Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 6 (286) 2017
Słowo wśród nas Nr 6 (286) 2017
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Zaprenumeruj
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO CZERWCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

W czerwcowym numerze „Słowa wśród nas”, zatytułowanym „Kształtuj mnie, Panie!” kontynuujemy rozpoczęte w styczniu rozważania na temat formowania nas przez Boga. My, słabi i grzeszni, jedynie powierzając się z ufnością Bogu, możemy zbliżać się do świętości. Mówią o tym starotestamentalne obrazy ukazujące Boga jako garncarza i złotnika. 

W Magazynie zamieściliśmy artykuł o Blandynie Segale, mało znanej misjonarce Dzikiego Zachodu, a świadectwa: „Weź ją za rękę” – o zmaganiach z chroniczną depresją, „Ocalona” – o uzdrowieniu wewnętrznym i doświadczeniu Bożej miłości, oraz odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”. W ramach Naszych lektur polecamy książkę „Modlitwa i miłość przezwyciężą niemożliwe” autorstwa Andrea Gasparino.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY

Kształtuj mnie, Panie!
Złożyć swoje życie w ręce Bożego Garncarza .......... 4

Ogień złotnika
Bóg chce nas oczyszczać ............................................ 9

Skrusz moje serce, Panie!
Pozwolić się przemienić przez miłość Jezusa........... 14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 czerwca 19

MAGAZYN

Siostra wszystkich
Blandyna Segale i jej misja na Dzikim Zachodzie
– Kathryn Elliott....................................... 47

Weź ją za rękę
Zrzuciłam z siebie ciężar chronicznej depresji
– Sandra Ferraro....................................... 52

Ocalona .................................................................... 56

Jezus i Maryja – jedyną moją ostoją –
odpowiedź na ankietę „Bóg żyje i działa”................ 60

Nasze lektury ............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

LIST
Drodzy Bracia i Siostry!

W styczniowym numerze naszego pisma skupiliśmy się na trzech sposobach, przez które Bóg pozwala nam wzrastać w świętości – kruszy nas i kształtuje, napełnia łaską i posługuje się nami dla budowania swojego Kościoła. Obiecaliśmy też, że wrócimy do nich w ciągu roku.
Wreszcie nadszedł czas. W kolejnych numerach będziemy omawiać tematy zasygnalizowane na początku roku. W tym miesiącu zajmiemy się tym, w jaki sposób Jezus – gdy Go o to prosimy – kruszy nas i kształtuje. Zobaczymy, że Bóg formuje nas podobnie jak garncarz glinę. Zastanowimy się też nad tym, dlaczego Biblia porównuje Boga do złotnika oczyszczającego cenny kruszec. Spróbujemy też zrozumieć, co dzieje się z naszymi sercami, gdy przybliżamy się do Pana.
W zeszłym miesiącu obchodziłem czterdziestą szóstą rocznicę życia z Panem. W maju 1971 roku poszedłem po raz pierwszy na spotkanie modlitewne w mojej parafii. Tego wieczoru zostałem napełniony Bożą miłością w nowy, wspaniały sposób. Spotkanie to tak bardzo zmieniło moje życie, że dziś, po czterdziestu sześciu latach, wciąż uważam, że było to coś najlepszego, co mogło mi się przydarzyć.
Od tego czasu widzę, jak Duch Święty powoli kształtuje mnie i przemienia na podobieństwo Jezusa. Oczywiście, wciąż mam wiele wad, ale uczyniłem już pewne postępy. Widzę, że Bóg udzielił mi łaski przezwyciężenia różnych słabości. Widzę też, że Jezus zaszczepił we mnie miłość do ludzi, o której wiem, że na pewno nie pochodzi ode mnie.
Od czterdziestu sześciu lat jestem „w szkole Chrystusa”. W przeciwieństwie do Maryi, Matki Jezusa, nigdy nie zdołam jej ukończyć! Wiem jednak, że pomimo mojej hardości i oporu, Jezus wciąż otwiera mi oczy na swoją miłość, która roztapia mój egoizm, pychę i wszystkie inne działające we mnie grzeszne skłonności. Bóg z godną podziwu konsekwencją ściga mnie swoją miłością – podobnie jak i ciebie!
Czytając obecny numer pisma, pamiętajmy, że w oczach Boga jesteśmy cenniejsi niż złoto, że jesteśmy koroną Jego stworzenia, że Bóg kocha nas jak własne dzieci i ma w nas upodobanie.
Pamiętajmy też, że nikt z nas nie jest czystym złotem. Wszyscy mamy jakieś zanieczyszczenia. Dlatego Bóg nieustannie pracuje nad nami. Pragnie usunąć wszystkie skazy i wypalić wszystkie nieczystości. Jeśli będziemy z Nim współpracować, On stopniowo będzie wydobywać z nas prawdziwe piękno.
Przez cały ten miesiąc wpatrujmy się w Jezusa, który wiódł nieskazitelne życie, oraz w Maryję Niepokalaną, której życie było ciągłym „tak” wypowiadanym Panu. Niech łaska Jezusa i wstawiennictwo Maryi pomagają nam składać nasze serca w dłonie Bożego Garncarza i Złotnika.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:
1

Kształtuj mnie, Panie!

Złożyć swoje życie w ręce Bożego Garncarza

W styczniowym numerze zaproponowaliśmy wam wyznaczenie sobie na rok 2017 konkretnego celu: „Pragnę w tym roku wzrastać w świętości”. Próbowaliśmy też przybliżyć ten cel, formułując trzy akty strzeliste i zachęcając do modlitwy nimi w ciągu całego roku: „Skrusz mnie i ukształtuj, Panie!”, „Napełnij mnie, Panie!” oraz „Posługuj się mną, Panie!”. Wiemy, jak trudno jest choćby pamiętać o swoich celach, nie mówiąc już o ich konsekwentnej realizacji. Aby więc dopomóc nam wszystkim w dążeniu do świętości, chcemy poświęcić trzy tegoroczne numery naszego pisma tym trzem krótkim aktom.
W tym miesiącu zastanowimy się, nad tym, w jaki sposób Bóg kruszy nas i kształtuje na podobieństwo Chrystusa. W jednym z wakacyjnych miesięcy rozważymy, co to znaczy prosić Pana o napełnienie Duchem Świętym. Wreszcie we wrześniu zastanowimy się, w jaki sposób Bóg może posługiwać się nami na swoją chwałę. A więc zacznijmy.

OD BURZENIA DO BUDOWANIA
W filmie Mistrzowski rzut, który wszedł na ekrany w 1986 roku, pewna szkoła średnia zatrudnia trenera Normana Dale’a, którego zadaniem jest doprowadzić drużynę koszykówki do finałów mistrzostw stanu Indiana. Kiedy jego nieortodoksyjne metody spotykają się z krytyką niektórych osób w mieście, trener wyjaśnia im swój plan: „Chcę tę drużynę zburzyć, a następnie zbudować na nowo”. Zamierzał on najpierw wykorzenić ze swoich podopiecznych złe koszykarskie nawyki, aby potem wpoić im te właściwe, które umożliwią im zwycięstwo.
Na początku zawodnicy mocno sprzeciwiali się trenerowi. Chociaż równie jak on chcieli odnieść zwycięstwo, mieli zupełnie inną koncepcję, jak je osiągnąć. Norman Dale chciał nauczyć ich współpracy w drużynie, oni natomiast uważali, że wystarczy dużo biegać po boisku i celnie rzucać piłką. On chciał pracować z nimi według przemyślanego planu, podczas gdy oni chcieli polegać jedynie na swoich naturalnych talentach.
Kiedy wreszcie zawodnicy przekonali się do koncepcji trenera, wspólnie zdobyli mistrzostwo stanu. A co równie ważne, zdali sobie sprawę, że lepsza współpraca w drużynie przyczynia się do osobistego rozwoju każdego z nich. Nikt na tym nie stracił, a wszyscy zyskali!
Postawa Normana Dale’a jest dobrą ilustracją tego, w jaki sposób Duch Święty pomaga nam wzrastać w świętości. Chce On „zburzyć” w nas to wszystko, co sprzeciwia się Bogu, i „zbudować” to, co kształtuje w nas Jego podobieństwo, lub inaczej, według słów św. Pawła, Duch pragnie wyzwalać nas z „uczynków ciała”, abyśmy mogli wydawać „owoce Ducha” (Ga 5,19.22).

RĘKA GARNCARZA
Na długo nim Mistrzowski rzut wszedł na ekrany, opowiadano historię, która miała bardzo podobny wydźwięk. W jednej ze swych prorockich mów prorok Jeremiasz – z natchnienia Bożego – posłużył się obrazem garncarza wyrabiającego naczynie z gliny, by opisać, w jaki sposób Bóg działa w naszym życiu, kształtując nas na swoje podobieństwo (Jr 18,1-6).
Jeremiasz pisał o pracy garncarza: „Jeżeli naczynie, które wyrabiał, uległo zniekształceniu, jak to się zdarza z gliną w ręku garncarza, robił z niego inne naczynie, według tego, co wydawało się słuszne garncarzowi” (Jr 18,4). Następnie, przemawiając w imieniu Pana, Jeremiasz pytał lud: „Czy nie mogę postąpić z wami, domu Izraela, jak ten garncarz?” (Jr 18,6).
Skoro Bóg nie czyni nic niedoskonałego, to dlaczego tyle jego „naczyń” jest wyszczerbionych? Z powodu grzechu. Nawet będąc w ręku Bożego Garncarza, możemy wybrać grzech – i to właśnie on powoduje skazy. Na szczęście Jeremiasz mówi nam również, że skazy te nie muszą być trwałe. Kiedy oddajemy się Bogu i pozwalamy Mu się kształtować, On usuwa je, upodabniając nas do obrazu swego Syna.
Wszyscy jesteśmy „zniekształconymi naczyniami”. Niezależnie jednak od naszych skaz Bóg gotów jest przerabiać nas na nowo, byśmy stali się naczyniami doskonałymi. Gdyby nawet miało to trwać całe życie, On nigdy z nas nie zrezygnuje. Czy nie jest to dobra nowina?

CZY MNIE MIŁUJESZ?
Zniekształcone naczynia często są zdegustowane samymi sobą. Skupiamy się na wszystkich naszych niedoskonałościach i stwierdzamy: „Jestem taką fatalną żoną”, „Jestem strasznym egoistą” albo „Każdy drobiazg mnie złości”. Przypominamy sobie najmroczniejsze momenty naszego życia i dochodzimy do wniosku: „Zmarnowałem wszystko, co mogłem. Nigdy już się nie zmienię!”.
Kiedy nachodzą cię takie myśli, wyobraź sobie, jak musiał czuć się św. Piotr po zaparciu się Jezusa. Pomyśl, jak wielki był jego wstyd i wyrzuty sumienia, gdy usłyszał pianie koguta, a Jezus odwrócił się i spojrzał na niego (Łk 22,60-61). Myślał pewnie: „Jestem do niczego. Zachowałem się jak tchórz. Czy jest jeszcze dla mnie nadzieja?”.
Nie był to jednak koniec historii Piotra, a Jezus wcale go nie przekreślił. Wydaje się zresztą, że Jezus nigdy wprost nie wypomniał Piotrowi jego zdrady. Zamiast patrzeć wstecz na jego upadki, patrzył w przyszłość. „Czy miłujesz Mnie?” – pytał. Oczywiście wiedział, że Piotr Go kocha. Chciał natomiast, by Piotr podjął z powrotem swoją misję: „Pójdź za Mną! (...) Paś owce moje” (J 21,15.19).
Gdy Piotr usłyszał te słowa, radość z pewnością rozpierała mu serce! Jezus nie miał dla niego słów potępienia, wymówek ani upomnień, lecz tylko miłość, miłosierdzie i pociechę. Garncarz ukształtował na nowo swoje naczynie. Piotr mógł z nowym zapałem przystąpić do pracy.
Jezus pragnie dziś powiedzieć każdemu z nas to, co powiedział Piotrowi: „Jesteś dla Mnie cenny. Kocham cię. Widzę w tobie piękno i wielką wartość. Nigdy z ciebie nie zrezygnuję. Pozwól Mi się kształtować, a będziesz mógł Mi służyć”.

NIESKOŃCZONE MIŁOSIERDZIE
Jest to naprawdę wspaniała nowina. Jezus mówi, że nasze niedoskonałości nie są przeszkodą, jeśli tylko staramy się trwać w rękach Garncarza. To, że jesteśmy zniekształconym naczyniem, nie powinno budzić w nas niepokoju, lęku czy frustracji. Wręcz przeciwnie, jest to powód do nadziei. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy w rękach Jezusa, który nigdy nie przestanie nas kształtować na swoje podobieństwo.
Czy pamiętasz pierwszy obszerny wywiad udzielony przez papieża Franciszka? Na początku zadano mu pytanie: „Kim jest papież Franciszek?”. Po chwili namysłu nowy papież odparł: „Jestem grzesznikiem”. Jest to dla Ojca Świętego podstawowa rzeczywistość. On wie, że jest zniekształconym naczyniem, ale wie również, że to jeszcze nie wszystko. Dalszy ciąg jego odpowiedzi brzmiał: „Lecz ufam w nieskończone miłosierdzie i cierpliwość naszego Pana Jezusa Chrystusa”.
To nieskończone miłosierdzie i cierpliwość Jezusa są dostępne dla każdego. Wszyscy, podobnie jak papież Franciszek, jesteśmy grzesznikami. Jezus czyni jednak wszystko, aby wyzwolić nas z grzechu i napełnić nadzieją. Wciąż na nowo powtarza nam: „Gdzie (…) wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20), ponieważ – jak powiedział papież Franciszek – „Bóg jest większy niż nasz grzech” (Audiencja generalna, 30 marca 2016).

PODJĄĆ RYZYKO
Nasz Bóg jest Garncarzem cierpliwym i uważnym. Widzi nasze skazy. Zna nasze słabości i grzechy – o wiele lepiej niż my sami. A mimo to nas kocha i to do tego stopnia, że pragnie podzielić się z nami swoim Bożym życiem. Chce zjednoczyć nas ze sobą tak ściśle, by każdy nasz grzech został wymazany, a każdy udzielony nam dar rozwinął się w całej pełni.
W dziele kształtowania nas na podobieństwo Jezusa Bóg oczekuje naszej współpracy. Chce, byśmy byli świadomi Jego działania w naszych sercach. Kiedy więc wyczuwasz, że powinieneś powstrzymać się od jakiegoś szkodliwego słowa lub uczynku, wiedz, że może to być natchnienie od Ducha Świętego. Przyjmij to jako kolejny akt kruszenia twego serca. A kiedy czujesz przynaglenie, by okazać komuś współczucie czy wielkoduszność, jest to także działanie Ducha, który cię kształtuje.
Współpracy z Duchem Świętym zawsze uczymy się metodą prób i błędów. Pójście w wierze za tym, co odbierasz jako Jego natchnienia, niesie ze sobą ryzyko. Czasami bowiem odczytasz je prawidłowo, a czasami nie. Jeśli jednak czynisz, co w twojej mocy, z sercem otwartym na Pana, możesz mieć pewność, że On jest z ciebie zadowolony. Możesz trwać w pokoju, wiedząc, że jesteś bezpieczny w rękach Bożego Garncarza. ▐

2

Ogień złotnika

Bóg chce nas oczyszczać
Złoto jest jednym z najcenniejszych metali na świecie. Niewiele jest rzeczy atrakcyjniejszych od pierścionka czy kolczyków z 24-karatowego złota, gdyż jest to złoto czyste, bez domieszek, w przeciwieństwie do złota 17-karatowego (75% czystego kruszcu) oraz 10-karatowego (42 %). Aby otrzymać złoto 24-karatowe, złotnik wielokrotnie poddaje je działaniu niezwykle wysokich temperatur, dopóki wszystkie zanieczyszczenia nie wypłyną na powierzchnie roztopionego metalu i nie będzie można ich usunąć.
Oczyszczanie złota jest dobrą analogią naszego wzrostu w świętości. Doskonale wiemy, jak daleko nam jeszcze do 24-karatowego złota, ale to nie znaczy, że nie czynimy postępów. Podobnie jak złoto poddaje się kolejnym oczyszczeniom, tak i my przechodzimy stopniowo przez proces oczyszczenia. Każdy dzień niesie nowe okazje, by Bóg coraz bardziej nas oczyszczał, usuwając kolejne niedoskonałości.
Proces przetapiania i oczyszczania bywa niekiedy trudny, ale efekt jest tego wart. Nie tylko zostajemy oczyszczeni, ale także przybliżamy się do Jezusa. Nie tylko pozbywamy się grzechu, ale także napełniamy się życiem i miłością Boga. Nie tylko pozbywamy się zanieczyszczeń, ale stajemy się „szlachetniejszym kruszcem”.
Dlatego właśnie Jezus przynagla nas, byśmy byli „doskonali”, jak doskonały jest nasz Ojciec niebieski (Mt 5,48). Jego miłość do nas jest tak mocna, że pragnie wyzwolić nas ze wszystkiego, co nas od Niego oddziela – ze wszystkiego, co trzyma nas w ciemności i zniewoleniu. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu oczyszczającemu ogniowi Boga.

PRÓBA OGNIA
O Bogu jako o ogniu oczyszczającym mówili niektórzy prorocy Izraela. W Księdze Izajasza czytamy, że Bóg oczyścił Izraela „w piecu niedoli” (Iz 48,10), posyłając go na wygnanie. Prorok Zachariasz zapowiadał, że Bóg „wypróbuje” swój lud „jak złoto próbują” i jak „oczyszcza się srebro” (Za 13,9). Jednak najbardziej wstrząsające proroctwo znajdziemy w Księdze Malachiasza, który prorokował w połowie V wieku przed Chrystusem, kiedy Izraelici powracający z wygnania w Babilonie stanęli przed trudnym zadaniem odbudowy Jerozolimy. Przez kilkadziesiąt lat życia na ziemi pogan przesiąkli mentalnością Babilończyków. Dlatego Malachiasz upomina ich: „Uprzykrzyliście się Panu (…) tym, że mówicie: «Każdy człowiek źle czyniący jest jednak miły oczom Pana, i w takich ludziach ma On upodobanie»,’” (Ml 2,17).
Czy nie brzmi to znajomo? Także dziś, podobnie jak w czasach Malachiasza, wielu ludzi jest zdania, że mogą robić, co chcą – postępować dobrze lub źle – i nie będzie to miało żadnych konsekwencji. „Bóg i tak będzie dla nas łaskawy” – mówią. Jednak ten sposób myślenia jest nie tylko błędny, ale i niebezpieczny. Grzech pociąga za sobą ogromne konsekwencje i dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę.
Zamęt, którego jesteśmy dziś świadkami, nie jest niczym nowym. Lekceważenie skutków grzechu sięga nie tylko czasów proroka Malachiasza, ale nawet jeszcze wcześniejszych, począwszy od upadku pierwszych rodziców. Od tysięcy lat nasze grzechy niszczą zarówno więzi międzyludzkie, jak i naszą więź z Bogiem. I wciąż „uprzykrzamy się” Panu.

OCZYŚCIĆ, A NIE ZNISZCZYĆ
Proroctwo Malachiasza nie kończy się jednak skargą na Izraelitów. Prorok – w imieniu Pana – zapowiada, w jaki sposób Bóg będzie ich – i nas – oczyszczał: „Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów (…) On jest jak ogień złotnika (…) I oczyści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro, a wtedy będą składać Panu ofiary sprawiedliwe” (Ml 3,1-3).
Gdy spojrzymy na te słowa przez pryzmat Ewangelii, nasuną nam one wiele znajomych obrazów. „Anioł” przygotowujący drogę Panu skojarzy nam się z osobą Jana Chrzciciela. W oczekiwanym „Panu” rozpoznamy samego Jezusa. Może przypomni nam się scena oczyszczenia przez Jezusa świątyni jerozolimskiej, kiedy wyrzucał z niej przekupniów i bankierów. Może też pomyślimy o tym, jak następnie Jezus oczyszczał lud, nauczając go codziennie w świątyni (Łk 19,45-47).
Oczywiście prorok Malachiasz nie musiał odnosić się bezpośrednio do Jana Chrzciciela czy Jezusa. Z jego punktu widzenia słowa te dotyczyły lewitów posługujących w świątyni za jego życia, 450 lat przed narodzeniem Jezusa. Jednak od czasów Apostołów Kościół widzi w słowach o oczyszczającym ogniu proroctwo o Bogu pragnącym oczyścić nas z grzechów.
Jeśli perspektywa tego rodzaju oczyszczenia brzmi w naszych uszach nieco przerażająco, spróbujmy uświadomić sobie, że ogień złotnika nie niszczy. Giną tylko zanieczyszczenia, a to, co czyste, pozostaje nienaruszone. Dlatego obraz oczyszczającego ognia niesie nam nadzieję. Mówi, że Bóg z nas nie zrezygnował, że pomimo wszystkich grzechów, jakie popełniliśmy, wciąż jest gotów nas oczyszczać. Mówi, że Bóg w swojej wielkiej miłości ciągle chce nam pomagać w dążeniu do świętości.

ŚWIADEK
BOŻEGO OCZYSZCZENIA
O wyzwaniach i nadziei, jakie niesie proroctwo o oczyszczającym ogniu Boga, mogą zaświadczyć Bogdan i Ma-
rianna. Byli kochającym się małżeństwem, ale z biegiem lat nabrali nawyku dokuczania sobie nawzajem. Sytuacja nabrzmiała do tego stopnia, że nie było dnia, w którym jedno z nich nie zrobiłoby ironicznej czy krytycznej uwagi o drugim. Pewnej niedzieli usłyszeli jednak na Mszy homilię, która rozpaliła ogień złotnika w ich sercach. Tematem homilii były grzechy języka. Kaznodzieja powiedział między innymi, że wypowiadane przez nas słowa mają wielką moc i że ciągła krytyka, sarkastyczne uwagi mogą nie tylko osłabić więzi, ale nawet przyczynić się do rozbicia rodziny.
Ksiądz mówił też o „negatywnym zniekształceniu pamięci”, jak nazywają je zawodowi terapeuci. Chodzi tu o naszą skłonność do zapamiętywania negatywnych i raniących doświadczeń o wiele żywiej niż pozytywnych. Na przykład, poważny kryzys finansowy, opuszczenie przez przyjaciół czy bezlitosna krytyka mają na nas o wiele większy wpływ niż sukces finansowy, nawiązanie nowej przyjaźni czy otrzymanie pochwały. Następnie ksiądz poprosił wszystkich, by pomodlili się o łaskę większej miłości do innych i powstrzymania się od niepotrzebnych uwag.
Ta krótka modlitwa poruszyła głęboko serca Bogdana i Marianny. Po Mszy świętej przeprosili się nawzajem za wszystkie kąśliwe uwagi i obiecali sobie wyzbyć się tego nawyku. Wiedząc, że trudno jest zmienić swoje postępowanie, postanowili co rano wspólnie modlić się na różańcu, prosząc Boga o pogłębienie ich wzajemnej miłości.
Bóg posłużył się niedzielną homilią, by oczyścić małżeństwo Bogdana i Marianny. Dotknął ich serc i skłonił do przyjęcia oczyszczającego ognia. Nie było to łatwe. Krytycyzm i narzekanie nie zniknęły w sposób automatyczny. „Zdarza nam się upadać – mówi Bogdan – ale z każdym dniem jest lepiej. Przekonaliśmy się, że oprócz wspólnej modlitwy ważne jest również pozytywne spojrzenie na siebie nawzajem. Przez to współpracujemy z Panem, który nas wyzwala”.

OGIEŃ BOŻEJ MIŁOŚCI
Ogień złotnika, jakiego doświadczyli Bogdan i Marianna, może oczyścić każdego z nas. Jest to ogień Bożej miłości – miłości czystej i mocnej. Jest to ogień pochłaniający, który spala wszystkie przeszkody na swojej drodze. Jest to ogień, który rozgrzewa nasze serca, topiąc w nich wszystkie nieczystości. Zdecydujmy się przyjąć ten oczyszczający ogień, jak przyjęli go Bogdan i Marianna. Prośmy Jezusa, by oczyszczał nas jak złoto i srebro, gdyż jesteśmy dla Niego cenni. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Czwartek, 1 czerwca
J 17,20-26
Aby wszyscy stanowili jedno. (J 17,21)
W jaki sposób tak wielu różnych ludzi może stanowić jedno? Nikt przecież nie jest taki sam jak pozostali. Pokryty tatuażami nastolatek z naszej ulicy, ateista, z którym pracujemy w jednym biurze, krewny będący innego wyznania. Jak Jezus może oczekiwać, że staniemy się jedno z tak różnymi osobami wokół nas?
Może się to stać jedynie mocą Ducha Świętego. Jednym z największych dzieł Ducha Świętego jest budowanie jedności. W skali kosmicznej zjednoczył On niebo i ziemię, Boga i ludzkość przez krzyż Chrystusa. Ale zjednoczył także faryzeuszy i celników, pogan i Żydów, setników i rybaków w jednym Kościele w Jerozolimie. Wzajemne uprzedzenia i lęki rozpływały się, gdy Duch dotykał ludzkich serc, ukazując im, jak wspaniałe może być ich życie, kiedy staną się czymś jednym w Chrystusie.
Czy jedność oznacza, że wszyscy mają być identyczni? Ależ skąd! Bóg stworzył każdego z nas jako odrębną osobę i każdy może oddawać Mu chwałę na swój własny sposób. On nie chce, abyśmy wszyscy byli jednakowi, ale byśmy opierali się pokusie izolowania od tych, którzy są inni, i traktowania ich jako gorszych od siebie. Chce, abyśmy zrozumieli, że wszyscy jesteśmy ze sobą związani oraz że wszyscy jesteśmy kochani i cenni w oczach naszego Ojca niebieskiego.
Stawanie się jedno z sześcioma i pół miliardem ludzi żyjących na naszej planecie nie jest realistyczne. Warto więc skupić się na budowaniu jedności z tymi, których widujemy codziennie, a zwłaszcza ze współmałżonkiem i dziećmi.
Spróbuj stanąć dziś przed Panem na modlitwie i poprosić, by pokazał ci, w jaki sposób traktujesz tych, którzy są inni niż ty. Może przyjdą ci na myśl konkretne osoby lub grupy osób. Czy nie czujesz wobec nich pogardy lub zazdrości? Proś Ducha Świętego, by zabrał ci te uczucia i zastąpił je miłością. Miłość nikogo nie odpycha, przeciwnie, każdego przyciąga, obalając wszelkie bariery.
„Duchu Święty, naucz mnie jednoczyć się z modlitwą Jezusa: «Aby wszyscy stanowili jedno»”.
Dz 22,30; 23,6-11
Ps 16,1-2.5.7-11

Niedziela, 4 czerwca
Zesłanie Ducha Świętego
Dz 2,1-11
Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym. (Dz 2,4)
Na dwudzieste pierwsze urodziny syna dumny ojciec wzniósł toast, wspominając dzień jego narodzin. „To był wspaniały dzień – powiedział. – Wraz z mamą byliśmy zachwyceni, że pojawiłeś się w naszym życiu – choć oczywiście nie zawsze byliśmy zachwyceni tym, co od tego dnia robiłeś!” Ojciec oczywiście żartował, a syn doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że ojciec go kocha i cieszy się z każdego przeżytego wspólnie z nim dnia.
My także świętujemy dziś urodziny – wspominamy dzień, w którym narodził się Kościół. Jak jednak pokazał to żart ojca, urodziny to nie tylko wspominanie dnia, w którym wszystko się zaczęło. Podziękujmy więc Duchowi Świętemu za to wszystko, co uczynił „od tego dnia”.
Przede wszystkim, bez natchnienia Ducha Świętego chrześcijanie nie byliby w stanie przekazać przesłania Ewangelii kolejnym pokoleniom – i nie dotarłoby ono do ciebie.
Pamiętajmy też, że Duch Święty nie żyje tylko w wielkich świętych, tych z dawnych epok i tych nam współczesnych. Działa także w tobie, pomagając ci prowadzić święte życie. Czy poczułeś kiedyś przynaglenie, by pomóc komuś w potrzebie? Jest to działanie Ducha Świętego. Próbowałeś opowiedzieć komuś, dlaczego wierzysz? To także jest działanie Ducha Świętego. Czy walczyłeś z pokusą i pokonałeś ją? To Duch Święty dał ci moc. Czy wychodząc ze Mszy świętej lub kończąc modlitwę, czułeś się umocniony w wierze i bliżej Boga? To także sprawił Duch Święty.
Dziękuj Mu więc! Pomyśl, w jaki sposób możesz uczcić to, co On już zdziałał, i co czyni dzisiaj. Możesz sprawdzić w Internecie, w jaki sposób w różnych krajach obchodzi się Zesłanie Ducha Świętego. Możesz spędzić na modlitwie kilka minut dłużej niż zwykle, rozważając dary Ducha Świętego. A może przygotuj dziś sobie i domownikom ulubiony deser. W końcu to przecież urodziny!
„Duchu Święty, dziękuję Ci za to, że zstąpiłeś na swój Kościół, a także za to, że jesteś ze mną dzisiaj!”
Ps 104,1.24.29-31.34
1 Kor 12,3b-7.12-13
J 20,19-23

Niedziela, 11 czerwca
Trójcy Przenajświętszej
2 Kor 13,11-13
Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi! (2 Kor 13,13)
Myśląc o Trójcy Świętej, mamy prawo czuć się nieco oszołomieni. Doktryna naszej wiary mówi, że jest jeden Bóg, który odwiecznie istnieje w trzech odrębnych Osobach. Jak jednak Bóg może być jeden, a zarazem w trzech Osobach?
Chociaż nasze rozumienie Trójcy Świętej wzrastało i pogłębiało się na przestrzeni wieków, ten dogmat naszej wiary na zawsze pozostanie tajemnicą. Wierzymy, że jest jeden Bóg – jeden w substancji, w istocie i w naturze. Zarazem jednak wierzymy, że ten jeden Bóg istnieje w trzech Osobach, i że te trzy Osoby Trójcy Świętej są współistotne, a każda z nich jest Osobą w pełni Boską.
Nie oznacza to, że Bóg jest trzema odrębnymi, niezależnymi Istotami w takim sensie, w jakim każdy człowiek jest odrębną istotą. Różnica pomiędzy Ojcem, Synem a Duchem Świętym nie polega na ich autonomii, ale „na Ich wzajemnym odniesieniu do siebie” (KKK, 252). Innymi słowy, Bóg istnieje w relacji miłości – i zaprasza nas do udziału w niej.
Wierzymy wreszcie, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Znaczy to, że my także funkcjonujemy w relacjach. Przykazanie miłości Boga i bliźniego ukazuje, że Bóg pragnie, abyśmy starali się budować jedność między sobą. Chce, abyśmy byli jedno, tak by świat mógł widzieć niezliczonych świadków miłości Boga.
Oby w tę piękną uroczystość miłość Boga stała się twoją miłością. Oby skłoniła cię do przebaczenia tym, którzy cię skrzywdzili, do powiedzenia życzliwego słowa, do przyjścia z pomocą tym, którzy są w potrzebie, czy do przezwyciężania niezgody w twojej rodzinie. Oby pomogła ci stać się światłem wnoszącym miłość Boga światu pogrążonemu w ciemnościach grzechu i podziałów.
„Boże Ojcze, Synu i Duchu Święty, pomóż mi przyjąć Twoją miłość i żyć nią na co dzień”.
Wj 34,4b-6.8-9
(Ps) Dn 3,52-56
J 3,16-18

Niedziela, 18 czerwca
Mt 9,36 --10,8
Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. (Mt 9,37)
W Polsce trudno wyobrazić sobie taką sytuację, że nie ma kto odprawić niedzielnej Mszy świętej w kościele parafialnym, że chcemy się wyspowiadać, ale nie ma spowiednika – nie naszego zaufanego, u którego lubimy się spowiadać, ale po prostu żadnego. Że z braku księdza musimy odłożyć ślub czy chrzest dziecka albo że bliska osoba odchodzi do wieczności bez sakramentów świętych. Tego typu historie, kojarzone przez nas zazwyczaj z Kościołem na Wschodzie za czasów Związku Radzieckiego, mają miejsce także dzisiaj w wielu krajach misyjnych. Misjonarze obejmujący opuszczone parafie, gdzie od lat nie było księdza, mogliby wiele opowiedzieć o tym, w jakim stanie żyli tam wierni – „znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza” (Mt 9,36).
Jednak kapłani nie są jedynymi robotnikami Bożego żniwa. Jezus powołał Apostołów, ale także siedemdziesięciu dwóch uczniów, posyłał też z misją ewangelizacyjną inne osoby, czasem, wydawałoby się, zupełnie do tego nieodpowiednie – na przykład Samarytankę, której dotychczasowe życie nie było budujące (J 4,17.39), czy opętanego, zaraz po wyrzuceniu z niego złego ducha (Mk 5,18-20).
A czy ja czuję się robotnikiem na Bożym żniwie? Czy jestem gotów być posłanym tam, dokąd poprowadzi mnie Duch Święty? Jest to zasadne pytanie dziś, gdy w dużych miastach naszej ojczyzny karierę robi praktyka, określana z angielskiego churching, co można z grubsza przetłumaczyć jako „turystyka kościelna”. Polega ona na tym, że wierny nie czuje się związany z jedną parafią, lecz z bogatej oferty duszpasterskiej wybiera sobie to, co mu w danym momencie najbardziej odpowiada – Msze odprawiane przez znanych księży, atrakcyjne nabożeństwa, kościół z odpowiednią atmosferą lub dobrym organistą. Zjawisko to można uznać za pozytywne, jeśli wynika z autentycznych poszukiwań duchowych. Bywa jednak, że staje się czymś w rodzaju ciągłego szukania „usługi na najwyższym poziomie”. Istnieje wtedy niebezpieczeństwo widzenia siebie w roli „usługobiorcy”, który życzy sobie być odpowiednio obsłużony, konsumenta, a nie robotnika gotowego do podjęcia służby.
Żniwo jest naprawdę wielkie i przydaje się każda para rąk – rodziców i dziadków przekazujących wiarę młodym pokoleniom, ludzi, którzy w różnych środowiskach dają świadectwo swojej wiary słowem i sposobem życia, którzy czują się odpowiedzialni za wiarę innych – a także gorliwie modlą się o dobre i święte powołania kapłańskie. Jaka jest moja rola?
„Panie Jezu, poślij robotników na swoje żniwo. Pokaż, gdzie mnie posyłasz, abym mógł przynieść Ci plon”.
Wj 19,2-6a
Ps 100,2-5
Rz 5,6-11

Sobota, 24 czerwca
Narodzenie
św. Jana Chrzciciela
Ps 139,
1-3.13-15
Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. (Ps 139,13)
Czy nie jest to przepiękny psalm na dzisiejszą uroczystość? Nietrudno wyobrazić sobie Jana Chrzciciela modlącego się tym psalmem i odnajdującego w nim historię własnego życia. Z pewnością jego ojciec, Zachariasz, opowiedział mu o jego cudownym poczęciu i o tym, jak Bóg wybrał go już w łonie matki, Elżbiety. Jan musiał więc być przekonany, że Bóg wyposażył go we wszystkie odpowiednie dary i talenty, aby mógł wypełnić misję przygotowania ludu na przyjście Mesjasza.
Spróbujmy dziś, za przykładem Jana Chrzciciela, odnieść ten psalm do naszego życia:
„Ojcze, Ty wiesz wszystko. Znasz moją przeszłość i przyszłość; to, co zrobiłem dotąd, i co jeszcze zrobię. Wiesz o mnie nawet to, czego ja sam nie wiem. Wiesz, co myślę i jak reaguję, co hamuje mnie w drodze, a co dodaje mi skrzydeł – i zawsze mi pomagasz.
Wiesz, dokąd chciałbym dojść, i jakie ścieżki wybieram, aby dojść do celu. Wiesz, kiedy pewnie kroczę naprzód, a kiedy błądzę w nieznanym kierunku lub idę chwiejnym krokiem przez trudne życiowe doświadczenia. Ufam, że pewnego dnia dojdę tam, gdzie Ty pragniesz mnie doprowadzić.
Ojcze, czasami moja droga wydaje mi się zbyt kręta, bez określonego kierunku i celu. Jednak Ciebie nic nie zraża ani nie zaskakuje. Znasz wszystkie moje myśli, zanim jeszcze powstaną w mojej głowie, i rozumiesz je wszystkie. Znasz moją duszę i motywy mojego postępowania lepiej niż ja sam. Wiesz także, kiedy bezczynnie stoję w miejscu i wcale nie posuwam się do przodu. Ale i wtedy nie przestajesz mnie kochać.
Ty sam ukształtowałeś mnie tak cudownie według Twojego planu. Znasz moje serce i wszystkie jego zamysły. Przenikasz je i korygujesz, stopniowo i łagodnie, gdy schodzę z dobrego kursu. Przez cały czas wiernie czuwasz nade mną, jak matka czy ojciec nad dzieckiem uczącym się stawiać pierwsze kroki.
Panie, Ty mnie kochasz! Ty wiesz wszystko, a mimo to mnie miłujesz, szczycąc się mną jako jednym z cudów Twojego stworzenia. Naprawdę cudownie mnie stworzyłeś!”.
„Dziękuję Ci, Ojcze, za to, że mnie stworzyłeś i masz we mnie upodobanie. Umocnij mnie Twoim Duchem Świętym i naucz chodzić Twoimi ścieżkami”.
Iz 49,1-6
Dz 13,22-26
Łk 1,57-66.80

Niedziela, 25 czerwca
Mt 10,26-33
Kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10,33)
Większość słów Jezusa jest dla nas zachętą i inspiracją. Jednak od czasu do czasu Jezus mówi coś absolutnie wstrząsającego. Na przykład, że jeśli nasza sprawiedliwość nie będzie większa niż faryzeuszy, nie dostaniemy się do nieba (Mt 5,20). Albo że ten, kto nie spożywa Jego Ciała i nie pije Jego Krwi, nie osiągnie życia wiecznego (J 6,51). Powiedział nawet: „Biada wam, bogaczom” (Łk 6,24).
Oczywiście Jezus jest Bogiem miłości i miłosierdzia. Jednak dzisiejsza Ewangelia jest właśnie jedną z tych niosących ostre na pozór przesłanie, które podaje w wątpliwość nasze wieczne szczęście. Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z takich tekstów?
Przypomnijmy sobie św. Piotra. On, „Skała” Kościoła, zaparł się Jezusa! Jednak zamiast zmieszać go z błotem czy oświadczyć: „Zaprę się ciebie przed moim Ojcem”, Jezus zapytał go tylko: „Czy miłujesz Mnie?” (J 21,15-17). Widział ogromną skruchę Piotra, widział jego gorzkie łzy smutku i ubolewania nad własną słabością, dlatego zadane Piotrowi pytanie było zaproszeniem do pojednania.
Jezus zna także i naszą słabość. Wie, że każdy z nas zdradza Go w ten czy inny sposób. I traktuje nas dokładnie tak samo, jak potraktował Piotra.
Kluczem do zrozumienia tych niepokojących fragmentów Ewangelii jest odpowiedź na pytanie: Gdzie jest twoje serce? Piotr kochał Jezusa. Jego największym pragnieniem było służyć Mu jak najlepiej. Nie był tchórzem. Był po prostu słabym człowiekiem, który dał się pokonać lękowi.
Podobnie jak w przypadku Piotra, także i dla nas, ludzi słabych i grzesznych, najważniejsze jest, by kochać Boga. Piotr kochał Boga. Kochali Go także pozostali Apostołowie, którzy uciekli przy pojmaniu Jezusa. Chociaż w tym momencie zawiedli Jezusa, On ich nie zawiódł. Nie zawiedzie i nas.
„Jezu, kocham Ciebie. Naucz mnie być Ci wiernym w każdej sytuacji”.
Jr 20,10-13
Ps 69,8-10.14.17.33-35
Rz 5,12-15

MAGAZYN:
Art. 1

Siostra wszystkich

Blandyna Segale i jej misja na Dzikim Zachodzie

„Czyją jesteś siostrą?” – zapytał mężczyzna. Siostra Blandyna Segale była wdzięczna za tę sposobność do wyjaśnienia, kim jest. Czuła się nieco onieśmielona obecnością kowboja siedzącego obok niej w dyliżansie. Jednak jej niepokój rozwiał się, gdy uświadomiła sobie, że nigdy przedtem nie widział on zakonnicy.
„Jestem siostrą wszystkich – odpowiedziała. – Osobą, która poświęciła życie, by czynić dobro innym”.
Był rok 1872 i para podróżnych zmierzała ze Steubenville w stanie Ohio do odległego Trinidadu w Kolorado na Dzikim Zachodzie. Dwudziestodwuletnia Blandyna miała tam uczyć w szkole, kowboj chciał tam znaleźć swoją życiową szansę i poprawę losu.

WIELE DO ZROBIENIA
Nie była to pierwsza długa podróż Blandyny. W 1854 roku, kiedy Maria Rosa Segale miała cztery lata, jej rodzina wyemigrowała z Cicagna we Włoszech do amerykańskiego stanu Cincinnati. Zainspirowana misjonarskim duchem swoich nauczycielek – sióstr zakonnych – w wieku lat szesnastu wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia, a po złożeniu ślubów przyjęła imię Blandyna, na pamiątkę męczennicy z II wieku. Najpierw pracowała jako nauczycielka w Steubenville w stanie Ohio, a następnie posłano ją na misję do Kolorado.
Blandyna dołączyła do pracującej tam trójki innych sióstr. Od razu rzuciła się w wir pracy, ucząc tubylczą ludność. Nie zadowalało jej jednak samo nauczanie. „Tak wiele jest tu do zrobienia i tak mało osób do pracy – pisała do swojej rodziny. – Przyjęłam więc następujący plan. Rób to, co wpadnie ci w ręce, i nie cofaj się przed niczym dlatego, że jest to trudne czy odrażające”. Zastając walącą się szkołę, podjęła się jej odbudowy, chociaż nie miała pojęcia o budownictwie. Wyposażona jedynie w łom, wspięła się na dach i zaczęła go rozbierać. Wkrótce zainteresował się tym przypadkowy przechodzień,
a potem rodziny uczniów, które pomogły w usunięciu gruzu i dostarczyły cegieł, aby wyremontować budynek.

ODWAGA
NA DZIKIM ZACHODZIE
Trinidad był samym centrum Dzikiego Zachodu. Już podczas pierwszych lat Blandyna zetknęła się z wojowniczymi Indianami z plemienia Ute, rozwścieczonym tłumem dokonującym samosądów i uzbrojonymi bandytami. Wobec braku władz, które mogłyby zaprowadzić pokój, Blandyna starała się zapobiec przemocy, stosując podstawowe zasady Ewangelii. Wierzyła, że gotowość do pojednania, dobroć i miłosierdzie nie są jedynie pięknymi słówkami padającymi z ambony, ale cechami potrzebnymi każdemu człowiekowi, a zwłaszcza żyjącemu na Dzikim Zachodzie. Ze swoich najlepszych uczniów utworzyła „Klub Strażników”, którzy mieli informować ją o wszystkich, których spotkało nieszczęście. Nikt nie był wykluczony spod ich opieki. Kiedy jeden z wzbudzających postrach Indian Ute poprosił o opiekę nad chorym, Blandyna posłała kilku swoich młodych po chłopca, żeby móc się nim zająć.
Pewnego razu członkowie Klubu donieśli Blandynie o pewnym bandycie – przyjacielu sławnego wyjętego spod prawa Billy’ego Kida – który leżał chory i opuszczony w ceglanej chatce za miastem. Blandyna i jej uczniowie zaczęli go odwiedzać, przynosząc mu żywność i lekarstwa. Podczas jednej z takich wizyt pojawił się sam Billy Kid. Chcąc okazać Blandynie wdzięczność za opiekę nad przyjacielem, zaproponował, że odda jej dowolną przysługę, jaka tylko leży w jego mocy. Korzystając z okazji, Blandyna poprosiła, aby odstąpił od swojego zamiaru zabicia trzech miejscowych lekarzy. Ku jej zaskoczeniu mężczyzna zgodził się i dał uroczyste słowo honoru, że wypełni jej prośbę.
Wspominając ze zdumieniem to wydarzenie, Blandyna zapisała w swoim dzienniku: „Życie jest tajemnicą. Czym jest serce człowieka? Mieszaniną dobroci i niegodziwości. Kto pojmie jego tajemnicę?”. Będąc kobietą czynu, nie zaprzątała sobie głowy wyjaśnieniem tej tajemnicy. Doszła do wniosku, że najłatwiej jest wpływać na ludzi wchodząc w ich świat. A wtedy oni, doświadczając miłości Boga poprzez ofiarną posługę wierzących, będą mogli przybliżyć się do Niego.

EWANGELIZACJA MORDERCY
Blandyna nigdy nie narzucała nikomu religii; wzbudzała ciekawość innych swoim zaufaniem do Boga i uczynkami bezinteresownej służby. A kiedy przychodził właściwy moment na ewangelizację, potrafiła go wykorzystać.
W przypadku przyjaciela Billy’ego Kida, chorego bandyty, Blandyna regularnie przychodziła mu z pomocą, w ogóle nie wspominając o Jezusie. Pewnego dnia mężczyzna powiedział jej, że gdyby przychodziła do niego mówiąc o pokucie, moralności czy czymkolwiek związanym z religią, odesłałby ją, skąd przyszła. Skoro jednak opiekowała się nim tak troskliwie, nie zważając na to, czy jest „Żydem, Indianinem czy diabłem”, zebrał się na odwagę, by zapytać, czy jej zdaniem Bóg jest w stanie przebaczyć mu jego liczne grzechy.
Blandyna odpowiedziała mu słowami zaczerpniętymi z Pisma Świętego: „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat i tak liczne jak ziarnka piasku na brzegu morza, nawróćcie się do Mnie, a Ja wam przebaczę”.
Mężczyzna obiecał, że to przemyśli. Zbliżała się zima, a jego stan się pogarszał; Blandyna i inne Siostry Miłosierdzia nie przestały go odwiedzać. W dzień śmierci odmówił akt skruchy i świadkowie opowiedzieli potem Blandynie, że zasnął odmawiając modlitwy, których go nauczyła. Tego dnia siostra Blandyna zapisała w swoim dzienniku: „Jest w sprawiedliwych, ale i miłosiernych dłoniach Boga”.

KIEROWAĆ Z MIŁOŚCIĄ
Dwa tygodnie później, w grudniu 1876 roku, Blandyna otrzymała niespodziewaną wiadomość – przenoszono ją do Santa Fe w Nowym Meksyku – na sam kraniec Dzikiego Zachodu. Było to kolejne niezwykle trudne wyzwanie, jednak Blandyna bez wahania udała się tam, gdzie była potrzebna. Przypomniała sobie usłyszaną niedawno na rekolekcjach katechezę o św. Józefie. Skoro Józef odważył się wyruszyć w nieznane, to dlaczego ona nie miałaby tego zrobić!
Szczęśliwie Santa Fe, ze swoimi starymi kościołami i wąskimi uliczkami, przypomniało jej ojczyste Włochy. Jak pisała, klimat miasta nasycony był duchowością franciszkanów, którzy przybyli tam wcześniej. Choć samo miasto przypadło Blandynie do gustu, praca misyjna okazała się trudniejsza niż w Kolorado. Zamiast po prostu czynić dobro tam, gdzie widziała taką potrzebę, była zmuszona walczyć z biurokracją i przepisami. Ale także z tym dawała sobie radę. Terytoria zachodnie rozwijały się i miejscowe władze były skłonne finansować niektóre z jej projektów charytatywnych. Pozyskiwała więc środki publiczne na chowanie zmarłych, leczenie chorych, a nawet otwarcie pierwszego publicznego szpitala w stanie Nowy Meksyk – szpitala św. Wincentego.
Powstały dzięki wysiłkom siostry Blandyny szpital wkrótce zaczął pękać w szwach do tego stopnia, że ranni –robotnicy kolejowi czy poszukiwacze cennych minerałów – musieli leżeć na podłodze. Pewnego dnia Blandyna oddała jednemu z nich swój własny materac. Wkrótce pozostałe Siostry Miłosierdzia poszły w ślad za nią, chociaż nie była ich przełożoną. Była po prostu naturalnym przywódcą. Siostry widziały w niej ucieleśnienie dewizy swojego zakonu, która brzmiała: „Miłość Chrystusa przynagla nas”.

ZNAJDŹ SWÓJ WŁASNY
„DZIKI ZACHÓD”
Z Santa Fe Blandyna pojechała zakładać szkoły państwowe i katolickie w Albuquerque, innym mieście w stanie Nowy Meksyk. W ostatnich latach życia powróciła do Cincinnati, gdzie posługiwała włoskim imigrantom. Zmarła w 1941 roku, w wieku 91 lat. Gdy leżała na łożu śmierci, jedna z sióstr zapytała ją: „Czy mogę coś dla siostry zrobić?”. Blandyna odpowiedziała natychmiast: „Nie, dziecko, nie dla mnie, ale dla Boga”. Umarła tak, jak żyła – skupiona na potrzebach ludzi, których miała przed sobą, a nie na swoich własnych.
Przez całe życie, a zwłaszcza podczas dwudziestu jeden lat spędzonych na zachodzie Ameryki, Blandyna była rzeczywiście „siostrą wszystkich”. Będąc orędowniczką sprawiedliwości i miłości bliźniego, pomagała budować szkoły i szpitale, ewangelizowała wyjętych spod prawa, posługiwała wśród więźniów, przyjaźniła się z białymi, Indianami i Meksykanami. Podczas gdy niepisane prawo Zachodu brzmiało: „Zabijaj albo zostaniesz zabity”, prawo siostry Blandyny można by ująć w słowach: „Kochaj, aby Bóg był kochany”.
Praca misjonarska Blandyny przyniosła jej tytuł Służebnicy Bożej i szansę zostania pierwszą świętą z Nowego Meksyku. Jej życie wciąż jest inspiracją dla imigrantów, pracowników służby zdrowia, nauczycieli i wszystkich obrońców ubogich, zwłaszcza na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jednak przesłanie siostry Blandyny odnosi się również do nas wszystkich – każdy chrześcijanin ma swój własny „Dziki Zachód”, zakątek świata, który szczególnie potrzebuje miłości, życzliwego wsparcia i bezinteresowności. Módlmy się wraz z Blandyną o odwagę wyruszenia na te pola misyjne, aby nieść miłość Jezusa wszystkim, których tam znajdziemy. ▐

Art. 2 (świadectwo)
OCALONA

Mam na imię Ola i chcę opowiedzieć o tym, jak w marcu 2014 roku, podczas Mszy z modlitwą o uzdrowienie, Pan Jezus zaczął mnie „naprawiać” i „reperuje moje usterki” po dzień dzisiejszy.
Zanim jednak zacznę, opowiem, jak wyglądało moje życie przed nawróceniem. Obserwując mnie z boku, mogłoby się wydawać, że do tej pory wiodłam normalnie życie, realizując się na polu zawodowym i prywatnym, rozwijając swoje zainteresowania i cele, osiągając przy tym coraz więcej sukcesów. Z pozoru niczego mi nie brakowało i byłam szczęśliwą młodą kobietą. Tak było na zewnątrz, wewnętrznie byłam jednak potwornie zagubiona. Jakiś czas temu moja przyjaciółka ładnie podsumowała obraz mojej osoby. Powiedziała, że przebywając w moim towarzystwie, zawsze czuła, że skrywam gdzieś głęboko w środku swoje tajemnice, którymi nie dzielę się ze światem, a które powodują, że moja radość i szczęście nie są w pełni prawdziwe. Miała rację, bo przez bardzo długi czas mocowałam się sama ze sobą, próbując ogarnąć jakoś swoje życie, jednak wciąż nie było widać efektu moich działań.
Wychowałam się w domu, który potrzebował pomocy z zewnątrz, lecz nigdy jej nie otrzymał, w którym wiele rzeczy nie działało tak, jak powinno. W domu, w którym mnie nie chciano, gdzie alkohol, wyzwiska, awantury, przemoc, bieda i inne nieprzyjemne sprawy miały miejsce na co dzień. Nigdy nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, dlatego z czasem uzależniłam się od adrenaliny, której zaczęłam potrzebować codziennie. Stąd pewne rzeczy we mnie działały prawidłowo, a inne nie, i w dorosłym już życiu ciągle poszukiwałam silnych przeżyć, często niestety tych destrukcyjnych.
Będąc dzieckiem, doznałam jeszcze innej krzywdy, takiej, która spotyka wiele dzieci na świecie, i na pewno nie jestem odosobniona, dlatego warto o tym mówić głośno. Byłam wykorzystywana seksualnie przez bliską dorosłą osobę, co również odcisnęło swoje piętno na moim dalszym życiu. Przez to, że tak wcześnie pobudzono moją dziecięcą seksualność, potrzebowałam zaspokojenia tej naruszonej sfery w późniejszym czasie. Konsekwencją tego stało się zniewolenie grzechem nieczystości, którego bardzo długo nie rozumiałam. Czułam ogromny wstyd, obrzydzenie do siebie i swojego ciała. Nie rozumiałam swojej osoby i tego, co naprawdę się ze mną dzieje, ale najgorsze było to, że nie potrafiłam nad tym zapanować, uwolnić się od tego. Gdy dorosłam, szukałam ratunku w terapii, używkach, przelotnych relacjach. Niestety wszystko to było dobre tylko na chwilę i coraz bardziej mnie raniło.
Cierpiałam na nerwicę lękową, bezsenność i koszmary nocne. Bywało, że mdlałam i wymiotowałam w sytuacjach stresowych. Kompletnie nie kontrolowałam swoich reakcji. Nie potrafiłam nawet płakać, choć bardzo tego potrzebowałam. Żyłam z dnia na dzień, szukając wszędzie ratunku i sensu tego, co się ze mną dzieje. Byłam coraz bardziej zagubiona, bo nic z moich pomysłów nie zapełniało pustki we mnie. Pojawiały się chwile zwątpienia i buntu, chęci poddania się...
W chwili gdy na tle emocjonalnym osiągnęłam już totalne dno, byłam przemęczona ciągłą walką i wydawało mi się, że z mojego położenia nie ma już wyjścia, postanowiłam którejś soboty zaszyć się w piżamie ze słoikiem czekolady i chipsami pod kołdrą i nie wynurzać spod niej nosa. Wtedy dostałam SMS-a od koleżanki o treści: „Zabieram Cię dzisiaj na Mszę o uzdrowienie”. Koleżanka nie brała pod uwagę negacji z mojej strony. Nie chciałam tam iść, ale uznałam, że być może to ostatnia deska ratunku, i jak nie spróbuję, to się na pewno nie dowiem...
Poszłam. Eucharystia przebiegała bez specjalnych nadziei i interakcji z mojej strony, choć teraz, patrząc z perspektywy czasu, widzę, jaką pracę wkładał we mnie już wtedy Duch Święty. Po Mszy usłyszałam świadectwa, które wzbudziły we mnie niepokój. Usłyszałam o spoczynku w Duchu Świętym, darze języków i innych charyzmatach – miałam ochotę po prostu uciec. Zapytałam koleżankę, gdzie ona mnie przyprowadziła? O co w tym wszystkim chodzi? Przez myśl mi nawet nie przeszło, że odpowiedź na swoje pytania dostanę tego samego dnia.
Już podczas adoracji usłyszałam słowa Boga skierowane do mnie. Mówił przez jedną z osób prowadzących modlitwę. Do młodej blondynki przeżywającej kryzys – w kolczykach z kwiatuszkami (czułam, że te słowa skierowane są do mnie). Powiedział, że chce abym Mu zaufała, bo mimo że nie czuję i nie widzę Jego obecności, On cały czas jest przy mnie i tylko czeka na moją decyzję. Nagle zaczęłam płakać, a warto pamiętać, że nie robiłam tego od lat. Płacz był tak mocny i niekontrolowany przeze mnie, że było mi wstyd przed koleżanką i ludźmi obok mnie. Chwilę później, choć wcześniej tego nie planowałam, poczułam, że chcę pójść poprosić o modlitwę grupę wstawienników.
Kiedy zapłakana podeszłam do nich, nie powiedziałam nic szczególnego, po prostu że chcę wreszcie normalnie spać, wyzbyć się koszmarów nocnych i przeszłości, która ma wpływ na moje dzisiaj. Podczas modlitwy osoba prowadząca mówiła o takich rzeczach z mojego życia, o których nie mogła mieć pojęcia, bo wcześniej mnie nie znała. Wypowiadała rzeczy, które miałam zakopane w najciemniejszych zakamarkach mojej duszy. W trakcie modlitwy płakałam tak bardzo, jakby pękła jakaś tama we mnie, a kiedy poczułam, że nie mam już siły, aby dalej płakać, doświadczyłam po raz pierwszy w życiu spoczynku w Duchu Świętym, o którym mówiła kobieta na swoim świadectwie. (Tak, Bóg ma ogromne poczucie humoru!) Już dokładnie wiedziałam, o czym była mowa.
Doznałam wtedy ukojenia nie do opisania słowami. To było doznanie miłości tak wielkiej i ciepłej, że wypełniła pustkę we mnie. Takiego doświadczenia Bożej miłości życzę każdemu bez wyjątku. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, co to jest miłość, miłość ojcowska, ale nie ta karząca, której obraz nosiłam wcześniej w głowie, tylko kochająca od tak po prostu, pomimo wszystko i zawsze. Przebaczyłam wtedy sobie i osobom, które mnie w życiu skrzywdziły. Nie potrafiłabym tego zrobić sama – przebaczenie przyszło od samego Boga.
Wróciłam do domu i choć wszystko poza spokojem ducha i ogólną radością w sercu wydawało się być takie samo, szybko się przekonałam, że takie nie było. Tego dnia Bóg uzdrowił mnie z grzechu nieczystości, z bezsenności i koszmarów nocnych. Połamał mnie na drobne kawałeczki i zaczął składać od nowa. Od dwóch lat żyję w czystości i śpię spokojnie jak dziecko. Do tego stopnia, że przed snem muszę prosić swojego Anioła Stróża, aby mnie rano obudził, bo nie słyszę budzika.
Dziś mogę powiedzieć, że jestem prawdziwie szczęśliwa. Już nie jestem – jak mi się wcześniej wydawało – Feniksem powstającym z popiołów i życiowym rozbitkiem – JESTEM OCALONA! Nie jestem też ofiarą, to słowo opisuje jedynie to, co mnie spotkało, a nie mnie samą...
I choć trudności dnia powszedniego były, są i będą, to żyję tu i teraz bez lęku o to, co będzie, bo wiem, że nie jestem już sama. Każdego dnia dziękuję Bogu za przebaczenie i za to, że wyrwał mnie znad przepaści. Za to, że mogę budować nowe lepsze życie z Nim. Modlę się metodą „na twixa”, która polega na jednoczesnym proszeniu i dziękowaniu z wiarą, że Bóg już dokonał tego, o co prosiłam, w chwili kiedy zwróciłam się do Niego o pomoc. Bo choć czasem nie widać owoców od razu, to później pojawiają się jeszcze dorodniejsze i dojrzalsze. Mam za co dziękować i za co Go uwielbiać. I cieszę się ogromnie, że teraz jestem również jednym z Jego narzędzi, którymi posługuje się codziennie.
Za to wszystko i za to, co jeszcze będzie – chwała Panu!
Ola
[nazwisko i adres znane redakcji]

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 6 (286) 2017



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO CZERWCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

W czerwcowym numerze „Słowa wśród nas”, zatytułowanym „Kształtuj mnie, Panie!” kontynuujemy rozpoczęte w styczniu rozważania na temat formowania nas przez Boga. My, słabi i grzeszni, jedynie powierzając się z ufnością Bogu, możemy zbliżać się do świętości. Mówią o tym starotestamentalne obrazy ukazujące Boga jako garncarza i złotnika. 

W Magazynie zamieściliśmy artykuł o Blandynie Segale, mało znanej misjonarce Dzikiego Zachodu, a świadectwa: „Weź ją za rękę” – o zmaganiach z chroniczną depresją, „Ocalona” – o uzdrowieniu wewnętrznym i doświadczeniu Bożej miłości, oraz odpowiedź na naszą ankietę „Bóg żyje i działa”. W ramach Naszych lektur polecamy książkę „Modlitwa i miłość przezwyciężą niemożliwe” autorstwa Andrea Gasparino.
W numerze jak zwykle znajdziemy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Kalendarz liturgiczny oraz krzyżówkę.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY

Kształtuj mnie, Panie!
Złożyć swoje życie w ręce Bożego Garncarza .......... 4

Ogień złotnika
Bóg chce nas oczyszczać ............................................ 9

Skrusz moje serce, Panie!
Pozwolić się przemienić przez miłość Jezusa........... 14

MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ

od 1 do 30 czerwca 19

MAGAZYN

Siostra wszystkich
Blandyna Segale i jej misja na Dzikim Zachodzie
– Kathryn Elliott....................................... 47

Weź ją za rękę
Zrzuciłam z siebie ciężar chronicznej depresji
– Sandra Ferraro....................................... 52

Ocalona .................................................................... 56

Jezus i Maryja – jedyną moją ostoją –
odpowiedź na ankietę „Bóg żyje i działa”................ 60

Nasze lektury ............................................................ 61

Krzyżówka................................................................ 63

Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST
Drodzy Bracia i Siostry!

W styczniowym numerze naszego pisma skupiliśmy się na trzech sposobach, przez które Bóg pozwala nam wzrastać w świętości – kruszy nas i kształtuje, napełnia łaską i posługuje się nami dla budowania swojego Kościoła. Obiecaliśmy też, że wrócimy do nich w ciągu roku.
Wreszcie nadszedł czas. W kolejnych numerach będziemy omawiać tematy zasygnalizowane na początku roku. W tym miesiącu zajmiemy się tym, w jaki sposób Jezus – gdy Go o to prosimy – kruszy nas i kształtuje. Zobaczymy, że Bóg formuje nas podobnie jak garncarz glinę. Zastanowimy się też nad tym, dlaczego Biblia porównuje Boga do złotnika oczyszczającego cenny kruszec. Spróbujemy też zrozumieć, co dzieje się z naszymi sercami, gdy przybliżamy się do Pana.
W zeszłym miesiącu obchodziłem czterdziestą szóstą rocznicę życia z Panem. W maju 1971 roku poszedłem po raz pierwszy na spotkanie modlitewne w mojej parafii. Tego wieczoru zostałem napełniony Bożą miłością w nowy, wspaniały sposób. Spotkanie to tak bardzo zmieniło moje życie, że dziś, po czterdziestu sześciu latach, wciąż uważam, że było to coś najlepszego, co mogło mi się przydarzyć.
Od tego czasu widzę, jak Duch Święty powoli kształtuje mnie i przemienia na podobieństwo Jezusa. Oczywiście, wciąż mam wiele wad, ale uczyniłem już pewne postępy. Widzę, że Bóg udzielił mi łaski przezwyciężenia różnych słabości. Widzę też, że Jezus zaszczepił we mnie miłość do ludzi, o której wiem, że na pewno nie pochodzi ode mnie.
Od czterdziestu sześciu lat jestem „w szkole Chrystusa”. W przeciwieństwie do Maryi, Matki Jezusa, nigdy nie zdołam jej ukończyć! Wiem jednak, że pomimo mojej hardości i oporu, Jezus wciąż otwiera mi oczy na swoją miłość, która roztapia mój egoizm, pychę i wszystkie inne działające we mnie grzeszne skłonności. Bóg z godną podziwu konsekwencją ściga mnie swoją miłością – podobnie jak i ciebie!
Czytając obecny numer pisma, pamiętajmy, że w oczach Boga jesteśmy cenniejsi niż złoto, że jesteśmy koroną Jego stworzenia, że Bóg kocha nas jak własne dzieci i ma w nas upodobanie.
Pamiętajmy też, że nikt z nas nie jest czystym złotem. Wszyscy mamy jakieś zanieczyszczenia. Dlatego Bóg nieustannie pracuje nad nami. Pragnie usunąć wszystkie skazy i wypalić wszystkie nieczystości. Jeśli będziemy z Nim współpracować, On stopniowo będzie wydobywać z nas prawdziwe piękno.
Przez cały ten miesiąc wpatrujmy się w Jezusa, który wiódł nieskazitelne życie, oraz w Maryję Niepokalaną, której życie było ciągłym „tak” wypowiadanym Panu. Niech łaska Jezusa i wstawiennictwo Maryi pomagają nam składać nasze serca w dłonie Bożego Garncarza i Złotnika.
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

ARTYKUŁY:
1

Kształtuj mnie, Panie!

Złożyć swoje życie w ręce Bożego Garncarza

W styczniowym numerze zaproponowaliśmy wam wyznaczenie sobie na rok 2017 konkretnego celu: „Pragnę w tym roku wzrastać w świętości”. Próbowaliśmy też przybliżyć ten cel, formułując trzy akty strzeliste i zachęcając do modlitwy nimi w ciągu całego roku: „Skrusz mnie i ukształtuj, Panie!”, „Napełnij mnie, Panie!” oraz „Posługuj się mną, Panie!”. Wiemy, jak trudno jest choćby pamiętać o swoich celach, nie mówiąc już o ich konsekwentnej realizacji. Aby więc dopomóc nam wszystkim w dążeniu do świętości, chcemy poświęcić trzy tegoroczne numery naszego pisma tym trzem krótkim aktom.
W tym miesiącu zastanowimy się, nad tym, w jaki sposób Bóg kruszy nas i kształtuje na podobieństwo Chrystusa. W jednym z wakacyjnych miesięcy rozważymy, co to znaczy prosić Pana o napełnienie Duchem Świętym. Wreszcie we wrześniu zastanowimy się, w jaki sposób Bóg może posługiwać się nami na swoją chwałę. A więc zacznijmy.

OD BURZENIA DO BUDOWANIA
W filmie Mistrzowski rzut, który wszedł na ekrany w 1986 roku, pewna szkoła średnia zatrudnia trenera Normana Dale’a, którego zadaniem jest doprowadzić drużynę koszykówki do finałów mistrzostw stanu Indiana. Kiedy jego nieortodoksyjne metody spotykają się z krytyką niektórych osób w mieście, trener wyjaśnia im swój plan: „Chcę tę drużynę zburzyć, a następnie zbudować na nowo”. Zamierzał on najpierw wykorzenić ze swoich podopiecznych złe koszykarskie nawyki, aby potem wpoić im te właściwe, które umożliwią im zwycięstwo.
Na początku zawodnicy mocno sprzeciwiali się trenerowi. Chociaż równie jak on chcieli odnieść zwycięstwo, mieli zupełnie inną koncepcję, jak je osiągnąć. Norman Dale chciał nauczyć ich współpracy w drużynie, oni natomiast uważali, że wystarczy dużo biegać po boisku i celnie rzucać piłką. On chciał pracować z nimi według przemyślanego planu, podczas gdy oni chcieli polegać jedynie na swoich naturalnych talentach.
Kiedy wreszcie zawodnicy przekonali się do koncepcji trenera, wspólnie zdobyli mistrzostwo stanu. A co równie ważne, zdali sobie sprawę, że lepsza współpraca w drużynie przyczynia się do osobistego rozwoju każdego z nich. Nikt na tym nie stracił, a wszyscy zyskali!
Postawa Normana Dale’a jest dobrą ilustracją tego, w jaki sposób Duch Święty pomaga nam wzrastać w świętości. Chce On „zburzyć” w nas to wszystko, co sprzeciwia się Bogu, i „zbudować” to, co kształtuje w nas Jego podobieństwo, lub inaczej, według słów św. Pawła, Duch pragnie wyzwalać nas z „uczynków ciała”, abyśmy mogli wydawać „owoce Ducha” (Ga 5,19.22).

RĘKA GARNCARZA
Na długo nim Mistrzowski rzut wszedł na ekrany, opowiadano historię, która miała bardzo podobny wydźwięk. W jednej ze swych prorockich mów prorok Jeremiasz – z natchnienia Bożego – posłużył się obrazem garncarza wyrabiającego naczynie z gliny, by opisać, w jaki sposób Bóg działa w naszym życiu, kształtując nas na swoje podobieństwo (Jr 18,1-6).
Jeremiasz pisał o pracy garncarza: „Jeżeli naczynie, które wyrabiał, uległo zniekształceniu, jak to się zdarza z gliną w ręku garncarza, robił z niego inne naczynie, według tego, co wydawało się słuszne garncarzowi” (Jr 18,4). Następnie, przemawiając w imieniu Pana, Jeremiasz pytał lud: „Czy nie mogę postąpić z wami, domu Izraela, jak ten garncarz?” (Jr 18,6).
Skoro Bóg nie czyni nic niedoskonałego, to dlaczego tyle jego „naczyń” jest wyszczerbionych? Z powodu grzechu. Nawet będąc w ręku Bożego Garncarza, możemy wybrać grzech – i to właśnie on powoduje skazy. Na szczęście Jeremiasz mówi nam również, że skazy te nie muszą być trwałe. Kiedy oddajemy się Bogu i pozwalamy Mu się kształtować, On usuwa je, upodabniając nas do obrazu swego Syna.
Wszyscy jesteśmy „zniekształconymi naczyniami”. Niezależnie jednak od naszych skaz Bóg gotów jest przerabiać nas na nowo, byśmy stali się naczyniami doskonałymi. Gdyby nawet miało to trwać całe życie, On nigdy z nas nie zrezygnuje. Czy nie jest to dobra nowina?

CZY MNIE MIŁUJESZ?
Zniekształcone naczynia często są zdegustowane samymi sobą. Skupiamy się na wszystkich naszych niedoskonałościach i stwierdzamy: „Jestem taką fatalną żoną”, „Jestem strasznym egoistą” albo „Każdy drobiazg mnie złości”. Przypominamy sobie najmroczniejsze momenty naszego życia i dochodzimy do wniosku: „Zmarnowałem wszystko, co mogłem. Nigdy już się nie zmienię!”.
Kiedy nachodzą cię takie myśli, wyobraź sobie, jak musiał czuć się św. Piotr po zaparciu się Jezusa. Pomyśl, jak wielki był jego wstyd i wyrzuty sumienia, gdy usłyszał pianie koguta, a Jezus odwrócił się i spojrzał na niego (Łk 22,60-61). Myślał pewnie: „Jestem do niczego. Zachowałem się jak tchórz. Czy jest jeszcze dla mnie nadzieja?”.
Nie był to jednak koniec historii Piotra, a Jezus wcale go nie przekreślił. Wydaje się zresztą, że Jezus nigdy wprost nie wypomniał Piotrowi jego zdrady. Zamiast patrzeć wstecz na jego upadki, patrzył w przyszłość. „Czy miłujesz Mnie?” – pytał. Oczywiście wiedział, że Piotr Go kocha. Chciał natomiast, by Piotr podjął z powrotem swoją misję: „Pójdź za Mną! (...) Paś owce moje” (J 21,15.19).
Gdy Piotr usłyszał te słowa, radość z pewnością rozpierała mu serce! Jezus nie miał dla niego słów potępienia, wymówek ani upomnień, lecz tylko miłość, miłosierdzie i pociechę. Garncarz ukształtował na nowo swoje naczynie. Piotr mógł z nowym zapałem przystąpić do pracy.
Jezus pragnie dziś powiedzieć każdemu z nas to, co powiedział Piotrowi: „Jesteś dla Mnie cenny. Kocham cię. Widzę w tobie piękno i wielką wartość. Nigdy z ciebie nie zrezygnuję. Pozwól Mi się kształtować, a będziesz mógł Mi służyć”.

NIESKOŃCZONE MIŁOSIERDZIE
Jest to naprawdę wspaniała nowina. Jezus mówi, że nasze niedoskonałości nie są przeszkodą, jeśli tylko staramy się trwać w rękach Garncarza. To, że jesteśmy zniekształconym naczyniem, nie powinno budzić w nas niepokoju, lęku czy frustracji. Wręcz przeciwnie, jest to powód do nadziei. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy w rękach Jezusa, który nigdy nie przestanie nas kształtować na swoje podobieństwo.
Czy pamiętasz pierwszy obszerny wywiad udzielony przez papieża Franciszka? Na początku zadano mu pytanie: „Kim jest papież Franciszek?”. Po chwili namysłu nowy papież odparł: „Jestem grzesznikiem”. Jest to dla Ojca Świętego podstawowa rzeczywistość. On wie, że jest zniekształconym naczyniem, ale wie również, że to jeszcze nie wszystko. Dalszy ciąg jego odpowiedzi brzmiał: „Lecz ufam w nieskończone miłosierdzie i cierpliwość naszego Pana Jezusa Chrystusa”.
To nieskończone miłosierdzie i cierpliwość Jezusa są dostępne dla każdego. Wszyscy, podobnie jak papież Franciszek, jesteśmy grzesznikami. Jezus czyni jednak wszystko, aby wyzwolić nas z grzechu i napełnić nadzieją. Wciąż na nowo powtarza nam: „Gdzie (…) wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20), ponieważ – jak powiedział papież Franciszek – „Bóg jest większy niż nasz grzech” (Audiencja generalna, 30 marca 2016).

PODJĄĆ RYZYKO
Nasz Bóg jest Garncarzem cierpliwym i uważnym. Widzi nasze skazy. Zna nasze słabości i grzechy – o wiele lepiej niż my sami. A mimo to nas kocha i to do tego stopnia, że pragnie podzielić się z nami swoim Bożym życiem. Chce zjednoczyć nas ze sobą tak ściśle, by każdy nasz grzech został wymazany, a każdy udzielony nam dar rozwinął się w całej pełni.
W dziele kształtowania nas na podobieństwo Jezusa Bóg oczekuje naszej współpracy. Chce, byśmy byli świadomi Jego działania w naszych sercach. Kiedy więc wyczuwasz, że powinieneś powstrzymać się od jakiegoś szkodliwego słowa lub uczynku, wiedz, że może to być natchnienie od Ducha Świętego. Przyjmij to jako kolejny akt kruszenia twego serca. A kiedy czujesz przynaglenie, by okazać komuś współczucie czy wielkoduszność, jest to także działanie Ducha, który cię kształtuje.
Współpracy z Duchem Świętym zawsze uczymy się metodą prób i błędów. Pójście w wierze za tym, co odbierasz jako Jego natchnienia, niesie ze sobą ryzyko. Czasami bowiem odczytasz je prawidłowo, a czasami nie. Jeśli jednak czynisz, co w twojej mocy, z sercem otwartym na Pana, możesz mieć pewność, że On jest z ciebie zadowolony. Możesz trwać w pokoju, wiedząc, że jesteś bezpieczny w rękach Bożego Garncarza. ▐

2

Ogień złotnika

Bóg chce nas oczyszczać
Złoto jest jednym z najcenniejszych metali na świecie. Niewiele jest rzeczy atrakcyjniejszych od pierścionka czy kolczyków z 24-karatowego złota, gdyż jest to złoto czyste, bez domieszek, w przeciwieństwie do złota 17-karatowego (75% czystego kruszcu) oraz 10-karatowego (42 %). Aby otrzymać złoto 24-karatowe, złotnik wielokrotnie poddaje je działaniu niezwykle wysokich temperatur, dopóki wszystkie zanieczyszczenia nie wypłyną na powierzchnie roztopionego metalu i nie będzie można ich usunąć.
Oczyszczanie złota jest dobrą analogią naszego wzrostu w świętości. Doskonale wiemy, jak daleko nam jeszcze do 24-karatowego złota, ale to nie znaczy, że nie czynimy postępów. Podobnie jak złoto poddaje się kolejnym oczyszczeniom, tak i my przechodzimy stopniowo przez proces oczyszczenia. Każdy dzień niesie nowe okazje, by Bóg coraz bardziej nas oczyszczał, usuwając kolejne niedoskonałości.
Proces przetapiania i oczyszczania bywa niekiedy trudny, ale efekt jest tego wart. Nie tylko zostajemy oczyszczeni, ale także przybliżamy się do Jezusa. Nie tylko pozbywamy się grzechu, ale także napełniamy się życiem i miłością Boga. Nie tylko pozbywamy się zanieczyszczeń, ale stajemy się „szlachetniejszym kruszcem”.
Dlatego właśnie Jezus przynagla nas, byśmy byli „doskonali”, jak doskonały jest nasz Ojciec niebieski (Mt 5,48). Jego miłość do nas jest tak mocna, że pragnie wyzwolić nas ze wszystkiego, co nas od Niego oddziela – ze wszystkiego, co trzyma nas w ciemności i zniewoleniu. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu oczyszczającemu ogniowi Boga.

PRÓBA OGNIA
O Bogu jako o ogniu oczyszczającym mówili niektórzy prorocy Izraela. W Księdze Izajasza czytamy, że Bóg oczyścił Izraela „w piecu niedoli” (Iz 48,10), posyłając go na wygnanie. Prorok Zachariasz zapowiadał, że Bóg „wypróbuje” swój lud „jak złoto próbują” i jak „oczyszcza się srebro” (Za 13,9). Jednak najbardziej wstrząsające proroctwo znajdziemy w Księdze Malachiasza, który prorokował w połowie V wieku przed Chrystusem, kiedy Izraelici powracający z wygnania w Babilonie stanęli przed trudnym zadaniem odbudowy Jerozolimy. Przez kilkadziesiąt lat życia na ziemi pogan przesiąkli mentalnością Babilończyków. Dlatego Malachiasz upomina ich: „Uprzykrzyliście się Panu (…) tym, że mówicie: «Każdy człowiek źle czyniący jest jednak miły oczom Pana, i w takich ludziach ma On upodobanie»,’” (Ml 2,17).
Czy nie brzmi to znajomo? Także dziś, podobnie jak w czasach Malachiasza, wielu ludzi jest zdania, że mogą robić, co chcą – postępować dobrze lub źle – i nie będzie to miało żadnych konsekwencji. „Bóg i tak będzie dla nas łaskawy” – mówią. Jednak ten sposób myślenia jest nie tylko błędny, ale i niebezpieczny. Grzech pociąga za sobą ogromne konsekwencje i dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę.
Zamęt, którego jesteśmy dziś świadkami, nie jest niczym nowym. Lekceważenie skutków grzechu sięga nie tylko czasów proroka Malachiasza, ale nawet jeszcze wcześniejszych, począwszy od upadku pierwszych rodziców. Od tysięcy lat nasze grzechy niszczą zarówno więzi międzyludzkie, jak i naszą więź z Bogiem. I wciąż „uprzykrzamy się” Panu.

OCZYŚCIĆ, A NIE ZNISZCZYĆ
Proroctwo Malachiasza nie kończy się jednak skargą na Izraelitów. Prorok – w imieniu Pana – zapowiada, w jaki sposób Bóg będzie ich – i nas – oczyszczał: „Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów (…) On jest jak ogień złotnika (…) I oczyści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro, a wtedy będą składać Panu ofiary sprawiedliwe” (Ml 3,1-3).
Gdy spojrzymy na te słowa przez pryzmat Ewangelii, nasuną nam one wiele znajomych obrazów. „Anioł” przygotowujący drogę Panu skojarzy nam się z osobą Jana Chrzciciela. W oczekiwanym „Panu” rozpoznamy samego Jezusa. Może przypomni nam się scena oczyszczenia przez Jezusa świątyni jerozolimskiej, kiedy wyrzucał z niej przekupniów i bankierów. Może też pomyślimy o tym, jak następnie Jezus oczyszczał lud, nauczając go codziennie w świątyni (Łk 19,45-47).
Oczywiście prorok Malachiasz nie musiał odnosić się bezpośrednio do Jana Chrzciciela czy Jezusa. Z jego punktu widzenia słowa te dotyczyły lewitów posługujących w świątyni za jego życia, 450 lat przed narodzeniem Jezusa. Jednak od czasów Apostołów Kościół widzi w słowach o oczyszczającym ogniu proroctwo o Bogu pragnącym oczyścić nas z grzechów.
Jeśli perspektywa tego rodzaju oczyszczenia brzmi w naszych uszach nieco przerażająco, spróbujmy uświadomić sobie, że ogień złotnika nie niszczy. Giną tylko zanieczyszczenia, a to, co czyste, pozostaje nienaruszone. Dlatego obraz oczyszczającego ognia niesie nam nadzieję. Mówi, że Bóg z nas nie zrezygnował, że pomimo wszystkich grzechów, jakie popełniliśmy, wciąż jest gotów nas oczyszczać. Mówi, że Bóg w swojej wielkiej miłości ciągle chce nam pomagać w dążeniu do świętości.

ŚWIADEK
BOŻEGO OCZYSZCZENIA
O wyzwaniach i nadziei, jakie niesie proroctwo o oczyszczającym ogniu Boga, mogą zaświadczyć Bogdan i Ma-
rianna. Byli kochającym się małżeństwem, ale z biegiem lat nabrali nawyku dokuczania sobie nawzajem. Sytuacja nabrzmiała do tego stopnia, że nie było dnia, w którym jedno z nich nie zrobiłoby ironicznej czy krytycznej uwagi o drugim. Pewnej niedzieli usłyszeli jednak na Mszy homilię, która rozpaliła ogień złotnika w ich sercach. Tematem homilii były grzechy języka. Kaznodzieja powiedział między innymi, że wypowiadane przez nas słowa mają wielką moc i że ciągła krytyka, sarkastyczne uwagi mogą nie tylko osłabić więzi, ale nawet przyczynić się do rozbicia rodziny.
Ksiądz mówił też o „negatywnym zniekształceniu pamięci”, jak nazywają je zawodowi terapeuci. Chodzi tu o naszą skłonność do zapamiętywania negatywnych i raniących doświadczeń o wiele żywiej niż pozytywnych. Na przykład, poważny kryzys finansowy, opuszczenie przez przyjaciół czy bezlitosna krytyka mają na nas o wiele większy wpływ niż sukces finansowy, nawiązanie nowej przyjaźni czy otrzymanie pochwały. Następnie ksiądz poprosił wszystkich, by pomodlili się o łaskę większej miłości do innych i powstrzymania się od niepotrzebnych uwag.
Ta krótka modlitwa poruszyła głęboko serca Bogdana i Marianny. Po Mszy świętej przeprosili się nawzajem za wszystkie kąśliwe uwagi i obiecali sobie wyzbyć się tego nawyku. Wiedząc, że trudno jest zmienić swoje postępowanie, postanowili co rano wspólnie modlić się na różańcu, prosząc Boga o pogłębienie ich wzajemnej miłości.
Bóg posłużył się niedzielną homilią, by oczyścić małżeństwo Bogdana i Marianny. Dotknął ich serc i skłonił do przyjęcia oczyszczającego ognia. Nie było to łatwe. Krytycyzm i narzekanie nie zniknęły w sposób automatyczny. „Zdarza nam się upadać – mówi Bogdan – ale z każdym dniem jest lepiej. Przekonaliśmy się, że oprócz wspólnej modlitwy ważne jest również pozytywne spojrzenie na siebie nawzajem. Przez to współpracujemy z Panem, który nas wyzwala”.

OGIEŃ BOŻEJ MIŁOŚCI
Ogień złotnika, jakiego doświadczyli Bogdan i Marianna, może oczyścić każdego z nas. Jest to ogień Bożej miłości – miłości czystej i mocnej. Jest to ogień pochłaniający, który spala wszystkie przeszkody na swojej drodze. Jest to ogień, który rozgrzewa nasze serca, topiąc w nich wszystkie nieczystości. Zdecydujmy się przyjąć ten oczyszczający ogień, jak przyjęli go Bogdan i Marianna. Prośmy Jezusa, by oczyszczał nas jak złoto i srebro, gdyż jesteśmy dla Niego cenni. ▐

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Czwartek, 1 czerwca
J 17,20-26
Aby wszyscy stanowili jedno. (J 17,21)
W jaki sposób tak wielu różnych ludzi może stanowić jedno? Nikt przecież nie jest taki sam jak pozostali. Pokryty tatuażami nastolatek z naszej ulicy, ateista, z którym pracujemy w jednym biurze, krewny będący innego wyznania. Jak Jezus może oczekiwać, że staniemy się jedno z tak różnymi osobami wokół nas?
Może się to stać jedynie mocą Ducha Świętego. Jednym z największych dzieł Ducha Świętego jest budowanie jedności. W skali kosmicznej zjednoczył On niebo i ziemię, Boga i ludzkość przez krzyż Chrystusa. Ale zjednoczył także faryzeuszy i celników, pogan i Żydów, setników i rybaków w jednym Kościele w Jerozolimie. Wzajemne uprzedzenia i lęki rozpływały się, gdy Duch dotykał ludzkich serc, ukazując im, jak wspaniałe może być ich życie, kiedy staną się czymś jednym w Chrystusie.
Czy jedność oznacza, że wszyscy mają być identyczni? Ależ skąd! Bóg stworzył każdego z nas jako odrębną osobę i każdy może oddawać Mu chwałę na swój własny sposób. On nie chce, abyśmy wszyscy byli jednakowi, ale byśmy opierali się pokusie izolowania od tych, którzy są inni, i traktowania ich jako gorszych od siebie. Chce, abyśmy zrozumieli, że wszyscy jesteśmy ze sobą związani oraz że wszyscy jesteśmy kochani i cenni w oczach naszego Ojca niebieskiego.
Stawanie się jedno z sześcioma i pół miliardem ludzi żyjących na naszej planecie nie jest realistyczne. Warto więc skupić się na budowaniu jedności z tymi, których widujemy codziennie, a zwłaszcza ze współmałżonkiem i dziećmi.
Spróbuj stanąć dziś przed Panem na modlitwie i poprosić, by pokazał ci, w jaki sposób traktujesz tych, którzy są inni niż ty. Może przyjdą ci na myśl konkretne osoby lub grupy osób. Czy nie czujesz wobec nich pogardy lub zazdrości? Proś Ducha Świętego, by zabrał ci te uczucia i zastąpił je miłością. Miłość nikogo nie odpycha, przeciwnie, każdego przyciąga, obalając wszelkie bariery.
„Duchu Święty, naucz mnie jednoczyć się z modlitwą Jezusa: «Aby wszyscy stanowili jedno»”.
Dz 22,30; 23,6-11
Ps 16,1-2.5.7-11

Niedziela, 4 czerwca
Zesłanie Ducha Świętego
Dz 2,1-11
Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym. (Dz 2,4)
Na dwudzieste pierwsze urodziny syna dumny ojciec wzniósł toast, wspominając dzień jego narodzin. „To był wspaniały dzień – powiedział. – Wraz z mamą byliśmy zachwyceni, że pojawiłeś się w naszym życiu – choć oczywiście nie zawsze byliśmy zachwyceni tym, co od tego dnia robiłeś!” Ojciec oczywiście żartował, a syn doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że ojciec go kocha i cieszy się z każdego przeżytego wspólnie z nim dnia.
My także świętujemy dziś urodziny – wspominamy dzień, w którym narodził się Kościół. Jak jednak pokazał to żart ojca, urodziny to nie tylko wspominanie dnia, w którym wszystko się zaczęło. Podziękujmy więc Duchowi Świętemu za to wszystko, co uczynił „od tego dnia”.
Przede wszystkim, bez natchnienia Ducha Świętego chrześcijanie nie byliby w stanie przekazać przesłania Ewangelii kolejnym pokoleniom – i nie dotarłoby ono do ciebie.
Pamiętajmy też, że Duch Święty nie żyje tylko w wielkich świętych, tych z dawnych epok i tych nam współczesnych. Działa także w tobie, pomagając ci prowadzić święte życie. Czy poczułeś kiedyś przynaglenie, by pomóc komuś w potrzebie? Jest to działanie Ducha Świętego. Próbowałeś opowiedzieć komuś, dlaczego wierzysz? To także jest działanie Ducha Świętego. Czy walczyłeś z pokusą i pokonałeś ją? To Duch Święty dał ci moc. Czy wychodząc ze Mszy świętej lub kończąc modlitwę, czułeś się umocniony w wierze i bliżej Boga? To także sprawił Duch Święty.
Dziękuj Mu więc! Pomyśl, w jaki sposób możesz uczcić to, co On już zdziałał, i co czyni dzisiaj. Możesz sprawdzić w Internecie, w jaki sposób w różnych krajach obchodzi się Zesłanie Ducha Świętego. Możesz spędzić na modlitwie kilka minut dłużej niż zwykle, rozważając dary Ducha Świętego. A może przygotuj dziś sobie i domownikom ulubiony deser. W końcu to przecież urodziny!
„Duchu Święty, dziękuję Ci za to, że zstąpiłeś na swój Kościół, a także za to, że jesteś ze mną dzisiaj!”
Ps 104,1.24.29-31.34
1 Kor 12,3b-7.12-13
J 20,19-23

Niedziela, 11 czerwca
Trójcy Przenajświętszej
2 Kor 13,11-13
Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi! (2 Kor 13,13)
Myśląc o Trójcy Świętej, mamy prawo czuć się nieco oszołomieni. Doktryna naszej wiary mówi, że jest jeden Bóg, który odwiecznie istnieje w trzech odrębnych Osobach. Jak jednak Bóg może być jeden, a zarazem w trzech Osobach?
Chociaż nasze rozumienie Trójcy Świętej wzrastało i pogłębiało się na przestrzeni wieków, ten dogmat naszej wiary na zawsze pozostanie tajemnicą. Wierzymy, że jest jeden Bóg – jeden w substancji, w istocie i w naturze. Zarazem jednak wierzymy, że ten jeden Bóg istnieje w trzech Osobach, i że te trzy Osoby Trójcy Świętej są współistotne, a każda z nich jest Osobą w pełni Boską.
Nie oznacza to, że Bóg jest trzema odrębnymi, niezależnymi Istotami w takim sensie, w jakim każdy człowiek jest odrębną istotą. Różnica pomiędzy Ojcem, Synem a Duchem Świętym nie polega na ich autonomii, ale „na Ich wzajemnym odniesieniu do siebie” (KKK, 252). Innymi słowy, Bóg istnieje w relacji miłości – i zaprasza nas do udziału w niej.
Wierzymy wreszcie, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Znaczy to, że my także funkcjonujemy w relacjach. Przykazanie miłości Boga i bliźniego ukazuje, że Bóg pragnie, abyśmy starali się budować jedność między sobą. Chce, abyśmy byli jedno, tak by świat mógł widzieć niezliczonych świadków miłości Boga.
Oby w tę piękną uroczystość miłość Boga stała się twoją miłością. Oby skłoniła cię do przebaczenia tym, którzy cię skrzywdzili, do powiedzenia życzliwego słowa, do przyjścia z pomocą tym, którzy są w potrzebie, czy do przezwyciężania niezgody w twojej rodzinie. Oby pomogła ci stać się światłem wnoszącym miłość Boga światu pogrążonemu w ciemnościach grzechu i podziałów.
„Boże Ojcze, Synu i Duchu Święty, pomóż mi przyjąć Twoją miłość i żyć nią na co dzień”.
Wj 34,4b-6.8-9
(Ps) Dn 3,52-56
J 3,16-18

Niedziela, 18 czerwca
Mt 9,36 --10,8
Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. (Mt 9,37)
W Polsce trudno wyobrazić sobie taką sytuację, że nie ma kto odprawić niedzielnej Mszy świętej w kościele parafialnym, że chcemy się wyspowiadać, ale nie ma spowiednika – nie naszego zaufanego, u którego lubimy się spowiadać, ale po prostu żadnego. Że z braku księdza musimy odłożyć ślub czy chrzest dziecka albo że bliska osoba odchodzi do wieczności bez sakramentów świętych. Tego typu historie, kojarzone przez nas zazwyczaj z Kościołem na Wschodzie za czasów Związku Radzieckiego, mają miejsce także dzisiaj w wielu krajach misyjnych. Misjonarze obejmujący opuszczone parafie, gdzie od lat nie było księdza, mogliby wiele opowiedzieć o tym, w jakim stanie żyli tam wierni – „znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza” (Mt 9,36).
Jednak kapłani nie są jedynymi robotnikami Bożego żniwa. Jezus powołał Apostołów, ale także siedemdziesięciu dwóch uczniów, posyłał też z misją ewangelizacyjną inne osoby, czasem, wydawałoby się, zupełnie do tego nieodpowiednie – na przykład Samarytankę, której dotychczasowe życie nie było budujące (J 4,17.39), czy opętanego, zaraz po wyrzuceniu z niego złego ducha (Mk 5,18-20).
A czy ja czuję się robotnikiem na Bożym żniwie? Czy jestem gotów być posłanym tam, dokąd poprowadzi mnie Duch Święty? Jest to zasadne pytanie dziś, gdy w dużych miastach naszej ojczyzny karierę robi praktyka, określana z angielskiego churching, co można z grubsza przetłumaczyć jako „turystyka kościelna”. Polega ona na tym, że wierny nie czuje się związany z jedną parafią, lecz z bogatej oferty duszpasterskiej wybiera sobie to, co mu w danym momencie najbardziej odpowiada – Msze odprawiane przez znanych księży, atrakcyjne nabożeństwa, kościół z odpowiednią atmosferą lub dobrym organistą. Zjawisko to można uznać za pozytywne, jeśli wynika z autentycznych poszukiwań duchowych. Bywa jednak, że staje się czymś w rodzaju ciągłego szukania „usługi na najwyższym poziomie”. Istnieje wtedy niebezpieczeństwo widzenia siebie w roli „usługobiorcy”, który życzy sobie być odpowiednio obsłużony, konsumenta, a nie robotnika gotowego do podjęcia służby.
Żniwo jest naprawdę wielkie i przydaje się każda para rąk – rodziców i dziadków przekazujących wiarę młodym pokoleniom, ludzi, którzy w różnych środowiskach dają świadectwo swojej wiary słowem i sposobem życia, którzy czują się odpowiedzialni za wiarę innych – a także gorliwie modlą się o dobre i święte powołania kapłańskie. Jaka jest moja rola?
„Panie Jezu, poślij robotników na swoje żniwo. Pokaż, gdzie mnie posyłasz, abym mógł przynieść Ci plon”.
Wj 19,2-6a
Ps 100,2-5
Rz 5,6-11

Sobota, 24 czerwca
Narodzenie
św. Jana Chrzciciela
Ps 139,
1-3.13-15
Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. (Ps 139,13)
Czy nie jest to przepiękny psalm na dzisiejszą uroczystość? Nietrudno wyobrazić sobie Jana Chrzciciela modlącego się tym psalmem i odnajdującego w nim historię własnego życia. Z pewnością jego ojciec, Zachariasz, opowiedział mu o jego cudownym poczęciu i o tym, jak Bóg wybrał go już w łonie matki, Elżbiety. Jan musiał więc być przekonany, że Bóg wyposażył go we wszystkie odpowiednie dary i talenty, aby mógł wypełnić misję przygotowania ludu na przyjście Mesjasza.
Spróbujmy dziś, za przykładem Jana Chrzciciela, odnieść ten psalm do naszego życia:
„Ojcze, Ty wiesz wszystko. Znasz moją przeszłość i przyszłość; to, co zrobiłem dotąd, i co jeszcze zrobię. Wiesz o mnie nawet to, czego ja sam nie wiem. Wiesz, co myślę i jak reaguję, co hamuje mnie w drodze, a co dodaje mi skrzydeł – i zawsze mi pomagasz.
Wiesz, dokąd chciałbym dojść, i jakie ścieżki wybieram, aby dojść do celu. Wiesz, kiedy pewnie kroczę naprzód, a kiedy błądzę w nieznanym kierunku lub idę chwiejnym krokiem przez trudne życiowe doświadczenia. Ufam, że pewnego dnia dojdę tam, gdzie Ty pragniesz mnie doprowadzić.
Ojcze, czasami moja droga wydaje mi się zbyt kręta, bez określonego kierunku i celu. Jednak Ciebie nic nie zraża ani nie zaskakuje. Znasz wszystkie moje myśli, zanim jeszcze powstaną w mojej głowie, i rozumiesz je wszystkie. Znasz moją duszę i motywy mojego postępowania lepiej niż ja sam. Wiesz także, kiedy bezczynnie stoję w miejscu i wcale nie posuwam się do przodu. Ale i wtedy nie przestajesz mnie kochać.
Ty sam ukształtowałeś mnie tak cudownie według Twojego planu. Znasz moje serce i wszystkie jego zamysły. Przenikasz je i korygujesz, stopniowo i łagodnie, gdy schodzę z dobrego kursu. Przez cały czas wiernie czuwasz nade mną, jak matka czy ojciec nad dzieckiem uczącym się stawiać pierwsze kroki.
Panie, Ty mnie kochasz! Ty wiesz wszystko, a mimo to mnie miłujesz, szczycąc się mną jako jednym z cudów Twojego stworzenia. Naprawdę cudownie mnie stworzyłeś!”.
„Dziękuję Ci, Ojcze, za to, że mnie stworzyłeś i masz we mnie upodobanie. Umocnij mnie Twoim Duchem Świętym i naucz chodzić Twoimi ścieżkami”.
Iz 49,1-6
Dz 13,22-26
Łk 1,57-66.80

Niedziela, 25 czerwca
Mt 10,26-33
Kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10,33)
Większość słów Jezusa jest dla nas zachętą i inspiracją. Jednak od czasu do czasu Jezus mówi coś absolutnie wstrząsającego. Na przykład, że jeśli nasza sprawiedliwość nie będzie większa niż faryzeuszy, nie dostaniemy się do nieba (Mt 5,20). Albo że ten, kto nie spożywa Jego Ciała i nie pije Jego Krwi, nie osiągnie życia wiecznego (J 6,51). Powiedział nawet: „Biada wam, bogaczom” (Łk 6,24).
Oczywiście Jezus jest Bogiem miłości i miłosierdzia. Jednak dzisiejsza Ewangelia jest właśnie jedną z tych niosących ostre na pozór przesłanie, które podaje w wątpliwość nasze wieczne szczęście. Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z takich tekstów?
Przypomnijmy sobie św. Piotra. On, „Skała” Kościoła, zaparł się Jezusa! Jednak zamiast zmieszać go z błotem czy oświadczyć: „Zaprę się ciebie przed moim Ojcem”, Jezus zapytał go tylko: „Czy miłujesz Mnie?” (J 21,15-17). Widział ogromną skruchę Piotra, widział jego gorzkie łzy smutku i ubolewania nad własną słabością, dlatego zadane Piotrowi pytanie było zaproszeniem do pojednania.
Jezus zna także i naszą słabość. Wie, że każdy z nas zdradza Go w ten czy inny sposób. I traktuje nas dokładnie tak samo, jak potraktował Piotra.
Kluczem do zrozumienia tych niepokojących fragmentów Ewangelii jest odpowiedź na pytanie: Gdzie jest twoje serce? Piotr kochał Jezusa. Jego największym pragnieniem było służyć Mu jak najlepiej. Nie był tchórzem. Był po prostu słabym człowiekiem, który dał się pokonać lękowi.
Podobnie jak w przypadku Piotra, także i dla nas, ludzi słabych i grzesznych, najważniejsze jest, by kochać Boga. Piotr kochał Boga. Kochali Go także pozostali Apostołowie, którzy uciekli przy pojmaniu Jezusa. Chociaż w tym momencie zawiedli Jezusa, On ich nie zawiódł. Nie zawiedzie i nas.
„Jezu, kocham Ciebie. Naucz mnie być Ci wiernym w każdej sytuacji”.
Jr 20,10-13
Ps 69,8-10.14.17.33-35
Rz 5,12-15

MAGAZYN:
Art. 1

Siostra wszystkich

Blandyna Segale i jej misja na Dzikim Zachodzie

„Czyją jesteś siostrą?” – zapytał mężczyzna. Siostra Blandyna Segale była wdzięczna za tę sposobność do wyjaśnienia, kim jest. Czuła się nieco onieśmielona obecnością kowboja siedzącego obok niej w dyliżansie. Jednak jej niepokój rozwiał się, gdy uświadomiła sobie, że nigdy przedtem nie widział on zakonnicy.
„Jestem siostrą wszystkich – odpowiedziała. – Osobą, która poświęciła życie, by czynić dobro innym”.
Był rok 1872 i para podróżnych zmierzała ze Steubenville w stanie Ohio do odległego Trinidadu w Kolorado na Dzikim Zachodzie. Dwudziestodwuletnia Blandyna miała tam uczyć w szkole, kowboj chciał tam znaleźć swoją życiową szansę i poprawę losu.

WIELE DO ZROBIENIA
Nie była to pierwsza długa podróż Blandyny. W 1854 roku, kiedy Maria Rosa Segale miała cztery lata, jej rodzina wyemigrowała z Cicagna we Włoszech do amerykańskiego stanu Cincinnati. Zainspirowana misjonarskim duchem swoich nauczycielek – sióstr zakonnych – w wieku lat szesnastu wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia, a po złożeniu ślubów przyjęła imię Blandyna, na pamiątkę męczennicy z II wieku. Najpierw pracowała jako nauczycielka w Steubenville w stanie Ohio, a następnie posłano ją na misję do Kolorado.
Blandyna dołączyła do pracującej tam trójki innych sióstr. Od razu rzuciła się w wir pracy, ucząc tubylczą ludność. Nie zadowalało jej jednak samo nauczanie. „Tak wiele jest tu do zrobienia i tak mało osób do pracy – pisała do swojej rodziny. – Przyjęłam więc następujący plan. Rób to, co wpadnie ci w ręce, i nie cofaj się przed niczym dlatego, że jest to trudne czy odrażające”. Zastając walącą się szkołę, podjęła się jej odbudowy, chociaż nie miała pojęcia o budownictwie. Wyposażona jedynie w łom, wspięła się na dach i zaczęła go rozbierać. Wkrótce zainteresował się tym przypadkowy przechodzień,
a potem rodziny uczniów, które pomogły w usunięciu gruzu i dostarczyły cegieł, aby wyremontować budynek.

ODWAGA
NA DZIKIM ZACHODZIE
Trinidad był samym centrum Dzikiego Zachodu. Już podczas pierwszych lat Blandyna zetknęła się z wojowniczymi Indianami z plemienia Ute, rozwścieczonym tłumem dokonującym samosądów i uzbrojonymi bandytami. Wobec braku władz, które mogłyby zaprowadzić pokój, Blandyna starała się zapobiec przemocy, stosując podstawowe zasady Ewangelii. Wierzyła, że gotowość do pojednania, dobroć i miłosierdzie nie są jedynie pięknymi słówkami padającymi z ambony, ale cechami potrzebnymi każdemu człowiekowi, a zwłaszcza żyjącemu na Dzikim Zachodzie. Ze swoich najlepszych uczniów utworzyła „Klub Strażników”, którzy mieli informować ją o wszystkich, których spotkało nieszczęście. Nikt nie był wykluczony spod ich opieki. Kiedy jeden z wzbudzających postrach Indian Ute poprosił o opiekę nad chorym, Blandyna posłała kilku swoich młodych po chłopca, żeby móc się nim zająć.
Pewnego razu członkowie Klubu donieśli Blandynie o pewnym bandycie – przyjacielu sławnego wyjętego spod prawa Billy’ego Kida – który leżał chory i opuszczony w ceglanej chatce za miastem. Blandyna i jej uczniowie zaczęli go odwiedzać, przynosząc mu żywność i lekarstwa. Podczas jednej z takich wizyt pojawił się sam Billy Kid. Chcąc okazać Blandynie wdzięczność za opiekę nad przyjacielem, zaproponował, że odda jej dowolną przysługę, jaka tylko leży w jego mocy. Korzystając z okazji, Blandyna poprosiła, aby odstąpił od swojego zamiaru zabicia trzech miejscowych lekarzy. Ku jej zaskoczeniu mężczyzna zgodził się i dał uroczyste słowo honoru, że wypełni jej prośbę.
Wspominając ze zdumieniem to wydarzenie, Blandyna zapisała w swoim dzienniku: „Życie jest tajemnicą. Czym jest serce człowieka? Mieszaniną dobroci i niegodziwości. Kto pojmie jego tajemnicę?”. Będąc kobietą czynu, nie zaprzątała sobie głowy wyjaśnieniem tej tajemnicy. Doszła do wniosku, że najłatwiej jest wpływać na ludzi wchodząc w ich świat. A wtedy oni, doświadczając miłości Boga poprzez ofiarną posługę wierzących, będą mogli przybliżyć się do Niego.

EWANGELIZACJA MORDERCY
Blandyna nigdy nie narzucała nikomu religii; wzbudzała ciekawość innych swoim zaufaniem do Boga i uczynkami bezinteresownej służby. A kiedy przychodził właściwy moment na ewangelizację, potrafiła go wykorzystać.
W przypadku przyjaciela Billy’ego Kida, chorego bandyty, Blandyna regularnie przychodziła mu z pomocą, w ogóle nie wspominając o Jezusie. Pewnego dnia mężczyzna powiedział jej, że gdyby przychodziła do niego mówiąc o pokucie, moralności czy czymkolwiek związanym z religią, odesłałby ją, skąd przyszła. Skoro jednak opiekowała się nim tak troskliwie, nie zważając na to, czy jest „Żydem, Indianinem czy diabłem”, zebrał się na odwagę, by zapytać, czy jej zdaniem Bóg jest w stanie przebaczyć mu jego liczne grzechy.
Blandyna odpowiedziała mu słowami zaczerpniętymi z Pisma Świętego: „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat i tak liczne jak ziarnka piasku na brzegu morza, nawróćcie się do Mnie, a Ja wam przebaczę”.
Mężczyzna obiecał, że to przemyśli. Zbliżała się zima, a jego stan się pogarszał; Blandyna i inne Siostry Miłosierdzia nie przestały go odwiedzać. W dzień śmierci odmówił akt skruchy i świadkowie opowiedzieli potem Blandynie, że zasnął odmawiając modlitwy, których go nauczyła. Tego dnia siostra Blandyna zapisała w swoim dzienniku: „Jest w sprawiedliwych, ale i miłosiernych dłoniach Boga”.

KIEROWAĆ Z MIŁOŚCIĄ
Dwa tygodnie później, w grudniu 1876 roku, Blandyna otrzymała niespodziewaną wiadomość – przenoszono ją do Santa Fe w Nowym Meksyku – na sam kraniec Dzikiego Zachodu. Było to kolejne niezwykle trudne wyzwanie, jednak Blandyna bez wahania udała się tam, gdzie była potrzebna. Przypomniała sobie usłyszaną niedawno na rekolekcjach katechezę o św. Józefie. Skoro Józef odważył się wyruszyć w nieznane, to dlaczego ona nie miałaby tego zrobić!
Szczęśliwie Santa Fe, ze swoimi starymi kościołami i wąskimi uliczkami, przypomniało jej ojczyste Włochy. Jak pisała, klimat miasta nasycony był duchowością franciszkanów, którzy przybyli tam wcześniej. Choć samo miasto przypadło Blandynie do gustu, praca misyjna okazała się trudniejsza niż w Kolorado. Zamiast po prostu czynić dobro tam, gdzie widziała taką potrzebę, była zmuszona walczyć z biurokracją i przepisami. Ale także z tym dawała sobie radę. Terytoria zachodnie rozwijały się i miejscowe władze były skłonne finansować niektóre z jej projektów charytatywnych. Pozyskiwała więc środki publiczne na chowanie zmarłych, leczenie chorych, a nawet otwarcie pierwszego publicznego szpitala w stanie Nowy Meksyk – szpitala św. Wincentego.
Powstały dzięki wysiłkom siostry Blandyny szpital wkrótce zaczął pękać w szwach do tego stopnia, że ranni –robotnicy kolejowi czy poszukiwacze cennych minerałów – musieli leżeć na podłodze. Pewnego dnia Blandyna oddała jednemu z nich swój własny materac. Wkrótce pozostałe Siostry Miłosierdzia poszły w ślad za nią, chociaż nie była ich przełożoną. Była po prostu naturalnym przywódcą. Siostry widziały w niej ucieleśnienie dewizy swojego zakonu, która brzmiała: „Miłość Chrystusa przynagla nas”.

ZNAJDŹ SWÓJ WŁASNY
„DZIKI ZACHÓD”
Z Santa Fe Blandyna pojechała zakładać szkoły państwowe i katolickie w Albuquerque, innym mieście w stanie Nowy Meksyk. W ostatnich latach życia powróciła do Cincinnati, gdzie posługiwała włoskim imigrantom. Zmarła w 1941 roku, w wieku 91 lat. Gdy leżała na łożu śmierci, jedna z sióstr zapytała ją: „Czy mogę coś dla siostry zrobić?”. Blandyna odpowiedziała natychmiast: „Nie, dziecko, nie dla mnie, ale dla Boga”. Umarła tak, jak żyła – skupiona na potrzebach ludzi, których miała przed sobą, a nie na swoich własnych.
Przez całe życie, a zwłaszcza podczas dwudziestu jeden lat spędzonych na zachodzie Ameryki, Blandyna była rzeczywiście „siostrą wszystkich”. Będąc orędowniczką sprawiedliwości i miłości bliźniego, pomagała budować szkoły i szpitale, ewangelizowała wyjętych spod prawa, posługiwała wśród więźniów, przyjaźniła się z białymi, Indianami i Meksykanami. Podczas gdy niepisane prawo Zachodu brzmiało: „Zabijaj albo zostaniesz zabity”, prawo siostry Blandyny można by ująć w słowach: „Kochaj, aby Bóg był kochany”.
Praca misjonarska Blandyny przyniosła jej tytuł Służebnicy Bożej i szansę zostania pierwszą świętą z Nowego Meksyku. Jej życie wciąż jest inspiracją dla imigrantów, pracowników służby zdrowia, nauczycieli i wszystkich obrońców ubogich, zwłaszcza na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jednak przesłanie siostry Blandyny odnosi się również do nas wszystkich – każdy chrześcijanin ma swój własny „Dziki Zachód”, zakątek świata, który szczególnie potrzebuje miłości, życzliwego wsparcia i bezinteresowności. Módlmy się wraz z Blandyną o odwagę wyruszenia na te pola misyjne, aby nieść miłość Jezusa wszystkim, których tam znajdziemy. ▐

Art. 2 (świadectwo)
OCALONA

Mam na imię Ola i chcę opowiedzieć o tym, jak w marcu 2014 roku, podczas Mszy z modlitwą o uzdrowienie, Pan Jezus zaczął mnie „naprawiać” i „reperuje moje usterki” po dzień dzisiejszy.
Zanim jednak zacznę, opowiem, jak wyglądało moje życie przed nawróceniem. Obserwując mnie z boku, mogłoby się wydawać, że do tej pory wiodłam normalnie życie, realizując się na polu zawodowym i prywatnym, rozwijając swoje zainteresowania i cele, osiągając przy tym coraz więcej sukcesów. Z pozoru niczego mi nie brakowało i byłam szczęśliwą młodą kobietą. Tak było na zewnątrz, wewnętrznie byłam jednak potwornie zagubiona. Jakiś czas temu moja przyjaciółka ładnie podsumowała obraz mojej osoby. Powiedziała, że przebywając w moim towarzystwie, zawsze czuła, że skrywam gdzieś głęboko w środku swoje tajemnice, którymi nie dzielę się ze światem, a które powodują, że moja radość i szczęście nie są w pełni prawdziwe. Miała rację, bo przez bardzo długi czas mocowałam się sama ze sobą, próbując ogarnąć jakoś swoje życie, jednak wciąż nie było widać efektu moich działań.
Wychowałam się w domu, który potrzebował pomocy z zewnątrz, lecz nigdy jej nie otrzymał, w którym wiele rzeczy nie działało tak, jak powinno. W domu, w którym mnie nie chciano, gdzie alkohol, wyzwiska, awantury, przemoc, bieda i inne nieprzyjemne sprawy miały miejsce na co dzień. Nigdy nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, dlatego z czasem uzależniłam się od adrenaliny, której zaczęłam potrzebować codziennie. Stąd pewne rzeczy we mnie działały prawidłowo, a inne nie, i w dorosłym już życiu ciągle poszukiwałam silnych przeżyć, często niestety tych destrukcyjnych.
Będąc dzieckiem, doznałam jeszcze innej krzywdy, takiej, która spotyka wiele dzieci na świecie, i na pewno nie jestem odosobniona, dlatego warto o tym mówić głośno. Byłam wykorzystywana seksualnie przez bliską dorosłą osobę, co również odcisnęło swoje piętno na moim dalszym życiu. Przez to, że tak wcześnie pobudzono moją dziecięcą seksualność, potrzebowałam zaspokojenia tej naruszonej sfery w późniejszym czasie. Konsekwencją tego stało się zniewolenie grzechem nieczystości, którego bardzo długo nie rozumiałam. Czułam ogromny wstyd, obrzydzenie do siebie i swojego ciała. Nie rozumiałam swojej osoby i tego, co naprawdę się ze mną dzieje, ale najgorsze było to, że nie potrafiłam nad tym zapanować, uwolnić się od tego. Gdy dorosłam, szukałam ratunku w terapii, używkach, przelotnych relacjach. Niestety wszystko to było dobre tylko na chwilę i coraz bardziej mnie raniło.
Cierpiałam na nerwicę lękową, bezsenność i koszmary nocne. Bywało, że mdlałam i wymiotowałam w sytuacjach stresowych. Kompletnie nie kontrolowałam swoich reakcji. Nie potrafiłam nawet płakać, choć bardzo tego potrzebowałam. Żyłam z dnia na dzień, szukając wszędzie ratunku i sensu tego, co się ze mną dzieje. Byłam coraz bardziej zagubiona, bo nic z moich pomysłów nie zapełniało pustki we mnie. Pojawiały się chwile zwątpienia i buntu, chęci poddania się...
W chwili gdy na tle emocjonalnym osiągnęłam już totalne dno, byłam przemęczona ciągłą walką i wydawało mi się, że z mojego położenia nie ma już wyjścia, postanowiłam którejś soboty zaszyć się w piżamie ze słoikiem czekolady i chipsami pod kołdrą i nie wynurzać spod niej nosa. Wtedy dostałam SMS-a od koleżanki o treści: „Zabieram Cię dzisiaj na Mszę o uzdrowienie”. Koleżanka nie brała pod uwagę negacji z mojej strony. Nie chciałam tam iść, ale uznałam, że być może to ostatnia deska ratunku, i jak nie spróbuję, to się na pewno nie dowiem...
Poszłam. Eucharystia przebiegała bez specjalnych nadziei i interakcji z mojej strony, choć teraz, patrząc z perspektywy czasu, widzę, jaką pracę wkładał we mnie już wtedy Duch Święty. Po Mszy usłyszałam świadectwa, które wzbudziły we mnie niepokój. Usłyszałam o spoczynku w Duchu Świętym, darze języków i innych charyzmatach – miałam ochotę po prostu uciec. Zapytałam koleżankę, gdzie ona mnie przyprowadziła? O co w tym wszystkim chodzi? Przez myśl mi nawet nie przeszło, że odpowiedź na swoje pytania dostanę tego samego dnia.
Już podczas adoracji usłyszałam słowa Boga skierowane do mnie. Mówił przez jedną z osób prowadzących modlitwę. Do młodej blondynki przeżywającej kryzys – w kolczykach z kwiatuszkami (czułam, że te słowa skierowane są do mnie). Powiedział, że chce abym Mu zaufała, bo mimo że nie czuję i nie widzę Jego obecności, On cały czas jest przy mnie i tylko czeka na moją decyzję. Nagle zaczęłam płakać, a warto pamiętać, że nie robiłam tego od lat. Płacz był tak mocny i niekontrolowany przeze mnie, że było mi wstyd przed koleżanką i ludźmi obok mnie. Chwilę później, choć wcześniej tego nie planowałam, poczułam, że chcę pójść poprosić o modlitwę grupę wstawienników.
Kiedy zapłakana podeszłam do nich, nie powiedziałam nic szczególnego, po prostu że chcę wreszcie normalnie spać, wyzbyć się koszmarów nocnych i przeszłości, która ma wpływ na moje dzisiaj. Podczas modlitwy osoba prowadząca mówiła o takich rzeczach z mojego życia, o których nie mogła mieć pojęcia, bo wcześniej mnie nie znała. Wypowiadała rzeczy, które miałam zakopane w najciemniejszych zakamarkach mojej duszy. W trakcie modlitwy płakałam tak bardzo, jakby pękła jakaś tama we mnie, a kiedy poczułam, że nie mam już siły, aby dalej płakać, doświadczyłam po raz pierwszy w życiu spoczynku w Duchu Świętym, o którym mówiła kobieta na swoim świadectwie. (Tak, Bóg ma ogromne poczucie humoru!) Już dokładnie wiedziałam, o czym była mowa.
Doznałam wtedy ukojenia nie do opisania słowami. To było doznanie miłości tak wielkiej i ciepłej, że wypełniła pustkę we mnie. Takiego doświadczenia Bożej miłości życzę każdemu bez wyjątku. Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, co to jest miłość, miłość ojcowska, ale nie ta karząca, której obraz nosiłam wcześniej w głowie, tylko kochająca od tak po prostu, pomimo wszystko i zawsze. Przebaczyłam wtedy sobie i osobom, które mnie w życiu skrzywdziły. Nie potrafiłabym tego zrobić sama – przebaczenie przyszło od samego Boga.
Wróciłam do domu i choć wszystko poza spokojem ducha i ogólną radością w sercu wydawało się być takie samo, szybko się przekonałam, że takie nie było. Tego dnia Bóg uzdrowił mnie z grzechu nieczystości, z bezsenności i koszmarów nocnych. Połamał mnie na drobne kawałeczki i zaczął składać od nowa. Od dwóch lat żyję w czystości i śpię spokojnie jak dziecko. Do tego stopnia, że przed snem muszę prosić swojego Anioła Stróża, aby mnie rano obudził, bo nie słyszę budzika.
Dziś mogę powiedzieć, że jestem prawdziwie szczęśliwa. Już nie jestem – jak mi się wcześniej wydawało – Feniksem powstającym z popiołów i życiowym rozbitkiem – JESTEM OCALONA! Nie jestem też ofiarą, to słowo opisuje jedynie to, co mnie spotkało, a nie mnie samą...
I choć trudności dnia powszedniego były, są i będą, to żyję tu i teraz bez lęku o to, co będzie, bo wiem, że nie jestem już sama. Każdego dnia dziękuję Bogu za przebaczenie i za to, że wyrwał mnie znad przepaści. Za to, że mogę budować nowe lepsze życie z Nim. Modlę się metodą „na twixa”, która polega na jednoczesnym proszeniu i dziękowaniu z wiarą, że Bóg już dokonał tego, o co prosiłam, w chwili kiedy zwróciłam się do Niego o pomoc. Bo choć czasem nie widać owoców od razu, to później pojawiają się jeszcze dorodniejsze i dojrzalsze. Mam za co dziękować i za co Go uwielbiać. I cieszę się ogromnie, że teraz jestem również jednym z Jego narzędzi, którymi posługuje się codziennie.
Za to wszystko i za to, co jeszcze będzie – chwała Panu!
Ola
[nazwisko i adres znane redakcji]

Sklep internetowy Shoper.pl