwamy nawrócenie na koniec życia. A któż nam zagwarantuje, że będziemy mieli dość sił i czasu w tej niebezpiecznej godzinie, której lękali się wszyscy święci, skoro całe piekło wówczas staje do ostatniego ataku, widząc, że jest to jego ostatni bój o duszę? Są też ludzie, którzy tracą wiarę i piekło widzą dopiero w chwili, kiedy stają na jego progu. Zaprawdę, gdyby grzesznicy pomyśleli o wieczności, o potworności piekła, natychmiast by się nawrócili. Minęło już ponad sześć tysięcy lat od chwili, kiedy Kain poszedł do piekła. I nie przestaje tam wciągać kolejnych dusz. (...) O cierpieniach (...) Są dwa rodzaje cierpienia: z miłością i bez miłości. Święci znosili wszystkie cierpienia z cierpliwością, radością i wytrwałością, bo przepełniała ich miłość. My natomiast złościmy się, gdy przyjdą na nas cierpienia, gdyż nie ma w nas miłości. Gdybyśmy kochali Boga, kochalibyśmy też nasze krzyże, pragnęlibyśmy ich i one by nas cieszyły, bylibyśmy szczęśliwi, mogąc cierpieć z miłości do Tego, który zechciał cierpieć dla nas. Dlaczego się uskarżamy? Biedni poganie, którzy nie mają szczęścia znać [prawdziwego] Boga i Jego nieskończonych słodyczy, noszą takie same krzyże jak my, ale pozbawieni są naszych pociech. Mówicie, że wam ciężko. Przeciwnie, w cierpieniu jest słodycz i pociecha, jest w nim szczęście. Trzeba tylko umieć kochać cierpiąc i cierpieć kochając. Na drodze krzyżowej najtrudniejszy jest pierwszy krok. To lęk przed krzyżem jest naszym największym krzyżem. Brak nam odwagi do podjęcia własnego krzyża; i tu jest nasz błąd, gdyż wszystko, cokolwiek czynimy, dzieje się w cieniu krzyża, przed którym nie jesteśmy w stanie uciec. (...) Gdy Bóg zsyła nam krzyże, wzdrygamy się, uskarżamy, szemrzemy, jesteśmy nieprzyjaciółmi wszystkiego, co nie jest po naszej myśli, chcielibyśmy, jak w dzieciństwie, być chowani w wacie, a tymczasem trzeba nam, zamiast w watę, przyoblec się w ciernie. Do nieba idzie się po krzyżach. Choroby, pokusy i zmartwienia są krzyżami, które prowadzą nas do nieba. Wszystkie wkrótce przeminą. Spójrzcie na świętych, którzy szli przed nami. Bóg nie żąda od nas męczeństwa ciała, lecz męczeństwa serca i własnej woli. Pan Jezus jest naszym wzorem, weźmy nasze krzyże i idźmy za Nim. Bądźmy podobni do żołnierzy Napoleona, którzy mieli przejść przez most znajdujący się pod ostrzałem. Wszyscy się bali i nikt nie chciał pójść pierwszy. Napoleon więc wziął do ręki sztandar i wyruszył pierwszy, a za nim wszyscy żołnierze. Czyńmy podobnie – idźmy śladami Pana, który kroczy przed nami. (...) Kiedy nie ma w naszym życiu cierpienia, wysychamy, lecz gdy nosimy je z poddaniem się [woli Bożej], odczuwamy słodycz i szczęście, które są przedsmakiem nieba. Są przy naszym boku i patrzą na nas aniołowie, Matka Najświętsza i sam Bóg. Przejście człowieka doświadczonego cierpieniami na tamten świat wygląda tak, jakby niesiono go tam na łożu usłanym różami. Z cierni płynie balsam, a cierpienie wydziela z siebie słodycz. Aby je jednak wydobyć, trzeba wyciskać ciernie własnymi rękoma, a krzyże mocno przyciskać do serca, aby napełniły nas swymi życiodajnymi sokami. Przeciwności losu stawiają nas pod krzyżem, a krzyż pod bramą do nieba. Aby tam wejść, trzeba być zdeptanym, zszarganym, wzgardzonym i zmiażdżonym. Szczęśliwi na tym świecie są tylko ci, którzy zachowują pokój duszy wśród trudów życia, kosztują bowiem radości dzieci Bożych. Wszystkie cierpienia są słodkie, kiedy znosi się je w zjednoczeniu z Panem Jezusem. Cierpienie! Czymże jest? Chwilą zaledwie. Gdyby dane nam było w tym życiu spędzić tydzień w niebie, poznalibyśmy prawdziwą wartość tygodnia cierpienia. Żaden krzyż nie wydałby się już nam zbyt ciężki, a żadne doświadczenie zbyt gorzkie. Krzyż jest łaską, jaką Bóg obdarowuje swoich przyjaciół. Jak pięknie jest każdego ranka ofiarowywać się Bogu i przyjmować wszystkie cierpienia w duchu pokuty za swoje grzechy! Trzeba nam prosić Boga o łaskę umiłowania krzyży, a staną się one słodkie. Sam doświadczałem tego przez cztery czy pięć lat. Rzucano pod moim adresem oszczerstwa, kłamstwa, odtrącano mnie. Niosłem je tak, że zdawało mi się, iż nie dam rady ich udźwignąć. Zacząłem więc modlić się o miłość do nich i wtedy poczułem się szczęśliwy. Mogłem wreszcie powiedzieć, że naprawdę nigdzie indziej nie znajdę szczęścia. Nie ma potrzeby szukać przyczyny naszych krzyży, wszystkie bowiem pochodzą od Boga. Bóg daje nam ten środek, dzięki któremu możemy okazać Mu swoją miłość. (...) Myśli Proboszcza z Ars o świętych Ksiądz Vianney często mówił o świętych i zawsze czynił to ze łzami w oczach. Słysząc jego pełne dramaturgii, barwne i bogate w szczegóły opowieści, skłonni byliśmy wierzyć, że znał świętych osobiście, że obcował z nimi w największej zażyłości. Wiedział o nich rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszano. W żywotach świętych najbardziej poruszało go to, co legendarne. Miał w sobie dość odwagi wiary, by posługiwać się przykładami świętych, które wywracają pychę ludzkiego rozumu i wywołują oburzenie bezbożników. (...) Pewien święty chciał zbudować klasztor, lecz w wybranym miejscu była góra. Rozkazał jej więc, by się usunęła, i góra cofnęła się o pięćdziesiąt stóp. Innego świętego chciano wystawić na próbę, prosząc, by rozkazał przesunąć się wielkiej skale. – A czy nawrócicie się, jeśli to uczynię? – spytał. – Tak. Rozkazał więc skale, a ta natychmiast znikła. Za każdym razem Proboszcz dodawał: – Widzicie, jak łaskawy jest Bóg dla tych, którzy Go miłują! Czyni cuda zupełnie bezinteresownie, tylko dlatego, że prosi Go o nie przyjaciel. Człowiek o czystym sercu jest władcą Bożego serca. Mała święta Colette robiła z Bogiem wszystko, co tylko chciała. Gdy zmarł jej przełożony, upadła do stóp ołtarza, błagając Pana: – Oddaj mi mojego przełożonego. Potrzebuję go, żeby założyć jeszcze tyle a tyle klasztorów. Pan wysłuchał jej modlitwy i przełożony żył jeszcze przez piętnaście lat. (...) Te i tym podobne historie spotkają się być może ze wzgardą. Nas jednak umacniały one i oczarowywały, wywołując łzy i śmiech. Podbijały nasze serca słodką prostotą, z jaką ten człowiek o duszy dziecka nam je opowiadał, stopniowo sam ulegając poruszeniu i rozrzewnieniu w odpowiednich momentach. Nie było nic piękniejszego i nic bardziej pociągającego od widoku jego jakże częstych łez, anielskiego uśmiechu i pełnego prostoty zdania się na wewnętrzne poruszenia i niewinne drgnienia duszy, znajdującej swe rozkosze na łonie Ojca niebieskiego, połączone ze wzniosłymi myślami, surową ascezą życia, wielkimi ofiarami i wytężoną pracą apostolską. W czasach, kiedy prostota serca zdaje się zamierać i ustępować z relacji międzyludzkich, ktokolwiek jeszcze zachował w sobie prawdziwie chrześcijańskiego ducha, będzie z ochotą i wzruszeniem spoglądał, jak zalecenie Pana, byśmy stawali się jak dzieci, wypełniało się w duszy tego świętego kapłana. Nigdy ogrom pracy ani cierpień nie sprawiał, aby Proboszcz z Ars skracał rozmowy z ludźmi. Życzliwość i wesołe usposobienie zdawały się wzrastać w nim wraz z dolegliwościami starości. Ów dla większości ludzi ponury okres życia był u niego nacechowany świeżością wyobraźni i uczuć, które zdolne były kruszyć lody wieku na wzór wiecznej młodości błogosławionych. Ksiądz Vianney nie znał owego smutku, który sprawia, że z wiekiem radość życia gaśnie, a wszystko traci barwy do tego stopnia, że nawet na duszę pada cień melancholii. Rozmowy, jakie prowadziliśmy z Proboszczem na dwa miesiące przed jego śmiercią, przypominają nam często modlitwę pewnej staruszki: „Spraw Panie, aby moje ostatnie myśli, płynące z serca wypełnionego miłością Bożą, podobne były do ostatnich promieni zachodzącego słońca, które są tym żywsze i piękniejsze, im bardziej zbliżają się do zachodu”.

POWRÓT

Tematyka
Serie



Akceptujemy również płatności elektroniczne

Karty płatnicze

E-Kartki.
Wyślij e-kartke bliskiej osobie
Z okazji jubileuszu

Kartki multimedialne

Reklama i współpraca

PrzeznaczeniPani DomuNasza BarkaCenny adreswielkoludekGloria24Mam DzieckoMagazyn FamiliaRadio Niepokalanów Łódzkie-MazowieckieCienie i BlaskiPod PrądStudentnewsVOX FMSekrety sercaBlizej PrzedszkolaInteria
PROMIC Sp. z o.o.
Oddział w Warszawie
Wydawnictwo Księży Marianów


ul. św. Bonifacego 9/1, 02-914 Warszawa
Dział handlowy: tel. 22 651 90 54
email: sprzedaz@wydawnictwo.pl

więcej »