Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 6 (274) 2016
Słowo wśród nas Nr 6 (274) 2016
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO CZERWCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Na dzień 5 czerwca zapowiedziana jest kanonizacja założyciela Zgromadzenie Księży Marianów (pierwszego polskiego męskiego zakonu) o. Stanisława Papczyńskiego. Temu świętemu, żyjącemu w XVII wieku, w trudnych czasach wojen, który szczególną troską otaczał dusze w czyśćcu cierpiące i, wyprzedzając swoją epokę, krzewił kult Niepokalanego Poczęcia Maryi, poświęcone są artykuły w tym numerze „Słowa wśród nas” autorstwa marianina, ks. Eugeniusza Zarzecznego MIC.
Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie znajduje się m.in. artykuł „Skutki łamania przymierza z Bogiem”, mówiący o upadku Jerozolimy w perspektywie nawoływania proroka Jeremiasza i wizji Rembrandta oraz nauczania papieża Franciszka, a także świadectwa – o odnajdywaniu Boga w życiu rodzinnym, o darze Eucharystii i odkrywaniu Kościoła.
Ponadto krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Moc w słabości się doskonali
Kanonizacja bł. o. Stanisława Papczyńskiego –
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC..................................... 4


Kalendarium życia
bł. o. Stanisława Papczyńskiego............................... 8


Stworzeni na obraz i podobieństwo Boże
Piękno człowieka w nauczaniu bł. o. Stanisława
Papczyńskiego – ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC......... 9


Dlaczego Niepokalane Poczęcie?
Święta intuicja bł. o. Stanisława Papczyńskiego –
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC................................... 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 30 czerwca............................... 21


MAGAZYN


Skutki łamania przymierza z Bogiem
Co nam mówią prorok Jeremiasz, malarz Rembrandt
i papież Franciszek? – Craig E. Morrison OCarm................... 48


Dar chaosu
Czterech synów i uzdrowienie serca –
Ryan O’Hara.................................. 53


Przyjmij Go!
Otwórz się na bezcenny dar Eucharystii –
Chris Gadget............................... 57


Pokochałem Kościół – odpowiedź na ankietę
„Bóg żyje i działa”............................... 60


Krzyżówka................................................................. 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

LIST:
Drodzy Czytelnicy!

Świętość nie jest zarezerwowana tylko dla wybranych. Świętość jest dostępna dla wszystkich. Dążyć do świętości oznacza bowiem upodabniać się w swoim ziemskim życiu do Tego, który nas stworzył na swój obraz, który z miłości oddał za nas swoje życie i powstał z martwych.
Bóg pragnie świętości dla każdego z nas. W Starym Testamencie zdaje się głośno wołać: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem Święty, Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19,1). Chociaż to pragnienie pojawia się w sercach wielu ludzi, to jednak tylko niewielu uważa, że ową świętość może osiągnąć; większość wmawia sobie, że jest ona dostępna tylko dla nielicznych…
Kościół katolicki w ciągu historii swojego istnienia nieustannie stawiał i stawia przed naszymi oczami świadków Bożej miłości: świętych. Są oni w pewnym sensie zaproszeniem dla nas, pozostających jeszcze na ziemi, aby wpatrując się w ich wzór, w ich wybory, osiągnąć w konsekwencji pełnię radości, którą oni już się cieszą. Święci nie są jakimś przeżytkiem, są żywymi świadkami Ewangelii Chrystusa, ukazującymi, że można nią żyć na co dzień.
W dniu 5 czerwca tego roku cała społeczność wierzących dostanie jeszcze jeden dar od Boga, dar kolejnego świętego: o. Stanisława Papczyńskiego, założyciela pierwszego polskiego męskiego zakonu: Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.
W obecnym numerze „Słowa wśród nas” pragniemy zaprosić Was, drodzy Czytelnicy, do zapoznania się z jego postacią i przesłaniem. O. Stanisław Papczyński żył ponad trzysta lat temu, ale jego przesłanie pozostaje wciąż aktualne w dzisiejszych czasach. Szczególnym kultem otaczał misterium Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. W człowieku stworzonym i odkupionym widział świątynię Boga, zaś w niesieniu pomocy zmarłym dostrzegał konkretny czyn miłosierdzia Bożego.
Kim był, jaką drogę wiodąca do świętości pozostawił nam o. Stanisław Papczyński?
Odpowiedź na te i inne pytania zawierają artykuły zamieszczone w obecnym numerze naszego czasopisma, o napisanie których poprosiliśmy wiceprowincjała Prowincji Polskiej Zgromadzenia Księży Marianów, ks. Eugeniusza Zarzecznego MIC.
Ufamy, że ich lektura pomoże nam wszystkim lepiej poznać i przybliżyć się do Boga, który jest źródłem świętości.

ks. Adam Stankiewicz MIC


ARTYKUŁY:

Moc w słabości się doskonali
Kanonizacja bł. o. Stanisława Papczyńskiego
Już wkrótce jako święty o. Stanisław Papczyński zostanie dany całemu Kościołowi, by ten oddawał mu cześć należną świętym Pańskim. Każde wyniesienie na ołtarze niesie ze sobą określone przesłanie. Kościół ma konkretne powody, żeby przedstawić jakąś postać jako godną szczególnej czci. Nie wystarczy powiedzieć, parafrazując Gombrowicza, że ten czy ów „świętym człowiekiem był”. Przyjrzyjmy się więc, czego uczy nas, ludzi XXI wieku, założyciel Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

NIEŁATWE POCZĄTKI
O. Papczyński, żyjący w XVII wieku, wydaje się postacią dość odległą. Z jakiego powodu Kościół stawia nam go za przykład, za wzór godny naśladowania? Co takiego znajdujemy w jego życiu, działalności, sposobie postępowania, ukształtowanych i uwarunkowanych przez tak odległe i obce nam czasy, kulturę itp.? Takie pytania mają pewien „zwodniczy” aspekt. Stawiając je, możemy bardziej zwracać uwagę na zewnętrzne okoliczności niż na istotę. Owszem, mają one znaczenie i trzeba je uwzględnić, tak jak bierzemy pod uwagę okoliczności, miejsce i specyfikę czasu, w którym Jezus głosił Dobrą Nowinę, choć przecież nie mają one decydującego wpływu na jej przyjęcie przez nas dzisiaj. Każdy człowiek jest wyposażony przez Boga w cechy naturalne (fizjonomia, temperament, psychika), jest również – w przypadku osoby ochrzczonej – obdarowany łaską. To wszystko po to, by zmagając się
z rzeczywistością, taką, jaka jest dana (czasy, miejsce, wydarzenia historyczne), rozpoznać i pokochać Boga, przylgnąć do Niego i dać się Mu pociągnąć. Analogicznie rzecz się ma w odniesieniu do osoby o. Papczyńskiego. To nie okoliczności zewnętrzne decydują o historii danego świętego, lecz to, jak się w nich odnalazł. Oczywiście ważne jest to, czego dokonał. Ale czyż nie jest równie ważne (a może ważniejsze) to, jak tego dokonał? Właśnie sposób przeżywania swojej historii ma dla nas tak wielkie znaczenie.
O. Stanisław Papczyński pochodził z prostej choć dość dobrze sytuowanej, jak na ówczesne czasy, rodziny. Ojciec – kowal (ponoć surowy człowiek, często karcący swoje dzieci według ówcześnie przyjętych norm wychowania), matka – gospodyni domowa (czuła, kochająca i zapobiegliwa), brat…: ot, zwykła rodzina, pobożna, przywiązana do tradycji, w zasadzie niewyróżniająca się na zewnątrz niczym wyjątkowym. Zapewne rodzice mieli wobec małego Janka (takie imię chrzcielne nosił) konkretne plany, niewykraczające poza standard: minimalne (o ile się da) wykształcenie, nauka jakiegoś fachu, założenie rodziny – zgodne z logiką narzuconą przez porządek naturalny, status społeczny, stan majątkowy.
Wszystko potoczyłoby się „normalnie”, „zwyczajnie”, gdyby nie pragnienia ukryte w sercu młodego człowieka, pragnienia dotyczące Boga i służenia Mu. Najszybciej mogły się one urzeczywistnić w życiu zakonnym i kapłańskim. Jednak próba ich realizacji od początku nastręczała trudności. Kłopoty z nauką (choćby z nauczeniem się czytania), choroby, niski status społeczny, bieda mogłyby niejednego zniechęcić. Janek jednak tak łatwo nie „odpuszczał”. Kiedy łaska współpracuje z naturą, a człowiek jest niesiony wiarą i zaufaniem Bogu, wtedy zaczynają się dziać cuda. Silny charakter (przez niektórych nazwany uporem) oddany na służbę wiary doprowadził młodego Janka do zakonu pijarów. Doświadczenia młodości przygotowały go do poważnych zmagań i wyzwań, których w przyszłości miał doświadczyć w sferze wiary i zaufania.

BÓG WYBIERA TO, CO SŁABE
  W OCZACH ŚWIATA
I tutaj można wysnuć pierwszy wniosek dla nas, współczesnych. Zjawiskiem dość powszechnym jest dzisiaj niestałość wobec podejmowanych zobowiązań i realizacji wewnętrznych natchnień, z powołaniem włącznie. Współczesny człowiek niejednokrotnie chce osiągnąć cel szybko, łatwo i spektakularnie. Musi być miło, no i trzeba „czuć się dobrze”. Dotyczy to zarówno małżeństwa, rodziny, jak i powołanych do życia zakonnego czy kapłaństwa. Pojawiające się trudności, zmaganie się ze słabością własną i drugiego powodują wycofanie, rezygnację czy szukanie odpowiedniego środowiska i warunków, w których krzyż raczej się nie pojawia. Coraz mniej jesteśmy skłonni do poświęceń i dawania siebie. Wyjątek może stanowić zdobywanie pieniędzy, choć i nawet w tej sferze bywa różnie. Tak często gdy pojawiają się trudności, gdy drugi objawia się również jako słaby grzesznik, a rzeczywistość okazuje się mniej kolorowa, ludzie się rozwodzą, zakonnicy opuszczają życie zakonne, a kapłani idą tam, gdzie mogą realizować siebie i własne projekty.
O. Stanisław zdaje się mówić całą swoją historią: to, co zdobyte jest w trudzie, zmaganiu, przy całkowitym powierzeniu siebie Panu Bogu, jest trwałe – a na końcu człowiek jest szczęśliwy i naprawdę „czuje się dobrze”. Dobrze, bo na właściwym miejscu, na miejscu, do którego zajęcia Bóg go powołał. Tylko w taki sposób ten, który na początku edukacji nie mógł nauczyć się alfabetu, stał się profesorem retoryki. Ubogi uczeń, głodujący, chory, pozostawiony na ulicy młody człowiek, bez środków do życia, stał się duchowym powiernikiem wielkich tego świata (Jana III Sobieskiego, nuncjusza Pignatelliego – późniejszego papieża Innocentego XII). Ktoś powie: siła woli i charakteru, ktoś inny: cuda się zdarzają… A może to silna wiara i zaufanie Panu Bogu, który wybiera to, co kruche, pokorne i ufne, aby okazać swoją moc. Może to wiara, potwierdzona wewnętrznym pragnieniem samego Boga, ku Niemu całkowicie zwrócona nasycona przekonaniem, że „jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8, 31)

WIERNY PRAWDZIE
W zakonie pijarów, do którego wstąpił, a w którym pojawiły się poważne trudności wewnętrzne, o. Stanisław też nie miał łatwego życia. Jako człowiek szczery, nie mógł znieść nieprawdy, która wkradła się w życie wspólnoty. W imię wierności prawdzie, a co za tym szło – wierności zasadom życia zakonnego, czystości obyczajów i równego traktowania współbraci – znosił prześladowanie, z uwięzieniem włącznie. Prostota i czystość intencji nie pozwalały mu na łatwe kompromisy. O. Stanisław nie umiał „ustawić się”, nie był oportunistą, nie chciał iść „z prądem” w imię „świętego spokoju”. Kochał swoich braci i swój zakon i w imię tej miłości nie umiał zgodzić się na bylejakość i zachowania sprzeczne
z ewangelicznym ideałem życia braterskiego. W tym również jest dla nas znakiem.
Dziś wielu powtarza za Piłatem: „Cóż to jest prawda?” (J 18, 38). Zakłamywanie rzeczywistości wkrada się wszędzie. Praktycznie nie ma środowisk, w których nie podważa się prawdy: począwszy od codziennego życia, aż po kwestionowanie samej Ewangelii i prawd objawionych. Próbuje się ją „zmiękczać” i przeinaczać. Kusiciel, ojciec kłamstwa, zbiera obfite żniwo… O. Stanisław przypomina nam, że są sytuacje, kiedy kompromis jest niemożliwy, by nie zdradzić Boga, siebie i ideałów, którym się zobowiązało poświęcić życie.

CAŁĄ NADZIEJĘ ZŁOŻYŁ
  W BOGU
Życie o. Stanisława było nade wszy- stko doświadczeniem żywego Boga, obecnego w historii ludzi, bliskiego człowiekowi, Boga, który objawia się w tajemnicy wcielenia, a w dziele odkupienia przekazuje każdemu swoją zbawczą miłość. Los nie szczędził mu trudnych doświadczeń. Przekonanie o udzielonej łasce Bożej i upór w byciu jej wiernym sprawiły, że stał się on jedną z najwybitniejszych postaci Kościoła Rzeczypospolitej XVII wieku. To, co przeżył, nauczyło go zaufania wobec Boga, który jak miłosierny Ojciec daje życie tam, gdzie śmierć wydaje się panować. Zaufanie i wierność były największym bogactwem duchowym Założyciela marianów. Dzieje o. Stanisława Papczyńskiego to historia codziennego zmagania się, by żyć według Bożego upodobania, to historia zaufania Bożej Opatrzności, miłości Pana Boga, który nigdy nie zawodzi. Dlatego jego postać staje się bliska każdemu, kto doświadczając własnej niemocy i zewnętrznych przeciwności, pragnie trwać przy Bogu, nawet jeśli wydaje się to szaleństwem. ▐

Dlaczego Niepokalane Poczęcie?
Święta intuicja bł. o. Stanisława Papczyńskiego

Dlaczego o. Papczyński nazwał założone przez siebie zgromadzenie Zakonem Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wiele osób nazywa naszą wspólnotę zakonną, potocznie lub skrótowo, zakonem Maryi Niepokalanie Poczętej. I tu pojawia się pewna nieścisłość, której, jak się wydaje, mało kto jest świadomy. Otóż nie wystarczy powiedzieć, że jest to zakon założony ku czci Maryi Niepokalanie Poczętej. Jest to zakon założony ku czci Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny; założony po to, by szerzyć, pogłębiać i głosić tę szczególną „cechę” Maryi, jaką jest Jej Niepokalane Poczęcie. Oczywiście nie można oddzielić tej tajemnicy od całej osoby Maryi, Jej życia, powołania i szczególnego miejsca w historii zbawienia. Jednak to Niepokalane Poczęcie Matki Pana jest dla nas – marianów – specjalnym znakiem, tym, co określa w sposób szczególny nasze mariańskie powołanie.
Kiedy w 1670 roku o. Stanisław Papczyński składał Oblatio, czyli ślub krwi, zobowiązał się w nim do oddania życia (przelania krwi) w obronie prawdy o Niepokalanym Poczęciu. Tajemnica ta nie była jeszcze potwierdzona dogmatem. Dominikanie, za św. Tomaszem z Akwinu, toczyli spory z franciszkanami, zwolennikami Dunsa Szkota. Pierwsi przeciw drugim kwestionowali przekonanie, istniejące już od dawna w Kościele, że Najświętsza Maryja Panna poczęła się bez zmazy grzechu pierworodnego. I oto, bez wspierania się argumentami teologicznymi, prawie dwa wieki przed ogłoszeniem przez Kościół dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, pojawił się ktoś, kto gotów był oddać swoje życie w obronie tej prawdy.

ŚWIĘTA INTUICJA
Rys maryjny duchowości o. Stanisława był obecny od początku jego powołania zakonnego. Wstępując do zakonu pijarów, miał świadomość, że jest to zakon maryjny. Być może ów rys miał decydujący wpływ na wybór tej wspólnoty zakonnej. Jednak, jak się wydaje, nie wystarczało to późniejszemu założycielowi marianów. Łaska Boża zwróciła jego uwagę właśnie na Niepokalane Poczęcie Maryi. Trudno znaleźć w pismach o. Papczyńskiego jakiś traktat o Niepokalanym Poczęciu. Trudno również doszukać się teologicznych tez, dowodów, za pomocą których mógłby uzasadnić swoje przekonanie. Jego pisma mają charakter wybitnie chrystocentryczny, tzn. w centrum jego rozważań i medytacji jest zawsze Bóg, szczególnie w osobie Jezusa Chrystusa. Nawet Reguła życia, którą napisał dla swoich zakonników, nie stawia w centrum osoby Maryi, lecz Chrystusa, oraz miłość braterską, która miała jednoczyć braci ze względu na Jezusa Chrystusa. Dlaczego więc marianie Niepokalanego Poczęcia? Dlaczego biały habit wybrany dla rodzącej się wspólnoty, by tę tajemnicę podkreślić? Intuicja? Boże natchnienie? Duch prorocki? Tak, gdyż inaczej nie da się wytłumaczyć tak wielkiej determinacji o. Stanisława, aż po ślub krwi. Jakby chciał powiedzieć: „Będę bronił prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi, nawet za cenę oddania życia”.
W historii nowych wspólnot bywało, że pierwotne intuicje założycieli nie były przez nich samych rozwinięte teologicznie. Jakby Duch Boży pozostawił duchowym synom lub córkom założycieli ich rozwinięcie i odnalezienie głębokiego sensu. W przypadku o. Papczyńskiego można jednak pójść pewnym tropem, który znajdziemy w jego Mistycznej świątyni Boga, dziele opisywanym jako podręcznik duchowości dla wszystkich. Dzieło to, będące owocem zarówno doświadczenia, jak i przemyśleń autora, ukazuje wizję człowieka, jakim miał być według zamysłu Bożego, człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga; człowieka, który – mimo skażenia grzechem – jest powołany do życia w niebie; człowieka, który jest wezwany do dialogu z Bogiem. Niepokalane Poczęcie Maryi, przywilej dany Jej ze względu na Jezusa Chrystusa, sprawia, że pośród ciemności jaśnieje Ona jak gwiazda zapowiadająca „z wysoka Wschodzące Słońce” (Łk 1,79). Maryja jest obrazem człowieka, którego Bóg zapragnął, przypomnieniem pierwotnego zamysłu Boga, znakiem miłosierdzia, którego Bóg udzielił człowiekowi, gdy ten był zanurzony w ciemnościach grzechu. Niepokalane Poczęcie Maryi przypomina zatem pierwotne piękno człowieka stworzonego przez Boga i przeznaczonego nie do śmierci, lecz do życia.
Niepokalane Poczęcie Maryi nie ograniczało Jej wolności. Widać to wyraźnie w scenie zwiastowania – Bóg przez archanioła Gabriela zwiastuje Maryi Jej powołanie, pokornie oczekując na Jej odpowiedź. Czyste serce Maryi, skierowane ku Bogu, odpowiada na Jego zaproszenie, pozostawiając Mu całkowitą swobodę działania. Maryja daje się Bogu prowadzić, nawet jeśli nie wszystko rozumie. Nie musi. Jej siła tkwi w zaufaniu, w wierze, która nie wystawia Boga na próbę, lecz pokornie idzie za Jego głosem. Ona jest Tą, która „chowała wiernie wszystkie [słowa] w swym sercu” (por. Łk 2,51). Również koniec życia Maryi – Jej zaśnięcie i wniebowzięcie – wpisuje się w obraz człowieka, którego przeznaczeniem jest niebo.

OWOC PASCHY
  JEZUSA CHRYSTUSA
Zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa ogarnia całą historię człowieka, rozlewając się na jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Stąd uprzedzająca łaska Niepokalanego Poczęcia jest również owocem Jego zbawczej męki, śmierci i zmartwychwstania. Maryja dzięki łasce Niepokalanego Poczęcia jest cała piękna. Jest doskonałym, najpiękniejszym obrazem człowieka, którego pragnął Bóg w swoim dziele stwórczym, człowieka będącego żywą świątynią Boga, w której wszystko ma swoje miejsce, jest piękne i dostojne, a jednocześnie proste i skierowane ku Stwórcy. Maryja stała się świątynią Boga w sensie dosłownym. Jej łono było bramą, przez którą Bóg w osobie Jezusa Chrystusa przyszedł na ziemię. Wcielony Bóg zamieszkał w Niej, by wzrastać, dojrzewać, by wreszcie ukazać się światu. Dlatego trzeba było, aby ta świątynia była czysta i bez skazy. I tak Jej dusza, ciało, serce, zmysły i uczucia były skierowane na Boga. Jej uszy były w stanie bez przeszkód usłyszeć Jego głos. Jej oczy mogły dostrzegać Bożą obecność w historii. Jej serce było ołtarzem, na którym złożone zostało całe Jej życie. Jej cnoty były wyrazem bezwarunkowego oddania się Bogu Ojcu i dziełu Jego Syna, odpowiedzią na darmową łaskę Najwyższego. Duch Święty zajmował całą Jej osobę. Jej umysł „rejestrował” wszystkie wydarzenia, by – bądź bezpośrednio, bądź po jakimś czasie – odczytać Boży zamysł
i sens ich przeżywania. Maryja Niepokalanie Poczęta stała się również figurą Kościoła – czystej Oblubienicy bez skazy, wypełnionej Bogiem.
O. Papczyński nie prowadził raczej tego typu rozważań. Są one owocem odkrywania sensu wyboru tajemnicy Niepokalanego Poczęcia jako szczególnego daru dla naszego zgromadzenia. Być może o. Stanisław, myśląc o pięknie rodzaju ludzkiego, wiązał je z Niepokalanym Poczęciem? Być może chciał, by jego duchowi synowie, odkrywając piękno Niepokalanego Poczęcia, zachwycili się człowiekiem, nie patrzyli na niego przez pryzmat jego grzeszności, lecz starali się dostrzec i wydobyć to, co w nim najpiękniejsze, by głosić jego przeznaczenie? Odkrywanie piękna Niepokalanego Poczęcia jest dzisiaj szczególnie potrzebne, czy wręcz konieczne w obliczu szerzącej się brzydoty, bylejakości, prymitywnego niszczenia piękna człowieka.

NIEPOKALANE POCZĘCIE
  DROGĄ
Opowiadano mi kiedyś o pewnym, żyjącym dziś Japończyku. Nie jest on chrześcijaninem, mimo to, nie wiedzieć dlaczego, zachwycił się osobą Maryi do tego stopnia, że kiedy o Niej mówił, wstawał. Twierdził, że nie może mówić o Maryi siedząc. Bo czyż nie jest tak, że przebywając w Jej obecności, sami stajemy się piękniejsi? Jej bliskość nie zawstydza, może nieco onieśmiela, a w każdym razie pociąga i inspiruje. Pociąga piękno, które jest w Niej, inspiruje Jej prostota i oddanie Bogu. Ona całą sobą mówi: „zróbcie wszystko, cokolwiek [Syn] wam powie” (J 2, 5).
Dziś Niepokalane Poczęcie jest wymownym znakiem i przypomnieniem tego, że ludzkie życie jest święte od poczęcia. To znak, że człowiek już od łona matki jest osobą stworzoną przez Boga, wpisaną w Jego zbawczy plan. Każdy, już od momentu swego poczęcia, jest niepowtarzalny, stworzony
z miłości i ku miłości ukierunkowany. Od momentu poczęcia każdemu należy się szacunek należny każdej osobie ludzkiej. Dzisiaj, idąc za przykładem
o. Papczyńskiego, szerząc kult Niepokalanego Poczęcia, możemy szerzyć szacunek dla życia pochodzącego od Boga, w Nim zanurzonego i z Niego czerpiącego swoją witalność. W Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny odnajdujemy nie tylko Jej osobiste piękno, ale także piękno, które nosimy w sobie, nawet jeśli jest ono przesłonięte słabością czy grzechem. Odkrywaniu tego piękna ma służyć nasze przepowiadanie, posługa, sposób odnoszenia się do innych i własne życie w obecności Tej, „w której zmaza pierworodna nigdy nie postała”. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Środa, 1 czerwca
2 Tm 1,1-3.6-12
On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem. (2 Tm 1,9)
W tym jednym zdaniu św. Paweł oddaje istotę życia chrześcijańskiego. Tak, Jezus nas zbawił – nie tylko oddał za nas życie, ale także nie pozostawił nas samym sobie. Wezwał nas do świętości – każdy z nas jest przez Niego wezwany, aby być świętym.
„Kto, ja? Przecież nie dam rady! Mam już dość kłopotu z tym, by starać się unikać grzechu. Nie potrafię być świętym”.
Potrafisz. Jezus był do tego stopnia o tym przekonany, że oddał za ciebie życie. Patrząc w twoje serce, dojrzał w nim pragnienie czystości i niewinności. Zobaczył, że chcesz czynić dla Niego wielkie rzeczy i budować Jego królestwo. Na dnie twego serca dojrzał miłość i pokorę. Umierając za ciebie widział w tobie potencjał świętości.
Jak wygląda ta święta wersja ciebie? Podczas jednej z audiencji w 2014 roku papież Franciszek określił ją jako „widzialny znak miłości Boga i Jego obecności”. Następnie wskazał jasno drogę do świętości. „Jesteś osobą konsekrowaną? Uświęcaj się, żyjąc tym darem i pełniąc swoją posługę z radością. Żyjesz w małżeństwie? Uświęcaj się, kochając swego współmałżonka i troszcząc się o niego, jak Chrystus o Kościół. Jesteś osobą samotną? Uświęcaj się przez uczciwe i kompetentne wykonywanie swojej pracy oraz ofiarną służbę innym”. A to już brzmi bardziej realnie!
„Uświęcasz się tam, gdzie pracujesz – powiedział Franciszek. – W domu, na ulicy, w pracy, w kościele, w tym momencie i stanie życia, jaki jest ci dany, otwiera się przed tobą droga ku świętości”.
Uwierz dziś, że idąc drogą, na której Bóg cię postawił, możesz osiągnąć świętość – po prostu przez to, że staniesz się w pełni tą osobą, jaką jesteś w Bożym zamyśle i jaką w głębi serca pragniesz być.
„Jezu, przyjmuję Twoje wezwanie do świętości. Uchroń mnie dziś od zniechęcenia, abym był widzialnym znakiem Twojej miłującej obecności”.
Ps 123,1-2
Mk 12,18-27

Niedziela, 5 czerwca
Ga 1,11-19
Objawił mi ją Jezus Chrystus. (Ga 1,12)
Jedną z największych radości życia jest to, co św. Paweł nazwał „objawieniem” od Boga – doświadczenie Jego obecności i poczucie, że prowadzi nas i naucza Duch Święty. Oto kilka uwag na temat, czym jest to objawienie i jak możemy go doświadczyć.
Podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus powiedział do Apostołów: „Nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15). Jeśli chcesz być przyjacielem Jezusa, znajdź dla Niego czas; słuchaj Go tak, jak słuchałbyś przyjaciela.
Inne wierzenia religijne uczą, że medytacja wymaga „opróżnienia umysłu”. Natomiast Pismo Święte poleca nam napełniać nasze umysły słowem Bożym oraz rozważać niezawodną pomoc Boga (Ps 48,9), Jego potężne czyny (Ps 77,12-13), Jego postanowienia (Ps 119,15) i obietnice (Ps 119,147). Znajdź więc czas na to, by codziennie czytać słowo Boże i prosić Ducha Świętego, by wypisał je w twoim sercu.
Ważna jest także właściwa postawa. Jezus dziękował niegdyś Ojcu za to, że „zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom” (por. Mt 11,25). Dzieci są ufne, proste, przyjmują naukę, cieszą się drobnymi rzeczami. Próbuj więc na modlitwie być jak dziecko, które cieszy się z przebywania z Ojcem.
Bóg pragnie nam się objawiać. Chce nam pokazywać, jak bardzo nas kocha. Chce także przemawiać do nas w ciszy naszych serc – prosząc, byśmy zdobyli się na większą uprzejmość czy ofiarność, odezwali się do samotnej osoby czy okazali serce ubogiemu. Im częściej przychodzimy do Boga, tym większą mamy szansę usłyszeć Jego głos.
Czy to nie dziwne, że tak łatwo nam usłyszeć głos kusiciela, a tak trudno głos Boga? Może po prostu brakuje nam praktyki. Szukaj więc Pana i proś Go, by do ciebie mówił. Będziesz zdziwiony tym, co On włoży w twoje serce mocą Ducha Świętego.
„Jezu, wyryj Twoje słowo w moim sercu. Chcę poznać Twoją wolę”.
1 Krl 17,17-24
Ps 30,2-6.11-13
Łk 7,11-17

Niedziela, 12 czerwca
Łk 7,36--8,3
Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. (Łk 7,47)
Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam dwie postawy. Z jednej strony mamy kogoś, kto kocha Jezusa; z drugiej kogoś, kto lubi prowadzić z Nim teologiczne dysputy. Choć zainteresowanie teologią i krytyczne myślenie nie są niczym złym, to bez miłości są one pozbawione czegoś istotnego.
Szymon faryzeusz zaprosił Jezusa na posiłek. Był gościnny, otwarty i dobrze nastawiony do Jezusa. Wydaje się, że szczerze pragnął dowiedzieć się o Nim czegoś więcej. Natomiast grzeszna kobieta wtargnęła do domu Szymona, ponieważ już wiedziała, kim jest Jezus i kim jest ona sama. Szukała Jezusa, gdyż pragnęła doświadczyć Jego miłosierdzia.
Obie te osoby miały zupełnie inną wizję Jezusa, toteż inaczej Go potraktowały. Kobieta „bardzo umiłowała” Jezusa, ponieważ wiele jej przebaczono. Szymon zareagował negatywnie na jej gest miłości, gdyż znał jej reputację i sądził, że porządni ludzie nie powinni zadawać się z publicznymi grzesznikami. Spotkanie kobiety z Jezusem nie mieściło się w jego kryteriach przyzwoitego zachowania.
Szymon zwątpił w Jezusa, gdyż zgorszył się tym, że Rabbi z Galilei przyjął wyrazy przywiązania od grzesznicy. „Skąd przyszło jej do głowy – myślał – że może tak sobie po prostu wmaszerować do mojego domu i tak szybko i łatwo otrzymać przebaczenie? I czy ten Jezus rzeczywiście jest prorokiem, skoro nawet się nie domyślił, z jakiego rodzaju kobietą ma do czynienia?”
Jeśli uważamy się za całkiem przyzwoitych ludzi, którzy tak bardzo nie potrzebują Jezusowego odkupienia, trudno nam zdobyć się na współczucie względem innych. Jeśli jednak uznajemy, że bez Jezusa bylibyśmy zgubieni, łatwiej nam mieć wyrozumiałość dla innych, gdyż wiemy, jak bardzo jest ona potrzebna również nam samym. Identyfikujemy się z grzesznicą bardziej niż z faryzeuszem Szymonem.
Jezus pragnie dziś pokazać nam różnicę pomiędzy byciem gościnnym gospodarzem a kimś prawdziwie Go kochającym. Chce, abyśmy do tego stopnia doświadczyli Jego miłości, by nasze serca szeroko otworzyły się na innych.
„Panie, naucz mnie tak kochać innych, jak Ty ich kochasz”.
2 Sm 12,1.7-10.13
Ps 32,1-2.5.7.11
Ga 2,16.19-21


Niedziela, 19 czerwca
Łk 9,18-24
Jeśli kto chce iść za Mną… (Łk 9,23)
Czy jako dziecko chodziłeś na wyprawy w poszukiwaniu przygód? Może wędrowałeś po lesie za domem, przeszukiwałeś opuszczony stary budynek, zastanawiając się, dokąd zaprowadzi cię klatka schodowa i co znajdziesz za zamkniętymi drzwiami? Takie przygody pociągają nawet niektórych dorosłych!
Pójście za Jezusem jest także fascynującą przygodą. Nigdy nie wiadomo, dokąd On cię zaprowadzi! Widzimy to w dzisiejszej Ewangelii, kiedy Jezus pyta uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. „Za Mesjasza Bożego” (Łk 9,20) – odpowiada Piotr. Następnie Jezus zapowiada swoją mękę oraz poleca uczniom zaprzeć się samych siebie, wziąć swój krzyż i iść za Nim (Łk 9,22-23). Z pewnością Piotr zastanawiał się, co jeszcze może go spotkać!
Wiemy, że idąc za Jezusem, Piotr przebył drogę, jakiej wcześniej nawet sobie nie wyobrażał – z prostego rybaka stał się Skałą, na której Jezus zbudował swój Kościół. Nie wiedział tego na początku drogi, nie wydarzyło się to też w ciągu jednej nocy. Jednak Piotr złożył swoją ufność w Panu i stawiał kolejne kroki za Jezusem, nawet gdy musiał wyrzec się swoich własnych planów.
Jezus niekoniecznie poprosi cię, byś opuścił swoją rodzinę czy pracę, ale na pewno chce być twoim Panem i Zbawicielem. Twoja przygoda z Panem także będzie miała niespodziewane zakręty i nagłe zwroty akcji. Może niektóre
z nich już przeżyłeś i przekonałeś się, że nie ma się czego bać. Pamiętaj o tym, gdy wyłoni się przed tobą kolejny zakręt. Jezus jest zawsze przy tobie i zaprasza, byś z całą ufnością poszedł za Nim. On nigdy cię nie zawiedzie!
„Jezu, dziękuję Ci za wezwanie do pójścia za Tobą. Pomóż mi uczynić wszystko, o co mnie prosisz dziś i przez całą resztę mojego życia”.
Za 12,10-11
Ps 63,2-6.8-9
Ga 3,26-29

Piątek, 24 czerwca
Narodzenie św. Jana Chrzciciela
Łk 1,57-66.80
Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. (Łk 1,60)
Normalne jest to, że kobiety rodzą dzieci w młodości, a następnie przestają. Normalne jest to, że długo wyczekiwanemu synowi nadaje się imię ojca. Normalne jest to, że świeżo upieczony ojciec dzieli się z sąsiadami swoją radością. Normalne jest to, że syn idzie w ślady ojca. A przynajmniej było to normalne w starożytnym Izraelu.
W tej historii wszystko jest inaczej. Bezpłodna w młodości Elżbieta rodzi syna na starość. Protestuje, gdy sąsiedzi chcą mu nadać imię ojca, a Zachariasz to potwierdza i wówczas odzyskuje głos utracony podczas posługiwania w świątyni. Syn, zamiast kształcić się u boku ojca kapłana i przygotowywać do przyszłej służby, „żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem” (Łk 1,80). Nic dziwnego, że na sąsiadów padł blady strach, tak że pytali wstrząśnięci: „Kimże będzie to dziecię?” (Łk 1,66).
Także dziś różne aspekty życia chrześcijańskiego mogą wydawać się „nienormalne”. „Tyle czasu spędza w kościele? To nienormalne w jej wieku, jeszcze ci do zakonu pójdzie”. „Nie chodzą na imprezy w Wielkim Poście? Chyba jacyś nienormalni”. „Czystość przedmałżeńska, celibat – nienormalne!” „Woli jechać na tygodniowe rekolekcje niż na wczasy za granicą – nienormalny!” „Matka czworga dzieci (już samo w sobie nienormalne) ma czas układać kwiaty w kościele? – nienormalne!”
Idąc za Bogiem, musimy liczyć się z tym, że to, do czego On nas wzywa, w oczach wielu ludzi – czasem nawet nam bliskich – może wydać się nienormalne. Bóg tak często wyrywa nas z naszych ramek, z uporządkowanego życia i kieruje nami nie tak, jak chcieliby to widzieć inni. Jednak Jego powołanie nigdy nie jest przypadkowe. On, który zna nas najlepiej, przenika głębię naszego serca, widzi jego ukryte przed wszystkimi tęsknoty i powierza nam takie zadania, które najbardziej do nas pasują. Do nas prawdziwych, a nie wtłoczonych w narzucone nam przez innych i siebie samych ramki.
Jan Chrzciciel przyjął całym sercem swoje „nienormalne” powołanie i był w nim szczęśliwy. Czuł się na swoim miejscu nawet wtedy, gdy jego uczniowie odchodzili do Jezusa, gdy on sam stracił na ważności. „Moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,29-30) – mówił. Nienormalne? Tylko dla tego, kto nie wierzy, że w oczach Boga najbardziej normalna jest świętość, do której On każdego z nas zaprasza.
„Panie Jezu, daj mi odwagę iść za Tobą także wtedy, gdy innym wydaje się to dziwne. Pomóż mi zaufać, że poprowadzisz mnie dobrą drogą”.
Iz 49,1-6
Ps 139,1-3.13-15
Dz 13,22-26


Niedziela, 26 czerwca
Ga 5,1.13-18
Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. (Ga 5,1)
Czy wiesz, że w twoim umyśle nieustannie toczy się bitwa? Mówi o tym dzisiejsze pierwsze czytanie. Mówiąc o wolności, ku jakiej wyswobodził nas Chrystus, Paweł przekonuje nas, że możemy wygrać tę bitwę i uwolnić się od ataków grzechów i pokus (Ga 5,1).
Na czym polega ta bitwa o nasz umysł? Mówiąc najprościej, wszyscy mamy niewiarygodną liczbę zalet i darów. Staramy się być życzliwi, ofiarni, bezinteresowni, kochający, cierpliwi, twórczy, domyślni itd. Jednocześnie jednak potrafimy być samolubni, pyszni, drażliwi, kapryśni, chciwi, nieuczciwi, pożądliwi, leniwi, zazdrośni itp. Wszyscy mamy grzeszne nawyki, które trzeba „porzucić”, i skłonności do dobra, w które mamy się „przyoblec” (Ef 4,22.24).
Każda z naszych decyzji jest podyktowana całą gamą złych i dobrych wpływów – oddziałuje na nas Duch Święty, diabeł, rodzina i przyjaciele, wspomnienia z przeszłości itp. Każdy z tych wewnętrznych głosów wskazuje nam inne sposoby przeżywania swojego życia i podejmowania decyzji. Musimy więc często zadawać sobie pytanie: Kogo zamierzam posłuchać? Jak powinienem postąpić?
Jeśli nie chcesz poddawać się negatywnym wpływom, zastosuj się do dwóch wskazówek: pozwól mówić do siebie Duchowi Świętemu oraz staraj się ze wszystkich sił poddawać swoje myśli „w posłuszeństwo Chrystusowi” (2 Kor 10,5). Wtedy łatwiej ci będzie iść za dobrymi myślami i odrzucać złe. Oznacza to mocne trzymanie się tego, co odkrywasz na modlitwie, w Eucharystii i w Piśmie Świętym.
Strzeż swojego umysłu tak, jak strzegłbyś cennego diamentu znajdującego się w twojej kieszeni. Nie pozwól, by jakiekolwiek niepożądane wpływy odebrały ci radość i pokój. Staraj się przebywać w bliskości Jezusa, a wynik bitwy prze-
chyli się na twoją korzyść i staniesz się bardziej podobny do Pana. A wtedy doświadczysz wolności, ku której wyswobodził cię Chrystus.
„Jezu, pomóż mi wygrać bitwę o mój umysł. Daj mi siłę do opierania się grzechowi i mówienia Tobie «tak»”.
1 Krl 19,16b.19-21
Ps 16,1-2.5.7-11
Łk 9,51-62

 

MAGAZYN:

Dar chaosu
Czterech synów i uzdrowienie serca


28 listopada 1998 roku podczas naszego ślubu kapłan zadał nam pytanie: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”. Jill i ja odpowiedzieliśmy: „Chcemy”. W tym momencie pytanie to nie wydawało się nam szczególnie istotne. Nie mieliśmy pojęcia, jak głęboko zaważy ono na naszym życiu i do jakiego stopnia je zmieni.
Zarówno Jill, jak i ja wychowaliśmy się w rodzinach katolickich, a podczas studiów przeżyliśmy doświadczenie żywej wiary. Mieliśmy też wizję wspólnej posługi misyjnej i wkrótce po ślubie zamieszkaliśmy w Wellington w Nowej Zelandii, gdzie przeżywaliśmy nasze pierwsze z wielu przygód ewangelizacyjnych. Jednak zanim jeszcze przybyliśmy do kraju owoców kiwi, nasze życie wywróciło się do góry nogami z powodu diagnozy niepłodności. Wzrastając jako uczniowie Chrystusa, jednocześnie cierpieliśmy jako para.

„CHCEMY BYĆ
  ICH RODZICAMI”
Byliśmy zdezorientowani, smutni i wściekli, ale postanowiliśmy się nie poddawać. Pamiętając o naszym „tak”
z dnia ślubu, zaczęliśmy myśleć o różnych sposobach, na jakie Bóg mógłby zechcieć wprowadzić dzieci do naszego domu. Adopcja dziecka z kraju lub zagranicy, praca z kobietami zagrożonymi aborcją, rodzina zastępcza – każda z tych opcji niosła ze sobą niepowtarzalne możliwości i poważne wyzwania. Nasze serca skłaniały się ku rodzicielstwu zastępczemu, opcji, która przyciągała najmniejszą liczbę zainteresowanych.
Podczas pierwszych osiemnastu miesięcy naszej pracy jako licencjonowanych rodziców zastępczych przez nasz dom przewinęło się trzynaścioro dzieci. Niektóre wróciły do swoich rodzin, inne zostały adoptowane przez krewnych. Wraz z Jill postanowiliśmy, że jeżeli któreś z naszych podopiecznych nie będą miały takiej szansy, sami zostaniemy ich rodzicami. W taki sposób nasza rodzina powiększyła się o czterech chłopców, z których każdy jest wyjątkowy i godzien miłości.
Andrzej biega na bosaka, uwielbia węże i jest niepokonany w jedzeniu ciasta. Krystian jest niezwykle twórczy, wspina się na drzewa i jest molem książkowym. Jest jeszcze Malachiasz, energiczny, wysportowany, towarzyski, ryzykant, i wreszcie Adam, uważny intelektualista i mistrz klocków Lego.
Adopcja tych chłopców sama w sobie nie była trudna. O wiele trudniejszym procesem jest dla mnie stawanie się dla nich troskliwym, ofiarnym ojcem – nie dlatego, żeby nie byli dobrymi dziećmi, ale ponieważ wyzwania związane z ich wychowaniem nie całkiem zgadzają się z moimi marzeniami i oczekiwaniami.

▌TAJEMNICE I ZAMIESZANIE
Za młodu byłem synem, który wiedział, czego się od niego oczekuje, i z zadowoleniem spełniał te oczekiwania. Nie miałem w sobie nic z buntownika. Robienie na przekór czy sprzeciwianie się rodzicom nie leżało w moim charakterze. W naszym domu po prostu nie zdarzały się konflikty. Był on spokojny i szczęśliwy, panował w nim głęboki szacunek i wzajemna miłość. Mieliśmy swoje ulubione zajęcia od pieszych wędrówek w niedzielne poranki, po grę w karty i kibicowanie naszej ulubionej drużynie. Przebywanie ze sobą sprawiało nam autentyczną przyjemność.
Naturalnie dokładnie tak samo wyobrażałem sobie własną rodzinę, nawet jeśli powstała ona poprzez opiekę zastępczą, a następnie adopcję. Radość, miłość, wzajemny szacunek – czy nie na tym polega życie rodzinne? Dlaczego moje miałoby wyglądać inaczej? Jednak sprawy okazały się bardziej skomplikowane.
Choć przeżywałem chwile głębokiej radości i szczęścia, moje doświadczenie ojcostwa naznaczone było również okresami bólu i zawodu. Tym, co mnie zaskoczyło, był smutek, że nie rozpoznaję siebie – swoich zwyczajów, preferencji czy cech osobowości – w swoich przybranych synach. Zdaję sobie sprawę, że dzieci, nawet biologiczne, nie przychodzą na świat z instrukcją obsługi, ale moi chłopcy byli dla mnie całkowitą zagadką.
Uwielbiają błoto, węże i niebezpieczeństwo – ja z kolei lubię ład, porządek i bezpieczne, wolne od gadów otoczenie. Jednak różnice między nami nie były jeszcze tym, co niepokoiło mnie najbardziej. Najgorsze było to, że podobnie jak wiele innych dzieci pozbawionych w pierwszych latach życia godnych zaufania, dających poczucie bezpieczeństwa rodziców, chłopcy ci w naturalny sposób otwarcie kwestionowali wszelki autorytet, nie okazywali szacunku sobie nawzajem i niszczyli wszystko wokół, jakby im za to płacono. Ja na to wybuchałem, krzycząc: „Nie wolno wam tak robić!”, co w istocie znaczyło: „Zachowujecie się inaczej niż ja!”.
Byłem w kropce. Ile cierpliwości i opanowania potrzeba mi było, żeby zostać dobrym ojcem? Wyglądało na to, że sporo.

PREZENT NA DZIEŃ OJCA
Pewnego poranka przed kilku laty, w Dzień Ojca, kiedy moi chłopcy byli w wieku od pięciu do dziesięciu lat, doszedłem do kresu wytrzymałości. Zanim jeszcze zdążyliśmy zasiąść do śniadania, wybuchła kłótnia. Nie pamiętam dokładnie powodu – może o to, kto poprowadzi modlitwę, gdzie kto ma siedzieć lub co ma być na śniadanie. Znów zapanował kompletny chaos – i to na dokładkę
w Dzień Ojca! Uznałem, że lepiej będzie wyjść, niż wybuchnąć.
Dowlokłem się do sypialni i rozpłakałem się. Na głos. Wiedziałem, że ktoś może mnie usłyszeć, ale było mi już wszystko jedno. Wypłakałem z siebie całe lata żalu, że nie jest tak, „jak powinno być”. „Dlaczego mi to zrobiłeś?” – wołałem do Boga. „Żałuję, że się zgodziłem!” Wypowiedziałem to – po raz pierwszy w yciu sam przyznałem się do czegoś rodzaju buntu.
A wtedy, w swoim wnętrzu, usłyszałem cichy, spokojny głos, który wyszeptał słowo: „dar”. Pomyślałem natychmiast: „Tak, Boże. Jill i ja jesteśmy darem dla tych chłopców. Gdzie byliby bez nas?”. Ale głos odezwał się znowu: „Nie tylko wy jesteście darem dla nich, ale oni są moim darem dla was”. Słowo wewnętrznej przemiany skierowane do serca, które było na skraju wyczerpania.

DAR CHAOSU
Ten cichy szept uświadomił mi, że także obecny chaos jest darem Boga dla mnie. Przemienia On moje surowe i wymagające ojcowskie serce w serce cierpliwe i wyrozumiałe, wykorzystując do tego zamieszanie, które wdarło się w nasze życie rodzinne.
Jak inaczej mógłbym zostać wybawiony z niewoli egoizmu, pragnienia pochwał i chęci kontrolowania wszystkiego? Bóg wiedział, że jedyną drogą jest powołanie, któremu nie jestem stanie sprostać sam, własnymi siłami. Teraz lepiej rozumiem, co czuł w. Paweł, gdy błagając Boga o odebranie mu „ościenia”, usłyszał: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9).
Od tego momentu zmienił się mój styl rodzicielstwa. Zamiast odruchowo krzyczeć i wymierzać kary, cenię sobie spokój i reagowanie w sposób dostosowany do rzeczywistych potrzeb i temperamentu moich synów. Surowe kary nie robią na nich wrażenia; miłość, cierpliwość i wyrozumiałość mamy i taty – owszem.
Jest też i inna zmiana. Obecnie radość z tego, że czynię to, do czego Bóg mnie wzywa, przeważa nad dawnym pragnieniem posiadania „doskonałej” rodziny.
Radość sprawia mi oglądanie mojego jedenastolatka służącego przy ołtarzu, który bawi się swoim sznurkiem przy albie, zamiast przytrzymywać księdzu mszał.
Radość sprawia mi opowiadanie mojemu dziewięciolatkowi na dobranoc, jak może wyglądać niebo, chociaż właśnie zaczyna się mecz w telewizji.
Radość sprawia mi ciągłe przypominanie mojemu dziesięciolatkowi, że spaghetti nawija się na widelec, a nie na palce – i pamiętanie o tym, jak wielkim przywilejem jest być jego ojcem, niezależnie od jego manier przy stole.
Zaakceptowałem wreszcie tę prawdę, że Bóg nigdy nie obiecywał mi doskonałego życia, tylko doskonałego Zbawiciela. Jest Nim i zawsze pozostanie Jezus. ▐

Pokochałem Kościół


Wychowany byłem w rodzinie katolickiej, w wierze, której nauczał Kościół – tak to wtedy rozumiałem – pełnej moralizmów, nakazów, których nie da się wypełnić. To znaczy, że aby zasłużyć na miłość Boga, trzeba się starać, trzeba być pobożnym, przestrzegać przykazań, pracować nad sobą. Chciałem więc zasłużyć na nią, byłem nawet ministrantem i naprawdę się starałem. Po jakimś czasie przyszła frustracja, bo stwierdziłem, że wcale nie staję się lepszy, tylko coraz gorszy, popełniam wciąż te same grzechy, jeszcze dochodzą inne. Doszedłem do wniosku, że widocznie Bóg nie chce mojego starania, że się mną gorszy i nie interesuje Go ktoś taki jak ja. Zwątpiłem w siebie.
Spotykając ludzi związanych z Kościołem, zauważyłem że ich postępowanie w znacznym stopniu odbiega od tego, czego nauczają. Zostałem przez nich mocno zraniony i to wtedy, kiedy miałem największe chyba zaufanie do Kościoła. Nie będę się nad tym rozwodził, bo było w tym dużo winy z mojej strony. Szukałem łatwego życia, nie chciałem być wyrobnikiem na roli na wsi, kimś nic nieznaczącym w życiu. I tak po pewnym czasie zorientowałem się, że zabrnąłem w jakieś dziwne układy, że stałem się jakiś inny, że nie mogę nawiązywać normalnych relacji z dziewczynami. Kiedy człowiek wchodzi w relację ze złym duchem, nic dobrego nie może go spotkać. Nawet wypełnianie praktyk religijnych niekoniecznie może wynikać z wiary. Religijność naturalna, o której później usłyszałem, ogranicza się do wykonywania pewnych rytów w celu niejako przymuszenia Pana Boga do pełnienia naszej, a nie Jego woli.
Z czasem dałem sobie spokój z Kościołem, na długie lata przestałem do niego zaglądać. Nie mogłem, nie potrafiłem wypełniać tych wszystkich przykazań. A ponieważ utożsamiałem naukę Kościoła z Bogiem, zwątpiłem także i w Niego. Nie przypuszczałem, że Bóg chce mi dać za darmo to, czego tak bardzo w głębi serca pragnąłem do czego tak bardzo dążyłem.
Ponieważ bardzo mocno chciałem być akceptowany przez innych, wszedłem we wszelkiego rodzaju imprezowanie związane z alkoholem itp. Z takim pokaleczonym nastawieniem, kierując się raczej pożądaniem niż miłością, zawarłem małżeństwo. Dopuściliśmy się aborcji, co wtedy, w latach 70., było czymś „normalnym”. I tak miotając się na różne strony, zagubiłem sens swojego życia, właściwie przestałem dostrzegać sens jakiegokolwiek życia. Żeby uciec od wszystkiego, chciałem iść na wojnę. W tamtym czasie nie miałbym żadnych skrupułów przed zabijaniem.
Miałem myśli samobójcze, moje życie coraz bardziej ulegało destrukcji. Czułem się niekochany i nieakceptowany przez nikogo, sam też nikogo nie kochałem i nie byłem nawet do tego zdolny. Zabrnąłem w to oszustwo demona aż po same uszy. Małżeństwo było ruinie, nie było już zrozumienia między nami, nie wiedziałem, dlaczego wszystko się sypie, raniłem wszystkich wokół siebie, winiąc ich za moje niepowodzenia. Nie chciałem przyznać, że sam ponoszę winę za moje błędne decyzje. Na domiar złego (tak wtedy myślałem) zacząłem tracić zdrowie i sprawność fizyczną, z której byłem tak dumny.
Błogosławieństwem od Boga stało się dla mnie wówczas spotkanie mądrego kapłana, który pozwolił mi spojrzeć na moje życie, Boga i Kościół z innej strony. Dzięki niemu zrozumiałem, że księża to też normalni ludzie ze swoimi słabościami i lękami, że też poszukują miłości i błądzą. I że oni bardziej potrzebują modlitwy niż ja, który uważałem się za takiego biedaczka i nieudacznika. Dziś też wiem, że gdyby nie moje trudne doświadczenia życiowe, być może nie spotkałbym Boga. Tenże kapłan doprowadził nasz związek cywilny do sakramentu małżeństwa, co oczywiście nie oznaczało, że od razu zaczęło się między nami dobrze dziać.
Bóg jednak zaczął powoli wkraczać w nasze życie. Jego plan dla mnie jest po ludzku bolesny, lecz jeśli ktoś pogrążył się w bagnie aż po uszy, to uszy muszą boleć, gdy chce się człowieka za te uszy wyciągnąć, zwłaszcza gdy z tego bagna wystają tylko uszy. Dziś sam się dziwię, że moje dzieci mnie nie znienawidziły, że Bóg mimo moich draństw nie odrzucił mnie, lecz przygarnął z tak wielką miłością, którą trudno sobie wyobrazić. Bóg nie jest kimś, kogo można sobie wymyślić, kogo można się nauczyć, kogo można swoim ograniczonym rozumem ogarnąć. Można Go spotkać w swoim życiu, w tych ludziach i wydarzeniach, które On w swoim nieskończonym miłosierdziu nam daje.
Bóg przyprowadził nas na Drogę Neokatechumenalną. Paradoksem było to, że idąc na katechezy, które odbywały się w naszej parafii, nie szedłem tam z potrzeby serca, lecz na prośbę mojej siostry. Chciała ona, żebym ich wysłuchał i powiedział jej, czy warto na nie chodzić. Słuchałem więc, a żona, podejrzewając mnie o zdradę i śledząc, gdzie wieczorami znikam, trafiła za mną na tę „imprezę”, którą Bóg dla nas przygotował. Paradoksem jest to, że przeważnie nie chcemy tego, co chce nam dać Bóg. Nie chcemy skarbu, depczemy perły, by wracać do tych pomyj, które wybieramy, nie znając nawet smaku potraw, przygotowanych dla nas przez Boga. Mówię to w kontekście tego, czego doświadczyłem, zanim poznałem Miłość, która naprawdę nasyca. Bóg w swoim miłosierdziu pozwalał mi błądzić, nie gorszył się mną, nie odrzucił mnie ze wstrętem, bym nie mógł Mu zarzucić, że On mnie czegoś pozbawił.
Na Drodze Neokatechumenalnej zacząłem dostrzegać, że Kościół ma wielu świętych kapłanów, którym można zaufać, a także to, że ten drugi człowiek obok mnie jest takim samym biedaczkiem jak ja, i że to w ogóle cud, że Kościół wciąż trwa. Wiem, że jest to dzieło Ducha Świętego, nie nasze. Dziś z całą mocą mogę modlić się za kapłanów, jestem bowiem świadom, że są oni na pierwszej linii frontu. Sam doświadczyłem, że kiedy chciałem zbliżyć się do Boga, demon z większą furią uderzał we mnie, moją rodzinę i w to, co nas jednoczy. Dlatego wyobrażam sobie, jaką furią muszą być atakowani przez złego ducha ci, którzy sprawują święte sakramenty. Musimy modlić się za kapłanów, by choć w minimalnym stopniu pomóc im w tej walce. Myślę, że upadki, które się zdarzają duchownym, tak mocno nagłaśniane przez media, są spowodowane także brakiem naszej modlitwy za nich.
Jezus nie miał problemu z grzesznikami. My często oczekujemy od innych, by najpierw odpokutowali za swoje winy, a dopiero później, jeśli zasłużą, dostąpili miłosierdzia. U Boga działa odwrotny mechanizm. Jezus nie powiedział: ,,Zacheuszu, jeśli połowę swego majątku rozdasz ubogim, a tym, których skrzywdziłeś, zwrócisz poczwórnie, przyjdę do ciebie na kolację”. U Niego nie ma tego uprzedniego ,,jeśli”. Dlatego Bóg na swoich uczniów wybiera tych, którzy z punktu widzenia tego świata kompletnie się do tego nie nadają. Wybiera ich właśnie dlatego, że w tym świecie nikt ich nie wybierze. Dziękuję, że wzbudził we mnie miłość do Kościoła. Czuję się w nim totalnie akceptowany, kochany, czuję się ,,czyjś”.
Cudowne jest to, że Bóg daje to wszystko za darmo, bez naszych starań, bez przymuszania nas do czegokolwiek. Warunek jest tylko jeden: bym zechciał to od Niego przyjąć, nie uważając, że muszę sobie na to zasłużyć. Bo na nic nie zasługuję. Dlatego Chrystus za mnie umarł i dał się umęczyć, bym ja „nie musiał”. Dał mi przykazania nie po to, by mnie potępić, gdy ich nie mogę wypełnić, ale bym dzięki nim mógł poznać swoją słabość i z większą mocą wołać o miłosierdzie.
Bo czy nie jest cudowne to, że po 15 latach małżeństwa mogłem zobaczyć, jak piękna jest moja żona, na którą wcześniej nie mogłem już patrzeć, że mogłem doświadczyć na nowo zakochania się w niej i stwierdzić, że właśnie ona była mi przez Boga przeznaczona. Nie jest to już miłość egoistyczna, której na początku doświadczałem, ale jest to miłość, która przekracza wszelkie moje wcześniejsze wyobrażenia, miłość, za którą warto oddać życie, nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Urodziło nam się jeszcze troje dzieci (w tym jedno dla nieba), które nie były żadną „wpadką”, lecz które przyjęliśmy z miłością.
W Kościele człowiek nie może powiedzieć ,,jestem bezdomny”. Odkąd odnalazłem Kościół, niczego innego nie potrzebuję. Gdyby ktoś powiedział mi, że życie z Jezusem w Jego Kościele jest nudne, przekonywałbym go, że to największa „ściema” roku.
Mieczysław

 

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 6 (274) 2016



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO CZERWCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Na dzień 5 czerwca zapowiedziana jest kanonizacja założyciela Zgromadzenie Księży Marianów (pierwszego polskiego męskiego zakonu) o. Stanisława Papczyńskiego. Temu świętemu, żyjącemu w XVII wieku, w trudnych czasach wojen, który szczególną troską otaczał dusze w czyśćcu cierpiące i, wyprzedzając swoją epokę, krzewił kult Niepokalanego Poczęcia Maryi, poświęcone są artykuły w tym numerze „Słowa wśród nas” autorstwa marianina, ks. Eugeniusza Zarzecznego MIC.
Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie znajduje się m.in. artykuł „Skutki łamania przymierza z Bogiem”, mówiący o upadku Jerozolimy w perspektywie nawoływania proroka Jeremiasza i wizji Rembrandta oraz nauczania papieża Franciszka, a także świadectwa – o odnajdywaniu Boga w życiu rodzinnym, o darze Eucharystii i odkrywaniu Kościoła.
Ponadto krzyżówka biblijna oraz kalendarz liturgiczny.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Moc w słabości się doskonali
Kanonizacja bł. o. Stanisława Papczyńskiego –
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC..................................... 4


Kalendarium życia
bł. o. Stanisława Papczyńskiego............................... 8


Stworzeni na obraz i podobieństwo Boże
Piękno człowieka w nauczaniu bł. o. Stanisława
Papczyńskiego – ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC......... 9


Dlaczego Niepokalane Poczęcie?
Święta intuicja bł. o. Stanisława Papczyńskiego –
ks. Eugeniusz Zarzeczny MIC................................... 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 30 czerwca............................... 21


MAGAZYN


Skutki łamania przymierza z Bogiem
Co nam mówią prorok Jeremiasz, malarz Rembrandt
i papież Franciszek? – Craig E. Morrison OCarm................... 48


Dar chaosu
Czterech synów i uzdrowienie serca –
Ryan O’Hara.................................. 53


Przyjmij Go!
Otwórz się na bezcenny dar Eucharystii –
Chris Gadget............................... 57


Pokochałem Kościół – odpowiedź na ankietę
„Bóg żyje i działa”............................... 60


Krzyżówka................................................................. 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:
Drodzy Czytelnicy!

Świętość nie jest zarezerwowana tylko dla wybranych. Świętość jest dostępna dla wszystkich. Dążyć do świętości oznacza bowiem upodabniać się w swoim ziemskim życiu do Tego, który nas stworzył na swój obraz, który z miłości oddał za nas swoje życie i powstał z martwych.
Bóg pragnie świętości dla każdego z nas. W Starym Testamencie zdaje się głośno wołać: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem Święty, Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19,1). Chociaż to pragnienie pojawia się w sercach wielu ludzi, to jednak tylko niewielu uważa, że ową świętość może osiągnąć; większość wmawia sobie, że jest ona dostępna tylko dla nielicznych…
Kościół katolicki w ciągu historii swojego istnienia nieustannie stawiał i stawia przed naszymi oczami świadków Bożej miłości: świętych. Są oni w pewnym sensie zaproszeniem dla nas, pozostających jeszcze na ziemi, aby wpatrując się w ich wzór, w ich wybory, osiągnąć w konsekwencji pełnię radości, którą oni już się cieszą. Święci nie są jakimś przeżytkiem, są żywymi świadkami Ewangelii Chrystusa, ukazującymi, że można nią żyć na co dzień.
W dniu 5 czerwca tego roku cała społeczność wierzących dostanie jeszcze jeden dar od Boga, dar kolejnego świętego: o. Stanisława Papczyńskiego, założyciela pierwszego polskiego męskiego zakonu: Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.
W obecnym numerze „Słowa wśród nas” pragniemy zaprosić Was, drodzy Czytelnicy, do zapoznania się z jego postacią i przesłaniem. O. Stanisław Papczyński żył ponad trzysta lat temu, ale jego przesłanie pozostaje wciąż aktualne w dzisiejszych czasach. Szczególnym kultem otaczał misterium Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. W człowieku stworzonym i odkupionym widział świątynię Boga, zaś w niesieniu pomocy zmarłym dostrzegał konkretny czyn miłosierdzia Bożego.
Kim był, jaką drogę wiodąca do świętości pozostawił nam o. Stanisław Papczyński?
Odpowiedź na te i inne pytania zawierają artykuły zamieszczone w obecnym numerze naszego czasopisma, o napisanie których poprosiliśmy wiceprowincjała Prowincji Polskiej Zgromadzenia Księży Marianów, ks. Eugeniusza Zarzecznego MIC.
Ufamy, że ich lektura pomoże nam wszystkim lepiej poznać i przybliżyć się do Boga, który jest źródłem świętości.

ks. Adam Stankiewicz MIC


ARTYKUŁY:

Moc w słabości się doskonali
Kanonizacja bł. o. Stanisława Papczyńskiego
Już wkrótce jako święty o. Stanisław Papczyński zostanie dany całemu Kościołowi, by ten oddawał mu cześć należną świętym Pańskim. Każde wyniesienie na ołtarze niesie ze sobą określone przesłanie. Kościół ma konkretne powody, żeby przedstawić jakąś postać jako godną szczególnej czci. Nie wystarczy powiedzieć, parafrazując Gombrowicza, że ten czy ów „świętym człowiekiem był”. Przyjrzyjmy się więc, czego uczy nas, ludzi XXI wieku, założyciel Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

NIEŁATWE POCZĄTKI
O. Papczyński, żyjący w XVII wieku, wydaje się postacią dość odległą. Z jakiego powodu Kościół stawia nam go za przykład, za wzór godny naśladowania? Co takiego znajdujemy w jego życiu, działalności, sposobie postępowania, ukształtowanych i uwarunkowanych przez tak odległe i obce nam czasy, kulturę itp.? Takie pytania mają pewien „zwodniczy” aspekt. Stawiając je, możemy bardziej zwracać uwagę na zewnętrzne okoliczności niż na istotę. Owszem, mają one znaczenie i trzeba je uwzględnić, tak jak bierzemy pod uwagę okoliczności, miejsce i specyfikę czasu, w którym Jezus głosił Dobrą Nowinę, choć przecież nie mają one decydującego wpływu na jej przyjęcie przez nas dzisiaj. Każdy człowiek jest wyposażony przez Boga w cechy naturalne (fizjonomia, temperament, psychika), jest również – w przypadku osoby ochrzczonej – obdarowany łaską. To wszystko po to, by zmagając się
z rzeczywistością, taką, jaka jest dana (czasy, miejsce, wydarzenia historyczne), rozpoznać i pokochać Boga, przylgnąć do Niego i dać się Mu pociągnąć. Analogicznie rzecz się ma w odniesieniu do osoby o. Papczyńskiego. To nie okoliczności zewnętrzne decydują o historii danego świętego, lecz to, jak się w nich odnalazł. Oczywiście ważne jest to, czego dokonał. Ale czyż nie jest równie ważne (a może ważniejsze) to, jak tego dokonał? Właśnie sposób przeżywania swojej historii ma dla nas tak wielkie znaczenie.
O. Stanisław Papczyński pochodził z prostej choć dość dobrze sytuowanej, jak na ówczesne czasy, rodziny. Ojciec – kowal (ponoć surowy człowiek, często karcący swoje dzieci według ówcześnie przyjętych norm wychowania), matka – gospodyni domowa (czuła, kochająca i zapobiegliwa), brat…: ot, zwykła rodzina, pobożna, przywiązana do tradycji, w zasadzie niewyróżniająca się na zewnątrz niczym wyjątkowym. Zapewne rodzice mieli wobec małego Janka (takie imię chrzcielne nosił) konkretne plany, niewykraczające poza standard: minimalne (o ile się da) wykształcenie, nauka jakiegoś fachu, założenie rodziny – zgodne z logiką narzuconą przez porządek naturalny, status społeczny, stan majątkowy.
Wszystko potoczyłoby się „normalnie”, „zwyczajnie”, gdyby nie pragnienia ukryte w sercu młodego człowieka, pragnienia dotyczące Boga i służenia Mu. Najszybciej mogły się one urzeczywistnić w życiu zakonnym i kapłańskim. Jednak próba ich realizacji od początku nastręczała trudności. Kłopoty z nauką (choćby z nauczeniem się czytania), choroby, niski status społeczny, bieda mogłyby niejednego zniechęcić. Janek jednak tak łatwo nie „odpuszczał”. Kiedy łaska współpracuje z naturą, a człowiek jest niesiony wiarą i zaufaniem Bogu, wtedy zaczynają się dziać cuda. Silny charakter (przez niektórych nazwany uporem) oddany na służbę wiary doprowadził młodego Janka do zakonu pijarów. Doświadczenia młodości przygotowały go do poważnych zmagań i wyzwań, których w przyszłości miał doświadczyć w sferze wiary i zaufania.

BÓG WYBIERA TO, CO SŁABE
  W OCZACH ŚWIATA
I tutaj można wysnuć pierwszy wniosek dla nas, współczesnych. Zjawiskiem dość powszechnym jest dzisiaj niestałość wobec podejmowanych zobowiązań i realizacji wewnętrznych natchnień, z powołaniem włącznie. Współczesny człowiek niejednokrotnie chce osiągnąć cel szybko, łatwo i spektakularnie. Musi być miło, no i trzeba „czuć się dobrze”. Dotyczy to zarówno małżeństwa, rodziny, jak i powołanych do życia zakonnego czy kapłaństwa. Pojawiające się trudności, zmaganie się ze słabością własną i drugiego powodują wycofanie, rezygnację czy szukanie odpowiedniego środowiska i warunków, w których krzyż raczej się nie pojawia. Coraz mniej jesteśmy skłonni do poświęceń i dawania siebie. Wyjątek może stanowić zdobywanie pieniędzy, choć i nawet w tej sferze bywa różnie. Tak często gdy pojawiają się trudności, gdy drugi objawia się również jako słaby grzesznik, a rzeczywistość okazuje się mniej kolorowa, ludzie się rozwodzą, zakonnicy opuszczają życie zakonne, a kapłani idą tam, gdzie mogą realizować siebie i własne projekty.
O. Stanisław zdaje się mówić całą swoją historią: to, co zdobyte jest w trudzie, zmaganiu, przy całkowitym powierzeniu siebie Panu Bogu, jest trwałe – a na końcu człowiek jest szczęśliwy i naprawdę „czuje się dobrze”. Dobrze, bo na właściwym miejscu, na miejscu, do którego zajęcia Bóg go powołał. Tylko w taki sposób ten, który na początku edukacji nie mógł nauczyć się alfabetu, stał się profesorem retoryki. Ubogi uczeń, głodujący, chory, pozostawiony na ulicy młody człowiek, bez środków do życia, stał się duchowym powiernikiem wielkich tego świata (Jana III Sobieskiego, nuncjusza Pignatelliego – późniejszego papieża Innocentego XII). Ktoś powie: siła woli i charakteru, ktoś inny: cuda się zdarzają… A może to silna wiara i zaufanie Panu Bogu, który wybiera to, co kruche, pokorne i ufne, aby okazać swoją moc. Może to wiara, potwierdzona wewnętrznym pragnieniem samego Boga, ku Niemu całkowicie zwrócona nasycona przekonaniem, że „jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8, 31)

WIERNY PRAWDZIE
W zakonie pijarów, do którego wstąpił, a w którym pojawiły się poważne trudności wewnętrzne, o. Stanisław też nie miał łatwego życia. Jako człowiek szczery, nie mógł znieść nieprawdy, która wkradła się w życie wspólnoty. W imię wierności prawdzie, a co za tym szło – wierności zasadom życia zakonnego, czystości obyczajów i równego traktowania współbraci – znosił prześladowanie, z uwięzieniem włącznie. Prostota i czystość intencji nie pozwalały mu na łatwe kompromisy. O. Stanisław nie umiał „ustawić się”, nie był oportunistą, nie chciał iść „z prądem” w imię „świętego spokoju”. Kochał swoich braci i swój zakon i w imię tej miłości nie umiał zgodzić się na bylejakość i zachowania sprzeczne
z ewangelicznym ideałem życia braterskiego. W tym również jest dla nas znakiem.
Dziś wielu powtarza za Piłatem: „Cóż to jest prawda?” (J 18, 38). Zakłamywanie rzeczywistości wkrada się wszędzie. Praktycznie nie ma środowisk, w których nie podważa się prawdy: począwszy od codziennego życia, aż po kwestionowanie samej Ewangelii i prawd objawionych. Próbuje się ją „zmiękczać” i przeinaczać. Kusiciel, ojciec kłamstwa, zbiera obfite żniwo… O. Stanisław przypomina nam, że są sytuacje, kiedy kompromis jest niemożliwy, by nie zdradzić Boga, siebie i ideałów, którym się zobowiązało poświęcić życie.

CAŁĄ NADZIEJĘ ZŁOŻYŁ
  W BOGU
Życie o. Stanisława było nade wszy- stko doświadczeniem żywego Boga, obecnego w historii ludzi, bliskiego człowiekowi, Boga, który objawia się w tajemnicy wcielenia, a w dziele odkupienia przekazuje każdemu swoją zbawczą miłość. Los nie szczędził mu trudnych doświadczeń. Przekonanie o udzielonej łasce Bożej i upór w byciu jej wiernym sprawiły, że stał się on jedną z najwybitniejszych postaci Kościoła Rzeczypospolitej XVII wieku. To, co przeżył, nauczyło go zaufania wobec Boga, który jak miłosierny Ojciec daje życie tam, gdzie śmierć wydaje się panować. Zaufanie i wierność były największym bogactwem duchowym Założyciela marianów. Dzieje o. Stanisława Papczyńskiego to historia codziennego zmagania się, by żyć według Bożego upodobania, to historia zaufania Bożej Opatrzności, miłości Pana Boga, który nigdy nie zawodzi. Dlatego jego postać staje się bliska każdemu, kto doświadczając własnej niemocy i zewnętrznych przeciwności, pragnie trwać przy Bogu, nawet jeśli wydaje się to szaleństwem. ▐

Dlaczego Niepokalane Poczęcie?
Święta intuicja bł. o. Stanisława Papczyńskiego

Dlaczego o. Papczyński nazwał założone przez siebie zgromadzenie Zakonem Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wiele osób nazywa naszą wspólnotę zakonną, potocznie lub skrótowo, zakonem Maryi Niepokalanie Poczętej. I tu pojawia się pewna nieścisłość, której, jak się wydaje, mało kto jest świadomy. Otóż nie wystarczy powiedzieć, że jest to zakon założony ku czci Maryi Niepokalanie Poczętej. Jest to zakon założony ku czci Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny; założony po to, by szerzyć, pogłębiać i głosić tę szczególną „cechę” Maryi, jaką jest Jej Niepokalane Poczęcie. Oczywiście nie można oddzielić tej tajemnicy od całej osoby Maryi, Jej życia, powołania i szczególnego miejsca w historii zbawienia. Jednak to Niepokalane Poczęcie Matki Pana jest dla nas – marianów – specjalnym znakiem, tym, co określa w sposób szczególny nasze mariańskie powołanie.
Kiedy w 1670 roku o. Stanisław Papczyński składał Oblatio, czyli ślub krwi, zobowiązał się w nim do oddania życia (przelania krwi) w obronie prawdy o Niepokalanym Poczęciu. Tajemnica ta nie była jeszcze potwierdzona dogmatem. Dominikanie, za św. Tomaszem z Akwinu, toczyli spory z franciszkanami, zwolennikami Dunsa Szkota. Pierwsi przeciw drugim kwestionowali przekonanie, istniejące już od dawna w Kościele, że Najświętsza Maryja Panna poczęła się bez zmazy grzechu pierworodnego. I oto, bez wspierania się argumentami teologicznymi, prawie dwa wieki przed ogłoszeniem przez Kościół dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, pojawił się ktoś, kto gotów był oddać swoje życie w obronie tej prawdy.

ŚWIĘTA INTUICJA
Rys maryjny duchowości o. Stanisława był obecny od początku jego powołania zakonnego. Wstępując do zakonu pijarów, miał świadomość, że jest to zakon maryjny. Być może ów rys miał decydujący wpływ na wybór tej wspólnoty zakonnej. Jednak, jak się wydaje, nie wystarczało to późniejszemu założycielowi marianów. Łaska Boża zwróciła jego uwagę właśnie na Niepokalane Poczęcie Maryi. Trudno znaleźć w pismach o. Papczyńskiego jakiś traktat o Niepokalanym Poczęciu. Trudno również doszukać się teologicznych tez, dowodów, za pomocą których mógłby uzasadnić swoje przekonanie. Jego pisma mają charakter wybitnie chrystocentryczny, tzn. w centrum jego rozważań i medytacji jest zawsze Bóg, szczególnie w osobie Jezusa Chrystusa. Nawet Reguła życia, którą napisał dla swoich zakonników, nie stawia w centrum osoby Maryi, lecz Chrystusa, oraz miłość braterską, która miała jednoczyć braci ze względu na Jezusa Chrystusa. Dlaczego więc marianie Niepokalanego Poczęcia? Dlaczego biały habit wybrany dla rodzącej się wspólnoty, by tę tajemnicę podkreślić? Intuicja? Boże natchnienie? Duch prorocki? Tak, gdyż inaczej nie da się wytłumaczyć tak wielkiej determinacji o. Stanisława, aż po ślub krwi. Jakby chciał powiedzieć: „Będę bronił prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi, nawet za cenę oddania życia”.
W historii nowych wspólnot bywało, że pierwotne intuicje założycieli nie były przez nich samych rozwinięte teologicznie. Jakby Duch Boży pozostawił duchowym synom lub córkom założycieli ich rozwinięcie i odnalezienie głębokiego sensu. W przypadku o. Papczyńskiego można jednak pójść pewnym tropem, który znajdziemy w jego Mistycznej świątyni Boga, dziele opisywanym jako podręcznik duchowości dla wszystkich. Dzieło to, będące owocem zarówno doświadczenia, jak i przemyśleń autora, ukazuje wizję człowieka, jakim miał być według zamysłu Bożego, człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga; człowieka, który – mimo skażenia grzechem – jest powołany do życia w niebie; człowieka, który jest wezwany do dialogu z Bogiem. Niepokalane Poczęcie Maryi, przywilej dany Jej ze względu na Jezusa Chrystusa, sprawia, że pośród ciemności jaśnieje Ona jak gwiazda zapowiadająca „z wysoka Wschodzące Słońce” (Łk 1,79). Maryja jest obrazem człowieka, którego Bóg zapragnął, przypomnieniem pierwotnego zamysłu Boga, znakiem miłosierdzia, którego Bóg udzielił człowiekowi, gdy ten był zanurzony w ciemnościach grzechu. Niepokalane Poczęcie Maryi przypomina zatem pierwotne piękno człowieka stworzonego przez Boga i przeznaczonego nie do śmierci, lecz do życia.
Niepokalane Poczęcie Maryi nie ograniczało Jej wolności. Widać to wyraźnie w scenie zwiastowania – Bóg przez archanioła Gabriela zwiastuje Maryi Jej powołanie, pokornie oczekując na Jej odpowiedź. Czyste serce Maryi, skierowane ku Bogu, odpowiada na Jego zaproszenie, pozostawiając Mu całkowitą swobodę działania. Maryja daje się Bogu prowadzić, nawet jeśli nie wszystko rozumie. Nie musi. Jej siła tkwi w zaufaniu, w wierze, która nie wystawia Boga na próbę, lecz pokornie idzie za Jego głosem. Ona jest Tą, która „chowała wiernie wszystkie [słowa] w swym sercu” (por. Łk 2,51). Również koniec życia Maryi – Jej zaśnięcie i wniebowzięcie – wpisuje się w obraz człowieka, którego przeznaczeniem jest niebo.

OWOC PASCHY
  JEZUSA CHRYSTUSA
Zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa ogarnia całą historię człowieka, rozlewając się na jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Stąd uprzedzająca łaska Niepokalanego Poczęcia jest również owocem Jego zbawczej męki, śmierci i zmartwychwstania. Maryja dzięki łasce Niepokalanego Poczęcia jest cała piękna. Jest doskonałym, najpiękniejszym obrazem człowieka, którego pragnął Bóg w swoim dziele stwórczym, człowieka będącego żywą świątynią Boga, w której wszystko ma swoje miejsce, jest piękne i dostojne, a jednocześnie proste i skierowane ku Stwórcy. Maryja stała się świątynią Boga w sensie dosłownym. Jej łono było bramą, przez którą Bóg w osobie Jezusa Chrystusa przyszedł na ziemię. Wcielony Bóg zamieszkał w Niej, by wzrastać, dojrzewać, by wreszcie ukazać się światu. Dlatego trzeba było, aby ta świątynia była czysta i bez skazy. I tak Jej dusza, ciało, serce, zmysły i uczucia były skierowane na Boga. Jej uszy były w stanie bez przeszkód usłyszeć Jego głos. Jej oczy mogły dostrzegać Bożą obecność w historii. Jej serce było ołtarzem, na którym złożone zostało całe Jej życie. Jej cnoty były wyrazem bezwarunkowego oddania się Bogu Ojcu i dziełu Jego Syna, odpowiedzią na darmową łaskę Najwyższego. Duch Święty zajmował całą Jej osobę. Jej umysł „rejestrował” wszystkie wydarzenia, by – bądź bezpośrednio, bądź po jakimś czasie – odczytać Boży zamysł
i sens ich przeżywania. Maryja Niepokalanie Poczęta stała się również figurą Kościoła – czystej Oblubienicy bez skazy, wypełnionej Bogiem.
O. Papczyński nie prowadził raczej tego typu rozważań. Są one owocem odkrywania sensu wyboru tajemnicy Niepokalanego Poczęcia jako szczególnego daru dla naszego zgromadzenia. Być może o. Stanisław, myśląc o pięknie rodzaju ludzkiego, wiązał je z Niepokalanym Poczęciem? Być może chciał, by jego duchowi synowie, odkrywając piękno Niepokalanego Poczęcia, zachwycili się człowiekiem, nie patrzyli na niego przez pryzmat jego grzeszności, lecz starali się dostrzec i wydobyć to, co w nim najpiękniejsze, by głosić jego przeznaczenie? Odkrywanie piękna Niepokalanego Poczęcia jest dzisiaj szczególnie potrzebne, czy wręcz konieczne w obliczu szerzącej się brzydoty, bylejakości, prymitywnego niszczenia piękna człowieka.

NIEPOKALANE POCZĘCIE
  DROGĄ
Opowiadano mi kiedyś o pewnym, żyjącym dziś Japończyku. Nie jest on chrześcijaninem, mimo to, nie wiedzieć dlaczego, zachwycił się osobą Maryi do tego stopnia, że kiedy o Niej mówił, wstawał. Twierdził, że nie może mówić o Maryi siedząc. Bo czyż nie jest tak, że przebywając w Jej obecności, sami stajemy się piękniejsi? Jej bliskość nie zawstydza, może nieco onieśmiela, a w każdym razie pociąga i inspiruje. Pociąga piękno, które jest w Niej, inspiruje Jej prostota i oddanie Bogu. Ona całą sobą mówi: „zróbcie wszystko, cokolwiek [Syn] wam powie” (J 2, 5).
Dziś Niepokalane Poczęcie jest wymownym znakiem i przypomnieniem tego, że ludzkie życie jest święte od poczęcia. To znak, że człowiek już od łona matki jest osobą stworzoną przez Boga, wpisaną w Jego zbawczy plan. Każdy, już od momentu swego poczęcia, jest niepowtarzalny, stworzony
z miłości i ku miłości ukierunkowany. Od momentu poczęcia każdemu należy się szacunek należny każdej osobie ludzkiej. Dzisiaj, idąc za przykładem
o. Papczyńskiego, szerząc kult Niepokalanego Poczęcia, możemy szerzyć szacunek dla życia pochodzącego od Boga, w Nim zanurzonego i z Niego czerpiącego swoją witalność. W Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny odnajdujemy nie tylko Jej osobiste piękno, ale także piękno, które nosimy w sobie, nawet jeśli jest ono przesłonięte słabością czy grzechem. Odkrywaniu tego piękna ma służyć nasze przepowiadanie, posługa, sposób odnoszenia się do innych i własne życie w obecności Tej, „w której zmaza pierworodna nigdy nie postała”. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Środa, 1 czerwca
2 Tm 1,1-3.6-12
On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem. (2 Tm 1,9)
W tym jednym zdaniu św. Paweł oddaje istotę życia chrześcijańskiego. Tak, Jezus nas zbawił – nie tylko oddał za nas życie, ale także nie pozostawił nas samym sobie. Wezwał nas do świętości – każdy z nas jest przez Niego wezwany, aby być świętym.
„Kto, ja? Przecież nie dam rady! Mam już dość kłopotu z tym, by starać się unikać grzechu. Nie potrafię być świętym”.
Potrafisz. Jezus był do tego stopnia o tym przekonany, że oddał za ciebie życie. Patrząc w twoje serce, dojrzał w nim pragnienie czystości i niewinności. Zobaczył, że chcesz czynić dla Niego wielkie rzeczy i budować Jego królestwo. Na dnie twego serca dojrzał miłość i pokorę. Umierając za ciebie widział w tobie potencjał świętości.
Jak wygląda ta święta wersja ciebie? Podczas jednej z audiencji w 2014 roku papież Franciszek określił ją jako „widzialny znak miłości Boga i Jego obecności”. Następnie wskazał jasno drogę do świętości. „Jesteś osobą konsekrowaną? Uświęcaj się, żyjąc tym darem i pełniąc swoją posługę z radością. Żyjesz w małżeństwie? Uświęcaj się, kochając swego współmałżonka i troszcząc się o niego, jak Chrystus o Kościół. Jesteś osobą samotną? Uświęcaj się przez uczciwe i kompetentne wykonywanie swojej pracy oraz ofiarną służbę innym”. A to już brzmi bardziej realnie!
„Uświęcasz się tam, gdzie pracujesz – powiedział Franciszek. – W domu, na ulicy, w pracy, w kościele, w tym momencie i stanie życia, jaki jest ci dany, otwiera się przed tobą droga ku świętości”.
Uwierz dziś, że idąc drogą, na której Bóg cię postawił, możesz osiągnąć świętość – po prostu przez to, że staniesz się w pełni tą osobą, jaką jesteś w Bożym zamyśle i jaką w głębi serca pragniesz być.
„Jezu, przyjmuję Twoje wezwanie do świętości. Uchroń mnie dziś od zniechęcenia, abym był widzialnym znakiem Twojej miłującej obecności”.
Ps 123,1-2
Mk 12,18-27

Niedziela, 5 czerwca
Ga 1,11-19
Objawił mi ją Jezus Chrystus. (Ga 1,12)
Jedną z największych radości życia jest to, co św. Paweł nazwał „objawieniem” od Boga – doświadczenie Jego obecności i poczucie, że prowadzi nas i naucza Duch Święty. Oto kilka uwag na temat, czym jest to objawienie i jak możemy go doświadczyć.
Podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus powiedział do Apostołów: „Nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15). Jeśli chcesz być przyjacielem Jezusa, znajdź dla Niego czas; słuchaj Go tak, jak słuchałbyś przyjaciela.
Inne wierzenia religijne uczą, że medytacja wymaga „opróżnienia umysłu”. Natomiast Pismo Święte poleca nam napełniać nasze umysły słowem Bożym oraz rozważać niezawodną pomoc Boga (Ps 48,9), Jego potężne czyny (Ps 77,12-13), Jego postanowienia (Ps 119,15) i obietnice (Ps 119,147). Znajdź więc czas na to, by codziennie czytać słowo Boże i prosić Ducha Świętego, by wypisał je w twoim sercu.
Ważna jest także właściwa postawa. Jezus dziękował niegdyś Ojcu za to, że „zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom” (por. Mt 11,25). Dzieci są ufne, proste, przyjmują naukę, cieszą się drobnymi rzeczami. Próbuj więc na modlitwie być jak dziecko, które cieszy się z przebywania z Ojcem.
Bóg pragnie nam się objawiać. Chce nam pokazywać, jak bardzo nas kocha. Chce także przemawiać do nas w ciszy naszych serc – prosząc, byśmy zdobyli się na większą uprzejmość czy ofiarność, odezwali się do samotnej osoby czy okazali serce ubogiemu. Im częściej przychodzimy do Boga, tym większą mamy szansę usłyszeć Jego głos.
Czy to nie dziwne, że tak łatwo nam usłyszeć głos kusiciela, a tak trudno głos Boga? Może po prostu brakuje nam praktyki. Szukaj więc Pana i proś Go, by do ciebie mówił. Będziesz zdziwiony tym, co On włoży w twoje serce mocą Ducha Świętego.
„Jezu, wyryj Twoje słowo w moim sercu. Chcę poznać Twoją wolę”.
1 Krl 17,17-24
Ps 30,2-6.11-13
Łk 7,11-17

Niedziela, 12 czerwca
Łk 7,36--8,3
Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. (Łk 7,47)
Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam dwie postawy. Z jednej strony mamy kogoś, kto kocha Jezusa; z drugiej kogoś, kto lubi prowadzić z Nim teologiczne dysputy. Choć zainteresowanie teologią i krytyczne myślenie nie są niczym złym, to bez miłości są one pozbawione czegoś istotnego.
Szymon faryzeusz zaprosił Jezusa na posiłek. Był gościnny, otwarty i dobrze nastawiony do Jezusa. Wydaje się, że szczerze pragnął dowiedzieć się o Nim czegoś więcej. Natomiast grzeszna kobieta wtargnęła do domu Szymona, ponieważ już wiedziała, kim jest Jezus i kim jest ona sama. Szukała Jezusa, gdyż pragnęła doświadczyć Jego miłosierdzia.
Obie te osoby miały zupełnie inną wizję Jezusa, toteż inaczej Go potraktowały. Kobieta „bardzo umiłowała” Jezusa, ponieważ wiele jej przebaczono. Szymon zareagował negatywnie na jej gest miłości, gdyż znał jej reputację i sądził, że porządni ludzie nie powinni zadawać się z publicznymi grzesznikami. Spotkanie kobiety z Jezusem nie mieściło się w jego kryteriach przyzwoitego zachowania.
Szymon zwątpił w Jezusa, gdyż zgorszył się tym, że Rabbi z Galilei przyjął wyrazy przywiązania od grzesznicy. „Skąd przyszło jej do głowy – myślał – że może tak sobie po prostu wmaszerować do mojego domu i tak szybko i łatwo otrzymać przebaczenie? I czy ten Jezus rzeczywiście jest prorokiem, skoro nawet się nie domyślił, z jakiego rodzaju kobietą ma do czynienia?”
Jeśli uważamy się za całkiem przyzwoitych ludzi, którzy tak bardzo nie potrzebują Jezusowego odkupienia, trudno nam zdobyć się na współczucie względem innych. Jeśli jednak uznajemy, że bez Jezusa bylibyśmy zgubieni, łatwiej nam mieć wyrozumiałość dla innych, gdyż wiemy, jak bardzo jest ona potrzebna również nam samym. Identyfikujemy się z grzesznicą bardziej niż z faryzeuszem Szymonem.
Jezus pragnie dziś pokazać nam różnicę pomiędzy byciem gościnnym gospodarzem a kimś prawdziwie Go kochającym. Chce, abyśmy do tego stopnia doświadczyli Jego miłości, by nasze serca szeroko otworzyły się na innych.
„Panie, naucz mnie tak kochać innych, jak Ty ich kochasz”.
2 Sm 12,1.7-10.13
Ps 32,1-2.5.7.11
Ga 2,16.19-21


Niedziela, 19 czerwca
Łk 9,18-24
Jeśli kto chce iść za Mną… (Łk 9,23)
Czy jako dziecko chodziłeś na wyprawy w poszukiwaniu przygód? Może wędrowałeś po lesie za domem, przeszukiwałeś opuszczony stary budynek, zastanawiając się, dokąd zaprowadzi cię klatka schodowa i co znajdziesz za zamkniętymi drzwiami? Takie przygody pociągają nawet niektórych dorosłych!
Pójście za Jezusem jest także fascynującą przygodą. Nigdy nie wiadomo, dokąd On cię zaprowadzi! Widzimy to w dzisiejszej Ewangelii, kiedy Jezus pyta uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. „Za Mesjasza Bożego” (Łk 9,20) – odpowiada Piotr. Następnie Jezus zapowiada swoją mękę oraz poleca uczniom zaprzeć się samych siebie, wziąć swój krzyż i iść za Nim (Łk 9,22-23). Z pewnością Piotr zastanawiał się, co jeszcze może go spotkać!
Wiemy, że idąc za Jezusem, Piotr przebył drogę, jakiej wcześniej nawet sobie nie wyobrażał – z prostego rybaka stał się Skałą, na której Jezus zbudował swój Kościół. Nie wiedział tego na początku drogi, nie wydarzyło się to też w ciągu jednej nocy. Jednak Piotr złożył swoją ufność w Panu i stawiał kolejne kroki za Jezusem, nawet gdy musiał wyrzec się swoich własnych planów.
Jezus niekoniecznie poprosi cię, byś opuścił swoją rodzinę czy pracę, ale na pewno chce być twoim Panem i Zbawicielem. Twoja przygoda z Panem także będzie miała niespodziewane zakręty i nagłe zwroty akcji. Może niektóre
z nich już przeżyłeś i przekonałeś się, że nie ma się czego bać. Pamiętaj o tym, gdy wyłoni się przed tobą kolejny zakręt. Jezus jest zawsze przy tobie i zaprasza, byś z całą ufnością poszedł za Nim. On nigdy cię nie zawiedzie!
„Jezu, dziękuję Ci za wezwanie do pójścia za Tobą. Pomóż mi uczynić wszystko, o co mnie prosisz dziś i przez całą resztę mojego życia”.
Za 12,10-11
Ps 63,2-6.8-9
Ga 3,26-29

Piątek, 24 czerwca
Narodzenie św. Jana Chrzciciela
Łk 1,57-66.80
Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. (Łk 1,60)
Normalne jest to, że kobiety rodzą dzieci w młodości, a następnie przestają. Normalne jest to, że długo wyczekiwanemu synowi nadaje się imię ojca. Normalne jest to, że świeżo upieczony ojciec dzieli się z sąsiadami swoją radością. Normalne jest to, że syn idzie w ślady ojca. A przynajmniej było to normalne w starożytnym Izraelu.
W tej historii wszystko jest inaczej. Bezpłodna w młodości Elżbieta rodzi syna na starość. Protestuje, gdy sąsiedzi chcą mu nadać imię ojca, a Zachariasz to potwierdza i wówczas odzyskuje głos utracony podczas posługiwania w świątyni. Syn, zamiast kształcić się u boku ojca kapłana i przygotowywać do przyszłej służby, „żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem” (Łk 1,80). Nic dziwnego, że na sąsiadów padł blady strach, tak że pytali wstrząśnięci: „Kimże będzie to dziecię?” (Łk 1,66).
Także dziś różne aspekty życia chrześcijańskiego mogą wydawać się „nienormalne”. „Tyle czasu spędza w kościele? To nienormalne w jej wieku, jeszcze ci do zakonu pójdzie”. „Nie chodzą na imprezy w Wielkim Poście? Chyba jacyś nienormalni”. „Czystość przedmałżeńska, celibat – nienormalne!” „Woli jechać na tygodniowe rekolekcje niż na wczasy za granicą – nienormalny!” „Matka czworga dzieci (już samo w sobie nienormalne) ma czas układać kwiaty w kościele? – nienormalne!”
Idąc za Bogiem, musimy liczyć się z tym, że to, do czego On nas wzywa, w oczach wielu ludzi – czasem nawet nam bliskich – może wydać się nienormalne. Bóg tak często wyrywa nas z naszych ramek, z uporządkowanego życia i kieruje nami nie tak, jak chcieliby to widzieć inni. Jednak Jego powołanie nigdy nie jest przypadkowe. On, który zna nas najlepiej, przenika głębię naszego serca, widzi jego ukryte przed wszystkimi tęsknoty i powierza nam takie zadania, które najbardziej do nas pasują. Do nas prawdziwych, a nie wtłoczonych w narzucone nam przez innych i siebie samych ramki.
Jan Chrzciciel przyjął całym sercem swoje „nienormalne” powołanie i był w nim szczęśliwy. Czuł się na swoim miejscu nawet wtedy, gdy jego uczniowie odchodzili do Jezusa, gdy on sam stracił na ważności. „Moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,29-30) – mówił. Nienormalne? Tylko dla tego, kto nie wierzy, że w oczach Boga najbardziej normalna jest świętość, do której On każdego z nas zaprasza.
„Panie Jezu, daj mi odwagę iść za Tobą także wtedy, gdy innym wydaje się to dziwne. Pomóż mi zaufać, że poprowadzisz mnie dobrą drogą”.
Iz 49,1-6
Ps 139,1-3.13-15
Dz 13,22-26


Niedziela, 26 czerwca
Ga 5,1.13-18
Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. (Ga 5,1)
Czy wiesz, że w twoim umyśle nieustannie toczy się bitwa? Mówi o tym dzisiejsze pierwsze czytanie. Mówiąc o wolności, ku jakiej wyswobodził nas Chrystus, Paweł przekonuje nas, że możemy wygrać tę bitwę i uwolnić się od ataków grzechów i pokus (Ga 5,1).
Na czym polega ta bitwa o nasz umysł? Mówiąc najprościej, wszyscy mamy niewiarygodną liczbę zalet i darów. Staramy się być życzliwi, ofiarni, bezinteresowni, kochający, cierpliwi, twórczy, domyślni itd. Jednocześnie jednak potrafimy być samolubni, pyszni, drażliwi, kapryśni, chciwi, nieuczciwi, pożądliwi, leniwi, zazdrośni itp. Wszyscy mamy grzeszne nawyki, które trzeba „porzucić”, i skłonności do dobra, w które mamy się „przyoblec” (Ef 4,22.24).
Każda z naszych decyzji jest podyktowana całą gamą złych i dobrych wpływów – oddziałuje na nas Duch Święty, diabeł, rodzina i przyjaciele, wspomnienia z przeszłości itp. Każdy z tych wewnętrznych głosów wskazuje nam inne sposoby przeżywania swojego życia i podejmowania decyzji. Musimy więc często zadawać sobie pytanie: Kogo zamierzam posłuchać? Jak powinienem postąpić?
Jeśli nie chcesz poddawać się negatywnym wpływom, zastosuj się do dwóch wskazówek: pozwól mówić do siebie Duchowi Świętemu oraz staraj się ze wszystkich sił poddawać swoje myśli „w posłuszeństwo Chrystusowi” (2 Kor 10,5). Wtedy łatwiej ci będzie iść za dobrymi myślami i odrzucać złe. Oznacza to mocne trzymanie się tego, co odkrywasz na modlitwie, w Eucharystii i w Piśmie Świętym.
Strzeż swojego umysłu tak, jak strzegłbyś cennego diamentu znajdującego się w twojej kieszeni. Nie pozwól, by jakiekolwiek niepożądane wpływy odebrały ci radość i pokój. Staraj się przebywać w bliskości Jezusa, a wynik bitwy prze-
chyli się na twoją korzyść i staniesz się bardziej podobny do Pana. A wtedy doświadczysz wolności, ku której wyswobodził cię Chrystus.
„Jezu, pomóż mi wygrać bitwę o mój umysł. Daj mi siłę do opierania się grzechowi i mówienia Tobie «tak»”.
1 Krl 19,16b.19-21
Ps 16,1-2.5.7-11
Łk 9,51-62

 

MAGAZYN:

Dar chaosu
Czterech synów i uzdrowienie serca


28 listopada 1998 roku podczas naszego ślubu kapłan zadał nam pytanie: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”. Jill i ja odpowiedzieliśmy: „Chcemy”. W tym momencie pytanie to nie wydawało się nam szczególnie istotne. Nie mieliśmy pojęcia, jak głęboko zaważy ono na naszym życiu i do jakiego stopnia je zmieni.
Zarówno Jill, jak i ja wychowaliśmy się w rodzinach katolickich, a podczas studiów przeżyliśmy doświadczenie żywej wiary. Mieliśmy też wizję wspólnej posługi misyjnej i wkrótce po ślubie zamieszkaliśmy w Wellington w Nowej Zelandii, gdzie przeżywaliśmy nasze pierwsze z wielu przygód ewangelizacyjnych. Jednak zanim jeszcze przybyliśmy do kraju owoców kiwi, nasze życie wywróciło się do góry nogami z powodu diagnozy niepłodności. Wzrastając jako uczniowie Chrystusa, jednocześnie cierpieliśmy jako para.

„CHCEMY BYĆ
  ICH RODZICAMI”
Byliśmy zdezorientowani, smutni i wściekli, ale postanowiliśmy się nie poddawać. Pamiętając o naszym „tak”
z dnia ślubu, zaczęliśmy myśleć o różnych sposobach, na jakie Bóg mógłby zechcieć wprowadzić dzieci do naszego domu. Adopcja dziecka z kraju lub zagranicy, praca z kobietami zagrożonymi aborcją, rodzina zastępcza – każda z tych opcji niosła ze sobą niepowtarzalne możliwości i poważne wyzwania. Nasze serca skłaniały się ku rodzicielstwu zastępczemu, opcji, która przyciągała najmniejszą liczbę zainteresowanych.
Podczas pierwszych osiemnastu miesięcy naszej pracy jako licencjonowanych rodziców zastępczych przez nasz dom przewinęło się trzynaścioro dzieci. Niektóre wróciły do swoich rodzin, inne zostały adoptowane przez krewnych. Wraz z Jill postanowiliśmy, że jeżeli któreś z naszych podopiecznych nie będą miały takiej szansy, sami zostaniemy ich rodzicami. W taki sposób nasza rodzina powiększyła się o czterech chłopców, z których każdy jest wyjątkowy i godzien miłości.
Andrzej biega na bosaka, uwielbia węże i jest niepokonany w jedzeniu ciasta. Krystian jest niezwykle twórczy, wspina się na drzewa i jest molem książkowym. Jest jeszcze Malachiasz, energiczny, wysportowany, towarzyski, ryzykant, i wreszcie Adam, uważny intelektualista i mistrz klocków Lego.
Adopcja tych chłopców sama w sobie nie była trudna. O wiele trudniejszym procesem jest dla mnie stawanie się dla nich troskliwym, ofiarnym ojcem – nie dlatego, żeby nie byli dobrymi dziećmi, ale ponieważ wyzwania związane z ich wychowaniem nie całkiem zgadzają się z moimi marzeniami i oczekiwaniami.

▌TAJEMNICE I ZAMIESZANIE
Za młodu byłem synem, który wiedział, czego się od niego oczekuje, i z zadowoleniem spełniał te oczekiwania. Nie miałem w sobie nic z buntownika. Robienie na przekór czy sprzeciwianie się rodzicom nie leżało w moim charakterze. W naszym domu po prostu nie zdarzały się konflikty. Był on spokojny i szczęśliwy, panował w nim głęboki szacunek i wzajemna miłość. Mieliśmy swoje ulubione zajęcia od pieszych wędrówek w niedzielne poranki, po grę w karty i kibicowanie naszej ulubionej drużynie. Przebywanie ze sobą sprawiało nam autentyczną przyjemność.
Naturalnie dokładnie tak samo wyobrażałem sobie własną rodzinę, nawet jeśli powstała ona poprzez opiekę zastępczą, a następnie adopcję. Radość, miłość, wzajemny szacunek – czy nie na tym polega życie rodzinne? Dlaczego moje miałoby wyglądać inaczej? Jednak sprawy okazały się bardziej skomplikowane.
Choć przeżywałem chwile głębokiej radości i szczęścia, moje doświadczenie ojcostwa naznaczone było również okresami bólu i zawodu. Tym, co mnie zaskoczyło, był smutek, że nie rozpoznaję siebie – swoich zwyczajów, preferencji czy cech osobowości – w swoich przybranych synach. Zdaję sobie sprawę, że dzieci, nawet biologiczne, nie przychodzą na świat z instrukcją obsługi, ale moi chłopcy byli dla mnie całkowitą zagadką.
Uwielbiają błoto, węże i niebezpieczeństwo – ja z kolei lubię ład, porządek i bezpieczne, wolne od gadów otoczenie. Jednak różnice między nami nie były jeszcze tym, co niepokoiło mnie najbardziej. Najgorsze było to, że podobnie jak wiele innych dzieci pozbawionych w pierwszych latach życia godnych zaufania, dających poczucie bezpieczeństwa rodziców, chłopcy ci w naturalny sposób otwarcie kwestionowali wszelki autorytet, nie okazywali szacunku sobie nawzajem i niszczyli wszystko wokół, jakby im za to płacono. Ja na to wybuchałem, krzycząc: „Nie wolno wam tak robić!”, co w istocie znaczyło: „Zachowujecie się inaczej niż ja!”.
Byłem w kropce. Ile cierpliwości i opanowania potrzeba mi było, żeby zostać dobrym ojcem? Wyglądało na to, że sporo.

PREZENT NA DZIEŃ OJCA
Pewnego poranka przed kilku laty, w Dzień Ojca, kiedy moi chłopcy byli w wieku od pięciu do dziesięciu lat, doszedłem do kresu wytrzymałości. Zanim jeszcze zdążyliśmy zasiąść do śniadania, wybuchła kłótnia. Nie pamiętam dokładnie powodu – może o to, kto poprowadzi modlitwę, gdzie kto ma siedzieć lub co ma być na śniadanie. Znów zapanował kompletny chaos – i to na dokładkę
w Dzień Ojca! Uznałem, że lepiej będzie wyjść, niż wybuchnąć.
Dowlokłem się do sypialni i rozpłakałem się. Na głos. Wiedziałem, że ktoś może mnie usłyszeć, ale było mi już wszystko jedno. Wypłakałem z siebie całe lata żalu, że nie jest tak, „jak powinno być”. „Dlaczego mi to zrobiłeś?” – wołałem do Boga. „Żałuję, że się zgodziłem!” Wypowiedziałem to – po raz pierwszy w yciu sam przyznałem się do czegoś rodzaju buntu.
A wtedy, w swoim wnętrzu, usłyszałem cichy, spokojny głos, który wyszeptał słowo: „dar”. Pomyślałem natychmiast: „Tak, Boże. Jill i ja jesteśmy darem dla tych chłopców. Gdzie byliby bez nas?”. Ale głos odezwał się znowu: „Nie tylko wy jesteście darem dla nich, ale oni są moim darem dla was”. Słowo wewnętrznej przemiany skierowane do serca, które było na skraju wyczerpania.

DAR CHAOSU
Ten cichy szept uświadomił mi, że także obecny chaos jest darem Boga dla mnie. Przemienia On moje surowe i wymagające ojcowskie serce w serce cierpliwe i wyrozumiałe, wykorzystując do tego zamieszanie, które wdarło się w nasze życie rodzinne.
Jak inaczej mógłbym zostać wybawiony z niewoli egoizmu, pragnienia pochwał i chęci kontrolowania wszystkiego? Bóg wiedział, że jedyną drogą jest powołanie, któremu nie jestem stanie sprostać sam, własnymi siłami. Teraz lepiej rozumiem, co czuł w. Paweł, gdy błagając Boga o odebranie mu „ościenia”, usłyszał: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9).
Od tego momentu zmienił się mój styl rodzicielstwa. Zamiast odruchowo krzyczeć i wymierzać kary, cenię sobie spokój i reagowanie w sposób dostosowany do rzeczywistych potrzeb i temperamentu moich synów. Surowe kary nie robią na nich wrażenia; miłość, cierpliwość i wyrozumiałość mamy i taty – owszem.
Jest też i inna zmiana. Obecnie radość z tego, że czynię to, do czego Bóg mnie wzywa, przeważa nad dawnym pragnieniem posiadania „doskonałej” rodziny.
Radość sprawia mi oglądanie mojego jedenastolatka służącego przy ołtarzu, który bawi się swoim sznurkiem przy albie, zamiast przytrzymywać księdzu mszał.
Radość sprawia mi opowiadanie mojemu dziewięciolatkowi na dobranoc, jak może wyglądać niebo, chociaż właśnie zaczyna się mecz w telewizji.
Radość sprawia mi ciągłe przypominanie mojemu dziesięciolatkowi, że spaghetti nawija się na widelec, a nie na palce – i pamiętanie o tym, jak wielkim przywilejem jest być jego ojcem, niezależnie od jego manier przy stole.
Zaakceptowałem wreszcie tę prawdę, że Bóg nigdy nie obiecywał mi doskonałego życia, tylko doskonałego Zbawiciela. Jest Nim i zawsze pozostanie Jezus. ▐

Pokochałem Kościół


Wychowany byłem w rodzinie katolickiej, w wierze, której nauczał Kościół – tak to wtedy rozumiałem – pełnej moralizmów, nakazów, których nie da się wypełnić. To znaczy, że aby zasłużyć na miłość Boga, trzeba się starać, trzeba być pobożnym, przestrzegać przykazań, pracować nad sobą. Chciałem więc zasłużyć na nią, byłem nawet ministrantem i naprawdę się starałem. Po jakimś czasie przyszła frustracja, bo stwierdziłem, że wcale nie staję się lepszy, tylko coraz gorszy, popełniam wciąż te same grzechy, jeszcze dochodzą inne. Doszedłem do wniosku, że widocznie Bóg nie chce mojego starania, że się mną gorszy i nie interesuje Go ktoś taki jak ja. Zwątpiłem w siebie.
Spotykając ludzi związanych z Kościołem, zauważyłem że ich postępowanie w znacznym stopniu odbiega od tego, czego nauczają. Zostałem przez nich mocno zraniony i to wtedy, kiedy miałem największe chyba zaufanie do Kościoła. Nie będę się nad tym rozwodził, bo było w tym dużo winy z mojej strony. Szukałem łatwego życia, nie chciałem być wyrobnikiem na roli na wsi, kimś nic nieznaczącym w życiu. I tak po pewnym czasie zorientowałem się, że zabrnąłem w jakieś dziwne układy, że stałem się jakiś inny, że nie mogę nawiązywać normalnych relacji z dziewczynami. Kiedy człowiek wchodzi w relację ze złym duchem, nic dobrego nie może go spotkać. Nawet wypełnianie praktyk religijnych niekoniecznie może wynikać z wiary. Religijność naturalna, o której później usłyszałem, ogranicza się do wykonywania pewnych rytów w celu niejako przymuszenia Pana Boga do pełnienia naszej, a nie Jego woli.
Z czasem dałem sobie spokój z Kościołem, na długie lata przestałem do niego zaglądać. Nie mogłem, nie potrafiłem wypełniać tych wszystkich przykazań. A ponieważ utożsamiałem naukę Kościoła z Bogiem, zwątpiłem także i w Niego. Nie przypuszczałem, że Bóg chce mi dać za darmo to, czego tak bardzo w głębi serca pragnąłem do czego tak bardzo dążyłem.
Ponieważ bardzo mocno chciałem być akceptowany przez innych, wszedłem we wszelkiego rodzaju imprezowanie związane z alkoholem itp. Z takim pokaleczonym nastawieniem, kierując się raczej pożądaniem niż miłością, zawarłem małżeństwo. Dopuściliśmy się aborcji, co wtedy, w latach 70., było czymś „normalnym”. I tak miotając się na różne strony, zagubiłem sens swojego życia, właściwie przestałem dostrzegać sens jakiegokolwiek życia. Żeby uciec od wszystkiego, chciałem iść na wojnę. W tamtym czasie nie miałbym żadnych skrupułów przed zabijaniem.
Miałem myśli samobójcze, moje życie coraz bardziej ulegało destrukcji. Czułem się niekochany i nieakceptowany przez nikogo, sam też nikogo nie kochałem i nie byłem nawet do tego zdolny. Zabrnąłem w to oszustwo demona aż po same uszy. Małżeństwo było ruinie, nie było już zrozumienia między nami, nie wiedziałem, dlaczego wszystko się sypie, raniłem wszystkich wokół siebie, winiąc ich za moje niepowodzenia. Nie chciałem przyznać, że sam ponoszę winę za moje błędne decyzje. Na domiar złego (tak wtedy myślałem) zacząłem tracić zdrowie i sprawność fizyczną, z której byłem tak dumny.
Błogosławieństwem od Boga stało się dla mnie wówczas spotkanie mądrego kapłana, który pozwolił mi spojrzeć na moje życie, Boga i Kościół z innej strony. Dzięki niemu zrozumiałem, że księża to też normalni ludzie ze swoimi słabościami i lękami, że też poszukują miłości i błądzą. I że oni bardziej potrzebują modlitwy niż ja, który uważałem się za takiego biedaczka i nieudacznika. Dziś też wiem, że gdyby nie moje trudne doświadczenia życiowe, być może nie spotkałbym Boga. Tenże kapłan doprowadził nasz związek cywilny do sakramentu małżeństwa, co oczywiście nie oznaczało, że od razu zaczęło się między nami dobrze dziać.
Bóg jednak zaczął powoli wkraczać w nasze życie. Jego plan dla mnie jest po ludzku bolesny, lecz jeśli ktoś pogrążył się w bagnie aż po uszy, to uszy muszą boleć, gdy chce się człowieka za te uszy wyciągnąć, zwłaszcza gdy z tego bagna wystają tylko uszy. Dziś sam się dziwię, że moje dzieci mnie nie znienawidziły, że Bóg mimo moich draństw nie odrzucił mnie, lecz przygarnął z tak wielką miłością, którą trudno sobie wyobrazić. Bóg nie jest kimś, kogo można sobie wymyślić, kogo można się nauczyć, kogo można swoim ograniczonym rozumem ogarnąć. Można Go spotkać w swoim życiu, w tych ludziach i wydarzeniach, które On w swoim nieskończonym miłosierdziu nam daje.
Bóg przyprowadził nas na Drogę Neokatechumenalną. Paradoksem było to, że idąc na katechezy, które odbywały się w naszej parafii, nie szedłem tam z potrzeby serca, lecz na prośbę mojej siostry. Chciała ona, żebym ich wysłuchał i powiedział jej, czy warto na nie chodzić. Słuchałem więc, a żona, podejrzewając mnie o zdradę i śledząc, gdzie wieczorami znikam, trafiła za mną na tę „imprezę”, którą Bóg dla nas przygotował. Paradoksem jest to, że przeważnie nie chcemy tego, co chce nam dać Bóg. Nie chcemy skarbu, depczemy perły, by wracać do tych pomyj, które wybieramy, nie znając nawet smaku potraw, przygotowanych dla nas przez Boga. Mówię to w kontekście tego, czego doświadczyłem, zanim poznałem Miłość, która naprawdę nasyca. Bóg w swoim miłosierdziu pozwalał mi błądzić, nie gorszył się mną, nie odrzucił mnie ze wstrętem, bym nie mógł Mu zarzucić, że On mnie czegoś pozbawił.
Na Drodze Neokatechumenalnej zacząłem dostrzegać, że Kościół ma wielu świętych kapłanów, którym można zaufać, a także to, że ten drugi człowiek obok mnie jest takim samym biedaczkiem jak ja, i że to w ogóle cud, że Kościół wciąż trwa. Wiem, że jest to dzieło Ducha Świętego, nie nasze. Dziś z całą mocą mogę modlić się za kapłanów, jestem bowiem świadom, że są oni na pierwszej linii frontu. Sam doświadczyłem, że kiedy chciałem zbliżyć się do Boga, demon z większą furią uderzał we mnie, moją rodzinę i w to, co nas jednoczy. Dlatego wyobrażam sobie, jaką furią muszą być atakowani przez złego ducha ci, którzy sprawują święte sakramenty. Musimy modlić się za kapłanów, by choć w minimalnym stopniu pomóc im w tej walce. Myślę, że upadki, które się zdarzają duchownym, tak mocno nagłaśniane przez media, są spowodowane także brakiem naszej modlitwy za nich.
Jezus nie miał problemu z grzesznikami. My często oczekujemy od innych, by najpierw odpokutowali za swoje winy, a dopiero później, jeśli zasłużą, dostąpili miłosierdzia. U Boga działa odwrotny mechanizm. Jezus nie powiedział: ,,Zacheuszu, jeśli połowę swego majątku rozdasz ubogim, a tym, których skrzywdziłeś, zwrócisz poczwórnie, przyjdę do ciebie na kolację”. U Niego nie ma tego uprzedniego ,,jeśli”. Dlatego Bóg na swoich uczniów wybiera tych, którzy z punktu widzenia tego świata kompletnie się do tego nie nadają. Wybiera ich właśnie dlatego, że w tym świecie nikt ich nie wybierze. Dziękuję, że wzbudził we mnie miłość do Kościoła. Czuję się w nim totalnie akceptowany, kochany, czuję się ,,czyjś”.
Cudowne jest to, że Bóg daje to wszystko za darmo, bez naszych starań, bez przymuszania nas do czegokolwiek. Warunek jest tylko jeden: bym zechciał to od Niego przyjąć, nie uważając, że muszę sobie na to zasłużyć. Bo na nic nie zasługuję. Dlatego Chrystus za mnie umarł i dał się umęczyć, bym ja „nie musiał”. Dał mi przykazania nie po to, by mnie potępić, gdy ich nie mogę wypełnić, ale bym dzięki nim mógł poznać swoją słabość i z większą mocą wołać o miłosierdzie.
Bo czy nie jest cudowne to, że po 15 latach małżeństwa mogłem zobaczyć, jak piękna jest moja żona, na którą wcześniej nie mogłem już patrzeć, że mogłem doświadczyć na nowo zakochania się w niej i stwierdzić, że właśnie ona była mi przez Boga przeznaczona. Nie jest to już miłość egoistyczna, której na początku doświadczałem, ale jest to miłość, która przekracza wszelkie moje wcześniejsze wyobrażenia, miłość, za którą warto oddać życie, nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Urodziło nam się jeszcze troje dzieci (w tym jedno dla nieba), które nie były żadną „wpadką”, lecz które przyjęliśmy z miłością.
W Kościele człowiek nie może powiedzieć ,,jestem bezdomny”. Odkąd odnalazłem Kościół, niczego innego nie potrzebuję. Gdyby ktoś powiedział mi, że życie z Jezusem w Jego Kościele jest nudne, przekonywałbym go, że to największa „ściema” roku.
Mieczysław

 

Sklep internetowy Shoper.pl