Czasopisma
6.7
PLN
Słowo wśród nas Nr 10 (326) 2020
Słowo wśród nas Nr 10 (326) 2020
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Zaprenumeruj
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,70 zł

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO PAŹDZIERNIKOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Październikowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Największa jest miłość”. Tak głosił św. Paweł wspólnotom, które założył podczas swoich podróży misyjnych. W artykułach początkowych analizujemy jego przesłanie zawarte w trzech listach, które napisał, będąc uwięziony w Rzymie, przepełniony troską o tych, których doprowadził do Chrystusa. Przypominał im, że rozwiązaniem ich trudności jest otwarcie się na Ducha Świętego i Jego dary – jedność, pokój, a przede wszystkim miłość. To jego przesłanie pozostaje aktualne także dziś. 

W Magazynie proponujemy artykuł o s. Ignacji Gavin, anonimowym „aniele” Anonimowych Alkoholików oraz świadectwo inżyniera o tym, jak szuka pomocy Boga także w pracy zawodowej. Informujemy również o nagrodach dla prenumeratorów.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy książkę „Franciszek z Asyżu, prorok ekstremalny” autorstwa Suzanne Giuseppi Testut.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 20,10 zł
6 miesięcy – cena 40,20 zł
12 miesięcy – cena 73,70 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Jesteście teraz braćmi i siostrami!
Jak wiara w Chrystusa przemienia nasze relacje......... 4

Pokój mój daję wam
Trwanie w pokoju Chrystusa..................................... 10

Z nich zaś największa jest miłość
Miłość owocem Ducha Świętego.................................16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

Od 1 do 31 października.....................................22

MAGAZYN

Anonimowy „anioł” Anonimowych Alkoholików
Historia s. Ignacji Gavin – Anne M. Costa.....................................51

Bóg, największy z inżynierów
Dzięki Niemu wykonałem swoje zadanie
Gabriel Harkay.....................................57

Konkurs dla prenumeratorów................................ 60

Nasze lektury............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

MAGAZYN

Anonimowy „anioł” Anonimowych Alkoholików
Historia s. Ignacji Gavin
10 czerwca 1935 roku w Akron, w stanie Ohio, dwóch mężczyzn usiadło naprzeciw siebie przy stole. Bill Wilson, uważający się za „beznadziejnego alkoholika”, oraz dr Bob Smith, chirurg, który nie był w stanie przeprowadzić operacji bez drinka, rozpaczliwie próbowali odwieść się nawzajem od kolejnego kieliszka. Spotkanie to uważa się dziś za pierwszy mityng Anonimowych Alkoholików.
W tym czasie alkoholików uznawano w najlepszym razie za słabych moralnie, a w najgorszym za upośledzonych, zdeprawowanych, a nawet nienormalnych. Byli oni odrzucani przez społeczeństwo, zawstydzani i piętnowani, rutynowo zamykani w więzieniach lub wysyłani do zakładów psychiatrycznych. Dziś jednak dzięki działalności AA nałóg alkoholizmu uważany jest za poważną chorobę, wymagającą leczenia i zasługującą na współczucie.
Setki tysięcy ludzi zawdzięczają życie ruchowi Anonimowych Alkoholików (AA) oraz zapoczątkowanemu przez niego programowi Dwunastu Kroków. Mężczyźni i kobiety zmagający się z nałogiem dzień po dniu rozmawiają szczerze z innymi osobami toczącymi tę samą walkę. Walczą wspólnie o odzyskanie własnego życia i równowagi psychicznej. W jaki sposób? Poprzez wzięcie odpowiedzialności za siebie, poddanie się programowi, współpracę z innymi i rozwój duchowy.
Wielu słyszało o tym pierwszym historycznym spotkaniu Billa Wilsona i Boba Smitha, natomiast stosunkowo mało znana jest przyjaciółka dr. Boba, s. Maria Ignacja Gavin – drobnej postury, ale pełna determinacji siostra zakonna, która odegrała kluczową rolę w niwelowaniu wstydu i poczucia beznadziei towarzyszących większości alkoholików ze względu na społeczne napiętnowanie ich choroby.

Od dotknięcia dna
do nowego początku
Della Mary Gavin urodziła się w 1889 roku w County Mayo w Irlandii, a w wieku lat siedmiu przeniosła się wraz z rodziną do Ameryki, do Cleveland w stanie Ohio. Mając talent muzyczny, już jako młoda dziewczyna pomagała w utrzymaniu rodziny nauczając gry na pianinie.
Della otrzymała katolickie wykształcenie, a mocno biorąc sobie do serca otrzymane nauki, odczytała w sobie powołanie do życia zakonnego. Matka jednak postawiła weto, któremu Della się podporządkowała – przez krótki czas była nawet zaręczona. Jednak
w roku 1914, w wieku dwudziestu pięciu lat, Della wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia św. Augustyna, przyjmując imię zakonne Ignacja na cześć św. Ignacego Loyoli. Gdy popatrzymy na jej życie, widać, że ten wybór okazał się doskonały. Wszak św. Ignacy był założycielem zakonu jezuitów oraz twórcą nowatorskiego programu duchowej odnowy, czyli Ćwiczeń Duchownych.
Po wstąpieniu do zakonu s. Ignacja w dalszym ciągu nauczała muzyki, została też odpowiedzialną za muzykę w swojej wspólnocie. Miała skłonności do perfekcjonizmu i swojej pracy oddawała się tak całkowicie, że żyła w stanie permanentnego napięcia i maksymalnego wysiłku. W rezultacie zaczęła cierpieć na wrzody żołądka oraz doznała – jak określiła to sama – załamania nerwowego.
Ze względu na fizyczne i psychiczne wyczerpanie organizmu spowodowane pracą lekarz zalecił jej rezygnację z dalszego nauczania muzyki – czyli tego, co stanowiło pasję jej życia. Chociaż nigdy nie nadużywała żadnych substancji odurzających, przeżyła wówczas swoje osobiste „dotknięcie dna”. I jak często bywa, Bóg posłużył się tym trudnym doświadczeniem, aby wskazać jej nowe powołanie.
Podczas długiej rekonwalescencji s. Ignacją zajmował się oddany lekarz, który zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy wyleczenie jej tylko z dolegliwości fizycznych. Nie oceniał jej ani nie uznał jej wyczerpania emocjonalnego za oznakę słabości, lecz raczej za szansę nauczenia się zdrowszego trybu życia. Zachęcił ją więc do zastanowienia się nad przyczynami leżącymi u podstaw jej załamania. S. Ignacja posłusznie przemyślała na nowo swoje nawyki i zasady postępowania i zaczęła dokonywać zmian niezbędnych do odzyskania całkowitego zdrowia psychicznego, fizycznego i duchowego.

Wiara i współczucie
Z tymi przemyśleniami oraz pogłębioną empatią s. Ignacja gorliwie oddała się swojemu nowemu zajęciu, jakim było kierowanie izbą przyjęć Szpitala św. Tomasza w Akron. Praca ta, która w założeniu miała być dla niej mniej obciążająca, pozwoliła jej odkryć nową pasję – troskę o alkoholików.
Znając jej reputację współczującej i oddanej siostry, dr Bob Smith, jeden z lekarzy Szpitala św. Tomasza, zwrócił się do niej z prośbą o pomoc w leczeniu pacjentów z nałogiem alkoholowym. Odkrył w niej pokrewną duszę, cechującą się empatią, ale także dostatecznie mocnym charakterem, by pomagać alkoholikom w trzeźwieniu poprzez nowo opracowany program Dwunastu Kroków. Widząc potrzebę zapewnienia alkoholikom zarówno prowadzenia duchowego, jak i pomocy medycznej, s. Ignacja przystała na tę propozycję.
W tym czasie szpital odmawiał przyjmowania alkoholików, więc s. Ignacja i dr Bob uknuli plan przemycenia jednego z nich do szpitala pod pretekstem ostrego nieżytu żołądka. Wiedzieli, że muszą zapewnić mu oddzielny pokój, gdzie nikt nie wykryje, że jest pod wpływem alkoholu, ponieważ jednak nie dysponowali wolną separatką, s. Ignacja umieściła go w szpitalnej „kwiaciarni”. Było to pomieszczenie, gdzie przechowywano kompozycje kwiatowe przed dostarczeniem ich adresatom, ale które również służyło niekiedy jako przechowalnia dla ciał zmarłych przed przewiezieniem do kostnicy!
Po tej brawurowej, tajnej akcji Szpital św. Tomasza stał się pierwszą instytucją na świecie, gdzie zaczęto leczyć alkoholizm jako przypadłość medyczną. Po pewnym czasie dr Bob i s. Ignacja przyznali się do swych poczynań i zdołali zjednać sobie administratora szpitala, który utworzył pierwszy na świecie oddział szpitalny dla alkoholików. Niedługo potem s. Ignacja wymogła przyjęcie na ten oddział, pierwotnie przeznaczony dla białych, pierwszego Afroamerykanina. Tak powstał pierwszy międzyrasowy program terapeutyczny.
Szacuje się, że w Szpitalu św. Tomasza udzielono pomocy medycznej ponad 4600 alkoholikom, a w ciągu swojego życia s. Ignacja otoczyła opieką blisko 15000 osób.

Anioł nadziei
Siostra Ignacja przede wszystkim pragnęła uszanować godność osób zmagających się z nałogiem. Wbrew powszechnym poglądom oraz zewnętrznym pozorom nie uważała ich za przypadki beznadziejne. „Alkoholik zasługuje na współczucie. Aby dać alkoholikowi czy alkoholiczce szansę przyjęcia nowej filozofii życiowej, potrzeba chrześcijańskiego miłosierdzia i rozumnej troski” – powiedziała kiedyś.
Przy całym swoim współczuciu była stanowcza i bezpośrednia. Często cytowano jej słowa: „Zginaj kolana, a nie łokieć”, świadczące o tym, że fundamentem wszystkiego, co czyniła, była modlitwa.
Z czasem stało się rzeczą zwyczajną, że w ciągu nocy s. Ignację budził dzwonek telefonu czy stukanie do drzwi. Byli to borykający się z nałogiem ludzie, którzy po prostu potraktowali poważnie instrukcje, jakie wydawała każdemu, kogo wypuszczała spod swojej opieki. Wypisując pacjenta ze szpitala dawała mu obrazek z Najświętszym Sercem Jezusa i kazała przyrzec, że zwróci go jej przed wypiciem kolejnego drinka. Ta genialna „recepta” dała początek istniejącej po dziś dzień praktyce AA, jaką jest wręczanie symbolicznych prezentów członkom na znak przekroczenia kolejnego etapu na drodze do trzeźwości.
Po śmierci dr. Boba w 1952 roku s. Ignacji powierzono zorganizowanie i otwarcie oddziału dla alkoholików w Szpitalu św. Wincentego w Cleveland, w stanie Ohio. Nadzorując projektowanie oddziału, który nazwała Solarium Różańcowym, domagała się utworzenia tam kawiarenki. Kiedy jeden z administratorów szpitala odmówił, siostra uparła się przy swoim. Na propozycję zastąpienia kawiarenki zwyczajnym stołem odpowiedziała: „Jeśli nie ma pan zamiaru stworzyć takich warunków jak należy, to zapomnijmy o całej sprawie”. W końcu postawiła na swoim, a stały zapach świeżo zaparzonej kawy na wszystkich spotkaniach Dwunastu Kroków ma swój początek w twardych negocjacjach s. Ignacji.
Jej dbałość o każdy szczegół, jak również troskę o każdego alkoholika z osobna w jego specyficznej sytuacji, jeden z pacjentów podsumował słowami: „Uratowała mi życie. Dzięki niej odnalazłem Boga i trzeźwość. Kochała mnie, gdy nie było we mnie nic wartego kochania. Była aniołem AA”.

Spuścizna s. Ignacji dzisiaj
Podczas swojej pracy w szpitalu
s. Ignacja wysłuchała tysięcy opowieści o walce z nałogiem. Powiedziała kiedyś: „Ile razy widziałam kogoś pod wpływem alkoholu, cierpiało moje serce”. Bezgraniczna empatia kazała jej również – jako jednej z pierwszych – zająć się rodzinami alkoholików. Zdając sobie sprawę, że skutki nałogu dotykają całe rodziny, czuła, jak ważne jest ich wspieranie i zachęcanie, by dali jej pacjentowi jeszcze jedną szansę. Jej wpływ i przykład przyczyniły się do opracowania pierwszego programu Al-Anon dla rodzin osób uzależnionych.
Fakt, że s. Ignacja jest mniej znana niż dwaj założyciele AA, nie jest przypadkiem. W duchu pokory oraz szacunku dla idei anonimowości poprosiła, aby jej imienia nie umieszczano na tablicy upamiętniającej jej wkład w dzieło AA, przypisując wszystkie zasługi Bogu i siostrom ze swojej wspólnoty. Mimo tego, kiedy 1 kwietnia 1966 roku w wieku 77 lat umarła, na jej pogrzebie pojawiło się prawie trzy tysiące ludzi. Podczas nabożeństwa współzałożyciel AA, Bill Wilson, nazwał s. Ignację „najlepszą przyjaciółką oraz osobą największego ducha, jaką kiedykolwiek znaliśmy”.
Bóg miał szczególny plan wobec s. Ignacji. Jej wiara, empatia i siła przyniosły nadzieję tysiącom ludzi, którzy dzięki programowi AA zaczęli na nowo żyć w trzeźwości, a dzieło, w które wniosła tak wielki wkład, nie przestaje zmieniać życia wielu osób uzależnionych. ▐

MEDYTACJE

▌Czwartek, 1 października
Hi 19,21-27
To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny. (Hi 19,27)
Czy Bóg pokarał Hioba za grzechy? Tego zdania byli jego przyjaciele.
Z jakiego innego powodu – rozumowali – mogłyby go spotkać te wszystkie nieszczęścia?
Jednak Hiob wiedział, że jest niewinny. Jeśli nawet Bóg dopuścił jego cierpienie, Hiob nie zgadzał się z tym, że stało się tak z powodu jego grzechów. Wierzył, że przyjdzie dzień, kiedy zostanie oczyszczony z tych zarzutów i ujrzy Boga na własne oczy (Hi 19,25-27).
Kiedy przydarza się nam coś złego, jak klęska żywiołowa czy ostatnio pandemia koronawirusa, czasami przychodzi pokusa, by interpretować to jako karę Bożą. Pokusa ta bywa silna zwłaszcza wtedy, gdy przeżywamy jakąś tragedię osobistą, jak strata dziecka, wyniszczająca choroba czy groźny wypadek.
Przyczyną identyfikowania cierpienia z karą Bożą jest wypaczony obraz Boga, a im bardziej ulegamy pokusie takiej interpretacji wydarzeń, tym bardziej utrwalamy w sobie ten fałszywy Jego obraz. Zaczynamy widzieć w Bogu rozgniewanego i mściwego bożka, a nie współczującego i miłosiernego Ojca, jakiego objawił nam Jezus. Stąd zaledwie krok do życia w nieustannym lęku, że każdy nasz grzech czy potknięcie pociągnie za sobą kolejne nieszczęścia. Ale oczywiście Bóg nie jest taki. On jest dobry i pragnie naszego dobra.
Co więc mamy myśleć, gdy przychodzą na nas klęski? Po pierwsze pamiętajmy, że to, co odbieramy jako karę Bożą, może być po prostu naturalną konsekwencją naszego błędu lub grzechu. Na przykład, uporczywie odmawiając komuś przebaczenia, stajemy się bezwzględni i rozgoryczeni. Gdy się przejadamy, możemy przypłacić to poważną chorobą. Bóg dopuszcza takie cierpienie, ale nie znaczy to, że je na nas zsyła.
Po drugie, nie zapominajmy, że żyjemy w świecie skażonym grzechem. Choroby, śmierć, czy klęski żywiołowe nie należały do pierwotnego planu Boga wobec nas, lecz weszły na świat z powodu grzechu. Pewnego dnia, kiedy Chrystus przyjdzie powtórnie, Bóg będzie „wszystkim we wszystkich”
(1 Kor 15,28). I jakże wspaniały będzie to dzień! Nie będzie już cierpienia ani łez. Wraz z Hiobem zobaczymy na własne oczy Boga – oraz doskonałe piękno Jego stworzenia.
„Ojcze, wychwalam Cię za Twoje miłosierdzie i wierność.”
Ps 27,7-9.13-14
Łk 10,1-12

▌Piątek, 2 października
Świętych Aniołów Stróżów
Mt 18,1-5.10
Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego.
(Mt 18,10)
Jezus zawsze miał słabość do dzieci – a i one także Go kochały. Podczas gdy uczniowie sądzili, że jest zbyt zmęczony, aby zawracać sobie głowę grupą dzieciaków, Jezus przywołał je do siebie (Mt 19,14). Innym razem postawił dziecko za wzór dorosłym mówiąc: „Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim” (Mt 18,4). Tym, co pociągało Go w dzieciach, nie była ich niedojrzałość, ale pokorna zależność.
Czy jednak osiągając wiek dorosły nie powinniśmy stawać się coraz bardziej niezależni? Oczywiście, że tak! Ale w każdym wieku mamy być zależni od Boga tak, jak dziecko jest zależne od swoich rodziców. Tak na-
prawdę od Boga jesteśmy zależni w każdym momencie życia, każdy nasz oddech od Niego pochodzi. Dlatego też Bóg daje nam Aniołów Stróżów, którzy przypominają nam o naszej zależności od Niego.
Czasami, kiedy wszystko układa się pomyślnie, mamy poczucie, że Bóg nie jest nam aż tak bardzo potrzebny. Kiedy cieszymy się dobrym zdrowiem i szczęściem rodzinnym, a nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone, zdarza nam się popadać w samozadowolenie i w konsekwencji nie poświęcać Bogu zbyt wiele uwagi. Często im więcej łask otrzymujemy, tym bardziej zapominamy o tym, jak bardzo potrzebujemy Boga. Nawet jeśli sytuacja się zmienia, naszą pierwszą reakcją jest szukanie wyjścia wyłącznie o własnych siłach.
A przecież Bóg ma nam jeszcze tyle do ofiarowania! Kiedy zapominamy powierzać Mu nasze potrzeby, jesteśmy jak ludzie zadowalający się marną dietą, podczas gdy czeka na nich wspaniała uczta. Bóg codziennie chce udzielać nam swojej łaski, swojej mocy i mądrości, chce otaczać nas opieką. Każdemu z nas przydzielił anioła, którego zadaniem jest strzec nas przez wszystkie dni naszego życia!
Dziś, niezależnie od tego, czy czujesz się silny czy potrzebujący wsparcia, wzbudź w sobie świadomość, że jesteś umiłowanym dzieckiem Boga. On pragnie, abyś szukał w Nim oparcia i błogosławieństwa. Dał ci specjalnego anioła, który cię wspiera i prowadzi!
„Panie, potrzebuję Cię. Pomóż mi pamiętać o tym, jak wielu łask pragniesz mi codziennie udzielać.”
Wj 23,20-23
Ps 91,1-6.10-11

▌Niedziela, 4 października
Iz 5,1-7
Chcę zaśpiewać memu Przyjacielowi pieśń o Jego miłości ku swojej winnicy! (Iz 5,1)
Motyw winnicy pojawia się w Piśmie Świętym bardzo często. W czterech dzisiejszych czytaniach występuje aż trzykrotnie. Zwykle, tak jak w refrenie dzisiejszego psalmu responsoryjnego, winnica interpretowana jest jako „dom Izraela”, stanowiący własność Boga.
Izajaszowa pieśń o winnicy z dzisiejszego pierwszego czytania maluje niezbyt optymistyczny obraz Izraela. Otóż słyszymy, że starannie pielęgnowana winnica wydaje tylko „cierpkie jagody”, dlatego właściciel zamierza przestać się o nią troszczyć i chce pozwolić jej popaść w ruinę. Chociaż Izajasz nie przesądza, jak Bóg postąpi wobec Izraela, jest raczej pewne, że jeśli nic się nie zmieni i lud będzie nadal trwał w grzechu, doświadczy skutków swojego odejścia od Boga.
Ale nawet ta ponura historia niesie pewną nadzieję. Nie zapominajmy, że właściciel niestrudzenie pielęgnuje swoją winnicę. On się nie poddaje! Owszem, oczekuje od swojego ludu – czyli od nas – owocu, ponieważ wie, że możemy go wydać. Kiedy zatem oddalamy się od Boga, doświadczamy tego skutków, ale Bóg nieustannie wzywa nas do powrotu i jest gotów nam pomóc, abyśmy mogli pokonywać swoje słabości i wzrastać w wierze.
A to jest powód do nadziei.
Zobaczmy, jak wiele wysiłku opisany przez Izajasza właściciel włożył w przygotowanie gleby i ochronę swojej winnicy. Zasadził ją w żyznej, oczyszczonej z kamieni ziemi. Otoczył żywopłotem i zbudował wieżę, aby czuwać, czy nie nadciąga nieprzyjaciel. Podobnie Bóg otacza nas swoją łaską i w swojej opatrzności zapewnia każdemu z nas pokarm, jakiego potrzebujemy do wzrostu.
Chrzest czyni cię własnością Boga. Sakramenty Eucharystii i pojednania odżywiają cię i odnawiają na duchu. Duch Święty żyje w tobie i jak żywa woda pomaga ci wzrastać w świętości. A twoi bracia i siostry w Panu, winorośle tej samej winnicy, wzmacniają cię i mobilizują do wzrostu.
Bóg troszczy się o ciebie jak ogrodnik o szlachetną winorośl. Łaska wzrastania w Jego miłości i wydawania owocu dla Jego królestwa jest na wyciągnięcie ręki – nie wahaj się po nią sięgnąć!
„Ojcze niebieski, pomóż mi odpowiedzieć na Twoją nieustającą łaskę i wydać owoc dla Ciebie.”
Ps 80,9,12-16.19-20
Flp 4,6-9
Mt 21,33-43

▌Niedziela, 11 października
Mt 22,1-14
Wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,14)
Czy to zdanie nie przyprawia cię o dreszcz? Może myślisz sobie: No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że jednak zostałem wybrany do nieba. A może zastanawiasz się, czy jest to sprawiedliwe: Skoro Bóg już kogoś powołuje, to dlaczego miałby go nie wybrać?
Dzisiejsza przypowieść daje odpowiedzi na niektóre z tych pytań. Słyszymy w niej o królu, który zaprosił na ucztę weselną swego syna wielu gości. Część z nich jednak zignorowała królewskie zaproszenie, inni wystąpili przeciw wysłannikom króla znieważając ich, a nawet pozbawiając życia. „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, ale zaproszeni nie byli jej godni” (Mt 22,8) – oświadcza król i wydaje polecenie sługom, aby poszli i zapraszali wszystkich, których napotkają, aby nikt nie został pominięty.
Przyjrzyjmy się, kim byli zaproszeni przez króla goście – czyli do kogo posłany został Jezus, odwieczne Słowo Boga. Najpierw do Żydów, a gdy ci odrzucili zaproszenie, kolejne zostało wystosowane do pogan (por. Dz 13,46).
Czy Bóg nie znał zamiarów tych, do których posyłał swego Syna? Z pewnością wiedział, kim są, ale nie było to dla niego ważne. Ich grzeszność nie zdyskwalifikowała ich w Jego oczach. Gdyby bowiem przyjęli zaproszenie
i przybyli na ucztę, weszliby na drogę nawrócenia i nowego życia. To samo odnosi się również do drugiej grupy, złożonej ze „złych i dobrych” (Mt 22,10). Boże zaproszenie nie było uzależnione od tego, co ktoś zrobił lub czego nie zrobił w przeszłości.
To samo odnosi się do ciebie. To, czy jesteś godny, aby uczestniczyć w Bożej uczcie, nie zależy od tego, czy zawsze postępowałeś słusznie. Stajesz się godny przyjmując zaproszenie. Każdy kolejny krok w kierunku sali, gdzie odbywa się niebiańska uczta, czyni cię coraz bardziej godnym. Jest jak kolejna nić wpleciona w szatę weselną, którą noszą wszyscy święci w niebie.
Bóg zaprasza wszystkich na ucztę. Jego światło pada na złych i dobrych, na „sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,45). On teraz i zawsze wzywa nas, przynagla, wręcz błaga, abyśmy do Niego przyszli. Każdy z nas jest zaproszony. Obyśmy wszyscy przyjęli to zaproszenie, a przez to zostali zaliczeni do grona „wybranych” (Mt 22,14).
„Dziękuję Ci, Jezu, że zapraszasz mnie na ucztę. Pomóż mi dziś wybierać Ciebie i Twoje drogi.”
Iz 25,6-10a
Ps 23,1-6
Flp 4,12-14.19-20

▌Niedziela, 18 października
Mt 22,15-21
Czemu wystawiacie Mnie na próbę, obłudnicy? (Mt 22,18)
Faryzeusze i zwolennicy Heroda, doznawszy już niejednej porażki w dyskusji z Jezusem, sądzili, że tym razem na pewno pochwycą Go na słowie, tym bardziej że na postawione przez nich pytanie nie było, jak mniemali, dobrej odpowiedzi. Jeśli bowiem Jezus powie, że należy płacić podatek cezarowi, lud obróci się przeciwko Niemu, ponieważ wszyscy nienawidzą tego podatku. Jeśli powie, że nie należy tego robić, wejdzie w konflikt z władzami rzymskimi. Aby ich intencje przedstawiały się szczerze i wiarygodnie, dialog z Jezusem rozpoczęli od pochlebstwa. On jednak przejrzał ich plan i wytknął im obłudę.
Hipokryzja zawsze budziła gniew Jezusa. W serii kolejnych „biada” nazwał obłudnikami atakujących go uczonych w Piśmie i faryzeuszy, wykazując, że sami nie przestrzegają zasad, których nauczają (Mt 23,13-29). A w kazaniu na górze ostrzega, by nie modlić się ani nie pościć jak obłudnicy, którym zależy głównie na tym, by dobrze wypaść przed innymi (Mt 6,5-17).
Słowo „hipokryzja” pochodzi od greckiego hypokrisis, które oznacza udawanie i grę na scenie. Obłudne za-
chowanie to takie, kiedy udajemy przed innymi mówiąc jedno, a czyniąc co innego.
Kiedy widzimy, że nasze czyny zaprzeczają słowom, to najwyższy czas zapytać samych siebie, czy naprawdę wierzymy w to, co wyznajemy ustami. Wszyscy mamy pewną skłonność do obłudy, staramy się pokazać z najlepszej strony i zrobić dobre wrażenie. Jest to jeden z nieszczęśliwych skutków skażenia naszej ludzkiej natury. Na przy-
kład wygłaszamy dzieciom całą pogadankę na temat szkód wynikających ze zbyt długiego przesiadywania
przed komputerem, a następnie sami godzinami oglądamy telewizję. Albo
w pracy twierdzimy, że świetnie potrafimy tworzyć zespół, po czym niszczymy jedność poprzez ostrą krytykę któregoś z kolegów.
Badanie własnego sumienia i szukanie, gdzie nasze czyny rozchodzą się z tym, w co wierzymy, może być bolesnym procesem. Jednak Bóg, który rozumie nasze zmagania, pomoże nam się z tym zmierzyć. A co najlepsze, im bardziej autentycznie będziemy żyć wiarą, tym skuteczniejsze będzie nasze świadectwo o Jezusie – i o królestwie, jakie przyszedł zapoczątkować.
„Jezu, pomóż mi żyć zgodnie z tym, co wyznaję ustami.”
Iz 45,1.4-6
Ps 96,1.3-5.7-10
1 Tes 1,1-5b

▌Niedziela, 25 października
Mt 22,34-40
Będziesz miłował Pana Boga (…). Będziesz miłował swego bliźniego.
(Mt 22,37.39)
Jezus miał ciężki dzień. Od rana kolejne grupy przywódców religijnych Jerozolimy zadręczały go wydumanymi problemami i pytaniami, mającymi na celu pochwycenie Go na bluźnierstwie. Najpierw pojawili się arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi ludu, następnie faryzeusze, po nich saduceusze i jeszcze kolejna grupa faryzeuszy.
A przecież przez cały ten czas Jezus był otoczony tłumem ludzi, także „niewidomych i chromych”, którzy się przy Nim gromadzili (Mt 21,14).
Czy widzisz paradoksalność tej sytuacji? Parada mniej lub bardziej dostojnych dygnitarzy usilnie zajmuje się tym, żeby skompromitować Jezusa, zamiast pomóc Mu zatroszczyć się o otaczający Go lud. Ich postępowanie dowodzi, że nie mają pojęcia, co to znaczy kochać Boga (Jezusa) oraz swego bliźniego (lud). Aż dziw bierze, że Jezus czekał tak długo, by wytknąć im hipokryzję!
Oczywiście nie znaczy to, że mamy od razu uznać ich za ludzi z gruntu złych czy zagubionych. Wszyscy możemy znaleźć w swoim życiu sytuacje, kiedy zignorowaliśmy oczywiste okazje do świadczenia miłości.
Dlaczego tak jest? Częściowo może wynikać to ze zbyt wąskiego rozumienia Jezusowego przykazania miłości. Może miłowanie Boga kojarzy nam się wyłącznie z uczestnictwem w niedzielnej Mszy i codzienną modlitwą, czyli konkretnymi czynnościami ograniczonymi w czasie i niezbyt wymagającymi. Z kolei gdy idzie o miłość bliźniego, możemy wpaść w pułapkę samodzielnego decydowania o tym, kto jest, a kto nie jest naszym bliźnim. I tak, mój mąż jest moim bliźnim, ale ten marudny kolega z pracy, który stale robi mi na złość, już nim nie jest. Moja siostra, owszem, jest moim bliźnim, ale teściowa, wciąż udzielająca nam dobrych rad, o które nikt jej nie prosi, już niekoniecznie.
Jezus przyszedł obnażyć grzech i obojętność, które leżą u podstaw naszych niepowodzeń w miłości. Ale na tym się nie zatrzymał. Przezwyciężył je w jedyny możliwy sposób – oddając za nas z miłości samego siebie. Obyśmy idąc za Jego przykładem także oddawali samych siebie w miłości.
„Jezu, naucz mnie kochać wszystkich moich bliźnich.”
Wj 22,20-26
Ps 18,2-4.47.51
1 Tes 1,5c-10

ARTYKUŁ

Z nich zaś
największa jest miłość
Miłość
owocem
Ducha Świętego
Większość z nas zgodzi się, że w dzisiejszym świecie podziały i niezgoda są o wiele bardziej widoczne niż jedność i wspólne wartości. Istnieje tak wiele różnych poglądów, a wszystkie mają zagorzałych zwolenników. Co więcej, podziały i niezgoda prowadzą w prostej linii do wrogości i pogardy. Czasami trudno jest nawet prowadzić zwyczajną, uprzejmą rozmowę!
Patrząc z nostalgią wstecz możemy pomyśleć: Gdybyśmy mogli żyć ze sobą tak, jak pierwsi chrześcijanie! Wszyscy byli zjednoczeni miłością Chrystusa
i tak bardzo troszczyli się o siebie nawzajem. Jednak w rzeczywistości ówczesne podziały były równie ostre i bolesne jak dzisiejsze.

Korynt – podzielony
Kościół
Podobnie jak Galaci, o których była mowa w poprzednim artykule, chrześcijanie z Koryntu również cierpieli z powodu podziałów i wrogości. Korynt był gęsto zaludnionym, wielokulturowym miastem portowym w środkowej Grecji, którego mieszkańcy pochodzili z bardzo różnych środowisk i słynęli ze swobodnych obyczajów. W dodatku jako stolica rzymskiej prowincji Achai, Korynt uchodził za swoiste kosmopolityczne centrum rozrywki dla rzymskich elit. Łatwo więc przewidzieć, że w tym tyglu kultur i ludów różnice pomiędzy członkami Kościoła mogły przeistoczyć się w poważne spory prowadzące do rozłamów.
I tak dokładnie się stało. Ci, którzy mówili językami i prorokowali, patrzyli z góry na tych, którzy nie posiadali tych darów, a uchodzący za prawych i bardziej zaangażowanych lekceważyli mniej wtajemniczonych. Celebracje Eucharystii, które w tych czasach wiązały się z posiłkiem, również stały się przyczyną napięć. Ich uczestnicy „wcześniej zabierali się do własnego jedzenia”, ponieważ zamożniejsi członkowie wspólnoty nie chcieli się dzielić posiłkiem z uboższymi braćmi i siostrami i zdarzało się, że „jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy” (1 Kor 11,21). Wśród wierzących pojawiły się spory dotyczące rozpusty i reakcji na kazirodczy związek dwóch członków Kościoła (1 Kor 5,1-5). Niektórzy pozywali nawet swoich współbraci przed sądy świeckie, zamiast próbować rozstrzygnąć we wspólnocie dzielące ich nieporozumienia (1 Kor 6, 1-11).
Paweł porusza takie i inne konkretne sprawy w swoim liście, wciąż ponawiając apel o to, co najistotniejsze przy rozwiązywaniu problemów – aby wierzący pokonywali dzielące ich różnice jako bracia i siostry w Chrystusie.

Fundamentem jest miłość
Paweł zdawał sobie sprawę, że dobre rady – choć ważne – same nie wystarczą. Ludzie potrzebowali duchowego prowadzenia, aby ich jedność opierała się na mocnym fundamencie. Przede wszystkim więc uświadamiał im, że sam Bóg pragnie przychodzić im z pomocą, aby żyli razem w sposób godny rodziny Chrystusa. W tym celu skupił się na pierwszym i najważniejszym owocu Ducha Świętego, jedynej sile, która jest w stanie uleczyć wszystkie podziały – na miłości. Przypominał im, że „Miłość nigdy nie ustaje” (1 Kor 13,8). I nie chodzi tu o jakąkolwiek miłość. Paweł wzywał do radykalnej, zaangażowanej miłości, którą może dać jedynie Duch Święty.
Miłość, o której nauczał Paweł w każdej wspólnocie chrześcijańskiej, nie może ograniczać się do sentymentalnych uczuć. Z pewnością zgodziłaby się tu z nim większość rodziców, którzy wiedzą, że miarą ich miłości do dzieci jest stałe zaangażowanie, a nie przelotne emocje. Nawet gdy czują się rozdrażnieni czy zirytowani kolejnym napadem złości swego malucha albo trudną rozmową z dorosłym dzieckiem, ich miłość trwa nadal i pozostaje mocna. Jest to miłość, która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,7). Owoc Ducha, jakim jest miłość, wyraża się w czynach, a nie jedynie w słowach.
Jak więc ta miłość, o której mówi Paweł, działa w naszym życiu? Co ciekawe, zawiera ona w sobie także inne owoce Ducha Świętego. W przepięknym, dobrze znanym nam wszystkim Hymnie o miłości (1 Kor 13) Paweł wymienia jej cechy: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest (…); nie cieszy się
z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą”. Nie obraża innych ordynarnym słowem. „Nie szuka swego”, zapominając o innych. „Nie unosi się gniewem”, ani nie rozpamiętuje doznanych krzywd. Jak widzimy, miłość jest nieustannym wyborem, stawianiem potrzeb innych przed swoimi własnymi, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy na to ochoty lub gdy czujemy, że ta druga osoba nas rani.
Paweł uważał, że jeśli uczniowie z Koryntu zaczną zabiegać o tego rodzaju miłość zamiast skupiać się na swoich kontrowersjach i podziałach, odnajdą drogę do jedności i pokoju.

Miłość jest służbą
Rozumiał również, że kluczem do trwałego zjednoczenia w miłości jest służba i oddanie siebie. Pragnął, by wszyscy korynccy chrześcijanie służyli sobie nawzajem w ofiarny i konstruktywny sposób. „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania” – pisał – „ale jeden Pan” (1 Kor 12,4-5). Chciał, by Koryntianie naśladowali Jezusa, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć” (Mk 10,45).
Doświadczenie mówi nam, że kiedy przekraczamy siebie, aby zatroszczyć się o innych, nasze serca miękną. A jest to dwakroć prawdziwe, gdy zostawiamy swoje sprawy, by uczynić coś dla osoby, z którą się nie zgadzamy. Podobnie jak mąż, który codziennie, w sposób bardzo konkretny wydaje swoje życie za żonę, a ona za niego, tak bracia i siostry w Chrystusie powinni być gotowi poświęcić swój czas i energię, aby pomóc drugiemu. Pycha, samowola czy upór, które kryją się jeszcze w naszych sercach, ustępują wówczas miejsca współczuciu, miłości chrześcijańskiej i otwarciu na innych.
Gdybyśmy wszyscy zaczęli uczyć się miłości poprzez służenie sobie nawzajem, zaobserwowalibyśmy szybko, jak zanikają podziały w naszych rodzinach, parafiach i społecznościach. Wiele zadawnionych urazów zostałoby uleczonych przez przebaczenie. W miejsce krytykanctwa i wrogości pojawiłaby się wyrozumiałość i pokój.
Starajmy się więc zabiegać o dobro tych, których Bóg postawił obok nas, tych, których mamy wokół siebie, a zwłaszcza naszych najbliższych oraz naszej wspólnoty czy rodziny parafialnej. Rezygnujmy z własnej wygody, aby czynić im dobro. Troszczmy się też o tych, którzy różnią się od nas lub których trudno nam zaakceptować. Bądźmy praktyczni, uczynni, pokorni. Tam, gdzie panuje niezgoda, starajmy się zasiewać ziarna pokoju. I nie bądźmy zaskoczeni, gdy okaże się, że mamy w sobie o wiele więcej miłości niż wcześniej!

Jezus – największy
znak miłości
Paweł pisał do Koryntian, że miłość jest największym spośród wszystkich darów udzielonych nam przez Boga (1 Kor 13,13), a jej najwyższym i ostatecznym przejawem jest sam Jezus. I tę myśl spotykamy w każdym jego liście.
W każdym dniu swego ziemskiego życia Jezus ukazywał tę miłość przez swoje słowa i czyny – uzdrawiając chorych, przebaczając grzesznikom, głosząc obietnicę nieba. Z pewnością bywały dni, kiedy czuł się wyczerpany, kiedy irytowała Go słaba wiara uczniów, lecz nie przestawał ich nauczać. A kiedy nadszedł czas, dał największy z możliwych dowodów miłości – dobrowolnie poszedł na krzyż.
Jezus ukazywał na wszystkie możliwe sposoby, że miłość chrześcijańska wyraża się w konkretnej, codziennej służbie. Na przykład może nam się wydawać, że umycie nóg Apostołom było ze strony Jezusa pięknym, wzruszającym gestem. Ale mycie nóg komuś uważano za poniżające zajęcie, które pozostawiano niewolnikom. A po oddaniu uczniom tej posługi, Jezus powiedział: „Jeżeli więc Ja, Pan
i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi” (J 13,14). Dał tym jasno do zrozumienia, że miłość chrześcijańska nie cofa się przed brudnymi, poniżającymi zajęciami, ale mimo to jest największym powołaniem, jakie można otrzymać.

Miłość owocem Ducha
Paweł wyjaśnił, że miłość, do jakiej wzywa Koryntian, jest doskonałą, nieskończoną miłością Bożą. Ukazał, że miłowanie naszych braci i sióstr
w Chrystusie, jest sprawą nie tylko naszej własnej decyzji oraz ludzkich starań, ale wynika z miłości Bożej, która „rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5). Św. Jan zaś napisał: „My miłujemy Boga, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował” (1 J 4,19).
Im bardziej będziemy otwarci na Ducha Świętego każdego dnia, z tym większą łatwością i prostotą będziemy potrafili służyć sobie nawzajem, przebaczać tym, którzy nas krzywdzą, oraz odnosić się do wszystkich z łagodnością i dobrocią – niezależnie od tego, jak oni nas traktują. Nie zawsze będzie to łatwe i nie rozwiąże wszystkich problemów, ufajmy jednak, że Duch Święty jest blisko nas, że nas umacnia i daje łaskę wytrwania. ▐

 

Nagroda dla prenumeratorów!
Każdy, kto do końca bieżącego roku kalendarzowego, tj. 31 grudnia 2020 r.,
opłaci prenumeratę „Słowa wśród nas” na rok
i prześle do 31 stycznia 2021 r. kopię potwierdzenia wpłaty,

weźmie udział w losowaniu:
● jednego z dwóch dwuosobowych

zaproszeń do Zakopanego


Organizatorem tygodniowego pobytu jest
OŚRODEK WYPOCZYNKOWO-TURYSTYCZNY
pw. Miłosierdzia Bożego na Cyrhli w Zakopanem
www.zakopane-cyrhla.pl


Przypominamy, że prenumerata jest zwolniona z kosztów przesyłki,
a opłacając ją na rok (12 numerów), płacą Państwo tylko za 11 numerów
„Słowa wśród nas” – numer 12.
jest GRATIS!

 

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 10 (326) 2020



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO PAŹDZIERNIKOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Październikowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Największa jest miłość”. Tak głosił św. Paweł wspólnotom, które założył podczas swoich podróży misyjnych. W artykułach początkowych analizujemy jego przesłanie zawarte w trzech listach, które napisał, będąc uwięziony w Rzymie, przepełniony troską o tych, których doprowadził do Chrystusa. Przypominał im, że rozwiązaniem ich trudności jest otwarcie się na Ducha Świętego i Jego dary – jedność, pokój, a przede wszystkim miłość. To jego przesłanie pozostaje aktualne także dziś. 

W Magazynie proponujemy artykuł o s. Ignacji Gavin, anonimowym „aniele” Anonimowych Alkoholików oraz świadectwo inżyniera o tym, jak szuka pomocy Boga także w pracy zawodowej. Informujemy również o nagrodach dla prenumeratorów.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę. W ramach Naszych lektur polecamy książkę „Franciszek z Asyżu, prorok ekstremalny” autorstwa Suzanne Giuseppi Testut.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 20,10 zł
6 miesięcy – cena 40,20 zł
12 miesięcy – cena 73,70 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Jesteście teraz braćmi i siostrami!
Jak wiara w Chrystusa przemienia nasze relacje......... 4

Pokój mój daję wam
Trwanie w pokoju Chrystusa..................................... 10

Z nich zaś największa jest miłość
Miłość owocem Ducha Świętego.................................16

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

Od 1 do 31 października.....................................22

MAGAZYN

Anonimowy „anioł” Anonimowych Alkoholików
Historia s. Ignacji Gavin – Anne M. Costa.....................................51

Bóg, największy z inżynierów
Dzięki Niemu wykonałem swoje zadanie
Gabriel Harkay.....................................57

Konkurs dla prenumeratorów................................ 60

Nasze lektury............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

MAGAZYN

Anonimowy „anioł” Anonimowych Alkoholików
Historia s. Ignacji Gavin
10 czerwca 1935 roku w Akron, w stanie Ohio, dwóch mężczyzn usiadło naprzeciw siebie przy stole. Bill Wilson, uważający się za „beznadziejnego alkoholika”, oraz dr Bob Smith, chirurg, który nie był w stanie przeprowadzić operacji bez drinka, rozpaczliwie próbowali odwieść się nawzajem od kolejnego kieliszka. Spotkanie to uważa się dziś za pierwszy mityng Anonimowych Alkoholików.
W tym czasie alkoholików uznawano w najlepszym razie za słabych moralnie, a w najgorszym za upośledzonych, zdeprawowanych, a nawet nienormalnych. Byli oni odrzucani przez społeczeństwo, zawstydzani i piętnowani, rutynowo zamykani w więzieniach lub wysyłani do zakładów psychiatrycznych. Dziś jednak dzięki działalności AA nałóg alkoholizmu uważany jest za poważną chorobę, wymagającą leczenia i zasługującą na współczucie.
Setki tysięcy ludzi zawdzięczają życie ruchowi Anonimowych Alkoholików (AA) oraz zapoczątkowanemu przez niego programowi Dwunastu Kroków. Mężczyźni i kobiety zmagający się z nałogiem dzień po dniu rozmawiają szczerze z innymi osobami toczącymi tę samą walkę. Walczą wspólnie o odzyskanie własnego życia i równowagi psychicznej. W jaki sposób? Poprzez wzięcie odpowiedzialności za siebie, poddanie się programowi, współpracę z innymi i rozwój duchowy.
Wielu słyszało o tym pierwszym historycznym spotkaniu Billa Wilsona i Boba Smitha, natomiast stosunkowo mało znana jest przyjaciółka dr. Boba, s. Maria Ignacja Gavin – drobnej postury, ale pełna determinacji siostra zakonna, która odegrała kluczową rolę w niwelowaniu wstydu i poczucia beznadziei towarzyszących większości alkoholików ze względu na społeczne napiętnowanie ich choroby.

Od dotknięcia dna
do nowego początku
Della Mary Gavin urodziła się w 1889 roku w County Mayo w Irlandii, a w wieku lat siedmiu przeniosła się wraz z rodziną do Ameryki, do Cleveland w stanie Ohio. Mając talent muzyczny, już jako młoda dziewczyna pomagała w utrzymaniu rodziny nauczając gry na pianinie.
Della otrzymała katolickie wykształcenie, a mocno biorąc sobie do serca otrzymane nauki, odczytała w sobie powołanie do życia zakonnego. Matka jednak postawiła weto, któremu Della się podporządkowała – przez krótki czas była nawet zaręczona. Jednak
w roku 1914, w wieku dwudziestu pięciu lat, Della wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia św. Augustyna, przyjmując imię zakonne Ignacja na cześć św. Ignacego Loyoli. Gdy popatrzymy na jej życie, widać, że ten wybór okazał się doskonały. Wszak św. Ignacy był założycielem zakonu jezuitów oraz twórcą nowatorskiego programu duchowej odnowy, czyli Ćwiczeń Duchownych.
Po wstąpieniu do zakonu s. Ignacja w dalszym ciągu nauczała muzyki, została też odpowiedzialną za muzykę w swojej wspólnocie. Miała skłonności do perfekcjonizmu i swojej pracy oddawała się tak całkowicie, że żyła w stanie permanentnego napięcia i maksymalnego wysiłku. W rezultacie zaczęła cierpieć na wrzody żołądka oraz doznała – jak określiła to sama – załamania nerwowego.
Ze względu na fizyczne i psychiczne wyczerpanie organizmu spowodowane pracą lekarz zalecił jej rezygnację z dalszego nauczania muzyki – czyli tego, co stanowiło pasję jej życia. Chociaż nigdy nie nadużywała żadnych substancji odurzających, przeżyła wówczas swoje osobiste „dotknięcie dna”. I jak często bywa, Bóg posłużył się tym trudnym doświadczeniem, aby wskazać jej nowe powołanie.
Podczas długiej rekonwalescencji s. Ignacją zajmował się oddany lekarz, który zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy wyleczenie jej tylko z dolegliwości fizycznych. Nie oceniał jej ani nie uznał jej wyczerpania emocjonalnego za oznakę słabości, lecz raczej za szansę nauczenia się zdrowszego trybu życia. Zachęcił ją więc do zastanowienia się nad przyczynami leżącymi u podstaw jej załamania. S. Ignacja posłusznie przemyślała na nowo swoje nawyki i zasady postępowania i zaczęła dokonywać zmian niezbędnych do odzyskania całkowitego zdrowia psychicznego, fizycznego i duchowego.

Wiara i współczucie
Z tymi przemyśleniami oraz pogłębioną empatią s. Ignacja gorliwie oddała się swojemu nowemu zajęciu, jakim było kierowanie izbą przyjęć Szpitala św. Tomasza w Akron. Praca ta, która w założeniu miała być dla niej mniej obciążająca, pozwoliła jej odkryć nową pasję – troskę o alkoholików.
Znając jej reputację współczującej i oddanej siostry, dr Bob Smith, jeden z lekarzy Szpitala św. Tomasza, zwrócił się do niej z prośbą o pomoc w leczeniu pacjentów z nałogiem alkoholowym. Odkrył w niej pokrewną duszę, cechującą się empatią, ale także dostatecznie mocnym charakterem, by pomagać alkoholikom w trzeźwieniu poprzez nowo opracowany program Dwunastu Kroków. Widząc potrzebę zapewnienia alkoholikom zarówno prowadzenia duchowego, jak i pomocy medycznej, s. Ignacja przystała na tę propozycję.
W tym czasie szpital odmawiał przyjmowania alkoholików, więc s. Ignacja i dr Bob uknuli plan przemycenia jednego z nich do szpitala pod pretekstem ostrego nieżytu żołądka. Wiedzieli, że muszą zapewnić mu oddzielny pokój, gdzie nikt nie wykryje, że jest pod wpływem alkoholu, ponieważ jednak nie dysponowali wolną separatką, s. Ignacja umieściła go w szpitalnej „kwiaciarni”. Było to pomieszczenie, gdzie przechowywano kompozycje kwiatowe przed dostarczeniem ich adresatom, ale które również służyło niekiedy jako przechowalnia dla ciał zmarłych przed przewiezieniem do kostnicy!
Po tej brawurowej, tajnej akcji Szpital św. Tomasza stał się pierwszą instytucją na świecie, gdzie zaczęto leczyć alkoholizm jako przypadłość medyczną. Po pewnym czasie dr Bob i s. Ignacja przyznali się do swych poczynań i zdołali zjednać sobie administratora szpitala, który utworzył pierwszy na świecie oddział szpitalny dla alkoholików. Niedługo potem s. Ignacja wymogła przyjęcie na ten oddział, pierwotnie przeznaczony dla białych, pierwszego Afroamerykanina. Tak powstał pierwszy międzyrasowy program terapeutyczny.
Szacuje się, że w Szpitalu św. Tomasza udzielono pomocy medycznej ponad 4600 alkoholikom, a w ciągu swojego życia s. Ignacja otoczyła opieką blisko 15000 osób.

Anioł nadziei
Siostra Ignacja przede wszystkim pragnęła uszanować godność osób zmagających się z nałogiem. Wbrew powszechnym poglądom oraz zewnętrznym pozorom nie uważała ich za przypadki beznadziejne. „Alkoholik zasługuje na współczucie. Aby dać alkoholikowi czy alkoholiczce szansę przyjęcia nowej filozofii życiowej, potrzeba chrześcijańskiego miłosierdzia i rozumnej troski” – powiedziała kiedyś.
Przy całym swoim współczuciu była stanowcza i bezpośrednia. Często cytowano jej słowa: „Zginaj kolana, a nie łokieć”, świadczące o tym, że fundamentem wszystkiego, co czyniła, była modlitwa.
Z czasem stało się rzeczą zwyczajną, że w ciągu nocy s. Ignację budził dzwonek telefonu czy stukanie do drzwi. Byli to borykający się z nałogiem ludzie, którzy po prostu potraktowali poważnie instrukcje, jakie wydawała każdemu, kogo wypuszczała spod swojej opieki. Wypisując pacjenta ze szpitala dawała mu obrazek z Najświętszym Sercem Jezusa i kazała przyrzec, że zwróci go jej przed wypiciem kolejnego drinka. Ta genialna „recepta” dała początek istniejącej po dziś dzień praktyce AA, jaką jest wręczanie symbolicznych prezentów członkom na znak przekroczenia kolejnego etapu na drodze do trzeźwości.
Po śmierci dr. Boba w 1952 roku s. Ignacji powierzono zorganizowanie i otwarcie oddziału dla alkoholików w Szpitalu św. Wincentego w Cleveland, w stanie Ohio. Nadzorując projektowanie oddziału, który nazwała Solarium Różańcowym, domagała się utworzenia tam kawiarenki. Kiedy jeden z administratorów szpitala odmówił, siostra uparła się przy swoim. Na propozycję zastąpienia kawiarenki zwyczajnym stołem odpowiedziała: „Jeśli nie ma pan zamiaru stworzyć takich warunków jak należy, to zapomnijmy o całej sprawie”. W końcu postawiła na swoim, a stały zapach świeżo zaparzonej kawy na wszystkich spotkaniach Dwunastu Kroków ma swój początek w twardych negocjacjach s. Ignacji.
Jej dbałość o każdy szczegół, jak również troskę o każdego alkoholika z osobna w jego specyficznej sytuacji, jeden z pacjentów podsumował słowami: „Uratowała mi życie. Dzięki niej odnalazłem Boga i trzeźwość. Kochała mnie, gdy nie było we mnie nic wartego kochania. Była aniołem AA”.

Spuścizna s. Ignacji dzisiaj
Podczas swojej pracy w szpitalu
s. Ignacja wysłuchała tysięcy opowieści o walce z nałogiem. Powiedziała kiedyś: „Ile razy widziałam kogoś pod wpływem alkoholu, cierpiało moje serce”. Bezgraniczna empatia kazała jej również – jako jednej z pierwszych – zająć się rodzinami alkoholików. Zdając sobie sprawę, że skutki nałogu dotykają całe rodziny, czuła, jak ważne jest ich wspieranie i zachęcanie, by dali jej pacjentowi jeszcze jedną szansę. Jej wpływ i przykład przyczyniły się do opracowania pierwszego programu Al-Anon dla rodzin osób uzależnionych.
Fakt, że s. Ignacja jest mniej znana niż dwaj założyciele AA, nie jest przypadkiem. W duchu pokory oraz szacunku dla idei anonimowości poprosiła, aby jej imienia nie umieszczano na tablicy upamiętniającej jej wkład w dzieło AA, przypisując wszystkie zasługi Bogu i siostrom ze swojej wspólnoty. Mimo tego, kiedy 1 kwietnia 1966 roku w wieku 77 lat umarła, na jej pogrzebie pojawiło się prawie trzy tysiące ludzi. Podczas nabożeństwa współzałożyciel AA, Bill Wilson, nazwał s. Ignację „najlepszą przyjaciółką oraz osobą największego ducha, jaką kiedykolwiek znaliśmy”.
Bóg miał szczególny plan wobec s. Ignacji. Jej wiara, empatia i siła przyniosły nadzieję tysiącom ludzi, którzy dzięki programowi AA zaczęli na nowo żyć w trzeźwości, a dzieło, w które wniosła tak wielki wkład, nie przestaje zmieniać życia wielu osób uzależnionych. ▐

MEDYTACJE

▌Czwartek, 1 października
Hi 19,21-27
To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny. (Hi 19,27)
Czy Bóg pokarał Hioba za grzechy? Tego zdania byli jego przyjaciele.
Z jakiego innego powodu – rozumowali – mogłyby go spotkać te wszystkie nieszczęścia?
Jednak Hiob wiedział, że jest niewinny. Jeśli nawet Bóg dopuścił jego cierpienie, Hiob nie zgadzał się z tym, że stało się tak z powodu jego grzechów. Wierzył, że przyjdzie dzień, kiedy zostanie oczyszczony z tych zarzutów i ujrzy Boga na własne oczy (Hi 19,25-27).
Kiedy przydarza się nam coś złego, jak klęska żywiołowa czy ostatnio pandemia koronawirusa, czasami przychodzi pokusa, by interpretować to jako karę Bożą. Pokusa ta bywa silna zwłaszcza wtedy, gdy przeżywamy jakąś tragedię osobistą, jak strata dziecka, wyniszczająca choroba czy groźny wypadek.
Przyczyną identyfikowania cierpienia z karą Bożą jest wypaczony obraz Boga, a im bardziej ulegamy pokusie takiej interpretacji wydarzeń, tym bardziej utrwalamy w sobie ten fałszywy Jego obraz. Zaczynamy widzieć w Bogu rozgniewanego i mściwego bożka, a nie współczującego i miłosiernego Ojca, jakiego objawił nam Jezus. Stąd zaledwie krok do życia w nieustannym lęku, że każdy nasz grzech czy potknięcie pociągnie za sobą kolejne nieszczęścia. Ale oczywiście Bóg nie jest taki. On jest dobry i pragnie naszego dobra.
Co więc mamy myśleć, gdy przychodzą na nas klęski? Po pierwsze pamiętajmy, że to, co odbieramy jako karę Bożą, może być po prostu naturalną konsekwencją naszego błędu lub grzechu. Na przykład, uporczywie odmawiając komuś przebaczenia, stajemy się bezwzględni i rozgoryczeni. Gdy się przejadamy, możemy przypłacić to poważną chorobą. Bóg dopuszcza takie cierpienie, ale nie znaczy to, że je na nas zsyła.
Po drugie, nie zapominajmy, że żyjemy w świecie skażonym grzechem. Choroby, śmierć, czy klęski żywiołowe nie należały do pierwotnego planu Boga wobec nas, lecz weszły na świat z powodu grzechu. Pewnego dnia, kiedy Chrystus przyjdzie powtórnie, Bóg będzie „wszystkim we wszystkich”
(1 Kor 15,28). I jakże wspaniały będzie to dzień! Nie będzie już cierpienia ani łez. Wraz z Hiobem zobaczymy na własne oczy Boga – oraz doskonałe piękno Jego stworzenia.
„Ojcze, wychwalam Cię za Twoje miłosierdzie i wierność.”
Ps 27,7-9.13-14
Łk 10,1-12

▌Piątek, 2 października
Świętych Aniołów Stróżów
Mt 18,1-5.10
Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego.
(Mt 18,10)
Jezus zawsze miał słabość do dzieci – a i one także Go kochały. Podczas gdy uczniowie sądzili, że jest zbyt zmęczony, aby zawracać sobie głowę grupą dzieciaków, Jezus przywołał je do siebie (Mt 19,14). Innym razem postawił dziecko za wzór dorosłym mówiąc: „Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim” (Mt 18,4). Tym, co pociągało Go w dzieciach, nie była ich niedojrzałość, ale pokorna zależność.
Czy jednak osiągając wiek dorosły nie powinniśmy stawać się coraz bardziej niezależni? Oczywiście, że tak! Ale w każdym wieku mamy być zależni od Boga tak, jak dziecko jest zależne od swoich rodziców. Tak na-
prawdę od Boga jesteśmy zależni w każdym momencie życia, każdy nasz oddech od Niego pochodzi. Dlatego też Bóg daje nam Aniołów Stróżów, którzy przypominają nam o naszej zależności od Niego.
Czasami, kiedy wszystko układa się pomyślnie, mamy poczucie, że Bóg nie jest nam aż tak bardzo potrzebny. Kiedy cieszymy się dobrym zdrowiem i szczęściem rodzinnym, a nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone, zdarza nam się popadać w samozadowolenie i w konsekwencji nie poświęcać Bogu zbyt wiele uwagi. Często im więcej łask otrzymujemy, tym bardziej zapominamy o tym, jak bardzo potrzebujemy Boga. Nawet jeśli sytuacja się zmienia, naszą pierwszą reakcją jest szukanie wyjścia wyłącznie o własnych siłach.
A przecież Bóg ma nam jeszcze tyle do ofiarowania! Kiedy zapominamy powierzać Mu nasze potrzeby, jesteśmy jak ludzie zadowalający się marną dietą, podczas gdy czeka na nich wspaniała uczta. Bóg codziennie chce udzielać nam swojej łaski, swojej mocy i mądrości, chce otaczać nas opieką. Każdemu z nas przydzielił anioła, którego zadaniem jest strzec nas przez wszystkie dni naszego życia!
Dziś, niezależnie od tego, czy czujesz się silny czy potrzebujący wsparcia, wzbudź w sobie świadomość, że jesteś umiłowanym dzieckiem Boga. On pragnie, abyś szukał w Nim oparcia i błogosławieństwa. Dał ci specjalnego anioła, który cię wspiera i prowadzi!
„Panie, potrzebuję Cię. Pomóż mi pamiętać o tym, jak wielu łask pragniesz mi codziennie udzielać.”
Wj 23,20-23
Ps 91,1-6.10-11

▌Niedziela, 4 października
Iz 5,1-7
Chcę zaśpiewać memu Przyjacielowi pieśń o Jego miłości ku swojej winnicy! (Iz 5,1)
Motyw winnicy pojawia się w Piśmie Świętym bardzo często. W czterech dzisiejszych czytaniach występuje aż trzykrotnie. Zwykle, tak jak w refrenie dzisiejszego psalmu responsoryjnego, winnica interpretowana jest jako „dom Izraela”, stanowiący własność Boga.
Izajaszowa pieśń o winnicy z dzisiejszego pierwszego czytania maluje niezbyt optymistyczny obraz Izraela. Otóż słyszymy, że starannie pielęgnowana winnica wydaje tylko „cierpkie jagody”, dlatego właściciel zamierza przestać się o nią troszczyć i chce pozwolić jej popaść w ruinę. Chociaż Izajasz nie przesądza, jak Bóg postąpi wobec Izraela, jest raczej pewne, że jeśli nic się nie zmieni i lud będzie nadal trwał w grzechu, doświadczy skutków swojego odejścia od Boga.
Ale nawet ta ponura historia niesie pewną nadzieję. Nie zapominajmy, że właściciel niestrudzenie pielęgnuje swoją winnicę. On się nie poddaje! Owszem, oczekuje od swojego ludu – czyli od nas – owocu, ponieważ wie, że możemy go wydać. Kiedy zatem oddalamy się od Boga, doświadczamy tego skutków, ale Bóg nieustannie wzywa nas do powrotu i jest gotów nam pomóc, abyśmy mogli pokonywać swoje słabości i wzrastać w wierze.
A to jest powód do nadziei.
Zobaczmy, jak wiele wysiłku opisany przez Izajasza właściciel włożył w przygotowanie gleby i ochronę swojej winnicy. Zasadził ją w żyznej, oczyszczonej z kamieni ziemi. Otoczył żywopłotem i zbudował wieżę, aby czuwać, czy nie nadciąga nieprzyjaciel. Podobnie Bóg otacza nas swoją łaską i w swojej opatrzności zapewnia każdemu z nas pokarm, jakiego potrzebujemy do wzrostu.
Chrzest czyni cię własnością Boga. Sakramenty Eucharystii i pojednania odżywiają cię i odnawiają na duchu. Duch Święty żyje w tobie i jak żywa woda pomaga ci wzrastać w świętości. A twoi bracia i siostry w Panu, winorośle tej samej winnicy, wzmacniają cię i mobilizują do wzrostu.
Bóg troszczy się o ciebie jak ogrodnik o szlachetną winorośl. Łaska wzrastania w Jego miłości i wydawania owocu dla Jego królestwa jest na wyciągnięcie ręki – nie wahaj się po nią sięgnąć!
„Ojcze niebieski, pomóż mi odpowiedzieć na Twoją nieustającą łaskę i wydać owoc dla Ciebie.”
Ps 80,9,12-16.19-20
Flp 4,6-9
Mt 21,33-43

▌Niedziela, 11 października
Mt 22,1-14
Wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,14)
Czy to zdanie nie przyprawia cię o dreszcz? Może myślisz sobie: No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że jednak zostałem wybrany do nieba. A może zastanawiasz się, czy jest to sprawiedliwe: Skoro Bóg już kogoś powołuje, to dlaczego miałby go nie wybrać?
Dzisiejsza przypowieść daje odpowiedzi na niektóre z tych pytań. Słyszymy w niej o królu, który zaprosił na ucztę weselną swego syna wielu gości. Część z nich jednak zignorowała królewskie zaproszenie, inni wystąpili przeciw wysłannikom króla znieważając ich, a nawet pozbawiając życia. „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, ale zaproszeni nie byli jej godni” (Mt 22,8) – oświadcza król i wydaje polecenie sługom, aby poszli i zapraszali wszystkich, których napotkają, aby nikt nie został pominięty.
Przyjrzyjmy się, kim byli zaproszeni przez króla goście – czyli do kogo posłany został Jezus, odwieczne Słowo Boga. Najpierw do Żydów, a gdy ci odrzucili zaproszenie, kolejne zostało wystosowane do pogan (por. Dz 13,46).
Czy Bóg nie znał zamiarów tych, do których posyłał swego Syna? Z pewnością wiedział, kim są, ale nie było to dla niego ważne. Ich grzeszność nie zdyskwalifikowała ich w Jego oczach. Gdyby bowiem przyjęli zaproszenie
i przybyli na ucztę, weszliby na drogę nawrócenia i nowego życia. To samo odnosi się również do drugiej grupy, złożonej ze „złych i dobrych” (Mt 22,10). Boże zaproszenie nie było uzależnione od tego, co ktoś zrobił lub czego nie zrobił w przeszłości.
To samo odnosi się do ciebie. To, czy jesteś godny, aby uczestniczyć w Bożej uczcie, nie zależy od tego, czy zawsze postępowałeś słusznie. Stajesz się godny przyjmując zaproszenie. Każdy kolejny krok w kierunku sali, gdzie odbywa się niebiańska uczta, czyni cię coraz bardziej godnym. Jest jak kolejna nić wpleciona w szatę weselną, którą noszą wszyscy święci w niebie.
Bóg zaprasza wszystkich na ucztę. Jego światło pada na złych i dobrych, na „sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,45). On teraz i zawsze wzywa nas, przynagla, wręcz błaga, abyśmy do Niego przyszli. Każdy z nas jest zaproszony. Obyśmy wszyscy przyjęli to zaproszenie, a przez to zostali zaliczeni do grona „wybranych” (Mt 22,14).
„Dziękuję Ci, Jezu, że zapraszasz mnie na ucztę. Pomóż mi dziś wybierać Ciebie i Twoje drogi.”
Iz 25,6-10a
Ps 23,1-6
Flp 4,12-14.19-20

▌Niedziela, 18 października
Mt 22,15-21
Czemu wystawiacie Mnie na próbę, obłudnicy? (Mt 22,18)
Faryzeusze i zwolennicy Heroda, doznawszy już niejednej porażki w dyskusji z Jezusem, sądzili, że tym razem na pewno pochwycą Go na słowie, tym bardziej że na postawione przez nich pytanie nie było, jak mniemali, dobrej odpowiedzi. Jeśli bowiem Jezus powie, że należy płacić podatek cezarowi, lud obróci się przeciwko Niemu, ponieważ wszyscy nienawidzą tego podatku. Jeśli powie, że nie należy tego robić, wejdzie w konflikt z władzami rzymskimi. Aby ich intencje przedstawiały się szczerze i wiarygodnie, dialog z Jezusem rozpoczęli od pochlebstwa. On jednak przejrzał ich plan i wytknął im obłudę.
Hipokryzja zawsze budziła gniew Jezusa. W serii kolejnych „biada” nazwał obłudnikami atakujących go uczonych w Piśmie i faryzeuszy, wykazując, że sami nie przestrzegają zasad, których nauczają (Mt 23,13-29). A w kazaniu na górze ostrzega, by nie modlić się ani nie pościć jak obłudnicy, którym zależy głównie na tym, by dobrze wypaść przed innymi (Mt 6,5-17).
Słowo „hipokryzja” pochodzi od greckiego hypokrisis, które oznacza udawanie i grę na scenie. Obłudne za-
chowanie to takie, kiedy udajemy przed innymi mówiąc jedno, a czyniąc co innego.
Kiedy widzimy, że nasze czyny zaprzeczają słowom, to najwyższy czas zapytać samych siebie, czy naprawdę wierzymy w to, co wyznajemy ustami. Wszyscy mamy pewną skłonność do obłudy, staramy się pokazać z najlepszej strony i zrobić dobre wrażenie. Jest to jeden z nieszczęśliwych skutków skażenia naszej ludzkiej natury. Na przy-
kład wygłaszamy dzieciom całą pogadankę na temat szkód wynikających ze zbyt długiego przesiadywania
przed komputerem, a następnie sami godzinami oglądamy telewizję. Albo
w pracy twierdzimy, że świetnie potrafimy tworzyć zespół, po czym niszczymy jedność poprzez ostrą krytykę któregoś z kolegów.
Badanie własnego sumienia i szukanie, gdzie nasze czyny rozchodzą się z tym, w co wierzymy, może być bolesnym procesem. Jednak Bóg, który rozumie nasze zmagania, pomoże nam się z tym zmierzyć. A co najlepsze, im bardziej autentycznie będziemy żyć wiarą, tym skuteczniejsze będzie nasze świadectwo o Jezusie – i o królestwie, jakie przyszedł zapoczątkować.
„Jezu, pomóż mi żyć zgodnie z tym, co wyznaję ustami.”
Iz 45,1.4-6
Ps 96,1.3-5.7-10
1 Tes 1,1-5b

▌Niedziela, 25 października
Mt 22,34-40
Będziesz miłował Pana Boga (…). Będziesz miłował swego bliźniego.
(Mt 22,37.39)
Jezus miał ciężki dzień. Od rana kolejne grupy przywódców religijnych Jerozolimy zadręczały go wydumanymi problemami i pytaniami, mającymi na celu pochwycenie Go na bluźnierstwie. Najpierw pojawili się arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi ludu, następnie faryzeusze, po nich saduceusze i jeszcze kolejna grupa faryzeuszy.
A przecież przez cały ten czas Jezus był otoczony tłumem ludzi, także „niewidomych i chromych”, którzy się przy Nim gromadzili (Mt 21,14).
Czy widzisz paradoksalność tej sytuacji? Parada mniej lub bardziej dostojnych dygnitarzy usilnie zajmuje się tym, żeby skompromitować Jezusa, zamiast pomóc Mu zatroszczyć się o otaczający Go lud. Ich postępowanie dowodzi, że nie mają pojęcia, co to znaczy kochać Boga (Jezusa) oraz swego bliźniego (lud). Aż dziw bierze, że Jezus czekał tak długo, by wytknąć im hipokryzję!
Oczywiście nie znaczy to, że mamy od razu uznać ich za ludzi z gruntu złych czy zagubionych. Wszyscy możemy znaleźć w swoim życiu sytuacje, kiedy zignorowaliśmy oczywiste okazje do świadczenia miłości.
Dlaczego tak jest? Częściowo może wynikać to ze zbyt wąskiego rozumienia Jezusowego przykazania miłości. Może miłowanie Boga kojarzy nam się wyłącznie z uczestnictwem w niedzielnej Mszy i codzienną modlitwą, czyli konkretnymi czynnościami ograniczonymi w czasie i niezbyt wymagającymi. Z kolei gdy idzie o miłość bliźniego, możemy wpaść w pułapkę samodzielnego decydowania o tym, kto jest, a kto nie jest naszym bliźnim. I tak, mój mąż jest moim bliźnim, ale ten marudny kolega z pracy, który stale robi mi na złość, już nim nie jest. Moja siostra, owszem, jest moim bliźnim, ale teściowa, wciąż udzielająca nam dobrych rad, o które nikt jej nie prosi, już niekoniecznie.
Jezus przyszedł obnażyć grzech i obojętność, które leżą u podstaw naszych niepowodzeń w miłości. Ale na tym się nie zatrzymał. Przezwyciężył je w jedyny możliwy sposób – oddając za nas z miłości samego siebie. Obyśmy idąc za Jego przykładem także oddawali samych siebie w miłości.
„Jezu, naucz mnie kochać wszystkich moich bliźnich.”
Wj 22,20-26
Ps 18,2-4.47.51
1 Tes 1,5c-10

ARTYKUŁ

Z nich zaś
największa jest miłość
Miłość
owocem
Ducha Świętego
Większość z nas zgodzi się, że w dzisiejszym świecie podziały i niezgoda są o wiele bardziej widoczne niż jedność i wspólne wartości. Istnieje tak wiele różnych poglądów, a wszystkie mają zagorzałych zwolenników. Co więcej, podziały i niezgoda prowadzą w prostej linii do wrogości i pogardy. Czasami trudno jest nawet prowadzić zwyczajną, uprzejmą rozmowę!
Patrząc z nostalgią wstecz możemy pomyśleć: Gdybyśmy mogli żyć ze sobą tak, jak pierwsi chrześcijanie! Wszyscy byli zjednoczeni miłością Chrystusa
i tak bardzo troszczyli się o siebie nawzajem. Jednak w rzeczywistości ówczesne podziały były równie ostre i bolesne jak dzisiejsze.

Korynt – podzielony
Kościół
Podobnie jak Galaci, o których była mowa w poprzednim artykule, chrześcijanie z Koryntu również cierpieli z powodu podziałów i wrogości. Korynt był gęsto zaludnionym, wielokulturowym miastem portowym w środkowej Grecji, którego mieszkańcy pochodzili z bardzo różnych środowisk i słynęli ze swobodnych obyczajów. W dodatku jako stolica rzymskiej prowincji Achai, Korynt uchodził za swoiste kosmopolityczne centrum rozrywki dla rzymskich elit. Łatwo więc przewidzieć, że w tym tyglu kultur i ludów różnice pomiędzy członkami Kościoła mogły przeistoczyć się w poważne spory prowadzące do rozłamów.
I tak dokładnie się stało. Ci, którzy mówili językami i prorokowali, patrzyli z góry na tych, którzy nie posiadali tych darów, a uchodzący za prawych i bardziej zaangażowanych lekceważyli mniej wtajemniczonych. Celebracje Eucharystii, które w tych czasach wiązały się z posiłkiem, również stały się przyczyną napięć. Ich uczestnicy „wcześniej zabierali się do własnego jedzenia”, ponieważ zamożniejsi członkowie wspólnoty nie chcieli się dzielić posiłkiem z uboższymi braćmi i siostrami i zdarzało się, że „jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy” (1 Kor 11,21). Wśród wierzących pojawiły się spory dotyczące rozpusty i reakcji na kazirodczy związek dwóch członków Kościoła (1 Kor 5,1-5). Niektórzy pozywali nawet swoich współbraci przed sądy świeckie, zamiast próbować rozstrzygnąć we wspólnocie dzielące ich nieporozumienia (1 Kor 6, 1-11).
Paweł porusza takie i inne konkretne sprawy w swoim liście, wciąż ponawiając apel o to, co najistotniejsze przy rozwiązywaniu problemów – aby wierzący pokonywali dzielące ich różnice jako bracia i siostry w Chrystusie.

Fundamentem jest miłość
Paweł zdawał sobie sprawę, że dobre rady – choć ważne – same nie wystarczą. Ludzie potrzebowali duchowego prowadzenia, aby ich jedność opierała się na mocnym fundamencie. Przede wszystkim więc uświadamiał im, że sam Bóg pragnie przychodzić im z pomocą, aby żyli razem w sposób godny rodziny Chrystusa. W tym celu skupił się na pierwszym i najważniejszym owocu Ducha Świętego, jedynej sile, która jest w stanie uleczyć wszystkie podziały – na miłości. Przypominał im, że „Miłość nigdy nie ustaje” (1 Kor 13,8). I nie chodzi tu o jakąkolwiek miłość. Paweł wzywał do radykalnej, zaangażowanej miłości, którą może dać jedynie Duch Święty.
Miłość, o której nauczał Paweł w każdej wspólnocie chrześcijańskiej, nie może ograniczać się do sentymentalnych uczuć. Z pewnością zgodziłaby się tu z nim większość rodziców, którzy wiedzą, że miarą ich miłości do dzieci jest stałe zaangażowanie, a nie przelotne emocje. Nawet gdy czują się rozdrażnieni czy zirytowani kolejnym napadem złości swego malucha albo trudną rozmową z dorosłym dzieckiem, ich miłość trwa nadal i pozostaje mocna. Jest to miłość, która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,7). Owoc Ducha, jakim jest miłość, wyraża się w czynach, a nie jedynie w słowach.
Jak więc ta miłość, o której mówi Paweł, działa w naszym życiu? Co ciekawe, zawiera ona w sobie także inne owoce Ducha Świętego. W przepięknym, dobrze znanym nam wszystkim Hymnie o miłości (1 Kor 13) Paweł wymienia jej cechy: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest (…); nie cieszy się
z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą”. Nie obraża innych ordynarnym słowem. „Nie szuka swego”, zapominając o innych. „Nie unosi się gniewem”, ani nie rozpamiętuje doznanych krzywd. Jak widzimy, miłość jest nieustannym wyborem, stawianiem potrzeb innych przed swoimi własnymi, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy na to ochoty lub gdy czujemy, że ta druga osoba nas rani.
Paweł uważał, że jeśli uczniowie z Koryntu zaczną zabiegać o tego rodzaju miłość zamiast skupiać się na swoich kontrowersjach i podziałach, odnajdą drogę do jedności i pokoju.

Miłość jest służbą
Rozumiał również, że kluczem do trwałego zjednoczenia w miłości jest służba i oddanie siebie. Pragnął, by wszyscy korynccy chrześcijanie służyli sobie nawzajem w ofiarny i konstruktywny sposób. „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania” – pisał – „ale jeden Pan” (1 Kor 12,4-5). Chciał, by Koryntianie naśladowali Jezusa, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć” (Mk 10,45).
Doświadczenie mówi nam, że kiedy przekraczamy siebie, aby zatroszczyć się o innych, nasze serca miękną. A jest to dwakroć prawdziwe, gdy zostawiamy swoje sprawy, by uczynić coś dla osoby, z którą się nie zgadzamy. Podobnie jak mąż, który codziennie, w sposób bardzo konkretny wydaje swoje życie za żonę, a ona za niego, tak bracia i siostry w Chrystusie powinni być gotowi poświęcić swój czas i energię, aby pomóc drugiemu. Pycha, samowola czy upór, które kryją się jeszcze w naszych sercach, ustępują wówczas miejsca współczuciu, miłości chrześcijańskiej i otwarciu na innych.
Gdybyśmy wszyscy zaczęli uczyć się miłości poprzez służenie sobie nawzajem, zaobserwowalibyśmy szybko, jak zanikają podziały w naszych rodzinach, parafiach i społecznościach. Wiele zadawnionych urazów zostałoby uleczonych przez przebaczenie. W miejsce krytykanctwa i wrogości pojawiłaby się wyrozumiałość i pokój.
Starajmy się więc zabiegać o dobro tych, których Bóg postawił obok nas, tych, których mamy wokół siebie, a zwłaszcza naszych najbliższych oraz naszej wspólnoty czy rodziny parafialnej. Rezygnujmy z własnej wygody, aby czynić im dobro. Troszczmy się też o tych, którzy różnią się od nas lub których trudno nam zaakceptować. Bądźmy praktyczni, uczynni, pokorni. Tam, gdzie panuje niezgoda, starajmy się zasiewać ziarna pokoju. I nie bądźmy zaskoczeni, gdy okaże się, że mamy w sobie o wiele więcej miłości niż wcześniej!

Jezus – największy
znak miłości
Paweł pisał do Koryntian, że miłość jest największym spośród wszystkich darów udzielonych nam przez Boga (1 Kor 13,13), a jej najwyższym i ostatecznym przejawem jest sam Jezus. I tę myśl spotykamy w każdym jego liście.
W każdym dniu swego ziemskiego życia Jezus ukazywał tę miłość przez swoje słowa i czyny – uzdrawiając chorych, przebaczając grzesznikom, głosząc obietnicę nieba. Z pewnością bywały dni, kiedy czuł się wyczerpany, kiedy irytowała Go słaba wiara uczniów, lecz nie przestawał ich nauczać. A kiedy nadszedł czas, dał największy z możliwych dowodów miłości – dobrowolnie poszedł na krzyż.
Jezus ukazywał na wszystkie możliwe sposoby, że miłość chrześcijańska wyraża się w konkretnej, codziennej służbie. Na przykład może nam się wydawać, że umycie nóg Apostołom było ze strony Jezusa pięknym, wzruszającym gestem. Ale mycie nóg komuś uważano za poniżające zajęcie, które pozostawiano niewolnikom. A po oddaniu uczniom tej posługi, Jezus powiedział: „Jeżeli więc Ja, Pan
i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi” (J 13,14). Dał tym jasno do zrozumienia, że miłość chrześcijańska nie cofa się przed brudnymi, poniżającymi zajęciami, ale mimo to jest największym powołaniem, jakie można otrzymać.

Miłość owocem Ducha
Paweł wyjaśnił, że miłość, do jakiej wzywa Koryntian, jest doskonałą, nieskończoną miłością Bożą. Ukazał, że miłowanie naszych braci i sióstr
w Chrystusie, jest sprawą nie tylko naszej własnej decyzji oraz ludzkich starań, ale wynika z miłości Bożej, która „rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5). Św. Jan zaś napisał: „My miłujemy Boga, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował” (1 J 4,19).
Im bardziej będziemy otwarci na Ducha Świętego każdego dnia, z tym większą łatwością i prostotą będziemy potrafili służyć sobie nawzajem, przebaczać tym, którzy nas krzywdzą, oraz odnosić się do wszystkich z łagodnością i dobrocią – niezależnie od tego, jak oni nas traktują. Nie zawsze będzie to łatwe i nie rozwiąże wszystkich problemów, ufajmy jednak, że Duch Święty jest blisko nas, że nas umacnia i daje łaskę wytrwania. ▐

 

Nagroda dla prenumeratorów!
Każdy, kto do końca bieżącego roku kalendarzowego, tj. 31 grudnia 2020 r.,
opłaci prenumeratę „Słowa wśród nas” na rok
i prześle do 31 stycznia 2021 r. kopię potwierdzenia wpłaty,

weźmie udział w losowaniu:
● jednego z dwóch dwuosobowych

zaproszeń do Zakopanego


Organizatorem tygodniowego pobytu jest
OŚRODEK WYPOCZYNKOWO-TURYSTYCZNY
pw. Miłosierdzia Bożego na Cyrhli w Zakopanem
www.zakopane-cyrhla.pl


Przypominamy, że prenumerata jest zwolniona z kosztów przesyłki,
a opłacając ją na rok (12 numerów), płacą Państwo tylko za 11 numerów
„Słowa wśród nas” – numer 12.
jest GRATIS!

 

Sklep internetowy Shoper.pl