Słowo wśród nas - nr archiwalne
6.5
PLN
Słowo wśród nas Nr 2 (318) 2020
Słowo wśród nas Nr 2 (318) 2020
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 6,50 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LUTOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

W lutowym numerze „Słowa wśród nas” zamieściliśmy trzy artykuły wstępne autorstwa o. Raniero Cantalamessy, poświęcone Matce Teresie z Kalkuty i jej „Ewangelii pięciu palców”. Jest to najprostsza Ewangelia, która zawiera się w pięciu słowach: „Ty zrobiłeś to dla Mnie”. To, co czynisz dla drugiego człowieka, zwłaszcza słabego i potrzebującego, tak naprawdę czynisz dla Jezusa, w odpowiedzi na Jego miłość. Jeśli to sobie uświadomisz, nie przejdziesz obojętnie wobec nikogo. O. Raniero pisze o „ciemnej nocy”, z którą zmagała się Matka Teresa przez bardzo wiele lat i o tym, co znaczy słowo Sitio, umieszczane w każdej kaplicy Misjonarek Miłości obok ołtarza.
W numerze jak zawsze znajdują się Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, pomagające w codziennym życiu słowem Bożym.
W Magazynie znajduje się artykuł „Pianistka zakochana w Bogu” o św. Elżbiecie od Trójcy Przenajświętszej oraz kilka świadectw: „Tylko o mnie nie zapomnij” - mówi o tym, jak wyjazd siostry sprawił, że autorka odnalazła przyjaciela w Bogu, a „Relacje w świecie Internetu” – przypomina o tym, jak istotne jest, byśmy byli wobec siebie nawzajem uważni. Ponadto dwa świadectwa napisane w odpowiedzi na Naszą ankietę „Błogosławieństwo starości”. Ponadto Nasze lektury, krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny. 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Czy znasz żywego Jezusa?
Naglące pytanie Matki Teresy
o. Raniero Cantalamessa.......................................... 4

Modlitwa w ciemności
Matka Teresa wskazuje drogę
o. Raniero Cantalamessa.......................................... 9

„Pragnę”
Jezus pragnie dawać nam wodę żywą
o. Raniero Cantalamessa..........................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ
od 1 do 29 lutego..........................................19

MAGAZYN

Pianistka zakochana w Bogu
Święta Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej
Mariusz Czałpiński..........................................46

„Tylko o mnie nie zapomnij”
Jak po wyjeździe siostry znalazłam
nowego Przyjaciela – Alisha Ritchie......................... 52

Relacje w świecie Internetu
Obecność ważniejsza niż rozrywka
Mark Hart .............................................................. 56

„Bez Boga ani do proga”odpowiedź na ankietę
„Błogosławieństwo starości”.................................... 60

Jezus mnie uczy, jak żyć z chorobąodpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 61

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:
Drodzy Bracia i Siostry!

W tym miesiącu odbędziemy minirekolekcje z o. Raniero Cantalamessą, kaznodzieją Domu Papieskiego. Wraz z wieloma innymi katolikami śledzę nauczanie o. Raniero od lat i jestem pod głębokim wrażeniem jego pokory. Nigdy nie skupia uwagi na sobie, lecz kieruje swoich słuchaczy ku Jezusowi
i zachęca ich do otwarcia serc na moc Ducha Świętego.
Tym razem zapoznamy się z refleksjami o. Raniero na temat św. Teresy z Kalkuty, uczennicy Chrystusa, która również nie była zainteresowana skupianiem uwagi innych na sobie. Od chwili gdy jej praca wśród ubogich stała się powszechnie znana, wiele osób pragnęło obsypywać Matkę Teresę pochwałami, nagrodami i zaszczytami. I słusznie – w 1979 roku otrzymała nawet Pokojową Nagrodę Nobla! Jednak nie to było dla niej ważne. Wszystko, czego pragnęła, to rozpoznać Jezusa i służyć Mu „w najbardziej niepokojącym przebraniu biedaka”. Jak powiedziała kiedyś do sióstr swojego zgromadzenia: „Dopóki nie usłyszysz Jezusa w ciszy własnego serca, nie będziesz w stanie usłyszeć Go mówiącego: «Pragnę» w sercach ubogich. Nigdy nie rezygnuj z codziennego osobistego kontaktu z Jezusem jako prawdziwą, żyjącą Osobą – a nie jedynie ideą. Jak mogłybyśmy przetrwać choćby jeden dzień, nie słysząc od Jezusa: «Kocham cię»? To niemożliwe”.
Gdyby Matka Teresa była tu dziś z nami, zapewne powiedziałaby coś bardzo podobnego. Przypomniałaby, że Jezus zawsze wychodzi nam naprzeciw, zapraszając na spotkanie z Nim na modlitwie i we Mszy świętej. Przypomniałaby nam również, że w tych osobistych spotkaniach z Jezusem otrzymujemy łaskę miłowania ludzi, z którymi stykamy się w życiu – a zwłaszcza ludzi cierpiących i borykających się z losem.
Czytając i rozważając artykuły o. Raniero, starajcie się więc nie stawiać na piedestale ani jego, ani Matki Teresy. Potraktujcie ich raczej jako towarzyszy naszej wspólnej drogi ku Jezusowi. Pozwólcie, by pomogli wam otworzyć serca dla Jezusa.
I jeszcze jedno – nie dziwcie się, że nie zawsze odczuwacie bliskość Jezusa na modlitwie. Każdy ma swoje dobre i złe dni. Każdy może czuć się czasami daleko od Boga. Także Matka Teresa przez całe lata czuła się daleko od Pana, ale mimo to szukała Go codziennie na modlitwie. Nie pozwól więc, by to, co odczuwasz, odciągnęło cię od modlitwy. Bóg pragnie od nas wytrwałości. Jak powiedziała bł. Aniela z Foligno, jest rzeczą dobrą modlić się i czuwać, gdy czujesz w sobie żar łaski Bożej, „ale najmilsze i najbardziej Bogu przyjemne jest to, kiedy ci jej brakuje lub zostaje ona wstrzymana, a ty mimo to nie modlisz się mniej, nie czuwasz rzadziej. (...) Czyń to, co należy do ciebie, a Bóg z pewnością uczyni to, co należy do Niego. Modlitwa, do której się przymuszamy, jest szczególnie miła Bogu”.
Oby Bóg udzielił nam wszystkim łaski głębokiej miłości do Jezusa i do ubogich, których mamy pośród nas.
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith

 

ARTYKUŁY:

Najprostsza Ewangelia Matki Teresy

„Ty zrobiłeś to dla Mnie” – licząc poszczególne słowa na palcach jednej ręki, św. Matka Teresa nazwała to zdanie „Ewangelią pięciu palców”. To, co uczyniłeś dla drugiego człowieka, a zwłaszcza dla najmniejszego i najbiedniejszego, uczyniłeś dla Jezusa. Gdybyśmy traktowali się wzajemnie z taką miłością, na jaką Jezus zasługuje – uczyła Matka Teresa – moglibyśmy zmienić cały świat. W tym miesiącu nasz szczególny gość – o. Raniero Cantalamessa – wyjaśnia, jak „Ewangelia pięciu palców” Matki Teresy pomogła jej przybliżyć się do Jezusa, podtrzymywała ją w latach ciemności i pomagała zaspokajać Jezusowe pragnienie dusz. O. Raniero twierdzi, że te pięć słów może przemienić także i nasze życie. Rozpoznając Jezusa w sobie nawzajem, będziemy coraz bardziej Go kochać – a także coraz bardziej kochać innych ludzi.

Czy znasz żywego Jezusa?


Naglące pytanie Matki Teresy

Spowiednik Matki Teresy, jezuita Celeste Van Exem, powiedział o niej kiedyś: „Sensem całego jej życia była konkretna Osoba – Jezus”. Po dokładnym zbadaniu jej życia, pism i zeznań świadków, postulator procesu kanonizacyjnego, ks. Brian Kolodiejchuk, stwierdził: „Jeśli mam powiedzieć, dlaczego została wyniesiona do chwały ołtarzy, odpowiadam: z powodu osobistej miłości do Jezusa... To Jezus stanowił centrum jej życia”.
Najważniejszym tego świadectwem jest list napisany przez Matkę Teresę do całej rodziny Sióstr Misjonarek Miłości w Wielkim Tygodniu, 25 marca 1993 roku. Od razu na początku zaznaczyła: „Ten list jest tak osobisty, że chciałam napisać go własną ręką”. A następnie wyznała: „Martwię się, że niektóre z was tak naprawdę jeszcze nie spotkały Jezusa – tak w cztery oczy, ty i Jezus sam na sam. Owszem, spędzamy czas w kaplicy, ale czy widziałaś oczyma duszy, jak On patrzy na ciebie z miłością? Czy naprawdę znasz żywego Jezusa, nie z książek, ale z przebywania wraz z Nim w swoim sercu? Czy słyszałaś słowa miłości, jakie On do ciebie wypowiada?... Nigdy nie rezygnuj z codziennego osobistego kontaktu z Jezusem jako prawdziwą, żyjącą Osobą – a nie jedynie ideą”.
Dla Matki Teresy Jezus nie był abstrakcją, zbiorem doktryn i dogmatów czy wspomnieniem kogoś żyjącego
w odległych czasach. Był żywą i prawdziwą Osobą, Kimś, na kogo mogła patrzeć w swoim sercu i pozwalać, by On patrzył na nią.

SŁUŻBA, OWOC MIŁOŚCI
Na pytanie: „Kim jest dla mnie Jezus?”, Matka Teresa odpowiedziała taką natchnioną litanią określeń:
Jezus jest Słowem – aby Je wypowiedzieć.
Jezus jest Życiem – aby Nim żyć.
Jezus jest Miłością – aby Nią kochać.
Jezus jest Radością – aby się Nią dzielić.
Jezus jest Ofiarą – aby Ją składać.
Jezus jest Pokojem – aby Go dawać.
Jezus jest Chlebem Życia – aby Go spożywać.
Jedno z najbardziej znanych powiedzeń Matki Teresy brzmi: „Owocem miłości jest służba, owocem służby jest pokój”. Mówiła swoim córkom: „«Pragnę» i «Mnieście uczynili» – zawsze pamiętajcie, by łączyć jedno z drugim, środek z celem. Co Bóg złączył, nikt niech nie waży się rozłączać… Naszym charyzmatem jest zaspokajanie Jezusowego pragnienia miłości i dusz – poprzez pracę nad zbawieniem i uświęceniem najbiedniejszych z biednych”.
„Ty zrobiłeś to dla mnie” – Matka Teresa odliczała kolejne słowa tego zdania, mówiąc, że zawierają one w sobie „całą Ewangelię na pięciu palcach”. Dla niej Jezus, który jest obecny w Eucharystii, jest obecny także w inny, ale równie rzeczywisty sposób „w niepokojącym przebraniu biedaka”. Dlatego cytowana wyżej litania na cześć Jezusa płynnie przechodzi do kolejnych wezwań:
Jezus jest Głodnym – aby Go nakarmić.
Jezus jest Spragnionym – aby Go napoić.
Jezus jest Nagim – aby Go przyodziać.
Jezus jest Bezdomnym – aby Go przyjąć.
Jezus jest Chorym – aby Go uzdrowić.
Jezus jest Samotnym – aby Go pokochać.

„ROBISZ TO DLA KOGOŚ”
Wiemy, na jaki poziom wzniosła się służba Matki Teresy wobec najbiedniejszych z biednych. Na jednym ze spotkań pewna zakonnica zarzuciła jej, że rozpieszcza ubogich i obraża ich godność, dając im wszystko za darmo i nie oczekując niczego w zamian. Matka Teresa odpowiedziała: „Istnieje tyle zgromadzeń, które rozpieszczają bogatych, że nie zaszkodzi jedno, które rozpieszcza ubogich”. Zdaniem Matki Teresy, najlepiej uchwycił ducha jej służby ubogim szef pomocy społecznej w Kalkucie, który powiedział do niej pewnego dnia: „Matko Tereso, my także, jak wy, prowadzimy działalność społeczną. Ale pomiędzy nami a wami jest wielka różnica. My robimy to za coś, a wy robicie to dla Kogoś”.
Miłość do Jezusa przynaglała Matkę Teresę, podobnie jak wielu świętych przed nią, do robienia rzeczy, do których nie skłoniłaby jej żadna inna motywacja. Pewnego razu ktoś na widok jej posługi biedakowi wykrzyknął: „Nie zrobiłbym czegoś takiego za całe złoto świata!”. „Ja również!” - odparła Matka Teresa. Chodziło jej, oczywiście, o to, że choć nie robiłaby tego za całe złoto świata, robiła to dla Jezusa.
Matka Teresa potrafiła dawać ubogim nie tylko chleb, odzież i lekarstwa, ale to, czego potrzebowali może jeszcze bardziej: miłość, ludzkie ciepło i godność.

DUCH MIŁOŚCI
Ale gdzie mamy szukać takiej miłości? Matka Teresa wiedziała, kogo o nią prosić – Maryję! Jedna z jej modlitw brzmi: „Maryjo, moja najdroższa Matko, daj mi Twoje serce, tak piękne, tak czyste, tak niepokalane, tak pełne miłości i pokory, abym mogła przyjąć Jezusa, jak Ty Go przyjęłaś, a następnie z pośpiechem zanieść Go innym”.
W życiu Matki Teresy, w praktyce jej służby ubogim, obecna była perspektywa trynitarna, która pozwala nam odkryć coś niezwykłego – że istnieje taka miłość do Jezusa, która jest doskonała, nieskończona i całkowicie Go godna. A także to, że i my możemy w niej uczestniczyć, że może ona stać się naszą, że możemy przyjąć Jezusa z taką właśnie miłością. Jest to miłość, którą Ojciec niebieski kocha swojego Syna.
Otrzymaliśmy tę miłość we chrzcie, gdyż miłość, jaką Ojciec miłuje swego Syna, nazywa się Duchem Świętym. Czym innym mogłaby być miłość Boża „rozlana (…) w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5), jeśli nie w dosłownym znaczeniu miłością Boga, odwieczną, niestworzoną miłością, jaką Ojciec miłuje Syna, i z której bierze początek każda inna miłość?
Często powtarzam, że mistycy nie są jakąś odrębną kategorią chrześcijan; nie istnieją po to, by nas zadziwiać, ale by pokazywać nam jakby w powiększeniu, jak wygląda w pełni rozwinięte życie łaski. Uczą nas tego właśnie, że dzięki łasce Bożej zostaliśmy włączeni w nurt życia Trójcy Świętej.
Sam Jezus zapewnia nas o tym przez słowa modlitwy skierowanej do Ojca: „Aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była” (J 17,26). Dzięki łasce jest w nas ta sama miłość, jaką Ojciec miłuje Syna. Co za wspaniałe odkrycie! Jakie horyzonty dla naszej modlitwy i kontemplacji! Chrześcijaństwo jest łaską, a łaska ta jest udziałem w Boskiej naturze, czyli w Bożej miłości.

NIECH CHRYSTUS NARODZI SIĘ
W TOBIE
Mistyk niemiecki Angelus Silesius wyraził tę ideę w dwóch wersetach: „Gdyby nawet Jezus Chrystus tysiąc razy narodził się w Betlejem, jeśli nie narodzi się w tobie, jesteś zgubiony na wieki”. Słynny konwertyta włoski, Giovanni Papini, rozważając te słowa w Boże Narodzenie 1955 roku, zadał sobie pytanie, w jaki sposób dokonują się te wewnętrzne narodziny. Odpowiedź, której sobie udzielił – a która może posłużyć także i nam – jest następująca:
„Ten nowy cud nie jest niemożliwy, jeśli się go pragnie i oczekuje. W dniu, w którym nie poczujesz cienia zazdrości czy rozgoryczenia na wieść o radości, która spotkała twojego wroga czy przyjaciela, ciesz się, gdyż jest to znak, że owe narodziny są blisko. W dniu, w którym poczujesz potrzebę dania odrobiny szczęścia komuś, kto jest smutny, lub przynaglenie, by złagodzić ból i cierpienie przynajmniej jednego stworzenia, bądź zadowolony, gdyż przybycie Boga jest niechybne”.
Wszystko to są oznaki narodzin, które już miały miejsce, ale ich przyczyną, tym, co je sprowokowało, jest to, o czym Papini mówi na początku: pragnienie i oczekiwanie. Jest to wiara pełna oczekiwania i pewna nadejścia tych narodzin – ufna, oczekująca wiara.
Nie potrzeba tu żadnych szczególnych uczuć. Wystarczy po przyjęciu Ciała i Krwi Chrystusa powiedzieć z prostotą: „Jezu, przyjmuję Cię, jak przyjęła Cię Twoja Matka Maryja; kocham Cię miłością, jaką kocha Cię Twój Ojciec niebieski, a której na imię Duch Święty”. ▐

Modlitwa
w ciemności

Matka Teresa wskazuje drogę

Pewnego razu św. Franciszek z Asyżu, nawiązując do popularnych w jego czasach poematów rycerskich, zawołał: „Niegdyś wszyscy dzielni rycerze byli potężni w boju, odnosili pamiętne zwycięstwa i ginęli walcząc za wiarę w Chrystusa. Dziś widzimy wielu, którzy chcieliby przypisać sobie chwałę i cześć, zadowalając się opiewaniem wyczynów innych”.
Franciszek wyjaśnił, co miał na myśli, w jednym ze swoich Napomnień: „Wielki wstyd dla nas, sług Bożych, że podczas gdy święci dokonywali wielkich dzieł, my chcemy otrzymać chwałę i cześć tylko opowiadając o nich”. Słowa te są gorzkim wyrzutem także i dla mnie, proponującego wam tę medytację o świętości Matki Teresy.

MATKA TERESA I CIEMNOŚCI
Co działo się po tym, jak Matka Teresa odpowiedziała: „Tak” na Boże natchnienie do porzucenia wszystkiego i ofiarowania się na służbę najbiedniejszym z biednych? Świat widział jasno, co działo się wokół niej – pojawienie się pierwszych towarzyszek, aprobatę kościelną, szybkie tempo rozwoju dzieł charytatywnych – ale aż do jej śmierci nikt nie zdawał sobie sprawy, co działo się w niej.
Odsłoniły nam to dopiero jej osobiste notatki oraz listy pisane do kierownika duchowego, które ujrzały światło dzienne przed około piętnastoma laty. Te niezwykle osobiste pisma stawiają ją w szeregu wielkich mistyków chrześcijańskich. Jedna z najbardziej znanych definicji mistycyzmu określa go jako „doświadczanie spraw Bożych”. Oryginalne wyrażenie jest trudne do przetłumaczenia, możemy jednak rozumieć je jako życie z Bożą pasją, w podwójnym znaczeniu słowa „pasja” - jako cierpienia i jako miłości. Jak zobaczymy, definicja ta zrealizowała się w pełni w życiu Matki Teresy.
Kapłan będący przez wiele lat blisko Matki Teresy pisał: „Wraz z początkiem jej nowego życia w służbie ubogim ciemność spadła na nią z całą swą przytłaczającą mocą”. Wystarczy kilka krótkich wyjątków z jej pism, aby zdać sobie sprawę z tego, jak intensywny był mrok, który ją ogarnął: „W mojej duszy jest tak wiele sprzeczności. Tak dojmująca tęsknota za Bogiem – tak dojmująca, że bolesna – nieustanne cierpienie – a mimo to jestem przez Boga niechciana – odrzucona – pusta – bez wiary – bez miłości – bez zapału… Niebo nic nie znaczy – dla mnie wygląda jak puste miejsce”.
Nie jest trudno w tym doświadczeniu Matki Teresy rozpoznać klasyczny przypadek tego, co badacze mistycyzmu nazywają zazwyczaj, podążając za św. Janem od Krzyża, „ciemną nocą duszy”.
Z tego, co wiadomo, wydaje się, że ta ciemność nie opuściła jej aż do śmierci, jedynie z krótkim okresem przerwy w 1958 roku. Jeśli od pewnego momentu Matka Teresa prawie nigdy o niej nie wspomina, nie wynika to stąd, że noc się skończyła, ale że nauczyła się z nią żyć. Nie tylko pogodziła się z milczeniem Jezusa, ale rozpoznała w tym doświadczeniu niezwykłą łaskę: „Doszłam do tego, że pokochałam ciemność. ponieważ teraz wierzę, że jest ona częścią, bardzo, bardzo maleńką częścią ciemności i bólu Jezusa na ziemi”.

DOPEŁNIAĆ „NIEDOSTATKI
UDRĘK CHRYSTUSA”
Ale jaki sens ma to dziwne zjawisko „ciemnej nocy”? Wskazówką mogą być słowa św. Pawła o dopełnianiu niedostatków „udręk Chrystusa (…) dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). Jako pierwszy doświadczył ciemnej nocy za nas wszystkich Jezus w Ogrójcu, a sądząc po Jego wołaniu z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”, również zmarł w tym stanie (Mt 27,46). Papież Jan Paweł II napisał kiedyś: „Nierzadko święci doznawali czegoś podobnego do doświadczenia Jezusa na krzyżu, które polega na paradoksalnym połączeniu szczęścia i cierpienia” (Novo millennio inuente, 27).
Wiemy, że Matka Teresa z czasem zaczęła widzieć tę próbę „nocy ciemnej” jako odpowiedź na swoje gorące pragnienie dzielenia z Jezusem ukrzyżowanym Jego „Pragnę”: „Jeśli mój ból i cierpienie – moja ciemność i izolacja – dają Ci kroplę pociechy, mój Jezu, czyń ze mną, co chcesz… Odbij na mojej duszy i moim życiu cierpienia Twego serca… Chcę zaspokajać Twoje pragnienie każdą kroplą krwi, jaką we mnie znajdziesz… Proszę, nie zadawaj sobie trudu, by wrócić szybko. Jestem gotowa czekać na Ciebie przez całą wieczność”.

KIEDY MODLITWA
STAJE SIĘ TRUDNA
Mistycy nie są jednak wyjątkiem ani inną kategorią wierzących niż pozostali chrześcijanie. Z ich nocy ciemnych,
a w szczególności z ciemnej nocy Matki Teresy, możemy nauczyć się przede wszystkim tego, jak postępować w chwilach posuchy, kiedy modlitwa staje się walką, wysiłkiem, biciem głową o ścianę.
Kiedy tak się dzieje, nie należy się poddawać i rezygnować z modlitwy na przykład na rzecz działania. Kiedy Bóg znika, starajmy się przynajmniej o to, by Jego miejsca nie zajął żaden bożek, a zwłaszcza bożek aktywizmu.
Aby tego uniknąć, dobrze jest co jakiś czas przerwać swoje zajęcia i wznieść myśli do Boga lub po prostu poświęcić Mu chwilę czasu. W czasach posuchy potrzebujemy odkryć ten szczególny rodzaj modlitwy, który bł. Aniela z Foligno nazywała „modlitwą wymuszoną” wyznając, że sama ją praktykowała: „Jest rzeczą dobrą i bardzo przyjemną Bogu, gdy modlisz się, czuwasz, i dokonujesz innych dobrych czynów, mając w sobie żar łaski Bożej, ale najmilsze i najbardziej Bogu przyjemne jest to, kiedy ci jej brakuje lub zostaje ona wstrzymana, a ty mimo to nie modlisz się mniej, nie czuwasz rzadziej ani nie zaprzestajesz pełnienia dobrych uczynków. Działaj bez łaski tak samo, jak z łaską… Czyń to, co należy do ciebie, a Bóg z pewnością uczyni to, co należy do Niego. Modlitwa, do której się przymuszamy jest szczególnie miła Bogu”.
Modlitwa ta ma więcej wspólnego z ciałem niż z umysłem. Istnieje tajemniczy sojusz pomiędzy wolą a ciałem. Często gdy nasza wola nie jest w stanie zmusić umysłu do skupienia na jakiejś myśli bądź do jej odrzucenia, to jednak ma władzę nad naszym ciałem i może sprawić, że kolana się zegną, ręce złożą, a usta otworzą i wypowiedzą kilka słów, na przykład: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”. Matka Teresa znała dobrze tę „wymuszoną modlitwę”: „Kilka dni temu czułam się tak źle, że nie jestem w stanie ci tego opisać. Była chwila, w której prawie odmówiłam zaakceptowania tego stanu. Po namyśle wzięłam do ręki różaniec i bardzo wolno, nawet bez rozważania tajemnic czy myślenia, odmawiałam go powoli i spokojnie”.

„NIE WYCHODŹ Z CELI!”
Zwykłe fizyczne przebywanie w kościele lub w miejscu przeznaczonym na modlitwę, po prostu bycie na modlitwie, jest dla nas czasami jedynym możliwym sposobem wytrwania przy Bogu. On wie, że moglibyśmy w tym czasie robić sto innych użyteczniejszych rzeczy, przynoszących nam większą satysfakcję, ale jesteśmy tu i oddajemy Mu do końca czas, który przeznaczyliśmy na modlitwę.
Pewien początkujący mnich ciągle uskarżał się na niezdolność do modlitwy z powodu rozproszeń. „Moje myśli mnie niepokoją” – mówił swemu ojcu duchowemu. Stary mnich, do którego się zwrócił, polecił mu zupełnie nie przejmować się natarczywymi myślami, byleby tylko nie wychodził ze swojej celi! Jest to dobra rada także dla nas, kiedy cierpimy na chroniczne rozproszenia, których nie jesteśmy już w stanie kontrolować – pozwólmy myślom błądzić, gdzie im się żywnie podoba, ale ciałem trwajmy na modlitwie!
Taka postawa wynika z wiary. Wystarczy, że powiem: „Ojcze, Ty dajesz mi Ducha Jezusa. Jednocząc więc z Nim mego ducha odmawiam ten psalm, uczestniczę w tej Mszy lub po prostu trwam w ciszy w Twojej obecności. Chcę oddać Ci tę samą chwałę i sprawić taką samą radość, jaką sprawiłby Ci Jezus, gdyby to On modlił się do Ciebie na ziemi”. Z tym przekonaniem zakończmy naszą refleksję następującą modlitwą: „Duchu Święty, który wstawiasz się w sercach wierzących w westchnieniach, których nie można wyrazić słowami, przyjdź i pomóż nam w naszej słabości. Pukaj do serc tak wielu współczesnych nam ludzi, którzy żyją bez Boga i nadziei na tym świecie. Oświeć umysły tych, którzy obecnie kształtują przyszłość naszej planety. Pomóż im zrozumieć, że Chrystus nie jest dla nikogo zagrożeniem, ale Bratem wszystkich. Niech ubogim, pogardzanym, prześladowanym i wykluczonym ze świata jutra nie zostanie odebrana po cichu ta gwarancja, która jak dotąd stanowiła ich najskuteczniejszą obronę przed samowolą możnych i niedolą życia – imię pierwszego spośród nich, Jezusa z Nazaretu!”. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
▌Sobota, 1 lutego
Mk 4,35-41
Jego zabrali, tak jak był w łodzi. (Mk 4,36)
„Zabrali, tak jak był”. A „jak” był?
Zmęczony. Już od wielu godzin nauczał, siedząc w łodzi, tłum zebrany na brzegu. Był tak bardzo zmęczony, że zasnął od razu po wypłynięciu i spał nawet wśród szalejącej burzy. Ale kiedy uczniowie, przerażeni, że zaraz zatoną, zdołali Go dobudzić, natychmiast ją uciszył. Stało się tak, gdyż Jezus, oprócz natury ludzkiej, miał również naturę Boską i mógł użyć swojej władzy. Strach i napięcie uczniów nie wywołały w Nim niepokoju ani zamieszania. Był spokojny i poradził sobie z burzą od razu – choć został tak nagle przebudzony i był może jeszcze zamroczony snem. Zaradził potrzebie chwili mocą Bożą, którą w sobie posiadał.
Chociaż jesteś tylko człowiekiem, Bóg żyje także i w tobie; mieszka w tobie Jego Święty Duch. Kiedy więc znajdziesz się w środku jakiejś życiowej burzy, będziesz w stanie zaradzić potrzebom chwili, tak jak jesteś, jako dziecko Boże napełnione Duchem Świętym. To normalne, że pojawiają się myśli: „Gdybym tylko był świętszy”, „Gdybym tylko więcej się modlił
i czytał Pismo Święte, gdybym z większym skupieniem uczestniczył we Mszy, wtedy mógłbym uciszać burze, wnosić pokój w trudne sytuacje, pocieszać zalęknionych”, „Gdybym tylko…”.
Starajmy się jednak naśladować Jezusa, który zabrany „tak jak był” wniósł pokój w trudną sytuację, gdy tylko się obudził. Nie musi to być na morzu w czasie sztormu! Może będziesz mógł wnieść pokój w nerwowe spotkanie w pracy; rozładować atmosferę w sklepie spożywczym, gdzie małe dziecko głośno domaga się uwagi; spokojnie porozmawiać ze zrzędliwym czy spanikowanym pasażerem, siedzącym obok ciebie w samolocie.
W takiej lub podobnej sytuacji powiedz otaczającemu cię chaosowi: „Ucisz się! Niech zapanuje pokój!”. Oczywiście nie musisz wykrzykiwać tych słów, ale powiedz je w ciszy swego serca i poproś Ojca, aby uciszył burzę. A wtedy może Duch Święty doda ci odwagi, podsunie kojące słowo lub zapewni o Bożej miłości, a przez to pomoże ci uporać się z trudną sytuacją.
„Gdybym tylko” pozostanie z nami do końca. Ale także pozostanie z nami Duch Święty. On wyposaży cię, takiego, jakim jesteś, we wszystko, co ci potrzebne, aby stawić czoło dzisiejszym burzom.
„Jezu, pomóż mi wnosić więcej pokoju w moje dni”.
2 Sm 12,1-7a.10-17
Ps 51,12-17

▌Niedziela, 2 lutego
Ofiarowanie Pańskie
Łk 2,22-40
Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekujący pociechy Izraela.
(Łk 2,25)
Kto nie miałby dziś ochoty na odrobinę pociechy? Kto nie chciałby poczuć, jak Pan obejmuje go ramieniem i mówi: „Wszystko będzie dobrze”?
Symeon wyczekiwał Bożej pociechy. Bóg obiecał przecież odnowić los swego ludu, Izraela. Obiecał zesłać Mesjasza, który zasiądzie na tronie Dawida i pociągnie wszystkie narody do Izraela. Symeon przez wiele lat modlił się o wypełnienie tych obietnic, ale nic się nie wydarzyło. Izrael wciąż był narodem okupowanym, a jego lud podzielony na biednych i bogatych, faryzeuszy i saduceuszy, Galilejczyków i Judejczyków. Symeon jednak nie przestawał modlić się o odkupienie. I nie przestawał czekać.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Wyobraź sobie tę przepiękną chwilę, w której Symeon rozpoznał „pociechę Izraela” w Dziecięciu przyniesionym do świątyni i wziął Je w swoje ramiona. Poczuj głębię emocji zawartą w słowach tego starego człowieka, całe lata wyczekującego tej właśnie chwili: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju” (Łk 2,29). Wreszcie Go ujrzałem. Teraz, Panie, mogę już odejść, ponieważ przybyłeś, aby zbawić swój lud.
Symeon w jednej chwili zrozumiał, że wszystko będzie dobrze. Nie wiedział jak, ani kiedy to się stanie, ale to nie miało znaczenia. Wiedział, że się stanie i to mu wystarczyło, by wierzyć.
Bóg widzi twoją udrękę, słyszy twoje modlitwy, zna twoje troski. Pozwól Mu cię pocieszyć. Dziś, w domu Pańskim, spotkasz Jezusa pod zaskakującymi postaciami chleba i wina – podobnie jak Symeon spotkał Go w zaskakującej postaci niemowlęcia. Kiedy Go przyjmiesz, przypomnij sobie tego pobożnego starca. Wraz z nim weź Jezusa w swoje ramiona i do swojego serca. On przychodzi, aby przynieść ci wybawienie i pociechę. Może nie powie ci, jak i kiedy to się stanie, ale to nie ma znaczenia. Chrystus jest w tobie i wszystko będzie dobrze.
„Panie, moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, powierzam się Tobie”.
Ml 3,1-4
Ps 24,7-10
Hbr 2,14-18

▌Niedziela, 9 lutego
Mt 5,13-16
Aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5,16)
Bądź solą, która naprawdę jest słona; bądź lampą postawioną na wysokim świeczniku. Nie są to łatwe wymagania! Może czytając ten fragment czujesz się tak, jakbyś miał natychmiast wejść na zaimprowizowaną mównicę
i nauczać na rogach ulic – i to od zaraz! Oczywiście dobrze jest rozmawiać z innymi o swojej wierze, ale nie jest to wcale jedyny sposób oddziaływania na ludzi, bycia dla nich solą i światłem.
Jednym z najbardziej skutecznych sposobów wpływania na kształt otaczającego cię świata jest twoje postępowanie. Twoje czyny mówią same za siebie, są przesłaniem dla twojej rodziny, przyjaciół, znajomych, a nawet obcych. Jezus mówi, że nasze „dobre uczynki” pomagają innym spotkać i uwielbić Boga. Izajasz posuwa się do stwierdzenia, że „jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu
i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem” (Iz 58,10).
Rozglądając się wokół siebie z pewnością ujrzysz „wiele ciemności”. Może w twoim otoczeniu szerzą się plotki. Może współmałżonek jest przygnębiony trudnościami w pracy, a dziecku dokuczają w szkole. Może znajoma martwi się o swoją dorastającą córkę? A może gdzieś w pobliżu mieszka bardzo uboga rodzina, której grozi eksmisja?
Jak może zaświecić twoje światło? Zmień temat, gdy widzisz, że rozmowa zmierza ku plotkom. Przyrządź mężowi ulubione danie i daj mu szansę wypowiedzenia wszystkiego, co leży mu na sercu. Powiedz coś miłego ponuremu nastolatkowi. Wysłuchaj cierpliwie swojej znajomej. Zanieś posiłek ubogiej rodzinie. Podziel się swoim egzemplarzem Słowa wśród nas z sąsiadem czy koleżanką z pracy. Możliwości jest niekończenie wiele. Nawet drobne przejawy życzliwości rozjaśniają mrok.
Możesz być promieniem światła w otaczającym cię świecie. Jeśli ty będziesz robić, co w twojej mocy, Bóg będzie świecił przez ciebie. A to oznacza, że ludzie, którzy cię widzą, będą widzieli także twego Ojca niebieskiego.
„Ojcze, chcę być światłem, które ukazuje ludziom Twoją miłość i miłosierdzie”.
Iz 58,7-10
Ps 112,4-9
1 Kor 2,1-5

▌Niedziela, 16 lutego
Syr 15,15-20
Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane. (Syr 15,17)
Wolna wola. Największy dar Boga dla nas, a zarazem największe ryzyko. Wolna wola uzdalnia nas do samodzielnego decydowania o tym, jakimi ludźmi pragniemy się stać. Umożliwia nam tworzenie muzyki i sztuki, budowanie miast i dróg, zawieranie związków małżeńskich i podejmowanie trudu wychowania dzieci. Ale także pozwala nam na niszczenie zamiast budowania, na krzywdy i zdrady zamiast uzdrawiania i wspierania innych. A co najważniejsze, to dzięki wolnej woli jesteśmy w stanie wybierać czy chcemy pójść za Jezusem, czy też za własnymi pomysłami i pożądaniami.
Syrach bardzo jasno zdawał sobie sprawę z tego, że nasza wolna wola może być mieczem obosiecznym. Jak mówi, każdy może wybierać miedzy „ogniem i wodą, życiem i śmiercią” (por. Syr 15,16.17). A Bóg uszanuje nasz wybór, jaki on by nie był.
Oczywiście nasz Ojciec niebieski pragnie, abyśmy wybierali życie, które jest w Nim, ale nigdy nie narzuca nam się siłą. Nie jest jak bożki wymyślone przez pogan, które posługują się groźbą i manipulacją, aby utrzymać ludzi w ryzach. Dlatego Syrach naucza: „Co ci się spodoba, to będzie ci dane” (Syr 15,17). Respektując nasze wybory, Bóg respektuje również konsekwencje, jakie one ze sobą niosą.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus daje nam na to przykład wzięty z życia: „Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5,22). Jeśli decydujesz się pielęgnować w sobie gniew, urazy i potępianie innych, nie bądź zaskoczony, gdy ludzie zaczną traktować cię w podobny sposób. Jeśli jednak budujesz wokół siebie klimat zaufania i szacunku, najprawdopodobniej to samo otrzymasz.
Wybierz więc dziś życie. Posłuż się tym wspaniałym darem wolnej woli, aby wybierać łagodność, cierpliwość
i wszystkie inne owoce Ducha (zob. Ga 5,22-23). A przede wszystkim – wybierz Jezusa. Przyjmij Go do swojego życia i pozwól, by Jego miłość kruszyła twoje serce. Jest to najlepszy wybór, jakiego możesz dokonać.
„Jezu, pomóż mi dziś w każdej sytuacji wybierać Ciebie”.
Ps 119,1-2.4-5.17-18.33-34
1 Kor 2,6-10
Mt 5,17-37

▌Niedziela, 23 lutego
Mt 5,38-48
Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5,48)
Jak Jezus mógł powiedzieć coś takiego? Wie przecież, że jesteśmy ludźmi; wie, że nigdy nie będziemy doskonali w tym sensie, że nie popełnimy żadnego grzechu. Jak więc mamy wypełnić to polecenie?
Na szczęście Bóg dał nam wzory do naśladowania – są nimi święci. Będąc ludźmi, byli również grzesznikami, podobnie jak my. Mimo to stali się „doskonali” w oczach Boga. Ich doskonałość nie polegała na bezgrzeszności, ale na determinacji, by całym sercem kochać Boga i bliźniego. Sami, doświadczając Bożej miłości, zapragnęli iść za Panem, dokądkolwiek ich zaprowadzi, oraz kochać innych miłością, jaką sami otrzymali od Boga. Dlatego starali się być coraz bardziej ofiarni i miłosierni. Usiłowali też kochać swoich nieprzyjaciół równie wiernie jak swoich przyjaciół oraz modlili się za tych, którzy ich prześladowali.
Przypomnijmy sobie, na przykład, bł. Karola de Foucauld, który zrezygnował z wygodnego, skupionego na własnych przyjemnościach życia, i wyruszył na pustynię w Algierii, aby tam żyć pośród Tuaregów jako świadek miłości Chrystusa. Albo św. Alfonsa Liguori, który porzucił kwitnącą praktykę prawniczą, aby zostać kapłanem i głosić Boże miłosierdzie. Albo św. Monikę
i jej cierpliwość wobec wybuchowego, niewierzącego męża, który ostatecznie został chrześcijaninem, a także jej wytrwałą modlitwę za zbłąkanego syna, który ostatecznie został świętym.
Okazuje się więc, że „doskonałość” wcale nie jest poza naszym zasięgiem. Polega ona na takim miłowaniu Boga, że skłania nas to do przemiany życia
i czynienia tego, czego On od nas oczekuje. Polega na miłowaniu bliźnich – a nawet naszych nieprzyjaciół – miłością, którą otrzymujemy od Boga.
Nie zniechęcaj się więc, czytając ten werset. Bóg jest miłosierny. On wie, że jesteś grzesznikiem, wie jednak także, że możesz stać się „doskonały” dzięki Jego miłości i łasce.
„Wszyscy święci w niebie, wstawiajcie się za mną, abym jak wy umiłował Boga i bliźniego”.
Kpł 19,1-2.17-18
Ps 103,1b-4.8.10.12-13
1 Kor 3,16-23

▌Środa, 26 luty
Środa Popielcowa
Jl 2,12-18
Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. (Jl 2,12)
Co roku Wielki Post rozpoczyna się tym samym czytaniem z Księgi Joela, w którym Bóg wzywa lud Izraela do nawrócenia. Kościół wybiera ten fragment, ponieważ wzywa nas, abyśmy w rozpoczynającym się właśnie okresie Wielkiego Postu także powrócili całym sercem do Boga.
Dla Izraelitów powrót do Boga oznaczał, że wszyscy gromadzili się razem i błagali Pana o wybawienie. Wspólnie także pościli, w tym również ci, którzy normalnie zwolnieni byli z obowiązku postu, czyli osoby starsze, dzieci i nowo zaślubieni małżonkowie. Prorok opisuje jedną z wielu sytuacji, gdy Izraelici odpowiedzieli na wezwanie Boga i zwrócili się do Niego ze szczerą skruchą, a On „zapłonął zazdrosną miłością ku swojej ziemi i zmiłował się nad swoim ludem” (Jl 2,18).
Podobnie jak grzech jest odwróceniem się od Boga, tak skrucha jest zwróceniem się ku Niemu z powrotem. Możemy czynić to z ufnością i nadzieją, ponieważ Ten, do którego się zwracamy, jest Bogiem, który lituje się nad nami, tak jak zmiłował się nad Izraelitami.
Ponieważ Ten, do którego się zwracamy, stworzył nas z miłości, a Jego największym pragnieniem jest to, byśmy kroczyli u Jego boku.
Ponieważ Ten, do którego się zwracamy, jest Bogiem nieskończonego miłosierdzia, który posłał na świat swojego Syna, aby nas odkupił. A wszystko po to, abyśmy mogli trwać z Nim na wieki.
Ponieważ Ten, do którego się zwracamy, wie o nas wszystko – to, co dobre, i to, co złe – a mimo to wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i stali się jego uczniami.
Rozpoczynając okres Wielkiego Postu, nie ukrywaj niczego przed Panem. Przyjdź do Niego, by w szczerości
i pokorze wyznać Mu swoje grzechy. Pamiętaj jednak, że odwracając się od grzechu, zwracasz się ku Bogu. Czynisz to również przez modlitwę, post i jałmużnę. Uwierz, że On, podobnie jak Izraelitom, odpowie także tobie.
Na szczerą skruchę odpowie przebaczeniem, miłosierdziem i łaską trwałych zmian w twoim życiu.
„Jezu, pomóż mi w tym Wielkim Poście całym sercem nawrócić się ku Tobie”.
Ps 51,3-6.12-14.17
2 Kor 5,20--6,3
Mt 6,1-6.16-18

MAGAZYN:
Pianistka zakochana
w Bogu

Święta Elżbieta
od Trójcy Przenajświętszej

Pianistka i karmelitanka to, na pierwszy rzut oka, nieco zaskakujące połączenie. Podczas gdy pierwsza zanurzona jest w świecie dźwięków, druga trwa w ciszy, odosobnieniu i adoracji. Ktoś, dla kogo muzyka jest życiem, kto kilka godzin dziennie gra, ćwicząc palce i ucho, by doskonalić swoje umiejętności, nie da się porwać przez ciszę, jeśli dzięki niej nie usłyszy innej, jeszcze piękniejszej muzyki. Dla młodej francuskiej karmelitanki bosej, żyjącej na przełomie XIX i XX wieku, taką melodią była pieśń Oblubieńca, Chrystusa wołającego ją po imieniu do wsłuchiwania się w prawdę o zamieszkaniu Boga w sercu człowieka.

CÓRKA I WNUCZKA OFICERA
Elżbieta Catez urodziła się 18 lipca 1880 roku w obozie wojskowym Camp d’Avord, niedaleko Bourges w środkowej Francji, gdzie stacjonował oddział jej ojca – żołnierza zawodowego. Rodzice Elżbiety, Józef i Maria, pobrali się w późnym wieku, więc ich najstarsza córka, Elżbieta, oraz młodsza o trzy lata Małgorzata, były dla nich tym większym darem. Dzieciom od urodzenia towarzyszył odgłos wojskowej trąbki, tętent koni i obozowy gwar.
Kapitan Catez pochodził z ubogiej, chłopskiej rodziny z regionu Pas-de-Calais w północnej Francji. Dzięki ciężkiej pracy doszedł, po wielu latach służby, do godności oficera. Pani Catez, córka emerytowanego oficera, poznała swojego przyszłego męża w środowisku wojskowych, w którym się obracała od dzieciństwa. Wojna naznaczyła życie obojga małżonków, zanim jeszcze się poznali: Józef doznał goryczy klęski Francji w 1870 roku i następującej po niej niewoli, a Maria straciła na wojnie pierwszego narzeczonego.
Po ślubie, a potem po narodzinach dzieci, rodzina przemierzała Francję, podążając za nowymi ojcowskimi obowiązkami. Osiadła w końcu, w 1883 roku, w Dijon, stolicy Burgundii. Elżbiecie i jej siostrze nie było dane długo cieszyć się pełną rodziną. W 1887 roku, po kilku atakach serca, Józef zmarł, pozostawiając żonę i malutkie córeczki. Maria przeprowadziła się do skromniejszego mieszkania, na przedmieściach miasta, gdzie jej niedalekimi sąsiadkami były siostry ze zgromadzenia karmelitanek bosych. Z balkonu mieszkania położonego na drugim piętrze mała Ela mogła czasami obserwować siostry krzątające się w przyklasztornym ogrodzie – w przyszłości napisze o tym wiersz.

ELA – „MAŁY KAPITAN”
Na razie jednak nic nie wskazywało na to, że coś połączy tę bardzo żywiołową dziewczynkę z Karmelem. Matka bywała zrozpaczona ognistym temperamentem i trudnym do poskromienia charakterem starszej córki – wystarczy spojrzeć na jej fotografię, zrobioną, kiedy miała mniej więcej dwa lata: widzimy na niej spojrzenie pełne siły i dumy, oblicze rezolutnej młodziutkiej osoby, która wie, czego chce i nie waha się po to sięgać. W tym też okresie miało miejsce pewne zabawne wydarzenie. W okresie Bożego Narodzenia bez zgody Elżbiety włożono do żłóbka w kościele jej lalkę Joasię, która miała przedstawiać małego Jezusa. Dziewczynka, spostrzegłszy lalkę, krzyknęła głośno: „Niedobry proboszczu, oddaj mi moją Joasię!”. Trzeba było siłą wyprowadzić ją z kościoła, ku ogólnej uciesze obecnych tam wiernych.
Ela miała prawy charakter, potrafiła przyznać się do błędów, ale energia po prostu ją roznosiła. Zdradzała cechy cholerycznego temperamentu i czasem, jeśli czuła się niezrozumiana albo czegoś bardzo pragnęła, reagowała gwałtownie… by później szczerze żałować i przepraszać. W jednym z dziecięcych listów z życzeniami noworocznymi, napisała do mamy: „Będę bardzo grzeczna, bardzo posłuszna i nie będę Cię denerwować. (…) Zrobię wszystko, żeby dotrzymać obietnicy i nie powiedzieć kłamstwa w moim liście, jak to już kilka razy uczyniłam. (…) Ściskam Cię, kochana mamo”.
Dziewczynce zdarzały się i takie wybuchy złości, że zdesperowana mama groziła nawet spakowaniem jej rzeczy i odesłaniem do położonego naprzeciwko „Dobrego Pasterza”, instytutu dla trudnych dziewcząt…

GŁOS POWOŁANIA
I PIERWSZA KOMUNIA ŚWIĘTA
Szczególnie ważnym wydarzeniem była dla Eli Pierwsza Komunia Święta, którą przyjęła w 1891 roku wraz
z sakramentem bierzmowania. Starała się do niej przygotować możliwie jak najlepiej, wiedziała, czego się wystrzegać, wykazywała się już wówczas silną wolą i okazywała szczerą miłość do Boga. Już wcześniej, w wieku ośmiu lat, podczas pobytu wakacyjnego w Saint-Hilaire na południu Francji (w rodzinnych stronach matki), zwierzyła się przyjacielowi rodziny, kanonikowi Angles’owi, że pragnie zostać zakonnicą. Matka, zaskoczona, nie wierzyła własnym uszom. Skwitowała to dość jednoznacznie: „O czym mówi ta mała wariatka?”. Następnego dnia jednak udała się do kapłana, by o tym porozmawiać. Jak relacjonował ksiądz kanonik, jego odpowiedź, iż szczerze jest przekonany o powołaniu dziewczynki, przeszyła serce matki jak miecz.
Tymczasem w dniu swojej Pierwszej Komunii Świętej, 19 kwietnia 1891 roku, z oczu Elżbiety popłynęły łzy szczęścia. Gdy wychodziła z kościoła, powiedziała do swojej przyjaciółki: „Nie jestem głodna, Jezus mnie nakarmił”. Zaraz po uroczystości odwiedziła klasztor karmelitanek, by – jak to było w zwyczaju katolickich rodzin w Dijon – przedstawić się przeoryszy i otrzymać błogosławieństwo. Matka Maria podarowała jej obrazek z sentencjami św. Teresy z Ávila i własnoręczną dedykacją, tłumaczącą znaczenie jej hebrajskiego imienia: „Elżbieta – dom Boga”. Stała się ona później dewizą życia zakonnego Elżbiety.

„KARMELITANKA W ŚWIECIE”
Na razie była to jej ostatnia wizyta w rozmównicy. Matka nie chciała takiej przyszłości dla córki i nie lubiła rozmów na ten temat. Życie dziewczyny toczyło się więc dwoma torami. Coraz bardziej pogłębiała się jej pobożność, wyrażająca bogate życie wewnętrzne, które zmierzało w kierunku oddania się Bogu, ale zarazem jako młoda pianistka, zapisana przez matkę w wieku ośmiu lat do miejscowego konserwatorium, udzielała się muzycznie, dużo podróżowała i prowadziła ożywione życie towarzyskie.
Elżbieta wstawała z samego rana i poświęcała tę wczesną porę na modlitwę, codziennie chodziła na poranną Mszę Świętą do kościoła Dobrego Pasterza, uczyła się w domu, wraz z siostrą korzystając z pomocy prywatnej nauczycielki. Następnie dziewczynki ćwiczyły grę na fortepianie, czasami szyły, zawsze też znalazł się czas na spotkania z przyjaciółkami, wieczorki muzyczne i taneczne. Matka i córki były serdeczne, łatwo nawiązywały kontakty, miały liczne grono wiernych przyjaciół, bywały często zapraszane i dużo podróżowały. Długie wakacje rodziny Catez, podczas których Elżbieta poznawała piękne zakątki kraju, były po części możliwe właśnie dzięki przyjaźniom.
Elżbieta od dziecka pracowała też nad własnym charakterem. Podczas spotkań z koleżankami świadomie nie decydowała sama o zabawach, lecz pozwalała na to innym, panowała nad swoimi emocjami, wybierając raczej milczenie niż zbyt żywą reakcję, unikała plotek. Pewnego razu wyznała: „Moje usta nie wyrzekną odtąd nigdy niczego przeciw mojemu bliźniemu”. Jej ofiary i wyrzeczenia, towarzyszące Eucharystii i modlitwie, a przy tym przejawiające się w życiu codziennym i nauce, pozwoliły jej z pokorą przyjąć – w wieku trzynastu lat – pierwszą nagrodę „za doskonałość” konserwatorium w Dijon. W kolejnym roku, podczas dziękczynienia po Komunii Świętej, czternastoletnia Elżbieta poczuła przynaglenie do ofiarowania swojego serca wyłącznie Jezusowi, a niedługo potem wezwanie do podjęcia ukrytego życia w Karmelu. Matka była szczęśliwa z powodu dobrego wrażenia, jakie córka wywierała w świecie”, a tymczasem córka w milczeniu tworzyła w swoim sercu małą celę, w której adorowała Boga.
Do rozstrzygnięcia drogi życia Eli doszło w Wielki Piątek 1899 roku, kiedy matka przybiegła do domu z nowiną o znakomitej partii, jaką dla niej znalazła, a ta wyznała jej jednoznacznie, że jedynym Oblubieńcem jest dla niej Jezus. Maria Catez zgodziła się, żeby najstarsza córka wstąpiła do Karmelu „za dwa lata”. Potem nie rozmawiały już więcej o jej powołaniu, a Elżbieta wykazywała się empatią, unikając ranienia matki przypominaniem o nieuchronnej bolesnej chwili rozstania. Tymczasem katechizowała dzieci robotników manufaktury tytoniu w Dijon, śpiewała w chórze parafialnym, pisała wiersze, prowadziła dziennik i… czekała.

„O BOŻE MÓJ, TRÓJCO,
KTÓRĄ UWIELBIAM…”
Do wymarzonego Karmelu wstąpiła 2 sierpnia 1901 roku. Nigdy już nie wyszła poza bramę klauzury, jeśli nie liczyć kilku godzin spędzonych z rodziną przed złożeniem ślubów wieczystych, 11 stycznia 1903 roku. Kilka miesięcy później Elżbieta zapisała w liście do ks. Angles’a: „W nocy, która poprzedziła ten wielki dzień, kiedy byłam w chórze w oczekiwaniu na Oblubieńca, zrozumiałam, że moje Niebo rozpoczyna się na ziemi, Niebo w wierze, z cierpieniem i spalaniem się dla Tego, którego kocham!...”.
Młoda karmelitanka zdecydowała się na życie poświęcone adoracji Trójjedynego Boga w ciszy i ogołoceniu oraz modlitwie (szczególnie za kapłanów). Było to życie wymagające: w okresie letnim pobudka następowała przed piątą rano, na spoczynek zaś szło się przed jedenastą wieczorem; w ciągu dnia czas modlitwy przeplatany był pracą, a wszystko odbywało się bez zbędnych słów; na rozmowy przeznaczone były dwie rekreacje. Cele nie miały ogrzewania i często zimą niełatwo było zasnąć...
Z zewnątrz takie życie mogło wydawać się monotonne, jednak w żadnym razie nie może być mowy o jakimkolwiek poczuciu pustki, jeśli nosi się w sercu Boga: „Wtedy nie ma znaczenia zajęcie, w jakim On chce mnie widzieć: skoro zawsze jest ze mną, modlitwa, złączenie serc, nigdy nie powinno się kończyć! (…) On wlał w moje serce pragnienie nieskończoności i tak wielką potrzebę kochania, którą On sam tylko może zaspokoić”.
Miesiąc przed śmiercią młoda Elżbieta napisała do jednej z przyjaciółek: „Kochana Antosiu, zostawiam Ci moją wiarę w obecność Boga, Boga, który jest cały miłością i zamieszkuje nasze dusze. Przyznam się Tobie, że to ta zażyłość z Nim, w moim wnętrzu, była pięknym słońcem opromieniającym moje życie, czyniąc z niego już teraz jakby przedsionek Nieba, to ona wspiera mnie dzisiaj w moim cierpieniu – po czym dodała: – Proszę, znacz wszystko pieczęcią miłości! Tylko to pozostaje”.
Właśnie tajemnica zamieszkania Boga w duszy była „całym jej szczęściem”, ponieważ poprzez wszystko widziała Boga. Ta tajemnica pozwala bowiem chwile radosne i bolesne przyjąć z pogodą, uwalnia człowieka od ciężaru zajmowania się sobą, poszerza serce dla Stwórcy i dla bliźnich.
W 1903 roku pojawiły się u Elżbiety pierwsze symptomy nieuleczalnej i wtedy prawie jeszcze nieznanej choroby Addisona, która stopniowo pozbawiała ją sił z powodu kłopotów z odżywianiem. W marcu 1906 roku dolegliwości związane z tą chorobą przykuły ją do łóżka klasztornej infirmerii. Po ogromnych cierpieniach odeszła do Boga
9 listopada 1906 roku, szepcząc jeszcze słowa: „Idę do Światła, do Miłości, do Życia”. Jej przyjaciele zachowali o niej żywe wspomnienie, pamiętając o możliwości spotkania się z nią w „ognisku miłości” Trójcy.
Młoda karmelitanka została kanonizowana 16 października 2016 roku przez papieża Franciszka. ▐


Relacje
w świecie Internetu

Obecność ważniejsza niż rozrywka


W dzisiejszych czasach przebywanie w miejscach publicznych rodzi zaskakujące poczucie osamotnienia. Na lotniskach czy stacjach metra zauważamy tłumy ludzi pochylonych nad ekranikiem telefonu i przebierających z pośpiechem palcami po maleńkiej klawiaturze albo podrygujących w ciszy w takt muzyki ze słuchawek. Stopniowo ten trend przenika także do naszych domów. Najbliżsi sobie ludzie izolują się od siebie nawzajem za pomocą swoich urządzeń mobilnych – czasami nie bez przyczyny. Kiedy relacje w rodzinie nie są najlepsze, łatwiej zanurzyć się w świecie wirtualnym albo choćby włączyć telewizor niż podjąć wysiłek rozmowy.
Jednak podstawą dobrych relacji w rodzinie jest obecność. Ma ona także kluczowe znaczenie dla naszej relacji z Bogiem. Tak więc w naszym przesyconym technologią świecie stajemy przed trudnym wyzwaniem – jak pozostać obecnymi dla siebie nawzajem oraz dla Boga?

POKUSA ROZPROSZENIA
Urządzenia mobilne mają potężną moc przyciągania, działającą nie tylko na dzieci, ale i na dorosłych. Pod koniec dnia jesteśmy zmęczeni. Odczuwamy potrzebę bezmyślnej rozrywki. Media społecznościowe, tablet, telefon komórkowy czy telewizor są doskonałym sposobem na odprężenie i relaks. Jednak w chwili, gdy zaczynamy się nimi zajmować, odrywamy się nie tylko od własnego życia – odrywamy się także od ludzi, wśród których żyjemy.
Kiedy zacząłem pracować w firmie mającej centralę w innej strefie czasowej niż mieszkaliśmy, wracałem do domu wykończony. Właściwie stale byłem w pracy, bo kiedy w naszym biurze kończył się już dzień pracy, w centrali dopiero się zaczynał i zawsze było mnóstwo spraw, które trzeba było załatwić natychmiast. Uważałem się za dobrego tatę, ponieważ prosto z biura jechałem do domu, żeby być z rodziną. Byłem obecny fizycznie, więc automatycznie sądziłem, że jestem również obecny emocjonalnie. Ciągle jednak sprawdzałem telefon, bojąc się przeoczyć jakiegoś ważnego esemesa czy maila z centrali. Patrząc w oczy moich dzieci widziałem, że zaczynają już wierzyć we współczesne kłamstwo – w to, że osoba znajdująca się na drugim końcu łącza internetowego jest ważniejsza niż one. Kiedy to dostrzegłem, uznałem, że muszę na nowo przemyśleć organizację dnia, podejście do pracy oraz swoje życie.

BYĆ DLA SIEBIE NAWZAJEM
Teraz, kiedy wracam do domu, od razu wyciszam telefon. Chcę, żeby moje dzieci widziały, jak wkładam go do szuflady oraz słyszały, że zadaję im pytania i interesuję się ich życiem. Każda taka rozmowa jest okazją do dawania im siebie, do zaspokajania ich potrzeb fizycznych i duchowych. Sądzę, że uwaga jest cennym darem, którego udzielamy sobie nawzajem. Kiedy więc rozmawiam z moją najstarszą córka, a ona wpatruje się w swój telefon, mam ochotę warknąć: „Odłóż to natychmiast!”. Jednak z czasem nauczyłem się spokojnie przypominać, że poprzez uważne słuchanie i kontakt wzrokowy okazujemy sobie miłość i szacunek.
W naszym domu nie pozwalamy na korzystanie z telefonów podczas posiłków i wspólnych zajęć rodzinnych. Moja żona i ja bardzo cenimy czas spędzany razem z dziećmi. Kiedy przybywamy razem, staramy się rzeczywiście poświęcać sobie nawzajem uwagę. Tak czynił Jezus, kiedy żył na ziemi. Śmiał się razem z innymi, patrzył w oczy i odpowiadał na spojrzenia, słuchał, z czym przychodzą do niego ludzie, dostrzegał ich cierpienia. Może to brzmi górnolotnie, ale czuję, że kiedy okazuję zainteresowanie i świadomie daję swoją obecność żonie, dzieciom czy komukolwiek, kto przede mną staje – naśladuję Jezusa.
Nie zawsze to się nam udaje, ale zdarzają się sytuacje, kiedy dzięki skierowanej na siebie nawzajem uwadze możemy dostrzec coś istotnego.
Pewnego czwartkowego wieczoru po zjedzeniu spaghetti na kolację nasze dzieci zaczęły, jak zwykle głośno i hałaśliwie, rywalizować o swój „czas antenowy”, dopominając się o naszą uwagę. Wśród tego chaosu w pewnym momencie zauważyliśmy z żoną, że nasza najmłodsza córka nic nie mówi. Zapytałem ją, jak minął jej dzień, a ona się rozpłakała. Powiedziała, że jest jej bardzo smutno i źle, bo kilka koleżanek z klasy było dla niej niemiłych na przerwie. Nagle przy stole zapanowała cisza. Pozostałe dzieci odwróciły się do niej i ją przytuliły. Pomodliliśmy się za nią całą rodziną i widziałem, jak doznana życzliwość ją podbudowuje. Potem nasza najstarsza córka zaproponowała, żeby zamiast teraz oglądać telewizję, zagrać całą rodziną w Scrabble. To był bardzo dobry wieczór, pełen rodzinnej bliskości.
Jest to zaledwie drobny przykład tego, że czas wspólnego posiłku może być czasem świętym. Czasem, w którym spotykamy Chrystusa w sobie nawzajem.

OBECNY DLA BOGA
Uczmy się nie tylko bycia obecnymi dla człowieka, którego mamy przed sobą, ale także bycia uważnymi na głos Boga w ciągu całego dnia. Dla mnie jest to nieustanne wyzwanie. Kiedy mam wolny czas pomiędzy spotkaniami, czekam na lotnisku czy siedzę przy kawie, zamiast zwrócić się do Boga czy choćby rozejrzeć się wokół siebie i zobaczyć, co się dzieje, ulegam pokusie zastosowania mojej „opcji domyślnej”, którą jest włączenie telefonu lub komputera.
Staram się świadomie walczyć o to, żeby mając kilka chwil dla siebie, jadąc samochodem czy czekając na dzieci, nie trwonić ich bezmyślnie. Żeby wykorzystać ten czas na modlitwę, zwrócenie się do Boga, oddanie Mu swoich spraw. Często właśnie w tych momentach Bóg mówi do mnie najwyraźniej i najgłośniej. Kiedy ja jestem obecny dla Niego, On staje się obecny dla mnie i objawia mi to, czego najbardziej potrzebuję. W chwili, gdy ekran mojego telefonu staje się martwy, ożywa moja dusza.

DOBRE WYKORZYSTANIE
URZĄDZEŃ
Chcę też jasno powiedzieć, że nie uważam, aby ekrany były czymś złym. Nasze urządzenia – telefony, komputery – mogą pomóc nam w kontakcie z Bogiem i ludźmi. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób ich używamy. Sam na przykład często nastawiam w telefonie serię alarmów, które przypominają mi w ciągu dnia, żeby zatrzymać się na chwilę modlitwy. Kiedy słyszę alarm, odkładam to, co robię i odmawiam krótką modlitwę, czytam teksty z dnia, odmawiam Anioł Pański albo dziesiątek Różańca.
Technologia pomaga mi także modlić się na bieżąco w intencjach innych. Rano zaglądam do Twittera, żeby zobaczyć,
w jakich stronach obracają się moi znajomi i co słychać w ich rodzinach. Włączam ich potrzeby w swoją modlitwę. Kiedy następnym razem do nich esemesuję, dzwonię czy też ich spotykam, czasem o tym wspominam: „Cześć, modliłem się za twojego tatę, co tam u niego?”. Oczywiście nie wysyłam od razu posta na ich konto w mediach społecznościowych z informacją: „Modlę się za ciebie”. Ale kiedy powracam do tego w innym kontekście, jest to warte jeszcze więcej. Staje się znakiem obecności i wzajemnej troski.

„POKAŻ MI TĘ APKĘ”
Każdy z nas, niezależnie od wieku, decyduje o tym, jak będą wyglądały kontakty z rodziną, rówieśnikami, innymi pokoleniami i wreszcie z Panem. Jeśli w przeszłości z własnego wyboru pozwoliliśmy na to, by kontakty wirtualne nadwyrężyły więzi osobiste, postanówmy sobie odtąd budować mosty nad „wirtualną przepaścią”.
Często starsi ludzie czują się wyobcowani ze świata młodych, świata kontaktów wirtualnych i sami się usuwają na bok. Można jednak podjąć wysiłek porozumienia pomimo różnic w podejściu do współczesnych technologii. Naszą parafialną grupę młodzieżową prowadzi małżeństwo sześćdziesięciolatków, którzy nie mają pojęcia o najnowszych aplikacjach. Ale zamiast czuć się wyalienowani, gdy nastolatek wyciąga komórkę, podchodzą do niego i mówią: „Pokaż mi tę apkę! Jak to działa? Nie jesteśmy tak biegli w technologii”.
W ten sposób okazują nie tylko pokorę i zainteresowanie. Wyrażają gotowość wejścia w świat nastolatków, jak Chrystus wszedł w nasz świat. Bez wątpienia muszą w tym celu porzucić własny komfort. Ale chcąc wypełnić swój obowiązek jako rodzice, dziadkowie czy katecheci, musimy zaakceptować pewien dyskomfort. A kiedy to czynimy, staje się on darem, którego skutki sięgają po wieczność. ▐

 

 

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
Słowo wśród nas Nr 2 (318) 2020



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LUTOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

W lutowym numerze „Słowa wśród nas” zamieściliśmy trzy artykuły wstępne autorstwa o. Raniero Cantalamessy, poświęcone Matce Teresie z Kalkuty i jej „Ewangelii pięciu palców”. Jest to najprostsza Ewangelia, która zawiera się w pięciu słowach: „Ty zrobiłeś to dla Mnie”. To, co czynisz dla drugiego człowieka, zwłaszcza słabego i potrzebującego, tak naprawdę czynisz dla Jezusa, w odpowiedzi na Jego miłość. Jeśli to sobie uświadomisz, nie przejdziesz obojętnie wobec nikogo. O. Raniero pisze o „ciemnej nocy”, z którą zmagała się Matka Teresa przez bardzo wiele lat i o tym, co znaczy słowo Sitio, umieszczane w każdej kaplicy Misjonarek Miłości obok ołtarza.
W numerze jak zawsze znajdują się Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, pomagające w codziennym życiu słowem Bożym.
W Magazynie znajduje się artykuł „Pianistka zakochana w Bogu” o św. Elżbiecie od Trójcy Przenajświętszej oraz kilka świadectw: „Tylko o mnie nie zapomnij” - mówi o tym, jak wyjazd siostry sprawił, że autorka odnalazła przyjaciela w Bogu, a „Relacje w świecie Internetu” – przypomina o tym, jak istotne jest, byśmy byli wobec siebie nawzajem uważni. Ponadto dwa świadectwa napisane w odpowiedzi na Naszą ankietę „Błogosławieństwo starości”. Ponadto Nasze lektury, krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny. 

 „Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 19,50 zł
6 miesięcy – cena 39,00 zł
12 miesięcy – cena 71,50 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. prenumeraty, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Czy znasz żywego Jezusa?
Naglące pytanie Matki Teresy
o. Raniero Cantalamessa.......................................... 4

Modlitwa w ciemności
Matka Teresa wskazuje drogę
o. Raniero Cantalamessa.......................................... 9

„Pragnę”
Jezus pragnie dawać nam wodę żywą
o. Raniero Cantalamessa..........................................14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ
od 1 do 29 lutego..........................................19

MAGAZYN

Pianistka zakochana w Bogu
Święta Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej
Mariusz Czałpiński..........................................46

„Tylko o mnie nie zapomnij”
Jak po wyjeździe siostry znalazłam
nowego Przyjaciela – Alisha Ritchie......................... 52

Relacje w świecie Internetu
Obecność ważniejsza niż rozrywka
Mark Hart .............................................................. 56

„Bez Boga ani do proga”odpowiedź na ankietę
„Błogosławieństwo starości”.................................... 60

Jezus mnie uczy, jak żyć z chorobąodpowiedź
na ankietę „Błogosławieństwo starości”................... 61

Nasze lektury............................................................ 62

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:
Drodzy Bracia i Siostry!

W tym miesiącu odbędziemy minirekolekcje z o. Raniero Cantalamessą, kaznodzieją Domu Papieskiego. Wraz z wieloma innymi katolikami śledzę nauczanie o. Raniero od lat i jestem pod głębokim wrażeniem jego pokory. Nigdy nie skupia uwagi na sobie, lecz kieruje swoich słuchaczy ku Jezusowi
i zachęca ich do otwarcia serc na moc Ducha Świętego.
Tym razem zapoznamy się z refleksjami o. Raniero na temat św. Teresy z Kalkuty, uczennicy Chrystusa, która również nie była zainteresowana skupianiem uwagi innych na sobie. Od chwili gdy jej praca wśród ubogich stała się powszechnie znana, wiele osób pragnęło obsypywać Matkę Teresę pochwałami, nagrodami i zaszczytami. I słusznie – w 1979 roku otrzymała nawet Pokojową Nagrodę Nobla! Jednak nie to było dla niej ważne. Wszystko, czego pragnęła, to rozpoznać Jezusa i służyć Mu „w najbardziej niepokojącym przebraniu biedaka”. Jak powiedziała kiedyś do sióstr swojego zgromadzenia: „Dopóki nie usłyszysz Jezusa w ciszy własnego serca, nie będziesz w stanie usłyszeć Go mówiącego: «Pragnę» w sercach ubogich. Nigdy nie rezygnuj z codziennego osobistego kontaktu z Jezusem jako prawdziwą, żyjącą Osobą – a nie jedynie ideą. Jak mogłybyśmy przetrwać choćby jeden dzień, nie słysząc od Jezusa: «Kocham cię»? To niemożliwe”.
Gdyby Matka Teresa była tu dziś z nami, zapewne powiedziałaby coś bardzo podobnego. Przypomniałaby, że Jezus zawsze wychodzi nam naprzeciw, zapraszając na spotkanie z Nim na modlitwie i we Mszy świętej. Przypomniałaby nam również, że w tych osobistych spotkaniach z Jezusem otrzymujemy łaskę miłowania ludzi, z którymi stykamy się w życiu – a zwłaszcza ludzi cierpiących i borykających się z losem.
Czytając i rozważając artykuły o. Raniero, starajcie się więc nie stawiać na piedestale ani jego, ani Matki Teresy. Potraktujcie ich raczej jako towarzyszy naszej wspólnej drogi ku Jezusowi. Pozwólcie, by pomogli wam otworzyć serca dla Jezusa.
I jeszcze jedno – nie dziwcie się, że nie zawsze odczuwacie bliskość Jezusa na modlitwie. Każdy ma swoje dobre i złe dni. Każdy może czuć się czasami daleko od Boga. Także Matka Teresa przez całe lata czuła się daleko od Pana, ale mimo to szukała Go codziennie na modlitwie. Nie pozwól więc, by to, co odczuwasz, odciągnęło cię od modlitwy. Bóg pragnie od nas wytrwałości. Jak powiedziała bł. Aniela z Foligno, jest rzeczą dobrą modlić się i czuwać, gdy czujesz w sobie żar łaski Bożej, „ale najmilsze i najbardziej Bogu przyjemne jest to, kiedy ci jej brakuje lub zostaje ona wstrzymana, a ty mimo to nie modlisz się mniej, nie czuwasz rzadziej. (...) Czyń to, co należy do ciebie, a Bóg z pewnością uczyni to, co należy do Niego. Modlitwa, do której się przymuszamy, jest szczególnie miła Bogu”.
Oby Bóg udzielił nam wszystkim łaski głębokiej miłości do Jezusa i do ubogich, których mamy pośród nas.
Wasz brat w Chrystusie,
Jeff Smith

 

ARTYKUŁY:

Najprostsza Ewangelia Matki Teresy

„Ty zrobiłeś to dla Mnie” – licząc poszczególne słowa na palcach jednej ręki, św. Matka Teresa nazwała to zdanie „Ewangelią pięciu palców”. To, co uczyniłeś dla drugiego człowieka, a zwłaszcza dla najmniejszego i najbiedniejszego, uczyniłeś dla Jezusa. Gdybyśmy traktowali się wzajemnie z taką miłością, na jaką Jezus zasługuje – uczyła Matka Teresa – moglibyśmy zmienić cały świat. W tym miesiącu nasz szczególny gość – o. Raniero Cantalamessa – wyjaśnia, jak „Ewangelia pięciu palców” Matki Teresy pomogła jej przybliżyć się do Jezusa, podtrzymywała ją w latach ciemności i pomagała zaspokajać Jezusowe pragnienie dusz. O. Raniero twierdzi, że te pięć słów może przemienić także i nasze życie. Rozpoznając Jezusa w sobie nawzajem, będziemy coraz bardziej Go kochać – a także coraz bardziej kochać innych ludzi.

Czy znasz żywego Jezusa?


Naglące pytanie Matki Teresy

Spowiednik Matki Teresy, jezuita Celeste Van Exem, powiedział o niej kiedyś: „Sensem całego jej życia była konkretna Osoba – Jezus”. Po dokładnym zbadaniu jej życia, pism i zeznań świadków, postulator procesu kanonizacyjnego, ks. Brian Kolodiejchuk, stwierdził: „Jeśli mam powiedzieć, dlaczego została wyniesiona do chwały ołtarzy, odpowiadam: z powodu osobistej miłości do Jezusa... To Jezus stanowił centrum jej życia”.
Najważniejszym tego świadectwem jest list napisany przez Matkę Teresę do całej rodziny Sióstr Misjonarek Miłości w Wielkim Tygodniu, 25 marca 1993 roku. Od razu na początku zaznaczyła: „Ten list jest tak osobisty, że chciałam napisać go własną ręką”. A następnie wyznała: „Martwię się, że niektóre z was tak naprawdę jeszcze nie spotkały Jezusa – tak w cztery oczy, ty i Jezus sam na sam. Owszem, spędzamy czas w kaplicy, ale czy widziałaś oczyma duszy, jak On patrzy na ciebie z miłością? Czy naprawdę znasz żywego Jezusa, nie z książek, ale z przebywania wraz z Nim w swoim sercu? Czy słyszałaś słowa miłości, jakie On do ciebie wypowiada?... Nigdy nie rezygnuj z codziennego osobistego kontaktu z Jezusem jako prawdziwą, żyjącą Osobą – a nie jedynie ideą”.
Dla Matki Teresy Jezus nie był abstrakcją, zbiorem doktryn i dogmatów czy wspomnieniem kogoś żyjącego
w odległych czasach. Był żywą i prawdziwą Osobą, Kimś, na kogo mogła patrzeć w swoim sercu i pozwalać, by On patrzył na nią.

SŁUŻBA, OWOC MIŁOŚCI
Na pytanie: „Kim jest dla mnie Jezus?”, Matka Teresa odpowiedziała taką natchnioną litanią określeń:
Jezus jest Słowem – aby Je wypowiedzieć.
Jezus jest Życiem – aby Nim żyć.
Jezus jest Miłością – aby Nią kochać.
Jezus jest Radością – aby się Nią dzielić.
Jezus jest Ofiarą – aby Ją składać.
Jezus jest Pokojem – aby Go dawać.
Jezus jest Chlebem Życia – aby Go spożywać.
Jedno z najbardziej znanych powiedzeń Matki Teresy brzmi: „Owocem miłości jest służba, owocem służby jest pokój”. Mówiła swoim córkom: „«Pragnę» i «Mnieście uczynili» – zawsze pamiętajcie, by łączyć jedno z drugim, środek z celem. Co Bóg złączył, nikt niech nie waży się rozłączać… Naszym charyzmatem jest zaspokajanie Jezusowego pragnienia miłości i dusz – poprzez pracę nad zbawieniem i uświęceniem najbiedniejszych z biednych”.
„Ty zrobiłeś to dla mnie” – Matka Teresa odliczała kolejne słowa tego zdania, mówiąc, że zawierają one w sobie „całą Ewangelię na pięciu palcach”. Dla niej Jezus, który jest obecny w Eucharystii, jest obecny także w inny, ale równie rzeczywisty sposób „w niepokojącym przebraniu biedaka”. Dlatego cytowana wyżej litania na cześć Jezusa płynnie przechodzi do kolejnych wezwań:
Jezus jest Głodnym – aby Go nakarmić.
Jezus jest Spragnionym – aby Go napoić.
Jezus jest Nagim – aby Go przyodziać.
Jezus jest Bezdomnym – aby Go przyjąć.
Jezus jest Chorym – aby Go uzdrowić.
Jezus jest Samotnym – aby Go pokochać.

„ROBISZ TO DLA KOGOŚ”
Wiemy, na jaki poziom wzniosła się służba Matki Teresy wobec najbiedniejszych z biednych. Na jednym ze spotkań pewna zakonnica zarzuciła jej, że rozpieszcza ubogich i obraża ich godność, dając im wszystko za darmo i nie oczekując niczego w zamian. Matka Teresa odpowiedziała: „Istnieje tyle zgromadzeń, które rozpieszczają bogatych, że nie zaszkodzi jedno, które rozpieszcza ubogich”. Zdaniem Matki Teresy, najlepiej uchwycił ducha jej służby ubogim szef pomocy społecznej w Kalkucie, który powiedział do niej pewnego dnia: „Matko Tereso, my także, jak wy, prowadzimy działalność społeczną. Ale pomiędzy nami a wami jest wielka różnica. My robimy to za coś, a wy robicie to dla Kogoś”.
Miłość do Jezusa przynaglała Matkę Teresę, podobnie jak wielu świętych przed nią, do robienia rzeczy, do których nie skłoniłaby jej żadna inna motywacja. Pewnego razu ktoś na widok jej posługi biedakowi wykrzyknął: „Nie zrobiłbym czegoś takiego za całe złoto świata!”. „Ja również!” - odparła Matka Teresa. Chodziło jej, oczywiście, o to, że choć nie robiłaby tego za całe złoto świata, robiła to dla Jezusa.
Matka Teresa potrafiła dawać ubogim nie tylko chleb, odzież i lekarstwa, ale to, czego potrzebowali może jeszcze bardziej: miłość, ludzkie ciepło i godność.

DUCH MIŁOŚCI
Ale gdzie mamy szukać takiej miłości? Matka Teresa wiedziała, kogo o nią prosić – Maryję! Jedna z jej modlitw brzmi: „Maryjo, moja najdroższa Matko, daj mi Twoje serce, tak piękne, tak czyste, tak niepokalane, tak pełne miłości i pokory, abym mogła przyjąć Jezusa, jak Ty Go przyjęłaś, a następnie z pośpiechem zanieść Go innym”.
W życiu Matki Teresy, w praktyce jej służby ubogim, obecna była perspektywa trynitarna, która pozwala nam odkryć coś niezwykłego – że istnieje taka miłość do Jezusa, która jest doskonała, nieskończona i całkowicie Go godna. A także to, że i my możemy w niej uczestniczyć, że może ona stać się naszą, że możemy przyjąć Jezusa z taką właśnie miłością. Jest to miłość, którą Ojciec niebieski kocha swojego Syna.
Otrzymaliśmy tę miłość we chrzcie, gdyż miłość, jaką Ojciec miłuje swego Syna, nazywa się Duchem Świętym. Czym innym mogłaby być miłość Boża „rozlana (…) w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5), jeśli nie w dosłownym znaczeniu miłością Boga, odwieczną, niestworzoną miłością, jaką Ojciec miłuje Syna, i z której bierze początek każda inna miłość?
Często powtarzam, że mistycy nie są jakąś odrębną kategorią chrześcijan; nie istnieją po to, by nas zadziwiać, ale by pokazywać nam jakby w powiększeniu, jak wygląda w pełni rozwinięte życie łaski. Uczą nas tego właśnie, że dzięki łasce Bożej zostaliśmy włączeni w nurt życia Trójcy Świętej.
Sam Jezus zapewnia nas o tym przez słowa modlitwy skierowanej do Ojca: „Aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była” (J 17,26). Dzięki łasce jest w nas ta sama miłość, jaką Ojciec miłuje Syna. Co za wspaniałe odkrycie! Jakie horyzonty dla naszej modlitwy i kontemplacji! Chrześcijaństwo jest łaską, a łaska ta jest udziałem w Boskiej naturze, czyli w Bożej miłości.

NIECH CHRYSTUS NARODZI SIĘ
W TOBIE
Mistyk niemiecki Angelus Silesius wyraził tę ideę w dwóch wersetach: „Gdyby nawet Jezus Chrystus tysiąc razy narodził się w Betlejem, jeśli nie narodzi się w tobie, jesteś zgubiony na wieki”. Słynny konwertyta włoski, Giovanni Papini, rozważając te słowa w Boże Narodzenie 1955 roku, zadał sobie pytanie, w jaki sposób dokonują się te wewnętrzne narodziny. Odpowiedź, której sobie udzielił – a która może posłużyć także i nam – jest następująca:
„Ten nowy cud nie jest niemożliwy, jeśli się go pragnie i oczekuje. W dniu, w którym nie poczujesz cienia zazdrości czy rozgoryczenia na wieść o radości, która spotkała twojego wroga czy przyjaciela, ciesz się, gdyż jest to znak, że owe narodziny są blisko. W dniu, w którym poczujesz potrzebę dania odrobiny szczęścia komuś, kto jest smutny, lub przynaglenie, by złagodzić ból i cierpienie przynajmniej jednego stworzenia, bądź zadowolony, gdyż przybycie Boga jest niechybne”.
Wszystko to są oznaki narodzin, które już miały miejsce, ale ich przyczyną, tym, co je sprowokowało, jest to, o czym Papini mówi na początku: pragnienie i oczekiwanie. Jest to wiara pełna oczekiwania i pewna nadejścia tych narodzin – ufna, oczekująca wiara.
Nie potrzeba tu żadnych szczególnych uczuć. Wystarczy po przyjęciu Ciała i Krwi Chrystusa powiedzieć z prostotą: „Jezu, przyjmuję Cię, jak przyjęła Cię Twoja Matka Maryja; kocham Cię miłością, jaką kocha Cię Twój Ojciec niebieski, a której na imię Duch Święty”. ▐

Modlitwa
w ciemności

Matka Teresa wskazuje drogę

Pewnego razu św. Franciszek z Asyżu, nawiązując do popularnych w jego czasach poematów rycerskich, zawołał: „Niegdyś wszyscy dzielni rycerze byli potężni w boju, odnosili pamiętne zwycięstwa i ginęli walcząc za wiarę w Chrystusa. Dziś widzimy wielu, którzy chcieliby przypisać sobie chwałę i cześć, zadowalając się opiewaniem wyczynów innych”.
Franciszek wyjaśnił, co miał na myśli, w jednym ze swoich Napomnień: „Wielki wstyd dla nas, sług Bożych, że podczas gdy święci dokonywali wielkich dzieł, my chcemy otrzymać chwałę i cześć tylko opowiadając o nich”. Słowa te są gorzkim wyrzutem także i dla mnie, proponującego wam tę medytację o świętości Matki Teresy.

MATKA TERESA I CIEMNOŚCI
Co działo się po tym, jak Matka Teresa odpowiedziała: „Tak” na Boże natchnienie do porzucenia wszystkiego i ofiarowania się na służbę najbiedniejszym z biednych? Świat widział jasno, co działo się wokół niej – pojawienie się pierwszych towarzyszek, aprobatę kościelną, szybkie tempo rozwoju dzieł charytatywnych – ale aż do jej śmierci nikt nie zdawał sobie sprawy, co działo się w niej.
Odsłoniły nam to dopiero jej osobiste notatki oraz listy pisane do kierownika duchowego, które ujrzały światło dzienne przed około piętnastoma laty. Te niezwykle osobiste pisma stawiają ją w szeregu wielkich mistyków chrześcijańskich. Jedna z najbardziej znanych definicji mistycyzmu określa go jako „doświadczanie spraw Bożych”. Oryginalne wyrażenie jest trudne do przetłumaczenia, możemy jednak rozumieć je jako życie z Bożą pasją, w podwójnym znaczeniu słowa „pasja” - jako cierpienia i jako miłości. Jak zobaczymy, definicja ta zrealizowała się w pełni w życiu Matki Teresy.
Kapłan będący przez wiele lat blisko Matki Teresy pisał: „Wraz z początkiem jej nowego życia w służbie ubogim ciemność spadła na nią z całą swą przytłaczającą mocą”. Wystarczy kilka krótkich wyjątków z jej pism, aby zdać sobie sprawę z tego, jak intensywny był mrok, który ją ogarnął: „W mojej duszy jest tak wiele sprzeczności. Tak dojmująca tęsknota za Bogiem – tak dojmująca, że bolesna – nieustanne cierpienie – a mimo to jestem przez Boga niechciana – odrzucona – pusta – bez wiary – bez miłości – bez zapału… Niebo nic nie znaczy – dla mnie wygląda jak puste miejsce”.
Nie jest trudno w tym doświadczeniu Matki Teresy rozpoznać klasyczny przypadek tego, co badacze mistycyzmu nazywają zazwyczaj, podążając za św. Janem od Krzyża, „ciemną nocą duszy”.
Z tego, co wiadomo, wydaje się, że ta ciemność nie opuściła jej aż do śmierci, jedynie z krótkim okresem przerwy w 1958 roku. Jeśli od pewnego momentu Matka Teresa prawie nigdy o niej nie wspomina, nie wynika to stąd, że noc się skończyła, ale że nauczyła się z nią żyć. Nie tylko pogodziła się z milczeniem Jezusa, ale rozpoznała w tym doświadczeniu niezwykłą łaskę: „Doszłam do tego, że pokochałam ciemność. ponieważ teraz wierzę, że jest ona częścią, bardzo, bardzo maleńką częścią ciemności i bólu Jezusa na ziemi”.

DOPEŁNIAĆ „NIEDOSTATKI
UDRĘK CHRYSTUSA”
Ale jaki sens ma to dziwne zjawisko „ciemnej nocy”? Wskazówką mogą być słowa św. Pawła o dopełnianiu niedostatków „udręk Chrystusa (…) dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). Jako pierwszy doświadczył ciemnej nocy za nas wszystkich Jezus w Ogrójcu, a sądząc po Jego wołaniu z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”, również zmarł w tym stanie (Mt 27,46). Papież Jan Paweł II napisał kiedyś: „Nierzadko święci doznawali czegoś podobnego do doświadczenia Jezusa na krzyżu, które polega na paradoksalnym połączeniu szczęścia i cierpienia” (Novo millennio inuente, 27).
Wiemy, że Matka Teresa z czasem zaczęła widzieć tę próbę „nocy ciemnej” jako odpowiedź na swoje gorące pragnienie dzielenia z Jezusem ukrzyżowanym Jego „Pragnę”: „Jeśli mój ból i cierpienie – moja ciemność i izolacja – dają Ci kroplę pociechy, mój Jezu, czyń ze mną, co chcesz… Odbij na mojej duszy i moim życiu cierpienia Twego serca… Chcę zaspokajać Twoje pragnienie każdą kroplą krwi, jaką we mnie znajdziesz… Proszę, nie zadawaj sobie trudu, by wrócić szybko. Jestem gotowa czekać na Ciebie przez całą wieczność”.

KIEDY MODLITWA
STAJE SIĘ TRUDNA
Mistycy nie są jednak wyjątkiem ani inną kategorią wierzących niż pozostali chrześcijanie. Z ich nocy ciemnych,
a w szczególności z ciemnej nocy Matki Teresy, możemy nauczyć się przede wszystkim tego, jak postępować w chwilach posuchy, kiedy modlitwa staje się walką, wysiłkiem, biciem głową o ścianę.
Kiedy tak się dzieje, nie należy się poddawać i rezygnować z modlitwy na przykład na rzecz działania. Kiedy Bóg znika, starajmy się przynajmniej o to, by Jego miejsca nie zajął żaden bożek, a zwłaszcza bożek aktywizmu.
Aby tego uniknąć, dobrze jest co jakiś czas przerwać swoje zajęcia i wznieść myśli do Boga lub po prostu poświęcić Mu chwilę czasu. W czasach posuchy potrzebujemy odkryć ten szczególny rodzaj modlitwy, który bł. Aniela z Foligno nazywała „modlitwą wymuszoną” wyznając, że sama ją praktykowała: „Jest rzeczą dobrą i bardzo przyjemną Bogu, gdy modlisz się, czuwasz, i dokonujesz innych dobrych czynów, mając w sobie żar łaski Bożej, ale najmilsze i najbardziej Bogu przyjemne jest to, kiedy ci jej brakuje lub zostaje ona wstrzymana, a ty mimo to nie modlisz się mniej, nie czuwasz rzadziej ani nie zaprzestajesz pełnienia dobrych uczynków. Działaj bez łaski tak samo, jak z łaską… Czyń to, co należy do ciebie, a Bóg z pewnością uczyni to, co należy do Niego. Modlitwa, do której się przymuszamy jest szczególnie miła Bogu”.
Modlitwa ta ma więcej wspólnego z ciałem niż z umysłem. Istnieje tajemniczy sojusz pomiędzy wolą a ciałem. Często gdy nasza wola nie jest w stanie zmusić umysłu do skupienia na jakiejś myśli bądź do jej odrzucenia, to jednak ma władzę nad naszym ciałem i może sprawić, że kolana się zegną, ręce złożą, a usta otworzą i wypowiedzą kilka słów, na przykład: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”. Matka Teresa znała dobrze tę „wymuszoną modlitwę”: „Kilka dni temu czułam się tak źle, że nie jestem w stanie ci tego opisać. Była chwila, w której prawie odmówiłam zaakceptowania tego stanu. Po namyśle wzięłam do ręki różaniec i bardzo wolno, nawet bez rozważania tajemnic czy myślenia, odmawiałam go powoli i spokojnie”.

„NIE WYCHODŹ Z CELI!”
Zwykłe fizyczne przebywanie w kościele lub w miejscu przeznaczonym na modlitwę, po prostu bycie na modlitwie, jest dla nas czasami jedynym możliwym sposobem wytrwania przy Bogu. On wie, że moglibyśmy w tym czasie robić sto innych użyteczniejszych rzeczy, przynoszących nam większą satysfakcję, ale jesteśmy tu i oddajemy Mu do końca czas, który przeznaczyliśmy na modlitwę.
Pewien początkujący mnich ciągle uskarżał się na niezdolność do modlitwy z powodu rozproszeń. „Moje myśli mnie niepokoją” – mówił swemu ojcu duchowemu. Stary mnich, do którego się zwrócił, polecił mu zupełnie nie przejmować się natarczywymi myślami, byleby tylko nie wychodził ze swojej celi! Jest to dobra rada także dla nas, kiedy cierpimy na chroniczne rozproszenia, których nie jesteśmy już w stanie kontrolować – pozwólmy myślom błądzić, gdzie im się żywnie podoba, ale ciałem trwajmy na modlitwie!
Taka postawa wynika z wiary. Wystarczy, że powiem: „Ojcze, Ty dajesz mi Ducha Jezusa. Jednocząc więc z Nim mego ducha odmawiam ten psalm, uczestniczę w tej Mszy lub po prostu trwam w ciszy w Twojej obecności. Chcę oddać Ci tę samą chwałę i sprawić taką samą radość, jaką sprawiłby Ci Jezus, gdyby to On modlił się do Ciebie na ziemi”. Z tym przekonaniem zakończmy naszą refleksję następującą modlitwą: „Duchu Święty, który wstawiasz się w sercach wierzących w westchnieniach, których nie można wyrazić słowami, przyjdź i pomóż nam w naszej słabości. Pukaj do serc tak wielu współczesnych nam ludzi, którzy żyją bez Boga i nadziei na tym świecie. Oświeć umysły tych, którzy obecnie kształtują przyszłość naszej planety. Pomóż im zrozumieć, że Chrystus nie jest dla nikogo zagrożeniem, ale Bratem wszystkich. Niech ubogim, pogardzanym, prześladowanym i wykluczonym ze świata jutra nie zostanie odebrana po cichu ta gwarancja, która jak dotąd stanowiła ich najskuteczniejszą obronę przed samowolą możnych i niedolą życia – imię pierwszego spośród nich, Jezusa z Nazaretu!”. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
▌Sobota, 1 lutego
Mk 4,35-41
Jego zabrali, tak jak był w łodzi. (Mk 4,36)
„Zabrali, tak jak był”. A „jak” był?
Zmęczony. Już od wielu godzin nauczał, siedząc w łodzi, tłum zebrany na brzegu. Był tak bardzo zmęczony, że zasnął od razu po wypłynięciu i spał nawet wśród szalejącej burzy. Ale kiedy uczniowie, przerażeni, że zaraz zatoną, zdołali Go dobudzić, natychmiast ją uciszył. Stało się tak, gdyż Jezus, oprócz natury ludzkiej, miał również naturę Boską i mógł użyć swojej władzy. Strach i napięcie uczniów nie wywołały w Nim niepokoju ani zamieszania. Był spokojny i poradził sobie z burzą od razu – choć został tak nagle przebudzony i był może jeszcze zamroczony snem. Zaradził potrzebie chwili mocą Bożą, którą w sobie posiadał.
Chociaż jesteś tylko człowiekiem, Bóg żyje także i w tobie; mieszka w tobie Jego Święty Duch. Kiedy więc znajdziesz się w środku jakiejś życiowej burzy, będziesz w stanie zaradzić potrzebom chwili, tak jak jesteś, jako dziecko Boże napełnione Duchem Świętym. To normalne, że pojawiają się myśli: „Gdybym tylko był świętszy”, „Gdybym tylko więcej się modlił
i czytał Pismo Święte, gdybym z większym skupieniem uczestniczył we Mszy, wtedy mógłbym uciszać burze, wnosić pokój w trudne sytuacje, pocieszać zalęknionych”, „Gdybym tylko…”.
Starajmy się jednak naśladować Jezusa, który zabrany „tak jak był” wniósł pokój w trudną sytuację, gdy tylko się obudził. Nie musi to być na morzu w czasie sztormu! Może będziesz mógł wnieść pokój w nerwowe spotkanie w pracy; rozładować atmosferę w sklepie spożywczym, gdzie małe dziecko głośno domaga się uwagi; spokojnie porozmawiać ze zrzędliwym czy spanikowanym pasażerem, siedzącym obok ciebie w samolocie.
W takiej lub podobnej sytuacji powiedz otaczającemu cię chaosowi: „Ucisz się! Niech zapanuje pokój!”. Oczywiście nie musisz wykrzykiwać tych słów, ale powiedz je w ciszy swego serca i poproś Ojca, aby uciszył burzę. A wtedy może Duch Święty doda ci odwagi, podsunie kojące słowo lub zapewni o Bożej miłości, a przez to pomoże ci uporać się z trudną sytuacją.
„Gdybym tylko” pozostanie z nami do końca. Ale także pozostanie z nami Duch Święty. On wyposaży cię, takiego, jakim jesteś, we wszystko, co ci potrzebne, aby stawić czoło dzisiejszym burzom.
„Jezu, pomóż mi wnosić więcej pokoju w moje dni”.
2 Sm 12,1-7a.10-17
Ps 51,12-17

▌Niedziela, 2 lutego
Ofiarowanie Pańskie
Łk 2,22-40
Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekujący pociechy Izraela.
(Łk 2,25)
Kto nie miałby dziś ochoty na odrobinę pociechy? Kto nie chciałby poczuć, jak Pan obejmuje go ramieniem i mówi: „Wszystko będzie dobrze”?
Symeon wyczekiwał Bożej pociechy. Bóg obiecał przecież odnowić los swego ludu, Izraela. Obiecał zesłać Mesjasza, który zasiądzie na tronie Dawida i pociągnie wszystkie narody do Izraela. Symeon przez wiele lat modlił się o wypełnienie tych obietnic, ale nic się nie wydarzyło. Izrael wciąż był narodem okupowanym, a jego lud podzielony na biednych i bogatych, faryzeuszy i saduceuszy, Galilejczyków i Judejczyków. Symeon jednak nie przestawał modlić się o odkupienie. I nie przestawał czekać.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Wyobraź sobie tę przepiękną chwilę, w której Symeon rozpoznał „pociechę Izraela” w Dziecięciu przyniesionym do świątyni i wziął Je w swoje ramiona. Poczuj głębię emocji zawartą w słowach tego starego człowieka, całe lata wyczekującego tej właśnie chwili: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju” (Łk 2,29). Wreszcie Go ujrzałem. Teraz, Panie, mogę już odejść, ponieważ przybyłeś, aby zbawić swój lud.
Symeon w jednej chwili zrozumiał, że wszystko będzie dobrze. Nie wiedział jak, ani kiedy to się stanie, ale to nie miało znaczenia. Wiedział, że się stanie i to mu wystarczyło, by wierzyć.
Bóg widzi twoją udrękę, słyszy twoje modlitwy, zna twoje troski. Pozwól Mu cię pocieszyć. Dziś, w domu Pańskim, spotkasz Jezusa pod zaskakującymi postaciami chleba i wina – podobnie jak Symeon spotkał Go w zaskakującej postaci niemowlęcia. Kiedy Go przyjmiesz, przypomnij sobie tego pobożnego starca. Wraz z nim weź Jezusa w swoje ramiona i do swojego serca. On przychodzi, aby przynieść ci wybawienie i pociechę. Może nie powie ci, jak i kiedy to się stanie, ale to nie ma znaczenia. Chrystus jest w tobie i wszystko będzie dobrze.
„Panie, moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, powierzam się Tobie”.
Ml 3,1-4
Ps 24,7-10
Hbr 2,14-18

▌Niedziela, 9 lutego
Mt 5,13-16
Aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5,16)
Bądź solą, która naprawdę jest słona; bądź lampą postawioną na wysokim świeczniku. Nie są to łatwe wymagania! Może czytając ten fragment czujesz się tak, jakbyś miał natychmiast wejść na zaimprowizowaną mównicę
i nauczać na rogach ulic – i to od zaraz! Oczywiście dobrze jest rozmawiać z innymi o swojej wierze, ale nie jest to wcale jedyny sposób oddziaływania na ludzi, bycia dla nich solą i światłem.
Jednym z najbardziej skutecznych sposobów wpływania na kształt otaczającego cię świata jest twoje postępowanie. Twoje czyny mówią same za siebie, są przesłaniem dla twojej rodziny, przyjaciół, znajomych, a nawet obcych. Jezus mówi, że nasze „dobre uczynki” pomagają innym spotkać i uwielbić Boga. Izajasz posuwa się do stwierdzenia, że „jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu
i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem” (Iz 58,10).
Rozglądając się wokół siebie z pewnością ujrzysz „wiele ciemności”. Może w twoim otoczeniu szerzą się plotki. Może współmałżonek jest przygnębiony trudnościami w pracy, a dziecku dokuczają w szkole. Może znajoma martwi się o swoją dorastającą córkę? A może gdzieś w pobliżu mieszka bardzo uboga rodzina, której grozi eksmisja?
Jak może zaświecić twoje światło? Zmień temat, gdy widzisz, że rozmowa zmierza ku plotkom. Przyrządź mężowi ulubione danie i daj mu szansę wypowiedzenia wszystkiego, co leży mu na sercu. Powiedz coś miłego ponuremu nastolatkowi. Wysłuchaj cierpliwie swojej znajomej. Zanieś posiłek ubogiej rodzinie. Podziel się swoim egzemplarzem Słowa wśród nas z sąsiadem czy koleżanką z pracy. Możliwości jest niekończenie wiele. Nawet drobne przejawy życzliwości rozjaśniają mrok.
Możesz być promieniem światła w otaczającym cię świecie. Jeśli ty będziesz robić, co w twojej mocy, Bóg będzie świecił przez ciebie. A to oznacza, że ludzie, którzy cię widzą, będą widzieli także twego Ojca niebieskiego.
„Ojcze, chcę być światłem, które ukazuje ludziom Twoją miłość i miłosierdzie”.
Iz 58,7-10
Ps 112,4-9
1 Kor 2,1-5

▌Niedziela, 16 lutego
Syr 15,15-20
Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane. (Syr 15,17)
Wolna wola. Największy dar Boga dla nas, a zarazem największe ryzyko. Wolna wola uzdalnia nas do samodzielnego decydowania o tym, jakimi ludźmi pragniemy się stać. Umożliwia nam tworzenie muzyki i sztuki, budowanie miast i dróg, zawieranie związków małżeńskich i podejmowanie trudu wychowania dzieci. Ale także pozwala nam na niszczenie zamiast budowania, na krzywdy i zdrady zamiast uzdrawiania i wspierania innych. A co najważniejsze, to dzięki wolnej woli jesteśmy w stanie wybierać czy chcemy pójść za Jezusem, czy też za własnymi pomysłami i pożądaniami.
Syrach bardzo jasno zdawał sobie sprawę z tego, że nasza wolna wola może być mieczem obosiecznym. Jak mówi, każdy może wybierać miedzy „ogniem i wodą, życiem i śmiercią” (por. Syr 15,16.17). A Bóg uszanuje nasz wybór, jaki on by nie był.
Oczywiście nasz Ojciec niebieski pragnie, abyśmy wybierali życie, które jest w Nim, ale nigdy nie narzuca nam się siłą. Nie jest jak bożki wymyślone przez pogan, które posługują się groźbą i manipulacją, aby utrzymać ludzi w ryzach. Dlatego Syrach naucza: „Co ci się spodoba, to będzie ci dane” (Syr 15,17). Respektując nasze wybory, Bóg respektuje również konsekwencje, jakie one ze sobą niosą.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus daje nam na to przykład wzięty z życia: „Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5,22). Jeśli decydujesz się pielęgnować w sobie gniew, urazy i potępianie innych, nie bądź zaskoczony, gdy ludzie zaczną traktować cię w podobny sposób. Jeśli jednak budujesz wokół siebie klimat zaufania i szacunku, najprawdopodobniej to samo otrzymasz.
Wybierz więc dziś życie. Posłuż się tym wspaniałym darem wolnej woli, aby wybierać łagodność, cierpliwość
i wszystkie inne owoce Ducha (zob. Ga 5,22-23). A przede wszystkim – wybierz Jezusa. Przyjmij Go do swojego życia i pozwól, by Jego miłość kruszyła twoje serce. Jest to najlepszy wybór, jakiego możesz dokonać.
„Jezu, pomóż mi dziś w każdej sytuacji wybierać Ciebie”.
Ps 119,1-2.4-5.17-18.33-34
1 Kor 2,6-10
Mt 5,17-37

▌Niedziela, 23 lutego
Mt 5,38-48
Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5,48)
Jak Jezus mógł powiedzieć coś takiego? Wie przecież, że jesteśmy ludźmi; wie, że nigdy nie będziemy doskonali w tym sensie, że nie popełnimy żadnego grzechu. Jak więc mamy wypełnić to polecenie?
Na szczęście Bóg dał nam wzory do naśladowania – są nimi święci. Będąc ludźmi, byli również grzesznikami, podobnie jak my. Mimo to stali się „doskonali” w oczach Boga. Ich doskonałość nie polegała na bezgrzeszności, ale na determinacji, by całym sercem kochać Boga i bliźniego. Sami, doświadczając Bożej miłości, zapragnęli iść za Panem, dokądkolwiek ich zaprowadzi, oraz kochać innych miłością, jaką sami otrzymali od Boga. Dlatego starali się być coraz bardziej ofiarni i miłosierni. Usiłowali też kochać swoich nieprzyjaciół równie wiernie jak swoich przyjaciół oraz modlili się za tych, którzy ich prześladowali.
Przypomnijmy sobie, na przykład, bł. Karola de Foucauld, który zrezygnował z wygodnego, skupionego na własnych przyjemnościach życia, i wyruszył na pustynię w Algierii, aby tam żyć pośród Tuaregów jako świadek miłości Chrystusa. Albo św. Alfonsa Liguori, który porzucił kwitnącą praktykę prawniczą, aby zostać kapłanem i głosić Boże miłosierdzie. Albo św. Monikę
i jej cierpliwość wobec wybuchowego, niewierzącego męża, który ostatecznie został chrześcijaninem, a także jej wytrwałą modlitwę za zbłąkanego syna, który ostatecznie został świętym.
Okazuje się więc, że „doskonałość” wcale nie jest poza naszym zasięgiem. Polega ona na takim miłowaniu Boga, że skłania nas to do przemiany życia
i czynienia tego, czego On od nas oczekuje. Polega na miłowaniu bliźnich – a nawet naszych nieprzyjaciół – miłością, którą otrzymujemy od Boga.
Nie zniechęcaj się więc, czytając ten werset. Bóg jest miłosierny. On wie, że jesteś grzesznikiem, wie jednak także, że możesz stać się „doskonały” dzięki Jego miłości i łasce.
„Wszyscy święci w niebie, wstawiajcie się za mną, abym jak wy umiłował Boga i bliźniego”.
Kpł 19,1-2.17-18
Ps 103,1b-4.8.10.12-13
1 Kor 3,16-23

▌Środa, 26 luty
Środa Popielcowa
Jl 2,12-18
Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. (Jl 2,12)
Co roku Wielki Post rozpoczyna się tym samym czytaniem z Księgi Joela, w którym Bóg wzywa lud Izraela do nawrócenia. Kościół wybiera ten fragment, ponieważ wzywa nas, abyśmy w rozpoczynającym się właśnie okresie Wielkiego Postu także powrócili całym sercem do Boga.
Dla Izraelitów powrót do Boga oznaczał, że wszyscy gromadzili się razem i błagali Pana o wybawienie. Wspólnie także pościli, w tym również ci, którzy normalnie zwolnieni byli z obowiązku postu, czyli osoby starsze, dzieci i nowo zaślubieni małżonkowie. Prorok opisuje jedną z wielu sytuacji, gdy Izraelici odpowiedzieli na wezwanie Boga i zwrócili się do Niego ze szczerą skruchą, a On „zapłonął zazdrosną miłością ku swojej ziemi i zmiłował się nad swoim ludem” (Jl 2,18).
Podobnie jak grzech jest odwróceniem się od Boga, tak skrucha jest zwróceniem się ku Niemu z powrotem. Możemy czynić to z ufnością i nadzieją, ponieważ Ten, do którego się zwracamy, jest Bogiem, który lituje się nad nami, tak jak zmiłował się nad Izraelitami.
Ponieważ Ten, do którego się zwracamy, stworzył nas z miłości, a Jego największym pragnieniem jest to, byśmy kroczyli u Jego boku.
Ponieważ Ten, do którego się zwracamy, jest Bogiem nieskończonego miłosierdzia, który posłał na świat swojego Syna, aby nas odkupił. A wszystko po to, abyśmy mogli trwać z Nim na wieki.
Ponieważ Ten, do którego się zwracamy, wie o nas wszystko – to, co dobre, i to, co złe – a mimo to wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i stali się jego uczniami.
Rozpoczynając okres Wielkiego Postu, nie ukrywaj niczego przed Panem. Przyjdź do Niego, by w szczerości
i pokorze wyznać Mu swoje grzechy. Pamiętaj jednak, że odwracając się od grzechu, zwracasz się ku Bogu. Czynisz to również przez modlitwę, post i jałmużnę. Uwierz, że On, podobnie jak Izraelitom, odpowie także tobie.
Na szczerą skruchę odpowie przebaczeniem, miłosierdziem i łaską trwałych zmian w twoim życiu.
„Jezu, pomóż mi w tym Wielkim Poście całym sercem nawrócić się ku Tobie”.
Ps 51,3-6.12-14.17
2 Kor 5,20--6,3
Mt 6,1-6.16-18

MAGAZYN:
Pianistka zakochana
w Bogu

Święta Elżbieta
od Trójcy Przenajświętszej

Pianistka i karmelitanka to, na pierwszy rzut oka, nieco zaskakujące połączenie. Podczas gdy pierwsza zanurzona jest w świecie dźwięków, druga trwa w ciszy, odosobnieniu i adoracji. Ktoś, dla kogo muzyka jest życiem, kto kilka godzin dziennie gra, ćwicząc palce i ucho, by doskonalić swoje umiejętności, nie da się porwać przez ciszę, jeśli dzięki niej nie usłyszy innej, jeszcze piękniejszej muzyki. Dla młodej francuskiej karmelitanki bosej, żyjącej na przełomie XIX i XX wieku, taką melodią była pieśń Oblubieńca, Chrystusa wołającego ją po imieniu do wsłuchiwania się w prawdę o zamieszkaniu Boga w sercu człowieka.

CÓRKA I WNUCZKA OFICERA
Elżbieta Catez urodziła się 18 lipca 1880 roku w obozie wojskowym Camp d’Avord, niedaleko Bourges w środkowej Francji, gdzie stacjonował oddział jej ojca – żołnierza zawodowego. Rodzice Elżbiety, Józef i Maria, pobrali się w późnym wieku, więc ich najstarsza córka, Elżbieta, oraz młodsza o trzy lata Małgorzata, były dla nich tym większym darem. Dzieciom od urodzenia towarzyszył odgłos wojskowej trąbki, tętent koni i obozowy gwar.
Kapitan Catez pochodził z ubogiej, chłopskiej rodziny z regionu Pas-de-Calais w północnej Francji. Dzięki ciężkiej pracy doszedł, po wielu latach służby, do godności oficera. Pani Catez, córka emerytowanego oficera, poznała swojego przyszłego męża w środowisku wojskowych, w którym się obracała od dzieciństwa. Wojna naznaczyła życie obojga małżonków, zanim jeszcze się poznali: Józef doznał goryczy klęski Francji w 1870 roku i następującej po niej niewoli, a Maria straciła na wojnie pierwszego narzeczonego.
Po ślubie, a potem po narodzinach dzieci, rodzina przemierzała Francję, podążając za nowymi ojcowskimi obowiązkami. Osiadła w końcu, w 1883 roku, w Dijon, stolicy Burgundii. Elżbiecie i jej siostrze nie było dane długo cieszyć się pełną rodziną. W 1887 roku, po kilku atakach serca, Józef zmarł, pozostawiając żonę i malutkie córeczki. Maria przeprowadziła się do skromniejszego mieszkania, na przedmieściach miasta, gdzie jej niedalekimi sąsiadkami były siostry ze zgromadzenia karmelitanek bosych. Z balkonu mieszkania położonego na drugim piętrze mała Ela mogła czasami obserwować siostry krzątające się w przyklasztornym ogrodzie – w przyszłości napisze o tym wiersz.

ELA – „MAŁY KAPITAN”
Na razie jednak nic nie wskazywało na to, że coś połączy tę bardzo żywiołową dziewczynkę z Karmelem. Matka bywała zrozpaczona ognistym temperamentem i trudnym do poskromienia charakterem starszej córki – wystarczy spojrzeć na jej fotografię, zrobioną, kiedy miała mniej więcej dwa lata: widzimy na niej spojrzenie pełne siły i dumy, oblicze rezolutnej młodziutkiej osoby, która wie, czego chce i nie waha się po to sięgać. W tym też okresie miało miejsce pewne zabawne wydarzenie. W okresie Bożego Narodzenia bez zgody Elżbiety włożono do żłóbka w kościele jej lalkę Joasię, która miała przedstawiać małego Jezusa. Dziewczynka, spostrzegłszy lalkę, krzyknęła głośno: „Niedobry proboszczu, oddaj mi moją Joasię!”. Trzeba było siłą wyprowadzić ją z kościoła, ku ogólnej uciesze obecnych tam wiernych.
Ela miała prawy charakter, potrafiła przyznać się do błędów, ale energia po prostu ją roznosiła. Zdradzała cechy cholerycznego temperamentu i czasem, jeśli czuła się niezrozumiana albo czegoś bardzo pragnęła, reagowała gwałtownie… by później szczerze żałować i przepraszać. W jednym z dziecięcych listów z życzeniami noworocznymi, napisała do mamy: „Będę bardzo grzeczna, bardzo posłuszna i nie będę Cię denerwować. (…) Zrobię wszystko, żeby dotrzymać obietnicy i nie powiedzieć kłamstwa w moim liście, jak to już kilka razy uczyniłam. (…) Ściskam Cię, kochana mamo”.
Dziewczynce zdarzały się i takie wybuchy złości, że zdesperowana mama groziła nawet spakowaniem jej rzeczy i odesłaniem do położonego naprzeciwko „Dobrego Pasterza”, instytutu dla trudnych dziewcząt…

GŁOS POWOŁANIA
I PIERWSZA KOMUNIA ŚWIĘTA
Szczególnie ważnym wydarzeniem była dla Eli Pierwsza Komunia Święta, którą przyjęła w 1891 roku wraz
z sakramentem bierzmowania. Starała się do niej przygotować możliwie jak najlepiej, wiedziała, czego się wystrzegać, wykazywała się już wówczas silną wolą i okazywała szczerą miłość do Boga. Już wcześniej, w wieku ośmiu lat, podczas pobytu wakacyjnego w Saint-Hilaire na południu Francji (w rodzinnych stronach matki), zwierzyła się przyjacielowi rodziny, kanonikowi Angles’owi, że pragnie zostać zakonnicą. Matka, zaskoczona, nie wierzyła własnym uszom. Skwitowała to dość jednoznacznie: „O czym mówi ta mała wariatka?”. Następnego dnia jednak udała się do kapłana, by o tym porozmawiać. Jak relacjonował ksiądz kanonik, jego odpowiedź, iż szczerze jest przekonany o powołaniu dziewczynki, przeszyła serce matki jak miecz.
Tymczasem w dniu swojej Pierwszej Komunii Świętej, 19 kwietnia 1891 roku, z oczu Elżbiety popłynęły łzy szczęścia. Gdy wychodziła z kościoła, powiedziała do swojej przyjaciółki: „Nie jestem głodna, Jezus mnie nakarmił”. Zaraz po uroczystości odwiedziła klasztor karmelitanek, by – jak to było w zwyczaju katolickich rodzin w Dijon – przedstawić się przeoryszy i otrzymać błogosławieństwo. Matka Maria podarowała jej obrazek z sentencjami św. Teresy z Ávila i własnoręczną dedykacją, tłumaczącą znaczenie jej hebrajskiego imienia: „Elżbieta – dom Boga”. Stała się ona później dewizą życia zakonnego Elżbiety.

„KARMELITANKA W ŚWIECIE”
Na razie była to jej ostatnia wizyta w rozmównicy. Matka nie chciała takiej przyszłości dla córki i nie lubiła rozmów na ten temat. Życie dziewczyny toczyło się więc dwoma torami. Coraz bardziej pogłębiała się jej pobożność, wyrażająca bogate życie wewnętrzne, które zmierzało w kierunku oddania się Bogu, ale zarazem jako młoda pianistka, zapisana przez matkę w wieku ośmiu lat do miejscowego konserwatorium, udzielała się muzycznie, dużo podróżowała i prowadziła ożywione życie towarzyskie.
Elżbieta wstawała z samego rana i poświęcała tę wczesną porę na modlitwę, codziennie chodziła na poranną Mszę Świętą do kościoła Dobrego Pasterza, uczyła się w domu, wraz z siostrą korzystając z pomocy prywatnej nauczycielki. Następnie dziewczynki ćwiczyły grę na fortepianie, czasami szyły, zawsze też znalazł się czas na spotkania z przyjaciółkami, wieczorki muzyczne i taneczne. Matka i córki były serdeczne, łatwo nawiązywały kontakty, miały liczne grono wiernych przyjaciół, bywały często zapraszane i dużo podróżowały. Długie wakacje rodziny Catez, podczas których Elżbieta poznawała piękne zakątki kraju, były po części możliwe właśnie dzięki przyjaźniom.
Elżbieta od dziecka pracowała też nad własnym charakterem. Podczas spotkań z koleżankami świadomie nie decydowała sama o zabawach, lecz pozwalała na to innym, panowała nad swoimi emocjami, wybierając raczej milczenie niż zbyt żywą reakcję, unikała plotek. Pewnego razu wyznała: „Moje usta nie wyrzekną odtąd nigdy niczego przeciw mojemu bliźniemu”. Jej ofiary i wyrzeczenia, towarzyszące Eucharystii i modlitwie, a przy tym przejawiające się w życiu codziennym i nauce, pozwoliły jej z pokorą przyjąć – w wieku trzynastu lat – pierwszą nagrodę „za doskonałość” konserwatorium w Dijon. W kolejnym roku, podczas dziękczynienia po Komunii Świętej, czternastoletnia Elżbieta poczuła przynaglenie do ofiarowania swojego serca wyłącznie Jezusowi, a niedługo potem wezwanie do podjęcia ukrytego życia w Karmelu. Matka była szczęśliwa z powodu dobrego wrażenia, jakie córka wywierała w świecie”, a tymczasem córka w milczeniu tworzyła w swoim sercu małą celę, w której adorowała Boga.
Do rozstrzygnięcia drogi życia Eli doszło w Wielki Piątek 1899 roku, kiedy matka przybiegła do domu z nowiną o znakomitej partii, jaką dla niej znalazła, a ta wyznała jej jednoznacznie, że jedynym Oblubieńcem jest dla niej Jezus. Maria Catez zgodziła się, żeby najstarsza córka wstąpiła do Karmelu „za dwa lata”. Potem nie rozmawiały już więcej o jej powołaniu, a Elżbieta wykazywała się empatią, unikając ranienia matki przypominaniem o nieuchronnej bolesnej chwili rozstania. Tymczasem katechizowała dzieci robotników manufaktury tytoniu w Dijon, śpiewała w chórze parafialnym, pisała wiersze, prowadziła dziennik i… czekała.

„O BOŻE MÓJ, TRÓJCO,
KTÓRĄ UWIELBIAM…”
Do wymarzonego Karmelu wstąpiła 2 sierpnia 1901 roku. Nigdy już nie wyszła poza bramę klauzury, jeśli nie liczyć kilku godzin spędzonych z rodziną przed złożeniem ślubów wieczystych, 11 stycznia 1903 roku. Kilka miesięcy później Elżbieta zapisała w liście do ks. Angles’a: „W nocy, która poprzedziła ten wielki dzień, kiedy byłam w chórze w oczekiwaniu na Oblubieńca, zrozumiałam, że moje Niebo rozpoczyna się na ziemi, Niebo w wierze, z cierpieniem i spalaniem się dla Tego, którego kocham!...”.
Młoda karmelitanka zdecydowała się na życie poświęcone adoracji Trójjedynego Boga w ciszy i ogołoceniu oraz modlitwie (szczególnie za kapłanów). Było to życie wymagające: w okresie letnim pobudka następowała przed piątą rano, na spoczynek zaś szło się przed jedenastą wieczorem; w ciągu dnia czas modlitwy przeplatany był pracą, a wszystko odbywało się bez zbędnych słów; na rozmowy przeznaczone były dwie rekreacje. Cele nie miały ogrzewania i często zimą niełatwo było zasnąć...
Z zewnątrz takie życie mogło wydawać się monotonne, jednak w żadnym razie nie może być mowy o jakimkolwiek poczuciu pustki, jeśli nosi się w sercu Boga: „Wtedy nie ma znaczenia zajęcie, w jakim On chce mnie widzieć: skoro zawsze jest ze mną, modlitwa, złączenie serc, nigdy nie powinno się kończyć! (…) On wlał w moje serce pragnienie nieskończoności i tak wielką potrzebę kochania, którą On sam tylko może zaspokoić”.
Miesiąc przed śmiercią młoda Elżbieta napisała do jednej z przyjaciółek: „Kochana Antosiu, zostawiam Ci moją wiarę w obecność Boga, Boga, który jest cały miłością i zamieszkuje nasze dusze. Przyznam się Tobie, że to ta zażyłość z Nim, w moim wnętrzu, była pięknym słońcem opromieniającym moje życie, czyniąc z niego już teraz jakby przedsionek Nieba, to ona wspiera mnie dzisiaj w moim cierpieniu – po czym dodała: – Proszę, znacz wszystko pieczęcią miłości! Tylko to pozostaje”.
Właśnie tajemnica zamieszkania Boga w duszy była „całym jej szczęściem”, ponieważ poprzez wszystko widziała Boga. Ta tajemnica pozwala bowiem chwile radosne i bolesne przyjąć z pogodą, uwalnia człowieka od ciężaru zajmowania się sobą, poszerza serce dla Stwórcy i dla bliźnich.
W 1903 roku pojawiły się u Elżbiety pierwsze symptomy nieuleczalnej i wtedy prawie jeszcze nieznanej choroby Addisona, która stopniowo pozbawiała ją sił z powodu kłopotów z odżywianiem. W marcu 1906 roku dolegliwości związane z tą chorobą przykuły ją do łóżka klasztornej infirmerii. Po ogromnych cierpieniach odeszła do Boga
9 listopada 1906 roku, szepcząc jeszcze słowa: „Idę do Światła, do Miłości, do Życia”. Jej przyjaciele zachowali o niej żywe wspomnienie, pamiętając o możliwości spotkania się z nią w „ognisku miłości” Trójcy.
Młoda karmelitanka została kanonizowana 16 października 2016 roku przez papieża Franciszka. ▐


Relacje
w świecie Internetu

Obecność ważniejsza niż rozrywka


W dzisiejszych czasach przebywanie w miejscach publicznych rodzi zaskakujące poczucie osamotnienia. Na lotniskach czy stacjach metra zauważamy tłumy ludzi pochylonych nad ekranikiem telefonu i przebierających z pośpiechem palcami po maleńkiej klawiaturze albo podrygujących w ciszy w takt muzyki ze słuchawek. Stopniowo ten trend przenika także do naszych domów. Najbliżsi sobie ludzie izolują się od siebie nawzajem za pomocą swoich urządzeń mobilnych – czasami nie bez przyczyny. Kiedy relacje w rodzinie nie są najlepsze, łatwiej zanurzyć się w świecie wirtualnym albo choćby włączyć telewizor niż podjąć wysiłek rozmowy.
Jednak podstawą dobrych relacji w rodzinie jest obecność. Ma ona także kluczowe znaczenie dla naszej relacji z Bogiem. Tak więc w naszym przesyconym technologią świecie stajemy przed trudnym wyzwaniem – jak pozostać obecnymi dla siebie nawzajem oraz dla Boga?

POKUSA ROZPROSZENIA
Urządzenia mobilne mają potężną moc przyciągania, działającą nie tylko na dzieci, ale i na dorosłych. Pod koniec dnia jesteśmy zmęczeni. Odczuwamy potrzebę bezmyślnej rozrywki. Media społecznościowe, tablet, telefon komórkowy czy telewizor są doskonałym sposobem na odprężenie i relaks. Jednak w chwili, gdy zaczynamy się nimi zajmować, odrywamy się nie tylko od własnego życia – odrywamy się także od ludzi, wśród których żyjemy.
Kiedy zacząłem pracować w firmie mającej centralę w innej strefie czasowej niż mieszkaliśmy, wracałem do domu wykończony. Właściwie stale byłem w pracy, bo kiedy w naszym biurze kończył się już dzień pracy, w centrali dopiero się zaczynał i zawsze było mnóstwo spraw, które trzeba było załatwić natychmiast. Uważałem się za dobrego tatę, ponieważ prosto z biura jechałem do domu, żeby być z rodziną. Byłem obecny fizycznie, więc automatycznie sądziłem, że jestem również obecny emocjonalnie. Ciągle jednak sprawdzałem telefon, bojąc się przeoczyć jakiegoś ważnego esemesa czy maila z centrali. Patrząc w oczy moich dzieci widziałem, że zaczynają już wierzyć we współczesne kłamstwo – w to, że osoba znajdująca się na drugim końcu łącza internetowego jest ważniejsza niż one. Kiedy to dostrzegłem, uznałem, że muszę na nowo przemyśleć organizację dnia, podejście do pracy oraz swoje życie.

BYĆ DLA SIEBIE NAWZAJEM
Teraz, kiedy wracam do domu, od razu wyciszam telefon. Chcę, żeby moje dzieci widziały, jak wkładam go do szuflady oraz słyszały, że zadaję im pytania i interesuję się ich życiem. Każda taka rozmowa jest okazją do dawania im siebie, do zaspokajania ich potrzeb fizycznych i duchowych. Sądzę, że uwaga jest cennym darem, którego udzielamy sobie nawzajem. Kiedy więc rozmawiam z moją najstarszą córka, a ona wpatruje się w swój telefon, mam ochotę warknąć: „Odłóż to natychmiast!”. Jednak z czasem nauczyłem się spokojnie przypominać, że poprzez uważne słuchanie i kontakt wzrokowy okazujemy sobie miłość i szacunek.
W naszym domu nie pozwalamy na korzystanie z telefonów podczas posiłków i wspólnych zajęć rodzinnych. Moja żona i ja bardzo cenimy czas spędzany razem z dziećmi. Kiedy przybywamy razem, staramy się rzeczywiście poświęcać sobie nawzajem uwagę. Tak czynił Jezus, kiedy żył na ziemi. Śmiał się razem z innymi, patrzył w oczy i odpowiadał na spojrzenia, słuchał, z czym przychodzą do niego ludzie, dostrzegał ich cierpienia. Może to brzmi górnolotnie, ale czuję, że kiedy okazuję zainteresowanie i świadomie daję swoją obecność żonie, dzieciom czy komukolwiek, kto przede mną staje – naśladuję Jezusa.
Nie zawsze to się nam udaje, ale zdarzają się sytuacje, kiedy dzięki skierowanej na siebie nawzajem uwadze możemy dostrzec coś istotnego.
Pewnego czwartkowego wieczoru po zjedzeniu spaghetti na kolację nasze dzieci zaczęły, jak zwykle głośno i hałaśliwie, rywalizować o swój „czas antenowy”, dopominając się o naszą uwagę. Wśród tego chaosu w pewnym momencie zauważyliśmy z żoną, że nasza najmłodsza córka nic nie mówi. Zapytałem ją, jak minął jej dzień, a ona się rozpłakała. Powiedziała, że jest jej bardzo smutno i źle, bo kilka koleżanek z klasy było dla niej niemiłych na przerwie. Nagle przy stole zapanowała cisza. Pozostałe dzieci odwróciły się do niej i ją przytuliły. Pomodliliśmy się za nią całą rodziną i widziałem, jak doznana życzliwość ją podbudowuje. Potem nasza najstarsza córka zaproponowała, żeby zamiast teraz oglądać telewizję, zagrać całą rodziną w Scrabble. To był bardzo dobry wieczór, pełen rodzinnej bliskości.
Jest to zaledwie drobny przykład tego, że czas wspólnego posiłku może być czasem świętym. Czasem, w którym spotykamy Chrystusa w sobie nawzajem.

OBECNY DLA BOGA
Uczmy się nie tylko bycia obecnymi dla człowieka, którego mamy przed sobą, ale także bycia uważnymi na głos Boga w ciągu całego dnia. Dla mnie jest to nieustanne wyzwanie. Kiedy mam wolny czas pomiędzy spotkaniami, czekam na lotnisku czy siedzę przy kawie, zamiast zwrócić się do Boga czy choćby rozejrzeć się wokół siebie i zobaczyć, co się dzieje, ulegam pokusie zastosowania mojej „opcji domyślnej”, którą jest włączenie telefonu lub komputera.
Staram się świadomie walczyć o to, żeby mając kilka chwil dla siebie, jadąc samochodem czy czekając na dzieci, nie trwonić ich bezmyślnie. Żeby wykorzystać ten czas na modlitwę, zwrócenie się do Boga, oddanie Mu swoich spraw. Często właśnie w tych momentach Bóg mówi do mnie najwyraźniej i najgłośniej. Kiedy ja jestem obecny dla Niego, On staje się obecny dla mnie i objawia mi to, czego najbardziej potrzebuję. W chwili, gdy ekran mojego telefonu staje się martwy, ożywa moja dusza.

DOBRE WYKORZYSTANIE
URZĄDZEŃ
Chcę też jasno powiedzieć, że nie uważam, aby ekrany były czymś złym. Nasze urządzenia – telefony, komputery – mogą pomóc nam w kontakcie z Bogiem i ludźmi. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób ich używamy. Sam na przykład często nastawiam w telefonie serię alarmów, które przypominają mi w ciągu dnia, żeby zatrzymać się na chwilę modlitwy. Kiedy słyszę alarm, odkładam to, co robię i odmawiam krótką modlitwę, czytam teksty z dnia, odmawiam Anioł Pański albo dziesiątek Różańca.
Technologia pomaga mi także modlić się na bieżąco w intencjach innych. Rano zaglądam do Twittera, żeby zobaczyć,
w jakich stronach obracają się moi znajomi i co słychać w ich rodzinach. Włączam ich potrzeby w swoją modlitwę. Kiedy następnym razem do nich esemesuję, dzwonię czy też ich spotykam, czasem o tym wspominam: „Cześć, modliłem się za twojego tatę, co tam u niego?”. Oczywiście nie wysyłam od razu posta na ich konto w mediach społecznościowych z informacją: „Modlę się za ciebie”. Ale kiedy powracam do tego w innym kontekście, jest to warte jeszcze więcej. Staje się znakiem obecności i wzajemnej troski.

„POKAŻ MI TĘ APKĘ”
Każdy z nas, niezależnie od wieku, decyduje o tym, jak będą wyglądały kontakty z rodziną, rówieśnikami, innymi pokoleniami i wreszcie z Panem. Jeśli w przeszłości z własnego wyboru pozwoliliśmy na to, by kontakty wirtualne nadwyrężyły więzi osobiste, postanówmy sobie odtąd budować mosty nad „wirtualną przepaścią”.
Często starsi ludzie czują się wyobcowani ze świata młodych, świata kontaktów wirtualnych i sami się usuwają na bok. Można jednak podjąć wysiłek porozumienia pomimo różnic w podejściu do współczesnych technologii. Naszą parafialną grupę młodzieżową prowadzi małżeństwo sześćdziesięciolatków, którzy nie mają pojęcia o najnowszych aplikacjach. Ale zamiast czuć się wyalienowani, gdy nastolatek wyciąga komórkę, podchodzą do niego i mówią: „Pokaż mi tę apkę! Jak to działa? Nie jesteśmy tak biegli w technologii”.
W ten sposób okazują nie tylko pokorę i zainteresowanie. Wyrażają gotowość wejścia w świat nastolatków, jak Chrystus wszedł w nasz świat. Bez wątpienia muszą w tym celu porzucić własny komfort. Ale chcąc wypełnić swój obowiązek jako rodzice, dziadkowie czy katecheci, musimy zaakceptować pewien dyskomfort. A kiedy to czynimy, staje się on darem, którego skutki sięgają po wieczność. ▐

 

 

Sklep internetowy Shoper.pl