Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 7 (275) 2016
Słowo wśród nas Nr 7 (275) 2016
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LIPCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Lipcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Miłujmy się wzajemnie” i jest poświęcony Światowym Dniom Młodzieży, które odbędą się w ostatnich dniach lipca w Krakowie, dokąd na zaproszenie papieża Franciszka przybędą młodzi z całego świata. W artykułach przeczytać można o przesłaniu papieża do młodzieży a także o tym, jak wygląda świat postrzegany przez młodych, czym różni się ich myślenie i jak można do nich dotrzeć.
Tak jak w każdym numerze polecamy „Medytacje na każdy dzień” do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie znajduje się artykuł o niepozornym kapucynie, niezwykłym spowiedniku – św. Leopoldzie Mandiću, a także dwa świadectwa: nawróconego ateisty i matki adoptowanych dzieci, ponadto krzyżówka biblijna i kalendarz.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Miłujmy się wzajemnie
Przesłanie papieża Franciszka do młodzieży.............. 4


Chcę uwierzyć
Co młodzi ludzie myślą o wierze?............................ 11


Wejść do ich świata
Przezwyciężyć konflikt pokoleń............................... 16


MEDYTACJE


NA KAŻDY DZIEŃ
od 1 do 31 lipca ............................. 21


MAGAZYN


Chodź, chodź, proszę!
Św. Leopold i jego posługa miłosierdzia
w konfesjonale – Federica Paparelli-Thistle............................. 49


Bóg, który wzywa i kocha
Ateista dotknięty łaską Bożą – Niru De Silva ............................. 54


Skarby od Bogaodpowiedź na ankietę
„Bóg żyje i działa” ............................. 58


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

List:

Drodzy Bracia i Siostry!

Kiedy św. Jan Paweł II w 1985 roku zainicjował Światowe Dni Młodzieży, przyświecał mu jeden nadrzędny cel: zachęcić młodych ludzi do przybliżenia się do Jezusa. Aby do nich dotrzeć, Papież wykorzystywał podczas tych spotkań swoje liczne dary – talent aktorski, dar opowiadania, poczucie humoru; było tam wiele muzyki, wspólnych śpiewów, dialogowania z młodzieżą i wspólnej modlitwy. Czuł, że jeśli wkraczający w dorosłe życie ludzie doświadczą obecności Boga, skłoni ich to do szukania prawdy stojącej za tym doświadczeniem. Dlatego określił Światowe Dni Młodzieży jako „czas pełen mocy, w którym młodzi ludzie z całego świata będą mogli spotkać Chrystusa”.
Z całą pewnością pragnienie Jana Pawła II zostało wypełnione. Udało mu się stworzyć porywającą atmosferę, która pomaga młodym ludziom z całego świata doświadczyć Jezusa i pogłębić swoją wiarę. Pozostawił bogatą spuściznę duchową, którą wiernie przejęli papież Benedykt XVI i papież Franciszek.
Jak popularne są Światowe Dni Młodzieży? Niezwykle popularne! Podczas spotkania w 1995 roku w Manili na Filipinach we Mszy świętej kończącej uczestniczyło pięć milionów osób. Było to wówczas największe zgromadzenie religijne w historii ludzkości. (Rekord ten został pobity w 2015 roku, kiedy to Msza święta celebrowana przez papieża Franciszka – również w Manili – zgromadziła sześć milionów ludzi).
Celebrując w tym miesiącu Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, papież Franciszek – idąc za przykładem Jana Pawła II – będzie próbował dotrzeć do młodych poprzez muzykę, opowiadanie historii i słowa miłości.
Podobnie jak jego poprzednicy Franciszek zna swoich słuchaczy. Wie, że wielu z nich wyrosło w mentalności postmodernistycznej, a co za tym idzie, bardziej ceni sobie doświadczenie niż teorię, opowiadanie historii niż wykłady. Wie, że dzielenie się własnym świadectwem i tworzenie środowiska, które pomaga młodym ludziom doświadczyć Bożej miłości, to najlepsza droga, by pomóc im dojść do Pana.
Jeśli więc masz w rodzinie młodzież, obserwuj z uwagą papieża Franciszka. Patrz, w jaki sposób dociera on do młodych i jak oni na to reagują. A potem zastanów się, co z jego postawy możesz przyjąć i wcielić w życie w swojej własnej rodzinie.
Z myślą o Światowych Dniach Młodzieży postanowiliśmy przyjrzeć się w tym numerze wpływom postmodernizmu na postrzeganie świata przez nasze dzieci. Przyjrzymy się niektórym głównym cechom mentalności postmodernistycznej i zastanowimy się, jakie strategie mogą nam pomóc w budowaniu relacji z myślącymi w ten sposób młodymi ludźmi.
Światowe Dni Młodzieży będą trwały od 25 do 31 lipca. Niech więc początek miesiąca stanie się dla nas czasem modlitwy za papieża Franciszka, który przygotowuje się do tego wydarzenia. Prośmy Ducha Świętego, aby dał mu właściwe słowa, właściwe gesty i właściwą postawę, które pozwolą mu dotrzeć do serc młodych ludzi. Módlmy się też za wszystkich podróżujących do Krakowa na spotkanie z Papieżem. Oby wszyscy spotkali tam Jezusa!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Miłujmy się wzajemniewzajemnie

Przesłanie papieża Franciszka
do młodzieży

Już za kilka tygodni wydarzy się coś niezwykłego. Prawie dwa miliony młodzieży z całego świata uda się do Polski, aby spotkać się ze starszym człowiekiem z Ameryki Południowej. Nie będzie to koncert sławnej gwiazdy rocka ani pokazowy mecz z udziałem jakiejś legendy sportu. Powód ich przyjazdu jest o wiele ważniejszy – i świętszy. Chcą przeżywać Światowe Dni Młodzieży razem z papieżem Franciszkiem.
Zapoczątkowane w 1985 roku przez papieża Jana Pawła II, Światowe Dni Młodzieży odbywają się co dwa – trzy lata, za każdym razem w innym miejscu. Pomimo tak długiej przerwy pomiędzy kolejnymi spotkaniami, a także niewygód oraz kosztów podróży i zakwaterowania, Światowe Dni Młodzieży wciąż przyciągają miliony młodzieży.
Aby zaznaczyć wagę tego wydarzenia, postanowiliśmy poświęcić ten numer naszego pisma przesłaniu papieża Franciszka do młodzieży. Chcemy poruszyć niektóre z wyzwań, przed którymi stają młodzi ludzie, oraz ukazać, w jaki sposób starsi katolicy mogą budować relacje z młodymi w Kościele. Chcemy wreszcie złączyć się w modlitwie
z wszystkimi naszymi braćmi i siostrami, którzy proszą Pana o owoce tegorocznych Dni Młodzieży. Oby serca wielu młodych ludzi, którzy zgromadzą się na modlitwie z Ojcem Świętym, zostały poruszone przez Ducha Świętego!

WEZWANIE DO MIŁOSIERDZIA
Żeby zrozumieć podstawowy priorytet papieża Franciszka, nie trzeba mieć za sobą studiów teologicznych. Nieustannie głosi on – nie tylko Kościołowi, ale i całemu światu – jedno podstawowe przesłanie, a jest to przesłanie miłosierdzia. Praktycznie w każdej homilii, przemówieniu czy liście zachęca nas do otwarcia serc na Boże miłosierdzie oraz do traktowania z podobnym miłosierdziem siebie nawzajem – a zwłaszcza ubogich i cierpiących.
W swoim pierwszym orędziu wielkanocnym do miasta Rzymu i całego świata (Urbi et Orbi), wygłoszonym zaledwie kilka dni po swoim wyborze, Franciszek powiedział: „Pozwólmy, by odnowiło nas miłosierdzie Boga, pozwólmy, aby Jezus nas kochał, pozwólmy, by moc Jego miłości przemieniła także nasze życie. I stańmy się narzędziami tego miłosierdzia” (Urbi et Orbi, 31 marca 2013). A w jednej z homilii wygłoszonych niedawno w domu św. Marty podkreślił: „Bóg chce ci przebaczyć, ale nie może, jeśli twoje serce jest zamknięte i miłosierdzie nie ma do niego dostępu”.
Papieskie wezwanie do miłosierdzia nie ogranicza się jedynie do słów. Franciszek sam staje się wzorem miłosierdzia. Dzieląc posiłek z bezdomnymi, myjąc nogi więźniom i wybierając skromne mieszkanie, czyni swoją codzienność żywą homilią na temat poszanowania godności drugiego człowieka oraz błogosławieństwa, jakie płynie z życia w prostocie, miłości i ludzkiej solidarności. Nie jest więc zaskoczeniem, że wybranym przez Papieża hasłem Światowych Dni Młodzieży są słowa: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”!

DOŚWIADCZENIE MIŁOSIERDZIA
W swoim orędziu na XXXI Światowe Dni Młodzieży papież Franciszek wyjaśnia młodym przygotowującym się do udziału w tym wielkim zgromadzeniu znaczenie tego, że przypada ono właśnie w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. „Kiedy w imię Chrystusa Kościół zwołuje jubileusz – pisze Papież – wszyscy jesteśmy zaproszeni do przeżywania nadzwyczajnego czasu łaski. (…) Miłosierdzie Boga jest bardzo konkretne i wszyscy jesteśmy powołani, aby osobiście go doświadczyć. (…) Na krzyżu możemy dotknąć miłosierdzia Boga i dać się dotknąć Jego miłosierdziu!”
Nie zadowalając się jedynie słowami, Ojciec Święty dzieli się następnie swoim własnym doświadczeniem. Wspomina przełomowy moment swojego życia, kiedy jako nastolatek, idąc na spotkanie z przyjaciółmi, postanowił po drodze wstąpić na chwilę do kościoła. W kościele poznał kapłana, który wywarł na nim ogromne wrażenie. „To spotkanie zmieniło moje życie!” – napisał. „Zapragnąłem otworzyć swoje serce w sakramencie spowiedzi. (…) Miałem pewność, że w osobie tego kapłana Bóg czekał na mnie, zanim jeszcze zrobiłem pierwszy krok w stronę kościoła”. To jedno „przypadkowe” spotkanie stało się dla papieża Franciszka początkiem jego misji i powołania.
Łaska, która skłoniła Franciszka do wejścia przed laty do tamtego kościoła, jest także dziś dostępna dla nas wszystkich. Bóg nieustannie daje nam okazje do spotkania ze sobą. Wciąż szuka nowych, twórczych sposobów, by dotknąć naszego życia i przyciągnąć nas do siebie. Szuka nas zawsze, także wtedy, gdy my Jego nie szukamy, a kiedy tylko zwrócimy się do Niego, jest gotów nas przyjąć. Otwiera dla nas ramiona i ogarnia nas swoją miłością. A gdy przychodzimy do Niego, by wyznać swoje winy, nie potępia nas, lecz obmywa z grzechu i oczyszcza nasze sumienia. „Jakże pięknie jest znaleźć w sakramencie pojednania miłosierne ramiona Ojca, dać się dotknąć tej miłosiernej miłości Pana, który zawsze nam przebacza!” – pisze Ojciec Święty.

BYĆ NARZĘDZIAMI MIŁOSIERDZIA
Te „miłosierne ramiona Ojca” mają moc przemienić nasze życie. Mają moc wprowadzić nas w „Bożą logikę daru, logikę miłości darmowej”, a także „uczynić nas zdolnymi do kochania tak jak On: bez miary”. Zobacz, jak reaguje niemowlę, gdy matka z uśmiechem patrzy mu w oczy. Jego oczy rozjaśniają się, ręce wyciągają w stronę matczynej twarzy, całe aż skacze z radości. Potrafi nawet wybuchnąć śmiechem. Doświadczając miłości matki, napełnione nią dziecko próbuje w dostępny dla siebie sposób wyrazić swoją miłość do niej.
Wyobraź też sobie starszą pacjentkę w szpitalu, którą nieoczekiwanie odwiedza bliska przyjaciółka. Kiedy tak siedzą, zaśmiewając się z opowiadanych przez przyjaciółkę historii, ciśnienie krwi pacjentki spada, oddech staje się lżejszy, a puls równomierny. Miłość doświadczona w tym spotkaniu zmniejszyła lęk i niepokój pacjentki. Upewniła ją, że jest kochana, doceniana, ważna dla kogoś. Wcześniej była niecierpliwa w stosunku do pielęgniarek i często wpadała w złość, jednak po tej wizycie złagodniała i stała się bardziej skłonna do współpracy. Miłość okazana jej przez przyjaciółkę uczyniła ją samą bardziej kochającą i życzliwą. Miłość rodzi miłość!
Podobnie gdy doświadczamy miłości Boga, z jednej strony rodzi się w nas potrzeba odwzajemnienia jej, z drugiej nasze serca otwierają się na otaczających nas ludzi, co sprawia, że stajemy się narzędziami Bożego miłosierdzia.

MIŁUJMY SIĘ WZAJEMNIE
Istnieje też inny aspekt „Bożej logiki”, zgodnie z którą miłość rodzi miłość. Wyjaśniając go, papież Franciszek cytuje fragment Pierwszego Listu św. Jana Apostoła: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. (…) Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować” (1 J 4,7.11).
Nie tylko nasze doświadczenie miłości Bożej czyni nas bardziej kochającymi, ale także podejmowany przez nas trud, by bardziej kochać innych, otwiera nas na Bożą miłość. Kiedy wkładamy wysiłek w to, by miłować się nawzajem, łatwiej jest nam dostrzec Jezusa w naszych braciach i siostrach. Czujemy, że przybliżamy się do Pana
i Jego miłości.
Papież odwołuje się tu do przykładu młodego człowieka, bł. Piotra Jerzego Frassatiego (1901 -1925). Znany w całym Turynie ze swojej ofiarnej posługi ubogim i potrzebującym, Frassati powiedział niegdyś: „Jezus odwiedza mnie w Komunii świętej każdego ranka, a ja Mu się za to odwdzięczam w skromniejszy, dostępny mi sposób: odwiedzam Jego biedaków”. Piotr Jerzy nauczył się rozpoznawać Jezusa w ubogich, a to pomagało mu pogłębiać relację z Panem w Komunii świętej.
Piotr Jerzy nie był wyjątkiem. Wielu znanych świętych, jak św. Franciszek z Asyżu, św. Teresa od Dzieciątka Jezus czy św. Brat Albert, odkrywało miłość Boga, otwierając serca na ludzi wokół siebie, zwłaszcza ubogich i opuszczonych. Niech będzie to także i dla nas zachętą do czynienia miłosierdzia. Zwykle odkrywamy, że miłość Boga, działając w głębi naszych serc, przynagla nas do okazywania miłości innym, ale bywa i tak, że Jego miłość przychodzi do nas „od zewnątrz”, gdy odkrywamy Chrystusa troszcząc się o innych.

ODWOŁANIE DO
MŁODZIEŃCZEGO IDEALIZMU
Papież Franciszek rozumie, że młodzi ludzie są zmęczeni podziałami w świecie – zarówno w swoich własnych rodzinach, jak i w skali międzynarodowej. Mają dosyć zajadłych walk ideologicznych w polityce, a nawet w Kościele. Zamiast jednak poruszać te kwestie wprost, postanowił raczej odwołać się do ich młodzieńczego idealizmu i pragnienia zmiany. Wzywając młodych – jak również nas wszystkich – do uznania prymatu miłosierdzia nad sądem, kieruje ich ku Jezusowi, którego miłosierdzie trwa na wieki. Zachęcając, by nie lękali się szukać Pana, zaprasza ich do spotkania z miłością Chrystusa, która rozpali miłość w ich sercach. Takie jest przesłanie, jakie Papież zaniesie do zgromadzonej w Krakowie młodzieży już w tym miesiącu. Oby to błogosławione spotkanie było źródłem wielu łask dla jego uczestników. ▐

Chcę uwierzyć
Co młodzi ludzie myślą o wierze?myślą o wierze?

Według różnych badań procent młodych ludzi, którzy przestali chodzić do kościoła, waha się od 60 do 70. Nie brzmi to optymistycznie. Niektóre z przyczyn podawanych ankieterom mają charakter demograficzny, na przykład znalezienie pracy z dala od domu czy poślubienie osoby niewierzącej, niepraktykującej lub innego wyznania. Jednak dopiero przyczyny, jakie moglibyśmy określić mianem wewnętrznych, rzucają światło na rzeczywiste kwestie nurtujące młodych ludzi.
Niektórzy z nich podawali, że przestali chodzić do kościoła, gdyż parafianie, nie wyłączając proboszcza, stali się zbyt zaangażowani politycznie. Inną istotną przeszkodą dla młodych ludzi było to, co nazywali nieustanną krytyką i odrzuceniem ich kultury. Według jednej z ankiet 25 procent respondentów było przekonanych, że Kościół ma w pogardzie muzykę, filmy i technologie charakterystyczne dla ich pokolenia.
Wreszcie wielu młodych odstrasza fakt, że ich zdaniem pasterze Kościoła nie są dość tolerancyjni wobec ich sposobu życia. Młodzi sprzeciwiają się podporządkowaniu się nauczaniu Kościoła zarówno w dziedzinie moralności, jak i praktyk religijnych. Narzekają, że zamiast uznać „wielość dróg” prowadzących do szczęśliwego życia, Kościół wciąż próbuje narzucić światu swoją własną drogę.
Chociaż wielu członków Kościoła jest zdania, że exodus młodych jest zwyczajną fazą rozwojową, która przejdzie im z wiekiem, badania prowadzą do innego wniosku – wielu z tych, którzy odchodzą, już nie powróci. Oczywiście oceny te niekoniecznie muszą być słuszne. Wskazują one jednak, że jeśli chcemy dotrzeć do młodych ludzi i pomóc im w zachowaniu wiary, musimy spróbować zrozumieć ich sposób myślenia.

MODERNIZM
A POSTMODERNIZM
Wszyscy wiemy, że praktyczną niemożliwością jest zaliczenie wszystkich młodych ludzi do tej samej kategorii. Jest zbyt wiele zmiennych, a sytuacja każdego jest na swój sposób wyjątkowa. Warto jednak przyjrzeć się jednej z różnic w pojmowaniu świata przez starsze i młodsze pokolenie. Podczas gdy starsi reprezentują w większości modernistyczne widzenie rzeczywistości, wielu młodych myśli już bardziej na sposób „postmodernistyczny”.
Przez mniej więcej trzy stulecia, aż po lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX wieku, modernizm był dominującym nurtem myślowym. Zapoczątkowany w okresie renesansu, umocnił się w czasach rewolucji francuskiej, a następnie rewolucji przemysłowej i ery nowoczesnych wynalazków. Modernizm wiąże się ściśle z określeniem „wiek rozumu”. Zasadniczą rolę odgrywają w modernizmie analiza naukowa, prawda absolutna oraz wartość autorytetu. W dziedzinie chrześcijaństwa modernizm podkreśla znaczenie teologii systematycznej, która w sposób metodyczny, krok po kroku, omawia zasady wiary, a także apologetyki, która koncentruje się na wyjaśnianiu i obronie prawd wiary.
Postmodernizm jest pod wieloma względami odrzuceniem poglądów modernistycznych. Zamiast skupiać się na niezmiennych prawdach, postmodernizm koncentruje się na efektach. Bierze rzeczy takimi, jakimi są obecnie. Dlatego ludzie o nastawieniu postmodernistycznym, patrząc na postępujące zniszczenie środowiska naturalnego, na stulecie naznaczone wojnami i konfliktami oraz na nędzę i głód w tak wielu częściach świata, podważają poczucie bezpieczeństwa, jakie wydawał się nieść modernizm. Stawiają pytanie: „Jaką wartość mają niezmienne prawdy, skoro na świecie jest tyle zła i nieszczęść?”.

KRUSZĄCE SIĘ FUNDAMENTY?
Charakterystyczna dla postmodernizmu jest także podejrzliwość w stosunku do tradycyjnych autorytetów. Młodzi ludzie wychowali się w cieniu szokujących wiadomości o skandalach seksualnych w naszym umiłowanym Kościele i próbach ich tuszowania. Internet wciąż donosi o malwersacjach i skandalach, w które uwikłane są osobistości z pierwszych stron gazet – prezydenci, premierzy i inni przywódcy światowi. Widzą, jak wiele tradycyjnych instytucji czy partii politycznych praktycznie załamuje się pod ciężarem korupcji i nieetycznych praktyk.
Z kolei na poziomie życia osobistego zbyt często okazuje się, że młodzi ludzie muszą liczyć na siebie w większym stopniu niż ich przodkowie – i to od wcześniejszych lat. Rozpad życia rodzinnego i brak oparcia w społeczności lokalnej nie sprzyja poczuciu zakorzenienia i bezpieczeństwa. Nic nie jest stałe ani wiarygodne; nic nie jest całkowicie godne zaufania.
Trudno się więc dziwić, że wielu młodych ludzi doświadcza zagubienia, samotności, pustki i bezsensu. Poczucie braku wsparcia ze strony rodziców, władz i przewodników duchowych prowadzi wielu młodych do sceptycyzmu. Trudniej jest im uwierzyć w coś lub postępować w określony sposób tylko dlatego, że tak wierzyli czy postępowali ich przodkowie. Trudno jest im wypracować własny zbiór poglądów i zasad, a następnie kierować się nimi w życiu.

CHCĘ UWIERZYĆ
Postmodernistyczna mentalność sprawia, że wielu młodych nie odczuwa potrzeby powrotu do podstawowych wartości. Kwestionują prawdę absolutną. Wszystko, łącznie z drogą do Boga, postrzegają jako względne. Moralność nie jest już oparta na Piśmie Świętym, lecz na osobistej interpretacji tego, co jest dobre, a co złe. Podstawową cnotą jest tolerancja. Skoro nie ma jedynej słusznej drogi, naturalną koleją rzeczy jest akceptacja tego, że ludzie mogą mieć różne poglądy. Na przykład seks przedmałżeński jest równie uprawniony jak nauka Kościoła o czystości. Msza niedzielna jest nieobowiązująca, gdyż można być człowiekiem „duchowym” bez chodzenia do kościoła. Skrucha i nawrócenie są zbędne, gdyż pojęcie grzechu praktycznie nie istnieje.
Zamiast więc doceniać wartość Credo i poszczególnych prawd wiary, młodzi ludzie podkreślają wagę osobistego doświadczenia i własnej drogi życia. Nie chcą, by mówiono im, jak mają myśleć i w jaki sposób mają postępować. Cenią sobie natomiast odkrycia dokonywane osobiście na swojej własnej drodze.
W Stanach Zjednoczonych powrócił w tym roku na ekrany popularny serial telewizyjny Z Archiwum X, który ukazuje różnice pomiędzy mentalnością modernistyczną a postmodernistyczną. Kontrast ten uwidoczniony jest przez dwie główne postaci, Danę Scully i Foxa Muldera. Agentka FBI Dana Scully, reprezentująca myślenie modernistyczne, podchodzi do swojej pracy w sposób usystematyzowany. Buduje przede wszystkim na tym, co już wiadomo i co można udowodnić. Myślący w sposób postmodernistyczny agent Fox Mulder nie ufa żadnym autorytetom. Jego zdaniem każdy jest zdolny popełnić zło.

PAPIEŻ POSTMODERNISTA?
Papież Franciszek doskonale zdaje sobie sprawę ze zmiany mentalności z modernistycznej w postmodernistyczną. Przyjeżdżając do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży, będzie mówił do setek tysięcy młodych ludzi o mentalności postmodernistycznej – a także ich słuchał. Na podstawie jego orędzia możemy przewidzieć przynajmniej niektóre z tematów, jakie z nimi poruszy.
Po pierwsze, najprawdopodobniej powtórzy im to, co powiedział pewnemu włoskiemu dziennikarzowi: „Zachęcajmy ludzi, by dążyli do tego, co uważają za dobro”. Zamiast instruować ich, w co powinni wierzyć, uszanuje ich pragnienie dobra w przekonaniu, że każde poszukiwanie dobra ostatecznie prowadzi do Boga. Oczywiście zasugeruje im również, że ostatecznym dobrem jest Jezus, ale nie będzie próbował wtłoczyć im Go na siłę. Zachęci ich do stawiania pytań i wyrażania wątpliwości, aby mogli podjąć dialog z tymi członkami Kościoła, którzy szczerze próbują zrozumieć ich punkt widzenia.
Po drugie, jest także prawdopodobne, że Papież podzieli się z młodzieżą swoim własnym doświadczeniem Jezusa z czasów, gdy był młodym człowiekiem, oraz zachęci ich, by zaprosili Jezusa do swojej życiowej wędrówki.
Po trzecie, z pewnością odwoła się do ich młodzieńczego idealizmu. Będzie mówił o ubóstwie, o samotności
i braku miłosierdzia w świecie. Zachęci ich do pełnienia uczynków miłosierdzia, dzięki którym ten świat będzie mógł stać się lepszym miejscem – ponieważ w takim świecie będą mogli spotkać Jezusa. Zachętę do aktywnego zmieniania świata na lepszy papież Franciszek wyraził przecież słowami: „Idźcie i róbcie raban”.

DOŚWIADCZENIE, NIE TEORIA
Mówienie młodym, co mają robić i jak myśleć, może być do pewnego stopnia skuteczne. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy osoba, która to mówi, jest gotowa także słuchać, i to słuchać tych, którzy myślą inaczej. Ważna jest świadomość tego, że młodzi ludzie pragną zrozumieć Boga, ale reagują o wiele lepiej na dzielenie się własnym doświadczeniem, szczery dialog i świadectwo wspólnoty niż na wykłady z apologetyki i teologii dogmatycznej. Pragną słuchać relacji o drodze wiary i doświadczeniu Boga przez innych ludzi, a nie zestawu opisujących Go twierdzeń.
Wszystko to prowadzi do wniosku, że rodzice i duszpasterze, którzy rozumieją, co myślą, czym się kierują ich dzieci, będą mieli o wiele większą szansę dotarcia do nich i budowania ich wiary. ▐

 


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
Piątek, 1 lipca
Mt 9,9-13
Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?
(Mt 9,11)
Nikomu z nas podatki nie kojarzą się dobrze. Nie jest to jednak jedyny powód, dla którego w czasach Jezusa poborcy podatkowi byli powszechnie znienawidzeni. Aby to lepiej zrozumieć, posłużmy się przykładem z nowszej historii.
Kiedy po II wojnie światowej zostały wyzwolone okupowane przez hitlerowców miasta, wielu cywilów zaczęło atakować – niekiedy bardzo gwałtownie – tych, których podejrzewano o kolaborację z wrogiem. Ludzie ci byli napiętnowani i odrzucani przez lokalne społeczności.
Każda społeczność reaguje na zdradę rozgoryczeniem i gniewem. Także starożytny Izrael nie był wyjątkiem. Poborcy podatkowi, zwani też celnikami, byli kolaborantami ciągnącymi zyski z rzymskiej okupacji swojego kraju.
Podatki, które zbierali, przeznaczone były na finansowanie tej okupacji i ciemiężenie świętego ludu Bożego. Co więcej, celnicy często wykorzystywali poparcie władz do oszukiwania swoich rodaków i wymuszania od nich nadwyżek na swój osobisty użytek. Nic dziwnego, że ich nienawidzono!
To właśnie z takimi ludźmi zadawał się Jezus. Nie był to przypadek. Jezus nie zachowywał wymaganego przez normy społeczne dystansu wobec znienawidzonych celników. Z własnej inicjatywy zwrócił się do siedzącego w komorze celnej Mateusza, a następnie zasiadł w jego domu do stołu w towarzystwie innych celników, bo uważał, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9,12).
Takie jest miłosierdzie Jezusa! Widząc ludzi pogardzanych, odrzuconych przez społeczeństwo, nie tylko traktował ich z miłością, ale także dopuszczał do współpracy ze sobą. Nie szukał zemsty, szukał przyjaciół. Nie siadał z nimi do stołu dopiero wtedy, gdy się nawrócili i odmienili swoje życie, ale gdy byli jeszcze grzesznikami.
Zatrzymaj się nad tym przez chwilę na modlitwie. W trwającym wciąż Roku Miłosierdzia daj się zaskoczyć i zachwycić głębią miłosierdzia Bożego. Uwierz, że miłość, jaką Jezus miał do celników – miłość, która zawsze okazuje się silniejsza od nienawiści – jest tą samą miłością, którą kocha On ciebie.
„Panie, jak przedziwna jest Twoja miłość! Dziękuję Ci za to, że mnie szukasz i zapraszasz do swojego stołu”.
Am 8,4-6.9-12
Ps 119,2.10.20.30.40.131

Niedziela, 3 lipca
Łk 10,1-12.17-20
Cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie. (Łk 10,20)
Spróbujmy przez chwilę cieszyć się tym wszystkim, co Bóg nam daje. Żyjemy w pięknym świecie, który On stworzył. Zostaliśmy zbawieni dzięki temu, że On nie zawahał się posłać do nas swego Syna. Otrzymaliśmy w darze Eucharystię i Ducha Świętego, który pociąga nas do Boga i umacnia naszą wiarę. A dziś Jezus zaprasza nas, byśmy żyli z Nim przez całą wieczność, i zapewnia, że nasze imiona są zapisane w niebie. Przyjrzyjmy się trzem znakom, które świadczą o tym, że rzeczywiście zdążamy do nieba.
Pierwszym znakiem jest wiara. Ewangelia mówi nam: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wiczne” (J 3,16). Codziennie wyznawaj wiarę w Jezusa i mów Mu, że chcesz iść za Nim.
Drugim znakiem są owoce. W życiu chrześcijanina objawiają się takie cechy, jak dobroć, cierpliwość, pokora czy łagodność. Św. Paweł nazywa je „owocami Ducha” (por. Ga 5,22-23). Co widzą w tobie inni? Czy są w tobie widoczne owoce Ducha? Oczywiście każdy z nas ma swoje te czy inne braki, ale gdy zdążamy ku niebu, nasze cnoty stopniowo wzrastają, a wady zanikają. Nie musimy być doskonali, wystarczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Ostatnim znakiem jest miłość. Jezus powiedział nam: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Uczył też, że nasi bliźni to nie tylko ci, których lubimy, ale także nasi nieprzyjaciele (Łk 10,25-37; Mt 5,44). Jeśli więc staramy się troszczyć o biednych, przebaczać tym, którzy nas zranili,
i życzliwie odnosić się do wszystkich ludzi, jest to kolejnym znakiem, że jesteśmy na dobrej drodze.
Jezus pragnie, byśmy wszyscy znaleźli się z Nim w niebie. Dlatego oddał za nas życie; dlatego zesłał nam swego Ducha. Naprawdę służymy miłującemu, dobremu Bogu!
„Panie Jezu, moim największym pragnieniem jest być razem z Tobą
w niebie”.
Iz 66,10-14c
Ps 66,1-7.16.20
Ga 6,14-18

Wtorek, 5 lipca
Mt 9,32-38
Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. (Mt 9,38)
Uważaj, o co się modlisz, bo może się okazać, że to ty sam staniesz się odpowiedzią na modlitwę! W następnym wersecie po dzisiejszym fragmencie Ewangelii Mateusza Jezus powołuje spośród swoich uczniów Dwunastu, aby posłać ich na swoje żniwo. Modlitwa o robotników została wysłuchana niemal natychmiast po tym, jak Jezus ją wypowiedział!
Modlitwa wstawiennicza jest bardzo ważną formą modlitwy, pamiętajmy jednak o tym, że wszelka modlitwa bierze początek od Jezusa, a nie od nas. Kiedy sami znajdujemy się w potrzebie, kiedy poruszają nas problemy świata, Kościoła, Ojczyzny czy naszej rodziny, możemy być pewni, że są już one troską serca Jezusa. To On otwiera nam oczy na te problemy i budzi w naszych sercach pragnienie modlitwy.
Czasami bardzo dokładnie wiemy, o co się modlić: „Panie, uzdrów ją z ciężkiej choroby. Spraw, by do tych głodujących dzieci dotarła pomoc. Daj mi siłę do podjęcia dobrej decyzji”. Kiedy indziej nie potrafimy skonkretyzować swojej intencji – czujemy jedynie, że coś jest nie tak i potrzebne jest jakieś działanie z naszej strony. W takiej sytuacji najlepiej jest po prostu złożyć ją
w Bożych dłoniach i prosić, by Bóg uczynił to, co uzna za słuszne.
Modlitwa wstawiennicza jest przepiękną, choć bynajmniej nie jedyną formą współpracy z Panem żniwa. Modląc się za innych, pytajmy także: „Panie, czy jest coś, co chcesz, abym ja dla nich uczynił?”.
Jezus chce, abyśmy przedstawiali Mu potrzeby innych, byśmy nie byli skoncentrowani jedynie na sobie, lecz dostrzegali coś więcej niż tylko czubek własnego nosa. Wtedy nasze serca staną się podobne do Jego serca. Zależy Mu też jednak – a może jeszcze bardziej – na tym, byśmy sami zakasali rękawy i postarali się pomóc tym, za których się modlimy, ponieważ dokładnie to samo On uczynił dla nas. Nie zawsze jest to łatwe. Często wymaga poświęcenia własnego czasu i energii. Jednak nic nie przynosi takiej satysfakcji jak praca u boku Jezusa, Pana żniwa.
„Jezu, dziękuję Ci za to, że kładziesz mi na sercu potrzeby innych. Pomóż mi też znajdować w sobie odwagę i chęć do działania”.
Oz 8,4-7.11-13
Ps 115,3-10


Niedziela, 10 lipca
Łk 10,25-37
Będziesz miłował (…) swego bliźniego jak siebie samego. (Łk 10,27)
Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz złapałeś grypę lub kiedy zachorował na nią ktoś ci bliski. Byłeś zmuszony przerwać codzienną rutynę, by zająć się kuracją. Przypomnij sobie teraz Samarytanina ze znanej przypowieści. Przypuszczalnie był on nie mniej zajęty niż kapłan i lewita, którzy minęli rannego człowieka leżącego przy drodze. Nie błąkał się bez celu, ale podróżował w konkretnych sprawach.
Jednak w pewnym momencie te ważne sprawy Samarytanina zeszły na dalszy plan. O wiele ważniejsza stała się dla niego potrzeba zatrzymania się obok pobitego człowieka i udzielenia mu pomocy. Ogarnęło go współczucie, które wzięło górę nad wszystkimi uprzednimi planami. W rezultacie ocalił życie tego człowieka.
Niezależnie od tego, kim jesteśmy i gdzie żyjemy, wszyscy musimy zmierzyć się z pytaniem: „Czy moje codzienne sprawy są ważniejsze niż cierpienie, które widzę wokół siebie?”. Nie musisz szczególnie się za nim rozglądać, gdyż wcześniej czy później samo stanie ci na drodze. Może ktoś, kogo znasz, został odarty z ufności i radości. Może czuje się pobity i przytłoczony problemami małżeńskimi czy finansowymi. A może porzucony przez bliskich żyje w samotności i opuszczeniu. Proś Ducha Świętego, by pomógł ci spojrzeć na te osoby tak, jak On na nie patrzy, usłyszeć to, czego nie mówią głośno, oraz znaleźć w sobie tyle współczucia, by zatrzymać się i stać się ich bliźnim.
Kiedy zatrzymujesz się, by otoczyć kogoś troską i podzielić jego ból, jest to nie tylko prostym gestem ludzkiej życzliwości, lecz czymś dużo ważniejszym. Stajesz się wtedy znakiem Chrystusa. To On działa w tej chwili – w twoim sercu i w sercu tej osoby!
W Ewangeliach często czytamy o sytuacjach, w których Jezus reagował współczuciem, widząc ludzi nękanych przez złe duchy, bezradnych, chorych, niewidomych czy udręczonych. Powód nie miał znaczenia – Jezus widział ich cierpienie i działał. Teraz mówi nam wszystkim: „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10,37).
„Duchu Święty, otwórz mi oczy na cierpienie ludzi, których mam wokół siebie. Uczyń w moim sercu miejsce na współczucie i pragnienie przyjścia im z pomocą”.
Pwt 30,10-14
Ps 69,14.17.30-31.36-37
Kol 1,15-20

Poniedziałek, 11 lipca
Św. Benedykta, opata,
patrona Europy
Mt 19,27-29
Poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? (Mt 19,27)
W Starym Testamencie sprawa była prosta – Bóg błogosławi sprawiedliwym i karze niesprawiedliwych już w tym życiu. Jeśli więc komuś dobrze się powodziło, było to znakiem, że podoba się Bogu, jeśli natomiast kogoś spotykały nieszczęścia, to ewidentnie sobie na to zasłużył grzesznym postępowaniem. „Nie widziałem sprawiedliwego w opuszczeniu ani potomstwa jego, by o chleb żebrało” (Ps 37,25) – mówił z przekonaniem psalmista.
Kiedy nadeszło chrześcijaństwo, z różnych powodów ten prosty schemat okazał się całkowicie niewystarczający. Najpierw okazało się, że nagrodą za wierność Jezusowi bywa często nie dobrobyt i beztroskie życie, ale więzienie i męczeństwo. A kiedy prześladowania ustały, zaczęli pojawiać się ludzie, którzy z własnej woli rezygnowali z tego, co dotąd uważano za znak Bożego błogosławieństwa. Nie zakładali rodzin, wyrzekali się rodzinnych majątków i szli na pustynię, by tam żyć w samotności lub w dobrowolnym posłuszeństwie przełożonemu i przyjętej regule. Najwyraźniej nie mieli poczucia, że marnują życie, na odwrót, byli przekonani, że wybierają coś, co da im szczęście.
Jednym z najsłynniejszych z nich był św. Benedykt, którego dziś wspominamy. Papież Benedykt XVI mówił o nim: „Dzieło Świętego, a zwłaszcza jego Reguła, miały wnieść prawdziwy zaczyn duchowy, który odmienił w ciągu stuleci, przekraczając granice jego ojczyzny i jego czasów, oblicze Europy, wzbudzając po upadku jedności politycznej, jaką stworzyło Cesarstwo, nową jedność duchową i kulturową, jedność wiary chrześcijańskiej, podzielanej przez narody kontynentu. Tak narodziła się rzeczywistość, którą nazywamy Europą”.
Czego uczy nas św. Benedykt dziś, gdy coraz częściej mówi się o tym, że Europa staje się postchrześcijańska, że odrywa się od swoich korzeni? Może właśnie tego, że dziś odmienić jej oblicze może nie moralizowanie, nie narzekanie, ale świadectwo ludzi różnych stanów, którzy naprawdę wybrali Boga i odkryli, że On uszczęśliwia. Że jest coś lepszego niż dobrobyt i beztroskie życie skupione na przyjemnościach. Że dla Boga warto nawet coś stracić. Że wiara naprawdę nadaje życiu smak, nawet jeśli po ludzku nie jest ono pasmem sukcesów. Że ten, kto idzie za Bogiem, rzeczywiście coś otrzymuje – i w tym, i w przyszłym życiu.
Prośmy dziś o wiarę, która pozwoli i nam – na miarę powołania, jakie Bóg nam daje – wnosić duchowy zaczyn
w nasze środowiska. O wiarę, która już nie pyta, co za nią otrzymamy, bo wie, czym jest obecność Boga w życiu.
„Duchu Święty, przyjdź i naucz mnie znajdować radość w Bogu. Spraw, aby moje życie było pożyteczne dla innych
i stawało się dla nich świadectwem”.
Prz 2,1-9
Ps 34,2-4.6.9.12.14-15

Niedziela, 17 lipca
Kol 1,24-28
Chrystus pośród was – nadzieja chwały. (Kol 1,27)
Te pięć słów św. Pawła można odczytać w trzech różnych kluczach. Istotą jego przesłania jest słowo „Chrystus”. Słodycz tego przesłania mieści się w słowach: „Chrystus pośród was”.
Z kolei w słowach „nadzieja chwały” kryje się wizja, jaką to przesłanie niesie.
Kiedy rozmyślamy o Jezusie, wcześniej czy później „docieramy” pod Jego krzyż. Ilekroć uczestniczymy we Mszy świętej, wspominamy Jego ofiarę złożoną za nas i odkupienie, które wówczas się dokonało. Wszelkie tytuły nadawane przez nas Jezusowi – Przyjaciel, Pan, Brat, Oblubieniec, Kapłan, Prorok, Król – podkreślają Jego ofiarną miłość, którą objawił na krzyżu.
„Chrystus pośród was” to wspaniała obietnica Ewangelii. To Chrystus, który nas prowadzi, nami kieruje, i napełnia nas swoją obecnością. Paweł mówi o tym, wzywając nas do przemieniania się „przez odnawianie umysłu” (Rz 12,2). Celem Chrystusa jest przemiana naszego myślenia i postępowania. Z im większym przekonaniem powtarzamy Jezusowi: „Daję Ci wolność działania we mnie”, im bardziej się na Niego otwieramy, tym mocniej będziemy doświadczać w sobie działania Jego łaski i coraz bardziej się do Niego upodabniać.
W jakimś momencie każdy stanie w obliczu śmierci. Choć dla większości z nas będzie to trudne czy nawet przerażające doświadczenie, jesteśmy wezwani do trwania w wierze. Jezus obiecał nam chwalebne ciała oraz życie wśród przemienionych braci w odnowionym świecie. Podczas Ostatniej Wieczerzy modlił się słowami: „I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno” (J 17,22). On przyszedł i zamieszkał wśród nas po to, by napełnić nas swoją łaską i przemienić swoją chwałą.
Idąc więc dziś na Mszę świętą, rozważ w sercu te pięć słów św. Pawła. Chrystus, który oddał za ciebie życie na krzyżu, żyje w tobie. Jest w twoim sercu, gotów napełniać cię swoją miłością i przemieniać łaską. A to Jego działanie w tobie ma jeden zasadniczy cel – doprowadzić cię do chwały nieba.
„Jezu, ukaż mi swoją chwałę i pomóż mi złożyć w Tobie całą moją nadzieję”.
Rdz 18-1-10a
Ps 15,1-5
Łk 10,38-42

Sobota, 23 lipca
Św. Brygidy, zakonnicy,
patronki Europy
Ga 2,19-20
Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego. (Ga 2,20)
Jerzy z Joanną wrócili z wizyty u świeżo nawróconych znajomych, którzy dzielili się przeżyciami z wakacyjnych rekolekcji, opowiadali o wspólnej modlitwie i radości, jaką daje im częste uczestnictwo w Eucharystii. „Ja tego nie rozumiem – mówił zbulwersowany Jerzy. –To już nie wystarczy, że chodzę co niedziela do kościoła, spowiadam się przed świętami i odmawiam wieczorem pacierz? Mam gdzieś jeździć, modlić się nie wiadomo ile? Przecież ja mam rodzinę! Czy nie wystarczy po prostu uczciwie żyć? Czy oni chcą z nas wszystkich zrobić zakonników?”.
Oczywiście duchowość człowieka świeckiego jest inna niż zakonnika czy księdza, nie znaczy to jednak, że nie jest dla niego dostępna bliska, osobista relacja z Bogiem. Wręcz przeciwnie, każdy z nas jest do niej zaproszony, gdyż jest nam ona bardzo potrzebna. Jeśli powołaniem ludzi świeckich jest kształtowanie świata – swojej rodziny, swojego otoczenia, kraju – po myśli Bożej, to trudno sobie wyobrazić, że możemy to robić bez bliskiego kontaktu z Bogiem. Grozi nam wtedy, że będziemy już nie tyle ludźmi świeckimi, ile ześwieczczonymi – zachowującymi jeszcze chrześcijańskie tradycje, ale niekierującymi się w życiu Ewangelią.
Przykładem świętej, która potrafiła doskonale pogodzić w sobie „życie w ciele” i „życie wiary w Syna Bożego”, jest św. Brygida Szwedzka. Była żoną, matką ośmiorga dzieci, ochmistrzynią – czyli kimś w rodzaju dyrektora administracyjnego – na królewskim dworze, zjeździła całą Europę, pielgrzymując po sanktuariach. Kiedy po śmierci męża założyła Zakon Najświętszego Zbawiciela (siostry brygidki), już jako zakonnica prowadziła ożywioną działalność polityczną, napominając możnych – na przykład zakon krzyżacki za politykę prowadzoną wobec Polski – czy próbując nakłonić kolejnych papieży do powrotu z Awinionu do Rzymu. Przy tym wszystkim była mistyczką, kobietą głębokiego życia duchowego, mistrzynią modlitwy.
Oczywiście nikt z nas nie jest św. Brygidą. Ale każdy z nas może podjąć decyzję, czy pozwoli Bogu wejść w swoje codzienne życie, czy woli trzymać się od Niego na bezpieczną odległość. Ta podstawowa decyzja będzie przekładać się na inne, bardziej błahe. Czy spędzę kolejną godzinę przed telewizorem lub komputerem, czy też znajdę czas na dłuższą modlitwę? Czy podejmę decyzję sam, czy poproszę Ducha Świętego o światło? Czy zatroszczę się przede wszystkim o swój komfort, czy usłużę innym? Bóg, który powołał nas do konkretnego stanu życia, nie chce pozostawać w nim na marginesie, ale prowadzić nas do pełni życia i szczęścia.
„Ojcze, wejdź w moje życie. Oddaję Ci je takie, jakim ono jest, a Ty spraw, by stało się ono życiem wiary w Syna Bożego”.
Ps 34,2-11
J 15,1-8


MAGAZYN:
Chodź, chodź, proszę!
Św. Leopold i jego posługa miłosierdzia
w konfesjonale

Ośmioletni Bogdan Mandić klęczał żałośnie na środku kościoła parafialnego w Herceg Novi. Po przeskrobaniu czegoś, co w jego oczach było zaledwie drobną winą, został zbesztany przez swoją siostrę. Na domiar złego siostra zaciągnęła go do proboszcza, który kazał mu klęczeć za pokutę. To właśnie wtedy chłopiec postanowił, że kiedy dorośnie, zostanie zakonnikiem – a konkretnie spowiednikiem – ale takim, który będzie traktował grzeszników z dobrocią i miłosierdziem.
Bogdan rzeczywiście wstąpił do zakonu kapucynów i przyjął imię Leopold. Większość swego życia spędził w maleńkim pomieszczeniu w Padwie, gdzie po dwanaście godzin dziennie słuchał spowiedzi. Jego oddanie posłudze pojednania skłoniło papieża Franciszka do wybrania tego praktycznie nieznanego świętego na patrona Roku Miłosierdzia, obok takich znakomitości, jak św. Jan Paweł II czy bł. Teresa z Kalkuty. Oprócz tego w lutym Papież zarządził, by ciało św. Leopolda – siedemdziesiąt cztery lata po jego śmierci wciąż nietknięte rozkładem – zostało wystawione w Rzymie.
Kiedy niemal przypadkiem odwiedziłam celę Leopolda w Padwie (podczas II wojny światowej klasztor kapucynów został całkowicie zniszczony, ocalała z niego jedynie cela-konfesjonał o. Leopolda), miałam wrażenie, że wciąż panuje tam atmosfera konfesjonału. Jednak prawdziwego wstrząsu doznałam w pokoju obok, gdzie przechowywane są dary i wota dziękczynne ludzi, którzy zwrócili się o pomoc do Leopolda, i wierzą, że dzięki jego wstawiennictwu zostali uzdrowieni. Byłam coraz bardziej zaciekawiona, kim był ten człowiek.

ŻYCIE NA POZÓR
JEDNOSTAJNE
Przyglądając się życiu Mandicia, uświadomiłam sobie, że nie da się zbyt wiele o nim powiedzieć. Niewiele podróżował. Nie założył nowego zakonu ani nie dokonywał spektakularnych cudów. Nawet nie napisał książki! Uderzyło mnie natomiast jego głębokie zrozumienie sakramentu pojednania i twórcze, a zarazem bardzo konsekwentne podejście do Bożego miłosierdzia. Nic dziwnego, że zwrócił na siebie uwagę dwóch największych współczesnych papieży.
Leopold Mandić urodził się w 1866 roku na wybrzeżu Adriatyku, w dzisiejszej Czarnogórze. Był najmłodszym z dwanaściorga dzieci katolickiej rodziny narodowości chorwackiej. Rodzice, Piotr i Karolina, byli właścicielami niewielkiej floty rybackiej. Na chrzcie dano mu imię Bogdan, co znaczy „dany przez Boga”. Od najmłodszych lat zmagał się z dolegliwościami zdrowotnymi, które zahamowały jego wzrost, tak że będąc już dorosłym mężczyzną, liczył sobie zaledwie 135 cm. Cierpiał też na artretyzm, przez co chodził powoli, kołysząc się na boki, a wada wymowy znacząco utrudniała mu głośne czytanie. Jednak braki zdrowotne nadrabiał pracowitością i modlitwą. W wieku lat szesnastu był już przygotowany do wstąpienia do seminarium, a mając lat dwadzieścia cztery przyjął świecenia kapłańskie.
Przełożeni Mandicia szybko przeznaczyli go do posługi, która stała się treścią jego życia – słuchania spowiedzi. Podczas kanonizacji św. Leopolda w 1983 roku papież Jan Paweł II podkreślił wagę tego powołania słowami: „Jego życie toczyło się jednostajnie (…) otrzymał przydział do klasztoru w Padwie”. Tam spędził niemal pięćdziesiąt lat, słuchając grzeszników, którzy zrzucali z siebie swoje ciężary.

KOJĄCY SPOWIEDNIK
W ciągu dnia korytarz prowadzący do celi o. Leopolda był zwykle oblężony. Ludzie wszystkich stanów zjeżdżali się do niego z całych Włoch, aby wyznać swoje grzechy. Dla Leopolda każdy z nich był niepowtarzalny; każdy też wymagał uwagi i taktu z jego strony. Główną zasadą Leopolda jako spowiednika była ufność w Boże miłosierdzie. Wierzył, że nie ma takiego grzechu, którego Bóg nie mógłby przebaczyć, a swoim zadaniem uczynił przekazywanie tego przesłania grzesznikom.
Nawet po spędzeniu długich godzin w konfesjonale był ciągle dostępny dla ludzi. Pewien lekarz, który często odwiedzał Leopolda wieczorem, gdy ten miał już za sobą wiele godzin nużącej posługi, wspominał: „Ani razu nie powiedział, bym przyszedł następnego dnia, ani razu nie okazał zmęczenia”. Wręcz przeciwnie, Leopold witał każdego przychodzącego do spowiedzi radosnym uśmiechem. Starał się też często nawiązywać przyjaźń ze swoimi penitentami, wiedząc, że od przyjaciela można przyjąć wszystko, także okazjonalne upomnienie.
Serdeczne usposobienie Leopolda rozbroiło pewnego zdenerwowanego człowieka, który przybył z dalekich stron, aby się z nim zobaczyć. Mężczyzna z bijącym sercem stał z boku, bojąc się podejść do konfesjonału. Leopold otworzył drzwi i na jego widok zawołał: „Ty, który tam stoisz! Chodź, chodź, proszę!”. Mężczyzna podszedł i przedstawił się słowami: „Ojcze, jestem niegodziwym człowiekiem”. „Tutaj już nie. Ty i ja jesteśmy braćmi i staniemy się bardzo dobrymi przyjaciółmi” – odparł Leopold. Wysłuchał długiej spowiedzi, wtrącając od czasu do czasu życzliwe słowo. Na koniec, zamiast łez wstydu, w oczach mężczyzny zajaśniały łzy radości.

„ZRZUĆ WSZYSTKO
NA MOJE BARKI”
Współbracia Leopolda zarzucali mu czasem, że jest zbyt łagodny. Odpowiadał, że jeśli tak jest, to pierwszym, który łatwo rozgrzesza, był sam Jezus, umierający na krzyżu za nasze grzechy. Pytał, jaki sens ma dodatkowe upokarzanie dusz, które przychodzą do spowiedzi. „Czy nie są już dość upokorzone?”. „Czy Jezus upokorzył celnika, cudzołożnicę, Marię Magdalenę?”
Z tych samych powodów Leopold nigdy nie zadawał ciężkich pokut. Jeśli widział potrzebę poważnego zadośćuczynienia za grzech, proponował, że część pokuty weźmie na siebie. Gdy ludzie niepokoili się wielkością swoich grzechów, dodawał im odwagi: „Nie martw się, zrzuć wszystko na moje barki. Ja się tym zajmę”. „Zajmowanie się” oznaczało w tym wypadku dodatkowe nocne modlitwy.
Pomimo życzliwego stosunku do grzeszników w rzadkich przypadkach, gdy penitenci nie chcieli wyrzec się grzesznych nawyków, potrafił odmówić im rozgrzeszenia. Uważał, że to także jest miłosierdzie.

WŁASNA DROGA
DO ŚWIĘTOŚCI
Chociaż sława Leopolda jako spowiednika rozeszła się po całych Włoszech, posługa ta wcale nie była dla niego bezproblemowa. Samotnik z natury, zmuszony był codziennie spędzać długie godziny na rozmowach z ludźmi. Braciom w klasztorze dawała się we znaki jego drażliwość i nerwowość. W konfesjonale wyprowadzali go z równowagi penitenci, którzy próbowali usprawiedliwiać swoje grzechy. Boleśnie przeżywał swoje różnorakie dolegliwości fizyczne. Gdy sądził, że ktoś patrzy na niego z przesadną litością, zdecydowanie oponował. Były jednak upokorzenia, przeciwko którym nie mógł protestować, na przykład ze względu na wadę wymowy w klasztorze pomijano go przy czytaniu liturgii godzin oraz głoszeniu kazań.
Rozwiązania tych problemów Leopold szukał w relacji z Bogiem, o którym mówił, że jest On zarówno lekarzem, jak i lekarstwem. Dzięki tej bliskiej więzi nauczył się przyjmować swój los i wielkodusznie przebaczać doznawane przykrości.

ZMODYFIKOWANE MARZENIE
Ze względu na pełnione obowiązki Leopold musiał ponownie przemyśleć swoje wielkie marzenie, by wyruszyć jako misjonarz do Europy Wschodniej. Pragnienie to towarzyszyło mu od najmłodszych lat, przeżywanych w miejscu będącym mieszanką kultur i religii. Myśl o zjednoczeniu pomiędzy katolikami a prawosławnymi nie opuszczała go jeszcze długo po tym, gdy stało się jasne, że przełożeni zatrzymają go w Padwie. Zamiast jednak wyrzec się swojego marzenia, Leopold postanowił je tylko zmodyfikować.
Zakonnik ofiarował więc swoją posługę spowiednika w Padwie za pojednanie Kościoła prawosławnego z Rzymem. Kilkakrotnie zapisał w swoim dzienniku: „Każdy, kto poprosi mnie o posługę, będzie moim Wschodem”. Chociaż nie doprowadził do pojednania na tak wielką skalę, poświęcił życie jednaniu poszczególnych ludzi z Bogiem w intencji jedności chrześcijan. Dlatego też Leopold uważany jest za prekursora ekumenizmu i orędownika wszystkich, którzy pracują na rzecz zjednoczenia chrześcijan.

POKORNE POWOŁANIE
Być może nieoczekiwanie odkryjesz, że masz coś wspólnego ze św. Leopoldem. Był człowiekiem, który sypiał zaledwie po pięć godzin dziennie i większość czasu spędzał w jednym pomieszczeniu. Żył z niespełnionymi marzeniami o podróżach po świecie i głoszeniu kazań. Odnalazł swoje powołanie w wysłuchiwaniu ludzkich bied i przekazywaniu Bożego przebaczenia. Niektórzy mogliby to nazwać monotonią, ale Leopold uważał to za wielki przywilej.
Leopold Mandić był wspaniałym darem dla Kościoła. Jego zdolność do ukazywania innym Bożego miłosierdzia jest dziś natchnieniem dla wielu spowiedników. Jego determinacja, by stać się narzędziem Boga pomimo ograniczeń fizycznych, to wielka lekcja pokory. Jest on jednym z nas i przypomina wszystkim chrześcijanom, że można odkrywać wolę Bożą w pełnieniu najskromniejszych zadań. Dla mnie stał się również bliskim przyjacielem, do którego mogę się zwrócić w każdej potrzebie. Porozmawiaj z nim i ty i przekonaj się sam; jego drzwi są zawsze otwarte. ▐

NASZA ANKIETA:

Skarby od Boga

Słowa Matki Teresy z Kalkuty: „Nie ma takiej osoby, która nie mogłaby podzielić się czymś z innymi”, skłoniły mnie do zaprezentowania mojego świadectwa.
Od ponad 2O lat wspólnie z mężem tworzymy rodzinę adopcyjną dla dwójki, obecnie już dorosłych, dzieci. Utworzyliśmy ją jako ludzie młodzi, bez doświadczenia rodzicielskiego. Nasze informacje o powierzonych nam dzieciach były znikome. W latach 80. nie było systemu wsparcia dla tego typu rodzin, nie ukończyliśmy też żadnego szkolenia. Do wszystkiego więc dochodziliśmy sami, kierując się przede wszystkim sercem. Dziś po latach mogę powiedzieć, że udało nam się dobrze wywiązać z powierzonej przez sąd roli – wychowaliśmy dwoje dzieci na porządnych i odpowiedzialnych młodych ludzi. Udało nam się, bo od samego początku fundamentem naszego domowego ogniska była miłość. Z pewnością ważnym czynnikiem, mającym wpływ na powodzenie bądź porażkę w procesie wychowania powierzonych dzieci, jest atmosfera domu rodzinnego – tego, w którym sami wzrośliśmy, i tego, który tworzymy. Jeśli dorastaliśmy w klimacie ciepła, szacunku, serdeczności i wzajemnej życzliwości, to potem już w dorosłym życiu przenosimy go do naszych rodzin.
Zapytano autora Małego Księcia: „Skąd jesteś?”. Odpowiedź brzmiała: „Jestem ze swego dzieciństwa”. Gdy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam bawić się w dom. Miałam mnóstwo zabawek. Mój ulubiony miś był bardzo duży, dostałam go na Boże Narodzenie i pamiętam, że w Nowy Rok ojciec nadał mu uroczyście imię Fifek. Fifusia uważałam za swojego synka, całymi dniami woziłam go w lalkowym wózku, a wieczorem śpiewałam mu kołysanki. Miałam radosne dzieciństwo. Wychowałam się w pełnej rodzinie, miałam rodzeństwo i wspaniałych rodziców. W latach 60. mama prenumerowała magazyn mody Burdę, z której szyła mnie i moim siostrom sukienki. Pamiętam, że aby sprawić mi radość, wycinała ze starych numerów magazynu ilustracje
z niemowlętami i na moją prośbę przyklejała na ścianie obok mojego łóżeczka.
To tylko niektóre obrazy z mojego dzieciństwa. Podobny szczęśliwy dom starałam się wspólnie z mężem stworzyć naszym przysposobionym dzieciom.
Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam naszą córeczkę. Pielęgniarka przyniosła nam ją
w szarym kraciastym kocyku. Do dziś pamiętam jej duże piwne oczka patrzące na świat. Była taka maleńka, zupełnie jak laleczka. Istny cud. Przytulałam, całowałam i usypiałam w ramionach powierzone memu serce niemowlę. Podając butelkę ze smoczkiem, karmiłam z taką samą miłością jak matki podające pierś. A może nawet większą? Tak bardzo cieszyłam się, że mam upragnioną córeczkę, że jestem mamą.
Początkowo Moniczka spała w wiklinowym koszyku na kółkach zrobionym przez babcię. Potem nad jej przyozdobionym białym tiulem łóżeczkiem powiesiłam obrazek z Dzieciątkiem Jezus. Zawsze była blisko mnie. Byliśmy tacy szczęśliwi! Monika stała się najcenniejszym skarbem, który przybył do nas prosto od Boga.
Zwykło się sądzić, że skoro niemowlę nie mówi, to jest „głupiutkie” i nic nie rozumie. Nic bardziej mylnego. Jestem przekonana, że nasza Dzidzia z chwilą, gdy zamieszkała z nami, odczuła, że w jej życiu coś się odmieniło. Miły dotyk, ciepłe serdeczne słowo, sucha pieluszka i butelka pełna mleka dawały poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy dziecko jest jeszcze w brzuchu mamy, już słyszy, zapamiętuje i przeżywa. Nie napiszę, co mogły przeżywać moje dzieci w okresie prenatalnym i zaraz po urodzeniu. Nie napiszę również, dlaczego doświadczyły utraty rodziców biologicznych – największej straty, jaką dziecko może ponieść. Są to przykre i bolesne sprawy.
Staś czekał na nas w Domu Małego Dziecka. Był blady i bardzo smutny, nikt go nie odwiedzał. Mało jadł i dużo płakał. Gdy spojrzałam w jego smutne niebieskie oczy – wtulił się we mnie. „Dzień dobry, synku” – szepnęłam mu do uszka i zaprowadziłam do stojącego w progu męża i roześmianej Moniki, która bardzo pragnęła mieć rodzeństwo, a miała wówczas już 10 lat.
Staś pojawił się w naszej rodzinie pierwszego dnia wiosny. Miał niespełna dwa lata. Pamiętam, że Monika bardzo chciała wyjść na podwórko ze swoim bratem. Ja natomiast obawiałam się reakcji dzieci na nowego towarzysza zabaw. Chciałam chronić Monikę przed zranieniem. Ponieważ jednak bardzo nalegała, zgodziłam się w końcu.
Okazało się, że moje obawy były płonne. Po jakimś czasie Monika wróciła z podwórka z roześmianą buzią i zawołała: „Mamusiu! Wszystkim dzieciom bardzo podobał się Staś. Trochę tylko dzieci się dziwiły, że jest taki duży. Ale nie martw się, powiedziałam, że ty urodziłaś takie duże dziecko”. Ucałowałam Monikę, ucałowałam Stasia i pomyślałam, jak czasem prosty i nieskomplikowany jest otaczający nas świat w oczach dziesięciolatka.
Ukochaną zabawką Moniki był śnieżnobiały miś Puszek, a Stasia – skrzat Kulfon. Misia Puszka podarowała Moniczce w dniu chrztu moja siostra. Towarzyszył on jej przez całe dzieciństwo, pamiętam, jak z nim zasypiała, jak urwała mu języczek, jak poczęstowała go urodzinowym tortem, a potem wykąpała w wannie. Te piękne chwile zatrzymałam nie tylko na zdjęciach, ale przede wszystkim w sercu i pamięci. Tego samego misia ponownie podarowałam Monice w dniu jej ślubu. Córka była bardzo wzruszona, gdy ujrzała wśród prezentów ukochaną zabawkę swojego dzieciństwa. Potem przez jakiś czas Puszkiem bawiły się Moniki dzieci: Alicja i Wojtuś. Któregoś razu zapytałam córkę o misia, a ona uśmiechnęła się i odpowiedziała, że gdy zauważyła, że maluchy próbują misiowi „zbadać oczy”– schowała tę pamiątkę swojego dzieciństwa wysoko na półce.
Kulfona, skrzata z długim czerwonym nosem, podarowała Stasiowi moja przyjaciółka, która przez wiele lat prowadziła rodzinny dom dziecka w Kętrzynie. Kulfon był niezastąpiony w utulaniu syna do snu, wyjeżdżał z nim na wakacje, siedział w poczekalni do lekarza, pomagał przetrwać pierwsze dni w przedszkolu. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby się gdzieś zawieruszył. Dziś, z mocno sfilcowaną brodą, wisi na ścianie wśród fotografii naszych dzieci i wnuków.
Mogłabym jeszcze długo opisywać obraz rodzinnej atmosfery w naszym domu, ale chciałam tylko zasygnalizować pewien jej aspekt. Wiem, że powodzenie adopcji zależy od bardzo wielu czynników. Zdaję sobie również sprawę, jak złożone jest funkcjonowanie tego typu rodzin. Chciałam jednak podkreślić, jak wielką rolę w procesie wychowania przysposobionych dzieci odgrywa osobowość przybranych rodziców, ciepłe, życzliwe nastawienie do otaczającego świata, które w sposób szczególny wnosi do domu matka.
Warto przed podjęciem odważnej decyzji o adopcji zdać sobie sprawę, że więzy, które łączą rodzinę adopcyjną, chociaż nie są więzami krwi, powinny być więzami miłości. Każdy z nas, jak to pięknie określił Luciano de Crescenzo, jest aniołem, który ma tylko jedno skrzydło. Jeżeli chcemy wzbić się ponad ziemię, musimy wziąć się w objęcia.
Kandydaci na rodziców adopcyjnych często obawiają się, czy pokochają powierzone dziecko jak własne. Odpowiem słowami Wandy Półtawskiej: „Każde dziecko można pokochać jak własne. Każde – zarówno to urodzone, jak i przybrane – może nas zaskoczyć sobą. Jest inne, niż się spodziewamy czy pragniemy. Każde jednak zasługuje na tę samą akceptację i miłość”. Ja moje iskierki radości pokochałam nad życie.
Drodzy rodzice adopcyjni, opiekunowie powierzonych dzieci – nie zamartwiajcie się na wyrost tym, jak powierzone wam dziecko zostanie przyjęte przez wasze otoczenie: rodzinę, sąsiadów, znajomych. Trzeba wierzyć, że ludzie są dobrzy. Może tylko czasem zbyt egoistyczni – gdy po pięciu latach od adopcji Moniki złożyliśmy prośbę o przysposobienie kolejnego dziecka (list napisała również Monisia), spotkałam się z uwagami: Po co wam kolejne dziecko? Przecież macie już jedno, nie ryzykujcie.
A ja tak bardzo pragnęłam mieć więcej dzieci! Gdyby nie kłopoty zdrowotne, to po adopcji Stasia z równą miłością wychowałabym i trzecie, bo jak pisał św. Jan Paweł II: „Nie może i nie powinno być dzieci porzuconych. Ani dzieci bez rodziny. Ani dzieci ulicy”.
Aleksandra

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 7 (275) 2016



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO LIPCOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Lipcowy numer „Słowa wśród nas” nosi tytuł „Miłujmy się wzajemnie” i jest poświęcony Światowym Dniom Młodzieży, które odbędą się w ostatnich dniach lipca w Krakowie, dokąd na zaproszenie papieża Franciszka przybędą młodzi z całego świata. W artykułach przeczytać można o przesłaniu papieża do młodzieży a także o tym, jak wygląda świat postrzegany przez młodych, czym różni się ich myślenie i jak można do nich dotrzeć.
Tak jak w każdym numerze polecamy „Medytacje na każdy dzień” do jednego z czytań mszalnych.
W Magazynie znajduje się artykuł o niepozornym kapucynie, niezwykłym spowiedniku – św. Leopoldzie Mandiću, a także dwa świadectwa: nawróconego ateisty i matki adoptowanych dzieci, ponadto krzyżówka biblijna i kalendarz.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Miłujmy się wzajemnie
Przesłanie papieża Franciszka do młodzieży.............. 4


Chcę uwierzyć
Co młodzi ludzie myślą o wierze?............................ 11


Wejść do ich świata
Przezwyciężyć konflikt pokoleń............................... 16


MEDYTACJE


NA KAŻDY DZIEŃ
od 1 do 31 lipca ............................. 21


MAGAZYN


Chodź, chodź, proszę!
Św. Leopold i jego posługa miłosierdzia
w konfesjonale – Federica Paparelli-Thistle............................. 49


Bóg, który wzywa i kocha
Ateista dotknięty łaską Bożą – Niru De Silva ............................. 54


Skarby od Bogaodpowiedź na ankietę
„Bóg żyje i działa” ............................. 58


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień ...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

List:

Drodzy Bracia i Siostry!

Kiedy św. Jan Paweł II w 1985 roku zainicjował Światowe Dni Młodzieży, przyświecał mu jeden nadrzędny cel: zachęcić młodych ludzi do przybliżenia się do Jezusa. Aby do nich dotrzeć, Papież wykorzystywał podczas tych spotkań swoje liczne dary – talent aktorski, dar opowiadania, poczucie humoru; było tam wiele muzyki, wspólnych śpiewów, dialogowania z młodzieżą i wspólnej modlitwy. Czuł, że jeśli wkraczający w dorosłe życie ludzie doświadczą obecności Boga, skłoni ich to do szukania prawdy stojącej za tym doświadczeniem. Dlatego określił Światowe Dni Młodzieży jako „czas pełen mocy, w którym młodzi ludzie z całego świata będą mogli spotkać Chrystusa”.
Z całą pewnością pragnienie Jana Pawła II zostało wypełnione. Udało mu się stworzyć porywającą atmosferę, która pomaga młodym ludziom z całego świata doświadczyć Jezusa i pogłębić swoją wiarę. Pozostawił bogatą spuściznę duchową, którą wiernie przejęli papież Benedykt XVI i papież Franciszek.
Jak popularne są Światowe Dni Młodzieży? Niezwykle popularne! Podczas spotkania w 1995 roku w Manili na Filipinach we Mszy świętej kończącej uczestniczyło pięć milionów osób. Było to wówczas największe zgromadzenie religijne w historii ludzkości. (Rekord ten został pobity w 2015 roku, kiedy to Msza święta celebrowana przez papieża Franciszka – również w Manili – zgromadziła sześć milionów ludzi).
Celebrując w tym miesiącu Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, papież Franciszek – idąc za przykładem Jana Pawła II – będzie próbował dotrzeć do młodych poprzez muzykę, opowiadanie historii i słowa miłości.
Podobnie jak jego poprzednicy Franciszek zna swoich słuchaczy. Wie, że wielu z nich wyrosło w mentalności postmodernistycznej, a co za tym idzie, bardziej ceni sobie doświadczenie niż teorię, opowiadanie historii niż wykłady. Wie, że dzielenie się własnym świadectwem i tworzenie środowiska, które pomaga młodym ludziom doświadczyć Bożej miłości, to najlepsza droga, by pomóc im dojść do Pana.
Jeśli więc masz w rodzinie młodzież, obserwuj z uwagą papieża Franciszka. Patrz, w jaki sposób dociera on do młodych i jak oni na to reagują. A potem zastanów się, co z jego postawy możesz przyjąć i wcielić w życie w swojej własnej rodzinie.
Z myślą o Światowych Dniach Młodzieży postanowiliśmy przyjrzeć się w tym numerze wpływom postmodernizmu na postrzeganie świata przez nasze dzieci. Przyjrzymy się niektórym głównym cechom mentalności postmodernistycznej i zastanowimy się, jakie strategie mogą nam pomóc w budowaniu relacji z myślącymi w ten sposób młodymi ludźmi.
Światowe Dni Młodzieży będą trwały od 25 do 31 lipca. Niech więc początek miesiąca stanie się dla nas czasem modlitwy za papieża Franciszka, który przygotowuje się do tego wydarzenia. Prośmy Ducha Świętego, aby dał mu właściwe słowa, właściwe gesty i właściwą postawę, które pozwolą mu dotrzeć do serc młodych ludzi. Módlmy się też za wszystkich podróżujących do Krakowa na spotkanie z Papieżem. Oby wszyscy spotkali tam Jezusa!
Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato


ARTYKUŁY:

Miłujmy się wzajemniewzajemnie

Przesłanie papieża Franciszka
do młodzieży

Już za kilka tygodni wydarzy się coś niezwykłego. Prawie dwa miliony młodzieży z całego świata uda się do Polski, aby spotkać się ze starszym człowiekiem z Ameryki Południowej. Nie będzie to koncert sławnej gwiazdy rocka ani pokazowy mecz z udziałem jakiejś legendy sportu. Powód ich przyjazdu jest o wiele ważniejszy – i świętszy. Chcą przeżywać Światowe Dni Młodzieży razem z papieżem Franciszkiem.
Zapoczątkowane w 1985 roku przez papieża Jana Pawła II, Światowe Dni Młodzieży odbywają się co dwa – trzy lata, za każdym razem w innym miejscu. Pomimo tak długiej przerwy pomiędzy kolejnymi spotkaniami, a także niewygód oraz kosztów podróży i zakwaterowania, Światowe Dni Młodzieży wciąż przyciągają miliony młodzieży.
Aby zaznaczyć wagę tego wydarzenia, postanowiliśmy poświęcić ten numer naszego pisma przesłaniu papieża Franciszka do młodzieży. Chcemy poruszyć niektóre z wyzwań, przed którymi stają młodzi ludzie, oraz ukazać, w jaki sposób starsi katolicy mogą budować relacje z młodymi w Kościele. Chcemy wreszcie złączyć się w modlitwie
z wszystkimi naszymi braćmi i siostrami, którzy proszą Pana o owoce tegorocznych Dni Młodzieży. Oby serca wielu młodych ludzi, którzy zgromadzą się na modlitwie z Ojcem Świętym, zostały poruszone przez Ducha Świętego!

WEZWANIE DO MIŁOSIERDZIA
Żeby zrozumieć podstawowy priorytet papieża Franciszka, nie trzeba mieć za sobą studiów teologicznych. Nieustannie głosi on – nie tylko Kościołowi, ale i całemu światu – jedno podstawowe przesłanie, a jest to przesłanie miłosierdzia. Praktycznie w każdej homilii, przemówieniu czy liście zachęca nas do otwarcia serc na Boże miłosierdzie oraz do traktowania z podobnym miłosierdziem siebie nawzajem – a zwłaszcza ubogich i cierpiących.
W swoim pierwszym orędziu wielkanocnym do miasta Rzymu i całego świata (Urbi et Orbi), wygłoszonym zaledwie kilka dni po swoim wyborze, Franciszek powiedział: „Pozwólmy, by odnowiło nas miłosierdzie Boga, pozwólmy, aby Jezus nas kochał, pozwólmy, by moc Jego miłości przemieniła także nasze życie. I stańmy się narzędziami tego miłosierdzia” (Urbi et Orbi, 31 marca 2013). A w jednej z homilii wygłoszonych niedawno w domu św. Marty podkreślił: „Bóg chce ci przebaczyć, ale nie może, jeśli twoje serce jest zamknięte i miłosierdzie nie ma do niego dostępu”.
Papieskie wezwanie do miłosierdzia nie ogranicza się jedynie do słów. Franciszek sam staje się wzorem miłosierdzia. Dzieląc posiłek z bezdomnymi, myjąc nogi więźniom i wybierając skromne mieszkanie, czyni swoją codzienność żywą homilią na temat poszanowania godności drugiego człowieka oraz błogosławieństwa, jakie płynie z życia w prostocie, miłości i ludzkiej solidarności. Nie jest więc zaskoczeniem, że wybranym przez Papieża hasłem Światowych Dni Młodzieży są słowa: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”!

DOŚWIADCZENIE MIŁOSIERDZIA
W swoim orędziu na XXXI Światowe Dni Młodzieży papież Franciszek wyjaśnia młodym przygotowującym się do udziału w tym wielkim zgromadzeniu znaczenie tego, że przypada ono właśnie w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. „Kiedy w imię Chrystusa Kościół zwołuje jubileusz – pisze Papież – wszyscy jesteśmy zaproszeni do przeżywania nadzwyczajnego czasu łaski. (…) Miłosierdzie Boga jest bardzo konkretne i wszyscy jesteśmy powołani, aby osobiście go doświadczyć. (…) Na krzyżu możemy dotknąć miłosierdzia Boga i dać się dotknąć Jego miłosierdziu!”
Nie zadowalając się jedynie słowami, Ojciec Święty dzieli się następnie swoim własnym doświadczeniem. Wspomina przełomowy moment swojego życia, kiedy jako nastolatek, idąc na spotkanie z przyjaciółmi, postanowił po drodze wstąpić na chwilę do kościoła. W kościele poznał kapłana, który wywarł na nim ogromne wrażenie. „To spotkanie zmieniło moje życie!” – napisał. „Zapragnąłem otworzyć swoje serce w sakramencie spowiedzi. (…) Miałem pewność, że w osobie tego kapłana Bóg czekał na mnie, zanim jeszcze zrobiłem pierwszy krok w stronę kościoła”. To jedno „przypadkowe” spotkanie stało się dla papieża Franciszka początkiem jego misji i powołania.
Łaska, która skłoniła Franciszka do wejścia przed laty do tamtego kościoła, jest także dziś dostępna dla nas wszystkich. Bóg nieustannie daje nam okazje do spotkania ze sobą. Wciąż szuka nowych, twórczych sposobów, by dotknąć naszego życia i przyciągnąć nas do siebie. Szuka nas zawsze, także wtedy, gdy my Jego nie szukamy, a kiedy tylko zwrócimy się do Niego, jest gotów nas przyjąć. Otwiera dla nas ramiona i ogarnia nas swoją miłością. A gdy przychodzimy do Niego, by wyznać swoje winy, nie potępia nas, lecz obmywa z grzechu i oczyszcza nasze sumienia. „Jakże pięknie jest znaleźć w sakramencie pojednania miłosierne ramiona Ojca, dać się dotknąć tej miłosiernej miłości Pana, który zawsze nam przebacza!” – pisze Ojciec Święty.

BYĆ NARZĘDZIAMI MIŁOSIERDZIA
Te „miłosierne ramiona Ojca” mają moc przemienić nasze życie. Mają moc wprowadzić nas w „Bożą logikę daru, logikę miłości darmowej”, a także „uczynić nas zdolnymi do kochania tak jak On: bez miary”. Zobacz, jak reaguje niemowlę, gdy matka z uśmiechem patrzy mu w oczy. Jego oczy rozjaśniają się, ręce wyciągają w stronę matczynej twarzy, całe aż skacze z radości. Potrafi nawet wybuchnąć śmiechem. Doświadczając miłości matki, napełnione nią dziecko próbuje w dostępny dla siebie sposób wyrazić swoją miłość do niej.
Wyobraź też sobie starszą pacjentkę w szpitalu, którą nieoczekiwanie odwiedza bliska przyjaciółka. Kiedy tak siedzą, zaśmiewając się z opowiadanych przez przyjaciółkę historii, ciśnienie krwi pacjentki spada, oddech staje się lżejszy, a puls równomierny. Miłość doświadczona w tym spotkaniu zmniejszyła lęk i niepokój pacjentki. Upewniła ją, że jest kochana, doceniana, ważna dla kogoś. Wcześniej była niecierpliwa w stosunku do pielęgniarek i często wpadała w złość, jednak po tej wizycie złagodniała i stała się bardziej skłonna do współpracy. Miłość okazana jej przez przyjaciółkę uczyniła ją samą bardziej kochającą i życzliwą. Miłość rodzi miłość!
Podobnie gdy doświadczamy miłości Boga, z jednej strony rodzi się w nas potrzeba odwzajemnienia jej, z drugiej nasze serca otwierają się na otaczających nas ludzi, co sprawia, że stajemy się narzędziami Bożego miłosierdzia.

MIŁUJMY SIĘ WZAJEMNIE
Istnieje też inny aspekt „Bożej logiki”, zgodnie z którą miłość rodzi miłość. Wyjaśniając go, papież Franciszek cytuje fragment Pierwszego Listu św. Jana Apostoła: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. (…) Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować” (1 J 4,7.11).
Nie tylko nasze doświadczenie miłości Bożej czyni nas bardziej kochającymi, ale także podejmowany przez nas trud, by bardziej kochać innych, otwiera nas na Bożą miłość. Kiedy wkładamy wysiłek w to, by miłować się nawzajem, łatwiej jest nam dostrzec Jezusa w naszych braciach i siostrach. Czujemy, że przybliżamy się do Pana
i Jego miłości.
Papież odwołuje się tu do przykładu młodego człowieka, bł. Piotra Jerzego Frassatiego (1901 -1925). Znany w całym Turynie ze swojej ofiarnej posługi ubogim i potrzebującym, Frassati powiedział niegdyś: „Jezus odwiedza mnie w Komunii świętej każdego ranka, a ja Mu się za to odwdzięczam w skromniejszy, dostępny mi sposób: odwiedzam Jego biedaków”. Piotr Jerzy nauczył się rozpoznawać Jezusa w ubogich, a to pomagało mu pogłębiać relację z Panem w Komunii świętej.
Piotr Jerzy nie był wyjątkiem. Wielu znanych świętych, jak św. Franciszek z Asyżu, św. Teresa od Dzieciątka Jezus czy św. Brat Albert, odkrywało miłość Boga, otwierając serca na ludzi wokół siebie, zwłaszcza ubogich i opuszczonych. Niech będzie to także i dla nas zachętą do czynienia miłosierdzia. Zwykle odkrywamy, że miłość Boga, działając w głębi naszych serc, przynagla nas do okazywania miłości innym, ale bywa i tak, że Jego miłość przychodzi do nas „od zewnątrz”, gdy odkrywamy Chrystusa troszcząc się o innych.

ODWOŁANIE DO
MŁODZIEŃCZEGO IDEALIZMU
Papież Franciszek rozumie, że młodzi ludzie są zmęczeni podziałami w świecie – zarówno w swoich własnych rodzinach, jak i w skali międzynarodowej. Mają dosyć zajadłych walk ideologicznych w polityce, a nawet w Kościele. Zamiast jednak poruszać te kwestie wprost, postanowił raczej odwołać się do ich młodzieńczego idealizmu i pragnienia zmiany. Wzywając młodych – jak również nas wszystkich – do uznania prymatu miłosierdzia nad sądem, kieruje ich ku Jezusowi, którego miłosierdzie trwa na wieki. Zachęcając, by nie lękali się szukać Pana, zaprasza ich do spotkania z miłością Chrystusa, która rozpali miłość w ich sercach. Takie jest przesłanie, jakie Papież zaniesie do zgromadzonej w Krakowie młodzieży już w tym miesiącu. Oby to błogosławione spotkanie było źródłem wielu łask dla jego uczestników. ▐

Chcę uwierzyć
Co młodzi ludzie myślą o wierze?myślą o wierze?

Według różnych badań procent młodych ludzi, którzy przestali chodzić do kościoła, waha się od 60 do 70. Nie brzmi to optymistycznie. Niektóre z przyczyn podawanych ankieterom mają charakter demograficzny, na przykład znalezienie pracy z dala od domu czy poślubienie osoby niewierzącej, niepraktykującej lub innego wyznania. Jednak dopiero przyczyny, jakie moglibyśmy określić mianem wewnętrznych, rzucają światło na rzeczywiste kwestie nurtujące młodych ludzi.
Niektórzy z nich podawali, że przestali chodzić do kościoła, gdyż parafianie, nie wyłączając proboszcza, stali się zbyt zaangażowani politycznie. Inną istotną przeszkodą dla młodych ludzi było to, co nazywali nieustanną krytyką i odrzuceniem ich kultury. Według jednej z ankiet 25 procent respondentów było przekonanych, że Kościół ma w pogardzie muzykę, filmy i technologie charakterystyczne dla ich pokolenia.
Wreszcie wielu młodych odstrasza fakt, że ich zdaniem pasterze Kościoła nie są dość tolerancyjni wobec ich sposobu życia. Młodzi sprzeciwiają się podporządkowaniu się nauczaniu Kościoła zarówno w dziedzinie moralności, jak i praktyk religijnych. Narzekają, że zamiast uznać „wielość dróg” prowadzących do szczęśliwego życia, Kościół wciąż próbuje narzucić światu swoją własną drogę.
Chociaż wielu członków Kościoła jest zdania, że exodus młodych jest zwyczajną fazą rozwojową, która przejdzie im z wiekiem, badania prowadzą do innego wniosku – wielu z tych, którzy odchodzą, już nie powróci. Oczywiście oceny te niekoniecznie muszą być słuszne. Wskazują one jednak, że jeśli chcemy dotrzeć do młodych ludzi i pomóc im w zachowaniu wiary, musimy spróbować zrozumieć ich sposób myślenia.

MODERNIZM
A POSTMODERNIZM
Wszyscy wiemy, że praktyczną niemożliwością jest zaliczenie wszystkich młodych ludzi do tej samej kategorii. Jest zbyt wiele zmiennych, a sytuacja każdego jest na swój sposób wyjątkowa. Warto jednak przyjrzeć się jednej z różnic w pojmowaniu świata przez starsze i młodsze pokolenie. Podczas gdy starsi reprezentują w większości modernistyczne widzenie rzeczywistości, wielu młodych myśli już bardziej na sposób „postmodernistyczny”.
Przez mniej więcej trzy stulecia, aż po lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX wieku, modernizm był dominującym nurtem myślowym. Zapoczątkowany w okresie renesansu, umocnił się w czasach rewolucji francuskiej, a następnie rewolucji przemysłowej i ery nowoczesnych wynalazków. Modernizm wiąże się ściśle z określeniem „wiek rozumu”. Zasadniczą rolę odgrywają w modernizmie analiza naukowa, prawda absolutna oraz wartość autorytetu. W dziedzinie chrześcijaństwa modernizm podkreśla znaczenie teologii systematycznej, która w sposób metodyczny, krok po kroku, omawia zasady wiary, a także apologetyki, która koncentruje się na wyjaśnianiu i obronie prawd wiary.
Postmodernizm jest pod wieloma względami odrzuceniem poglądów modernistycznych. Zamiast skupiać się na niezmiennych prawdach, postmodernizm koncentruje się na efektach. Bierze rzeczy takimi, jakimi są obecnie. Dlatego ludzie o nastawieniu postmodernistycznym, patrząc na postępujące zniszczenie środowiska naturalnego, na stulecie naznaczone wojnami i konfliktami oraz na nędzę i głód w tak wielu częściach świata, podważają poczucie bezpieczeństwa, jakie wydawał się nieść modernizm. Stawiają pytanie: „Jaką wartość mają niezmienne prawdy, skoro na świecie jest tyle zła i nieszczęść?”.

KRUSZĄCE SIĘ FUNDAMENTY?
Charakterystyczna dla postmodernizmu jest także podejrzliwość w stosunku do tradycyjnych autorytetów. Młodzi ludzie wychowali się w cieniu szokujących wiadomości o skandalach seksualnych w naszym umiłowanym Kościele i próbach ich tuszowania. Internet wciąż donosi o malwersacjach i skandalach, w które uwikłane są osobistości z pierwszych stron gazet – prezydenci, premierzy i inni przywódcy światowi. Widzą, jak wiele tradycyjnych instytucji czy partii politycznych praktycznie załamuje się pod ciężarem korupcji i nieetycznych praktyk.
Z kolei na poziomie życia osobistego zbyt często okazuje się, że młodzi ludzie muszą liczyć na siebie w większym stopniu niż ich przodkowie – i to od wcześniejszych lat. Rozpad życia rodzinnego i brak oparcia w społeczności lokalnej nie sprzyja poczuciu zakorzenienia i bezpieczeństwa. Nic nie jest stałe ani wiarygodne; nic nie jest całkowicie godne zaufania.
Trudno się więc dziwić, że wielu młodych ludzi doświadcza zagubienia, samotności, pustki i bezsensu. Poczucie braku wsparcia ze strony rodziców, władz i przewodników duchowych prowadzi wielu młodych do sceptycyzmu. Trudniej jest im uwierzyć w coś lub postępować w określony sposób tylko dlatego, że tak wierzyli czy postępowali ich przodkowie. Trudno jest im wypracować własny zbiór poglądów i zasad, a następnie kierować się nimi w życiu.

CHCĘ UWIERZYĆ
Postmodernistyczna mentalność sprawia, że wielu młodych nie odczuwa potrzeby powrotu do podstawowych wartości. Kwestionują prawdę absolutną. Wszystko, łącznie z drogą do Boga, postrzegają jako względne. Moralność nie jest już oparta na Piśmie Świętym, lecz na osobistej interpretacji tego, co jest dobre, a co złe. Podstawową cnotą jest tolerancja. Skoro nie ma jedynej słusznej drogi, naturalną koleją rzeczy jest akceptacja tego, że ludzie mogą mieć różne poglądy. Na przykład seks przedmałżeński jest równie uprawniony jak nauka Kościoła o czystości. Msza niedzielna jest nieobowiązująca, gdyż można być człowiekiem „duchowym” bez chodzenia do kościoła. Skrucha i nawrócenie są zbędne, gdyż pojęcie grzechu praktycznie nie istnieje.
Zamiast więc doceniać wartość Credo i poszczególnych prawd wiary, młodzi ludzie podkreślają wagę osobistego doświadczenia i własnej drogi życia. Nie chcą, by mówiono im, jak mają myśleć i w jaki sposób mają postępować. Cenią sobie natomiast odkrycia dokonywane osobiście na swojej własnej drodze.
W Stanach Zjednoczonych powrócił w tym roku na ekrany popularny serial telewizyjny Z Archiwum X, który ukazuje różnice pomiędzy mentalnością modernistyczną a postmodernistyczną. Kontrast ten uwidoczniony jest przez dwie główne postaci, Danę Scully i Foxa Muldera. Agentka FBI Dana Scully, reprezentująca myślenie modernistyczne, podchodzi do swojej pracy w sposób usystematyzowany. Buduje przede wszystkim na tym, co już wiadomo i co można udowodnić. Myślący w sposób postmodernistyczny agent Fox Mulder nie ufa żadnym autorytetom. Jego zdaniem każdy jest zdolny popełnić zło.

PAPIEŻ POSTMODERNISTA?
Papież Franciszek doskonale zdaje sobie sprawę ze zmiany mentalności z modernistycznej w postmodernistyczną. Przyjeżdżając do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży, będzie mówił do setek tysięcy młodych ludzi o mentalności postmodernistycznej – a także ich słuchał. Na podstawie jego orędzia możemy przewidzieć przynajmniej niektóre z tematów, jakie z nimi poruszy.
Po pierwsze, najprawdopodobniej powtórzy im to, co powiedział pewnemu włoskiemu dziennikarzowi: „Zachęcajmy ludzi, by dążyli do tego, co uważają za dobro”. Zamiast instruować ich, w co powinni wierzyć, uszanuje ich pragnienie dobra w przekonaniu, że każde poszukiwanie dobra ostatecznie prowadzi do Boga. Oczywiście zasugeruje im również, że ostatecznym dobrem jest Jezus, ale nie będzie próbował wtłoczyć im Go na siłę. Zachęci ich do stawiania pytań i wyrażania wątpliwości, aby mogli podjąć dialog z tymi członkami Kościoła, którzy szczerze próbują zrozumieć ich punkt widzenia.
Po drugie, jest także prawdopodobne, że Papież podzieli się z młodzieżą swoim własnym doświadczeniem Jezusa z czasów, gdy był młodym człowiekiem, oraz zachęci ich, by zaprosili Jezusa do swojej życiowej wędrówki.
Po trzecie, z pewnością odwoła się do ich młodzieńczego idealizmu. Będzie mówił o ubóstwie, o samotności
i braku miłosierdzia w świecie. Zachęci ich do pełnienia uczynków miłosierdzia, dzięki którym ten świat będzie mógł stać się lepszym miejscem – ponieważ w takim świecie będą mogli spotkać Jezusa. Zachętę do aktywnego zmieniania świata na lepszy papież Franciszek wyraził przecież słowami: „Idźcie i róbcie raban”.

DOŚWIADCZENIE, NIE TEORIA
Mówienie młodym, co mają robić i jak myśleć, może być do pewnego stopnia skuteczne. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy osoba, która to mówi, jest gotowa także słuchać, i to słuchać tych, którzy myślą inaczej. Ważna jest świadomość tego, że młodzi ludzie pragną zrozumieć Boga, ale reagują o wiele lepiej na dzielenie się własnym doświadczeniem, szczery dialog i świadectwo wspólnoty niż na wykłady z apologetyki i teologii dogmatycznej. Pragną słuchać relacji o drodze wiary i doświadczeniu Boga przez innych ludzi, a nie zestawu opisujących Go twierdzeń.
Wszystko to prowadzi do wniosku, że rodzice i duszpasterze, którzy rozumieją, co myślą, czym się kierują ich dzieci, będą mieli o wiele większą szansę dotarcia do nich i budowania ich wiary. ▐

 


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:
Piątek, 1 lipca
Mt 9,9-13
Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?
(Mt 9,11)
Nikomu z nas podatki nie kojarzą się dobrze. Nie jest to jednak jedyny powód, dla którego w czasach Jezusa poborcy podatkowi byli powszechnie znienawidzeni. Aby to lepiej zrozumieć, posłużmy się przykładem z nowszej historii.
Kiedy po II wojnie światowej zostały wyzwolone okupowane przez hitlerowców miasta, wielu cywilów zaczęło atakować – niekiedy bardzo gwałtownie – tych, których podejrzewano o kolaborację z wrogiem. Ludzie ci byli napiętnowani i odrzucani przez lokalne społeczności.
Każda społeczność reaguje na zdradę rozgoryczeniem i gniewem. Także starożytny Izrael nie był wyjątkiem. Poborcy podatkowi, zwani też celnikami, byli kolaborantami ciągnącymi zyski z rzymskiej okupacji swojego kraju.
Podatki, które zbierali, przeznaczone były na finansowanie tej okupacji i ciemiężenie świętego ludu Bożego. Co więcej, celnicy często wykorzystywali poparcie władz do oszukiwania swoich rodaków i wymuszania od nich nadwyżek na swój osobisty użytek. Nic dziwnego, że ich nienawidzono!
To właśnie z takimi ludźmi zadawał się Jezus. Nie był to przypadek. Jezus nie zachowywał wymaganego przez normy społeczne dystansu wobec znienawidzonych celników. Z własnej inicjatywy zwrócił się do siedzącego w komorze celnej Mateusza, a następnie zasiadł w jego domu do stołu w towarzystwie innych celników, bo uważał, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9,12).
Takie jest miłosierdzie Jezusa! Widząc ludzi pogardzanych, odrzuconych przez społeczeństwo, nie tylko traktował ich z miłością, ale także dopuszczał do współpracy ze sobą. Nie szukał zemsty, szukał przyjaciół. Nie siadał z nimi do stołu dopiero wtedy, gdy się nawrócili i odmienili swoje życie, ale gdy byli jeszcze grzesznikami.
Zatrzymaj się nad tym przez chwilę na modlitwie. W trwającym wciąż Roku Miłosierdzia daj się zaskoczyć i zachwycić głębią miłosierdzia Bożego. Uwierz, że miłość, jaką Jezus miał do celników – miłość, która zawsze okazuje się silniejsza od nienawiści – jest tą samą miłością, którą kocha On ciebie.
„Panie, jak przedziwna jest Twoja miłość! Dziękuję Ci za to, że mnie szukasz i zapraszasz do swojego stołu”.
Am 8,4-6.9-12
Ps 119,2.10.20.30.40.131

Niedziela, 3 lipca
Łk 10,1-12.17-20
Cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie. (Łk 10,20)
Spróbujmy przez chwilę cieszyć się tym wszystkim, co Bóg nam daje. Żyjemy w pięknym świecie, który On stworzył. Zostaliśmy zbawieni dzięki temu, że On nie zawahał się posłać do nas swego Syna. Otrzymaliśmy w darze Eucharystię i Ducha Świętego, który pociąga nas do Boga i umacnia naszą wiarę. A dziś Jezus zaprasza nas, byśmy żyli z Nim przez całą wieczność, i zapewnia, że nasze imiona są zapisane w niebie. Przyjrzyjmy się trzem znakom, które świadczą o tym, że rzeczywiście zdążamy do nieba.
Pierwszym znakiem jest wiara. Ewangelia mówi nam: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wiczne” (J 3,16). Codziennie wyznawaj wiarę w Jezusa i mów Mu, że chcesz iść za Nim.
Drugim znakiem są owoce. W życiu chrześcijanina objawiają się takie cechy, jak dobroć, cierpliwość, pokora czy łagodność. Św. Paweł nazywa je „owocami Ducha” (por. Ga 5,22-23). Co widzą w tobie inni? Czy są w tobie widoczne owoce Ducha? Oczywiście każdy z nas ma swoje te czy inne braki, ale gdy zdążamy ku niebu, nasze cnoty stopniowo wzrastają, a wady zanikają. Nie musimy być doskonali, wystarczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Ostatnim znakiem jest miłość. Jezus powiedział nam: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Uczył też, że nasi bliźni to nie tylko ci, których lubimy, ale także nasi nieprzyjaciele (Łk 10,25-37; Mt 5,44). Jeśli więc staramy się troszczyć o biednych, przebaczać tym, którzy nas zranili,
i życzliwie odnosić się do wszystkich ludzi, jest to kolejnym znakiem, że jesteśmy na dobrej drodze.
Jezus pragnie, byśmy wszyscy znaleźli się z Nim w niebie. Dlatego oddał za nas życie; dlatego zesłał nam swego Ducha. Naprawdę służymy miłującemu, dobremu Bogu!
„Panie Jezu, moim największym pragnieniem jest być razem z Tobą
w niebie”.
Iz 66,10-14c
Ps 66,1-7.16.20
Ga 6,14-18

Wtorek, 5 lipca
Mt 9,32-38
Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. (Mt 9,38)
Uważaj, o co się modlisz, bo może się okazać, że to ty sam staniesz się odpowiedzią na modlitwę! W następnym wersecie po dzisiejszym fragmencie Ewangelii Mateusza Jezus powołuje spośród swoich uczniów Dwunastu, aby posłać ich na swoje żniwo. Modlitwa o robotników została wysłuchana niemal natychmiast po tym, jak Jezus ją wypowiedział!
Modlitwa wstawiennicza jest bardzo ważną formą modlitwy, pamiętajmy jednak o tym, że wszelka modlitwa bierze początek od Jezusa, a nie od nas. Kiedy sami znajdujemy się w potrzebie, kiedy poruszają nas problemy świata, Kościoła, Ojczyzny czy naszej rodziny, możemy być pewni, że są już one troską serca Jezusa. To On otwiera nam oczy na te problemy i budzi w naszych sercach pragnienie modlitwy.
Czasami bardzo dokładnie wiemy, o co się modlić: „Panie, uzdrów ją z ciężkiej choroby. Spraw, by do tych głodujących dzieci dotarła pomoc. Daj mi siłę do podjęcia dobrej decyzji”. Kiedy indziej nie potrafimy skonkretyzować swojej intencji – czujemy jedynie, że coś jest nie tak i potrzebne jest jakieś działanie z naszej strony. W takiej sytuacji najlepiej jest po prostu złożyć ją
w Bożych dłoniach i prosić, by Bóg uczynił to, co uzna za słuszne.
Modlitwa wstawiennicza jest przepiękną, choć bynajmniej nie jedyną formą współpracy z Panem żniwa. Modląc się za innych, pytajmy także: „Panie, czy jest coś, co chcesz, abym ja dla nich uczynił?”.
Jezus chce, abyśmy przedstawiali Mu potrzeby innych, byśmy nie byli skoncentrowani jedynie na sobie, lecz dostrzegali coś więcej niż tylko czubek własnego nosa. Wtedy nasze serca staną się podobne do Jego serca. Zależy Mu też jednak – a może jeszcze bardziej – na tym, byśmy sami zakasali rękawy i postarali się pomóc tym, za których się modlimy, ponieważ dokładnie to samo On uczynił dla nas. Nie zawsze jest to łatwe. Często wymaga poświęcenia własnego czasu i energii. Jednak nic nie przynosi takiej satysfakcji jak praca u boku Jezusa, Pana żniwa.
„Jezu, dziękuję Ci za to, że kładziesz mi na sercu potrzeby innych. Pomóż mi też znajdować w sobie odwagę i chęć do działania”.
Oz 8,4-7.11-13
Ps 115,3-10


Niedziela, 10 lipca
Łk 10,25-37
Będziesz miłował (…) swego bliźniego jak siebie samego. (Łk 10,27)
Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz złapałeś grypę lub kiedy zachorował na nią ktoś ci bliski. Byłeś zmuszony przerwać codzienną rutynę, by zająć się kuracją. Przypomnij sobie teraz Samarytanina ze znanej przypowieści. Przypuszczalnie był on nie mniej zajęty niż kapłan i lewita, którzy minęli rannego człowieka leżącego przy drodze. Nie błąkał się bez celu, ale podróżował w konkretnych sprawach.
Jednak w pewnym momencie te ważne sprawy Samarytanina zeszły na dalszy plan. O wiele ważniejsza stała się dla niego potrzeba zatrzymania się obok pobitego człowieka i udzielenia mu pomocy. Ogarnęło go współczucie, które wzięło górę nad wszystkimi uprzednimi planami. W rezultacie ocalił życie tego człowieka.
Niezależnie od tego, kim jesteśmy i gdzie żyjemy, wszyscy musimy zmierzyć się z pytaniem: „Czy moje codzienne sprawy są ważniejsze niż cierpienie, które widzę wokół siebie?”. Nie musisz szczególnie się za nim rozglądać, gdyż wcześniej czy później samo stanie ci na drodze. Może ktoś, kogo znasz, został odarty z ufności i radości. Może czuje się pobity i przytłoczony problemami małżeńskimi czy finansowymi. A może porzucony przez bliskich żyje w samotności i opuszczeniu. Proś Ducha Świętego, by pomógł ci spojrzeć na te osoby tak, jak On na nie patrzy, usłyszeć to, czego nie mówią głośno, oraz znaleźć w sobie tyle współczucia, by zatrzymać się i stać się ich bliźnim.
Kiedy zatrzymujesz się, by otoczyć kogoś troską i podzielić jego ból, jest to nie tylko prostym gestem ludzkiej życzliwości, lecz czymś dużo ważniejszym. Stajesz się wtedy znakiem Chrystusa. To On działa w tej chwili – w twoim sercu i w sercu tej osoby!
W Ewangeliach często czytamy o sytuacjach, w których Jezus reagował współczuciem, widząc ludzi nękanych przez złe duchy, bezradnych, chorych, niewidomych czy udręczonych. Powód nie miał znaczenia – Jezus widział ich cierpienie i działał. Teraz mówi nam wszystkim: „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10,37).
„Duchu Święty, otwórz mi oczy na cierpienie ludzi, których mam wokół siebie. Uczyń w moim sercu miejsce na współczucie i pragnienie przyjścia im z pomocą”.
Pwt 30,10-14
Ps 69,14.17.30-31.36-37
Kol 1,15-20

Poniedziałek, 11 lipca
Św. Benedykta, opata,
patrona Europy
Mt 19,27-29
Poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? (Mt 19,27)
W Starym Testamencie sprawa była prosta – Bóg błogosławi sprawiedliwym i karze niesprawiedliwych już w tym życiu. Jeśli więc komuś dobrze się powodziło, było to znakiem, że podoba się Bogu, jeśli natomiast kogoś spotykały nieszczęścia, to ewidentnie sobie na to zasłużył grzesznym postępowaniem. „Nie widziałem sprawiedliwego w opuszczeniu ani potomstwa jego, by o chleb żebrało” (Ps 37,25) – mówił z przekonaniem psalmista.
Kiedy nadeszło chrześcijaństwo, z różnych powodów ten prosty schemat okazał się całkowicie niewystarczający. Najpierw okazało się, że nagrodą za wierność Jezusowi bywa często nie dobrobyt i beztroskie życie, ale więzienie i męczeństwo. A kiedy prześladowania ustały, zaczęli pojawiać się ludzie, którzy z własnej woli rezygnowali z tego, co dotąd uważano za znak Bożego błogosławieństwa. Nie zakładali rodzin, wyrzekali się rodzinnych majątków i szli na pustynię, by tam żyć w samotności lub w dobrowolnym posłuszeństwie przełożonemu i przyjętej regule. Najwyraźniej nie mieli poczucia, że marnują życie, na odwrót, byli przekonani, że wybierają coś, co da im szczęście.
Jednym z najsłynniejszych z nich był św. Benedykt, którego dziś wspominamy. Papież Benedykt XVI mówił o nim: „Dzieło Świętego, a zwłaszcza jego Reguła, miały wnieść prawdziwy zaczyn duchowy, który odmienił w ciągu stuleci, przekraczając granice jego ojczyzny i jego czasów, oblicze Europy, wzbudzając po upadku jedności politycznej, jaką stworzyło Cesarstwo, nową jedność duchową i kulturową, jedność wiary chrześcijańskiej, podzielanej przez narody kontynentu. Tak narodziła się rzeczywistość, którą nazywamy Europą”.
Czego uczy nas św. Benedykt dziś, gdy coraz częściej mówi się o tym, że Europa staje się postchrześcijańska, że odrywa się od swoich korzeni? Może właśnie tego, że dziś odmienić jej oblicze może nie moralizowanie, nie narzekanie, ale świadectwo ludzi różnych stanów, którzy naprawdę wybrali Boga i odkryli, że On uszczęśliwia. Że jest coś lepszego niż dobrobyt i beztroskie życie skupione na przyjemnościach. Że dla Boga warto nawet coś stracić. Że wiara naprawdę nadaje życiu smak, nawet jeśli po ludzku nie jest ono pasmem sukcesów. Że ten, kto idzie za Bogiem, rzeczywiście coś otrzymuje – i w tym, i w przyszłym życiu.
Prośmy dziś o wiarę, która pozwoli i nam – na miarę powołania, jakie Bóg nam daje – wnosić duchowy zaczyn
w nasze środowiska. O wiarę, która już nie pyta, co za nią otrzymamy, bo wie, czym jest obecność Boga w życiu.
„Duchu Święty, przyjdź i naucz mnie znajdować radość w Bogu. Spraw, aby moje życie było pożyteczne dla innych
i stawało się dla nich świadectwem”.
Prz 2,1-9
Ps 34,2-4.6.9.12.14-15

Niedziela, 17 lipca
Kol 1,24-28
Chrystus pośród was – nadzieja chwały. (Kol 1,27)
Te pięć słów św. Pawła można odczytać w trzech różnych kluczach. Istotą jego przesłania jest słowo „Chrystus”. Słodycz tego przesłania mieści się w słowach: „Chrystus pośród was”.
Z kolei w słowach „nadzieja chwały” kryje się wizja, jaką to przesłanie niesie.
Kiedy rozmyślamy o Jezusie, wcześniej czy później „docieramy” pod Jego krzyż. Ilekroć uczestniczymy we Mszy świętej, wspominamy Jego ofiarę złożoną za nas i odkupienie, które wówczas się dokonało. Wszelkie tytuły nadawane przez nas Jezusowi – Przyjaciel, Pan, Brat, Oblubieniec, Kapłan, Prorok, Król – podkreślają Jego ofiarną miłość, którą objawił na krzyżu.
„Chrystus pośród was” to wspaniała obietnica Ewangelii. To Chrystus, który nas prowadzi, nami kieruje, i napełnia nas swoją obecnością. Paweł mówi o tym, wzywając nas do przemieniania się „przez odnawianie umysłu” (Rz 12,2). Celem Chrystusa jest przemiana naszego myślenia i postępowania. Z im większym przekonaniem powtarzamy Jezusowi: „Daję Ci wolność działania we mnie”, im bardziej się na Niego otwieramy, tym mocniej będziemy doświadczać w sobie działania Jego łaski i coraz bardziej się do Niego upodabniać.
W jakimś momencie każdy stanie w obliczu śmierci. Choć dla większości z nas będzie to trudne czy nawet przerażające doświadczenie, jesteśmy wezwani do trwania w wierze. Jezus obiecał nam chwalebne ciała oraz życie wśród przemienionych braci w odnowionym świecie. Podczas Ostatniej Wieczerzy modlił się słowami: „I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno” (J 17,22). On przyszedł i zamieszkał wśród nas po to, by napełnić nas swoją łaską i przemienić swoją chwałą.
Idąc więc dziś na Mszę świętą, rozważ w sercu te pięć słów św. Pawła. Chrystus, który oddał za ciebie życie na krzyżu, żyje w tobie. Jest w twoim sercu, gotów napełniać cię swoją miłością i przemieniać łaską. A to Jego działanie w tobie ma jeden zasadniczy cel – doprowadzić cię do chwały nieba.
„Jezu, ukaż mi swoją chwałę i pomóż mi złożyć w Tobie całą moją nadzieję”.
Rdz 18-1-10a
Ps 15,1-5
Łk 10,38-42

Sobota, 23 lipca
Św. Brygidy, zakonnicy,
patronki Europy
Ga 2,19-20
Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego. (Ga 2,20)
Jerzy z Joanną wrócili z wizyty u świeżo nawróconych znajomych, którzy dzielili się przeżyciami z wakacyjnych rekolekcji, opowiadali o wspólnej modlitwie i radości, jaką daje im częste uczestnictwo w Eucharystii. „Ja tego nie rozumiem – mówił zbulwersowany Jerzy. –To już nie wystarczy, że chodzę co niedziela do kościoła, spowiadam się przed świętami i odmawiam wieczorem pacierz? Mam gdzieś jeździć, modlić się nie wiadomo ile? Przecież ja mam rodzinę! Czy nie wystarczy po prostu uczciwie żyć? Czy oni chcą z nas wszystkich zrobić zakonników?”.
Oczywiście duchowość człowieka świeckiego jest inna niż zakonnika czy księdza, nie znaczy to jednak, że nie jest dla niego dostępna bliska, osobista relacja z Bogiem. Wręcz przeciwnie, każdy z nas jest do niej zaproszony, gdyż jest nam ona bardzo potrzebna. Jeśli powołaniem ludzi świeckich jest kształtowanie świata – swojej rodziny, swojego otoczenia, kraju – po myśli Bożej, to trudno sobie wyobrazić, że możemy to robić bez bliskiego kontaktu z Bogiem. Grozi nam wtedy, że będziemy już nie tyle ludźmi świeckimi, ile ześwieczczonymi – zachowującymi jeszcze chrześcijańskie tradycje, ale niekierującymi się w życiu Ewangelią.
Przykładem świętej, która potrafiła doskonale pogodzić w sobie „życie w ciele” i „życie wiary w Syna Bożego”, jest św. Brygida Szwedzka. Była żoną, matką ośmiorga dzieci, ochmistrzynią – czyli kimś w rodzaju dyrektora administracyjnego – na królewskim dworze, zjeździła całą Europę, pielgrzymując po sanktuariach. Kiedy po śmierci męża założyła Zakon Najświętszego Zbawiciela (siostry brygidki), już jako zakonnica prowadziła ożywioną działalność polityczną, napominając możnych – na przykład zakon krzyżacki za politykę prowadzoną wobec Polski – czy próbując nakłonić kolejnych papieży do powrotu z Awinionu do Rzymu. Przy tym wszystkim była mistyczką, kobietą głębokiego życia duchowego, mistrzynią modlitwy.
Oczywiście nikt z nas nie jest św. Brygidą. Ale każdy z nas może podjąć decyzję, czy pozwoli Bogu wejść w swoje codzienne życie, czy woli trzymać się od Niego na bezpieczną odległość. Ta podstawowa decyzja będzie przekładać się na inne, bardziej błahe. Czy spędzę kolejną godzinę przed telewizorem lub komputerem, czy też znajdę czas na dłuższą modlitwę? Czy podejmę decyzję sam, czy poproszę Ducha Świętego o światło? Czy zatroszczę się przede wszystkim o swój komfort, czy usłużę innym? Bóg, który powołał nas do konkretnego stanu życia, nie chce pozostawać w nim na marginesie, ale prowadzić nas do pełni życia i szczęścia.
„Ojcze, wejdź w moje życie. Oddaję Ci je takie, jakim ono jest, a Ty spraw, by stało się ono życiem wiary w Syna Bożego”.
Ps 34,2-11
J 15,1-8


MAGAZYN:
Chodź, chodź, proszę!
Św. Leopold i jego posługa miłosierdzia
w konfesjonale

Ośmioletni Bogdan Mandić klęczał żałośnie na środku kościoła parafialnego w Herceg Novi. Po przeskrobaniu czegoś, co w jego oczach było zaledwie drobną winą, został zbesztany przez swoją siostrę. Na domiar złego siostra zaciągnęła go do proboszcza, który kazał mu klęczeć za pokutę. To właśnie wtedy chłopiec postanowił, że kiedy dorośnie, zostanie zakonnikiem – a konkretnie spowiednikiem – ale takim, który będzie traktował grzeszników z dobrocią i miłosierdziem.
Bogdan rzeczywiście wstąpił do zakonu kapucynów i przyjął imię Leopold. Większość swego życia spędził w maleńkim pomieszczeniu w Padwie, gdzie po dwanaście godzin dziennie słuchał spowiedzi. Jego oddanie posłudze pojednania skłoniło papieża Franciszka do wybrania tego praktycznie nieznanego świętego na patrona Roku Miłosierdzia, obok takich znakomitości, jak św. Jan Paweł II czy bł. Teresa z Kalkuty. Oprócz tego w lutym Papież zarządził, by ciało św. Leopolda – siedemdziesiąt cztery lata po jego śmierci wciąż nietknięte rozkładem – zostało wystawione w Rzymie.
Kiedy niemal przypadkiem odwiedziłam celę Leopolda w Padwie (podczas II wojny światowej klasztor kapucynów został całkowicie zniszczony, ocalała z niego jedynie cela-konfesjonał o. Leopolda), miałam wrażenie, że wciąż panuje tam atmosfera konfesjonału. Jednak prawdziwego wstrząsu doznałam w pokoju obok, gdzie przechowywane są dary i wota dziękczynne ludzi, którzy zwrócili się o pomoc do Leopolda, i wierzą, że dzięki jego wstawiennictwu zostali uzdrowieni. Byłam coraz bardziej zaciekawiona, kim był ten człowiek.

ŻYCIE NA POZÓR
JEDNOSTAJNE
Przyglądając się życiu Mandicia, uświadomiłam sobie, że nie da się zbyt wiele o nim powiedzieć. Niewiele podróżował. Nie założył nowego zakonu ani nie dokonywał spektakularnych cudów. Nawet nie napisał książki! Uderzyło mnie natomiast jego głębokie zrozumienie sakramentu pojednania i twórcze, a zarazem bardzo konsekwentne podejście do Bożego miłosierdzia. Nic dziwnego, że zwrócił na siebie uwagę dwóch największych współczesnych papieży.
Leopold Mandić urodził się w 1866 roku na wybrzeżu Adriatyku, w dzisiejszej Czarnogórze. Był najmłodszym z dwanaściorga dzieci katolickiej rodziny narodowości chorwackiej. Rodzice, Piotr i Karolina, byli właścicielami niewielkiej floty rybackiej. Na chrzcie dano mu imię Bogdan, co znaczy „dany przez Boga”. Od najmłodszych lat zmagał się z dolegliwościami zdrowotnymi, które zahamowały jego wzrost, tak że będąc już dorosłym mężczyzną, liczył sobie zaledwie 135 cm. Cierpiał też na artretyzm, przez co chodził powoli, kołysząc się na boki, a wada wymowy znacząco utrudniała mu głośne czytanie. Jednak braki zdrowotne nadrabiał pracowitością i modlitwą. W wieku lat szesnastu był już przygotowany do wstąpienia do seminarium, a mając lat dwadzieścia cztery przyjął świecenia kapłańskie.
Przełożeni Mandicia szybko przeznaczyli go do posługi, która stała się treścią jego życia – słuchania spowiedzi. Podczas kanonizacji św. Leopolda w 1983 roku papież Jan Paweł II podkreślił wagę tego powołania słowami: „Jego życie toczyło się jednostajnie (…) otrzymał przydział do klasztoru w Padwie”. Tam spędził niemal pięćdziesiąt lat, słuchając grzeszników, którzy zrzucali z siebie swoje ciężary.

KOJĄCY SPOWIEDNIK
W ciągu dnia korytarz prowadzący do celi o. Leopolda był zwykle oblężony. Ludzie wszystkich stanów zjeżdżali się do niego z całych Włoch, aby wyznać swoje grzechy. Dla Leopolda każdy z nich był niepowtarzalny; każdy też wymagał uwagi i taktu z jego strony. Główną zasadą Leopolda jako spowiednika była ufność w Boże miłosierdzie. Wierzył, że nie ma takiego grzechu, którego Bóg nie mógłby przebaczyć, a swoim zadaniem uczynił przekazywanie tego przesłania grzesznikom.
Nawet po spędzeniu długich godzin w konfesjonale był ciągle dostępny dla ludzi. Pewien lekarz, który często odwiedzał Leopolda wieczorem, gdy ten miał już za sobą wiele godzin nużącej posługi, wspominał: „Ani razu nie powiedział, bym przyszedł następnego dnia, ani razu nie okazał zmęczenia”. Wręcz przeciwnie, Leopold witał każdego przychodzącego do spowiedzi radosnym uśmiechem. Starał się też często nawiązywać przyjaźń ze swoimi penitentami, wiedząc, że od przyjaciela można przyjąć wszystko, także okazjonalne upomnienie.
Serdeczne usposobienie Leopolda rozbroiło pewnego zdenerwowanego człowieka, który przybył z dalekich stron, aby się z nim zobaczyć. Mężczyzna z bijącym sercem stał z boku, bojąc się podejść do konfesjonału. Leopold otworzył drzwi i na jego widok zawołał: „Ty, który tam stoisz! Chodź, chodź, proszę!”. Mężczyzna podszedł i przedstawił się słowami: „Ojcze, jestem niegodziwym człowiekiem”. „Tutaj już nie. Ty i ja jesteśmy braćmi i staniemy się bardzo dobrymi przyjaciółmi” – odparł Leopold. Wysłuchał długiej spowiedzi, wtrącając od czasu do czasu życzliwe słowo. Na koniec, zamiast łez wstydu, w oczach mężczyzny zajaśniały łzy radości.

„ZRZUĆ WSZYSTKO
NA MOJE BARKI”
Współbracia Leopolda zarzucali mu czasem, że jest zbyt łagodny. Odpowiadał, że jeśli tak jest, to pierwszym, który łatwo rozgrzesza, był sam Jezus, umierający na krzyżu za nasze grzechy. Pytał, jaki sens ma dodatkowe upokarzanie dusz, które przychodzą do spowiedzi. „Czy nie są już dość upokorzone?”. „Czy Jezus upokorzył celnika, cudzołożnicę, Marię Magdalenę?”
Z tych samych powodów Leopold nigdy nie zadawał ciężkich pokut. Jeśli widział potrzebę poważnego zadośćuczynienia za grzech, proponował, że część pokuty weźmie na siebie. Gdy ludzie niepokoili się wielkością swoich grzechów, dodawał im odwagi: „Nie martw się, zrzuć wszystko na moje barki. Ja się tym zajmę”. „Zajmowanie się” oznaczało w tym wypadku dodatkowe nocne modlitwy.
Pomimo życzliwego stosunku do grzeszników w rzadkich przypadkach, gdy penitenci nie chcieli wyrzec się grzesznych nawyków, potrafił odmówić im rozgrzeszenia. Uważał, że to także jest miłosierdzie.

WŁASNA DROGA
DO ŚWIĘTOŚCI
Chociaż sława Leopolda jako spowiednika rozeszła się po całych Włoszech, posługa ta wcale nie była dla niego bezproblemowa. Samotnik z natury, zmuszony był codziennie spędzać długie godziny na rozmowach z ludźmi. Braciom w klasztorze dawała się we znaki jego drażliwość i nerwowość. W konfesjonale wyprowadzali go z równowagi penitenci, którzy próbowali usprawiedliwiać swoje grzechy. Boleśnie przeżywał swoje różnorakie dolegliwości fizyczne. Gdy sądził, że ktoś patrzy na niego z przesadną litością, zdecydowanie oponował. Były jednak upokorzenia, przeciwko którym nie mógł protestować, na przykład ze względu na wadę wymowy w klasztorze pomijano go przy czytaniu liturgii godzin oraz głoszeniu kazań.
Rozwiązania tych problemów Leopold szukał w relacji z Bogiem, o którym mówił, że jest On zarówno lekarzem, jak i lekarstwem. Dzięki tej bliskiej więzi nauczył się przyjmować swój los i wielkodusznie przebaczać doznawane przykrości.

ZMODYFIKOWANE MARZENIE
Ze względu na pełnione obowiązki Leopold musiał ponownie przemyśleć swoje wielkie marzenie, by wyruszyć jako misjonarz do Europy Wschodniej. Pragnienie to towarzyszyło mu od najmłodszych lat, przeżywanych w miejscu będącym mieszanką kultur i religii. Myśl o zjednoczeniu pomiędzy katolikami a prawosławnymi nie opuszczała go jeszcze długo po tym, gdy stało się jasne, że przełożeni zatrzymają go w Padwie. Zamiast jednak wyrzec się swojego marzenia, Leopold postanowił je tylko zmodyfikować.
Zakonnik ofiarował więc swoją posługę spowiednika w Padwie za pojednanie Kościoła prawosławnego z Rzymem. Kilkakrotnie zapisał w swoim dzienniku: „Każdy, kto poprosi mnie o posługę, będzie moim Wschodem”. Chociaż nie doprowadził do pojednania na tak wielką skalę, poświęcił życie jednaniu poszczególnych ludzi z Bogiem w intencji jedności chrześcijan. Dlatego też Leopold uważany jest za prekursora ekumenizmu i orędownika wszystkich, którzy pracują na rzecz zjednoczenia chrześcijan.

POKORNE POWOŁANIE
Być może nieoczekiwanie odkryjesz, że masz coś wspólnego ze św. Leopoldem. Był człowiekiem, który sypiał zaledwie po pięć godzin dziennie i większość czasu spędzał w jednym pomieszczeniu. Żył z niespełnionymi marzeniami o podróżach po świecie i głoszeniu kazań. Odnalazł swoje powołanie w wysłuchiwaniu ludzkich bied i przekazywaniu Bożego przebaczenia. Niektórzy mogliby to nazwać monotonią, ale Leopold uważał to za wielki przywilej.
Leopold Mandić był wspaniałym darem dla Kościoła. Jego zdolność do ukazywania innym Bożego miłosierdzia jest dziś natchnieniem dla wielu spowiedników. Jego determinacja, by stać się narzędziem Boga pomimo ograniczeń fizycznych, to wielka lekcja pokory. Jest on jednym z nas i przypomina wszystkim chrześcijanom, że można odkrywać wolę Bożą w pełnieniu najskromniejszych zadań. Dla mnie stał się również bliskim przyjacielem, do którego mogę się zwrócić w każdej potrzebie. Porozmawiaj z nim i ty i przekonaj się sam; jego drzwi są zawsze otwarte. ▐

NASZA ANKIETA:

Skarby od Boga

Słowa Matki Teresy z Kalkuty: „Nie ma takiej osoby, która nie mogłaby podzielić się czymś z innymi”, skłoniły mnie do zaprezentowania mojego świadectwa.
Od ponad 2O lat wspólnie z mężem tworzymy rodzinę adopcyjną dla dwójki, obecnie już dorosłych, dzieci. Utworzyliśmy ją jako ludzie młodzi, bez doświadczenia rodzicielskiego. Nasze informacje o powierzonych nam dzieciach były znikome. W latach 80. nie było systemu wsparcia dla tego typu rodzin, nie ukończyliśmy też żadnego szkolenia. Do wszystkiego więc dochodziliśmy sami, kierując się przede wszystkim sercem. Dziś po latach mogę powiedzieć, że udało nam się dobrze wywiązać z powierzonej przez sąd roli – wychowaliśmy dwoje dzieci na porządnych i odpowiedzialnych młodych ludzi. Udało nam się, bo od samego początku fundamentem naszego domowego ogniska była miłość. Z pewnością ważnym czynnikiem, mającym wpływ na powodzenie bądź porażkę w procesie wychowania powierzonych dzieci, jest atmosfera domu rodzinnego – tego, w którym sami wzrośliśmy, i tego, który tworzymy. Jeśli dorastaliśmy w klimacie ciepła, szacunku, serdeczności i wzajemnej życzliwości, to potem już w dorosłym życiu przenosimy go do naszych rodzin.
Zapytano autora Małego Księcia: „Skąd jesteś?”. Odpowiedź brzmiała: „Jestem ze swego dzieciństwa”. Gdy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam bawić się w dom. Miałam mnóstwo zabawek. Mój ulubiony miś był bardzo duży, dostałam go na Boże Narodzenie i pamiętam, że w Nowy Rok ojciec nadał mu uroczyście imię Fifek. Fifusia uważałam za swojego synka, całymi dniami woziłam go w lalkowym wózku, a wieczorem śpiewałam mu kołysanki. Miałam radosne dzieciństwo. Wychowałam się w pełnej rodzinie, miałam rodzeństwo i wspaniałych rodziców. W latach 60. mama prenumerowała magazyn mody Burdę, z której szyła mnie i moim siostrom sukienki. Pamiętam, że aby sprawić mi radość, wycinała ze starych numerów magazynu ilustracje
z niemowlętami i na moją prośbę przyklejała na ścianie obok mojego łóżeczka.
To tylko niektóre obrazy z mojego dzieciństwa. Podobny szczęśliwy dom starałam się wspólnie z mężem stworzyć naszym przysposobionym dzieciom.
Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam naszą córeczkę. Pielęgniarka przyniosła nam ją
w szarym kraciastym kocyku. Do dziś pamiętam jej duże piwne oczka patrzące na świat. Była taka maleńka, zupełnie jak laleczka. Istny cud. Przytulałam, całowałam i usypiałam w ramionach powierzone memu serce niemowlę. Podając butelkę ze smoczkiem, karmiłam z taką samą miłością jak matki podające pierś. A może nawet większą? Tak bardzo cieszyłam się, że mam upragnioną córeczkę, że jestem mamą.
Początkowo Moniczka spała w wiklinowym koszyku na kółkach zrobionym przez babcię. Potem nad jej przyozdobionym białym tiulem łóżeczkiem powiesiłam obrazek z Dzieciątkiem Jezus. Zawsze była blisko mnie. Byliśmy tacy szczęśliwi! Monika stała się najcenniejszym skarbem, który przybył do nas prosto od Boga.
Zwykło się sądzić, że skoro niemowlę nie mówi, to jest „głupiutkie” i nic nie rozumie. Nic bardziej mylnego. Jestem przekonana, że nasza Dzidzia z chwilą, gdy zamieszkała z nami, odczuła, że w jej życiu coś się odmieniło. Miły dotyk, ciepłe serdeczne słowo, sucha pieluszka i butelka pełna mleka dawały poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy dziecko jest jeszcze w brzuchu mamy, już słyszy, zapamiętuje i przeżywa. Nie napiszę, co mogły przeżywać moje dzieci w okresie prenatalnym i zaraz po urodzeniu. Nie napiszę również, dlaczego doświadczyły utraty rodziców biologicznych – największej straty, jaką dziecko może ponieść. Są to przykre i bolesne sprawy.
Staś czekał na nas w Domu Małego Dziecka. Był blady i bardzo smutny, nikt go nie odwiedzał. Mało jadł i dużo płakał. Gdy spojrzałam w jego smutne niebieskie oczy – wtulił się we mnie. „Dzień dobry, synku” – szepnęłam mu do uszka i zaprowadziłam do stojącego w progu męża i roześmianej Moniki, która bardzo pragnęła mieć rodzeństwo, a miała wówczas już 10 lat.
Staś pojawił się w naszej rodzinie pierwszego dnia wiosny. Miał niespełna dwa lata. Pamiętam, że Monika bardzo chciała wyjść na podwórko ze swoim bratem. Ja natomiast obawiałam się reakcji dzieci na nowego towarzysza zabaw. Chciałam chronić Monikę przed zranieniem. Ponieważ jednak bardzo nalegała, zgodziłam się w końcu.
Okazało się, że moje obawy były płonne. Po jakimś czasie Monika wróciła z podwórka z roześmianą buzią i zawołała: „Mamusiu! Wszystkim dzieciom bardzo podobał się Staś. Trochę tylko dzieci się dziwiły, że jest taki duży. Ale nie martw się, powiedziałam, że ty urodziłaś takie duże dziecko”. Ucałowałam Monikę, ucałowałam Stasia i pomyślałam, jak czasem prosty i nieskomplikowany jest otaczający nas świat w oczach dziesięciolatka.
Ukochaną zabawką Moniki był śnieżnobiały miś Puszek, a Stasia – skrzat Kulfon. Misia Puszka podarowała Moniczce w dniu chrztu moja siostra. Towarzyszył on jej przez całe dzieciństwo, pamiętam, jak z nim zasypiała, jak urwała mu języczek, jak poczęstowała go urodzinowym tortem, a potem wykąpała w wannie. Te piękne chwile zatrzymałam nie tylko na zdjęciach, ale przede wszystkim w sercu i pamięci. Tego samego misia ponownie podarowałam Monice w dniu jej ślubu. Córka była bardzo wzruszona, gdy ujrzała wśród prezentów ukochaną zabawkę swojego dzieciństwa. Potem przez jakiś czas Puszkiem bawiły się Moniki dzieci: Alicja i Wojtuś. Któregoś razu zapytałam córkę o misia, a ona uśmiechnęła się i odpowiedziała, że gdy zauważyła, że maluchy próbują misiowi „zbadać oczy”– schowała tę pamiątkę swojego dzieciństwa wysoko na półce.
Kulfona, skrzata z długim czerwonym nosem, podarowała Stasiowi moja przyjaciółka, która przez wiele lat prowadziła rodzinny dom dziecka w Kętrzynie. Kulfon był niezastąpiony w utulaniu syna do snu, wyjeżdżał z nim na wakacje, siedział w poczekalni do lekarza, pomagał przetrwać pierwsze dni w przedszkolu. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby się gdzieś zawieruszył. Dziś, z mocno sfilcowaną brodą, wisi na ścianie wśród fotografii naszych dzieci i wnuków.
Mogłabym jeszcze długo opisywać obraz rodzinnej atmosfery w naszym domu, ale chciałam tylko zasygnalizować pewien jej aspekt. Wiem, że powodzenie adopcji zależy od bardzo wielu czynników. Zdaję sobie również sprawę, jak złożone jest funkcjonowanie tego typu rodzin. Chciałam jednak podkreślić, jak wielką rolę w procesie wychowania przysposobionych dzieci odgrywa osobowość przybranych rodziców, ciepłe, życzliwe nastawienie do otaczającego świata, które w sposób szczególny wnosi do domu matka.
Warto przed podjęciem odważnej decyzji o adopcji zdać sobie sprawę, że więzy, które łączą rodzinę adopcyjną, chociaż nie są więzami krwi, powinny być więzami miłości. Każdy z nas, jak to pięknie określił Luciano de Crescenzo, jest aniołem, który ma tylko jedno skrzydło. Jeżeli chcemy wzbić się ponad ziemię, musimy wziąć się w objęcia.
Kandydaci na rodziców adopcyjnych często obawiają się, czy pokochają powierzone dziecko jak własne. Odpowiem słowami Wandy Półtawskiej: „Każde dziecko można pokochać jak własne. Każde – zarówno to urodzone, jak i przybrane – może nas zaskoczyć sobą. Jest inne, niż się spodziewamy czy pragniemy. Każde jednak zasługuje na tę samą akceptację i miłość”. Ja moje iskierki radości pokochałam nad życie.
Drodzy rodzice adopcyjni, opiekunowie powierzonych dzieci – nie zamartwiajcie się na wyrost tym, jak powierzone wam dziecko zostanie przyjęte przez wasze otoczenie: rodzinę, sąsiadów, znajomych. Trzeba wierzyć, że ludzie są dobrzy. Może tylko czasem zbyt egoistyczni – gdy po pięciu latach od adopcji Moniki złożyliśmy prośbę o przysposobienie kolejnego dziecka (list napisała również Monisia), spotkałam się z uwagami: Po co wam kolejne dziecko? Przecież macie już jedno, nie ryzykujcie.
A ja tak bardzo pragnęłam mieć więcej dzieci! Gdyby nie kłopoty zdrowotne, to po adopcji Stasia z równą miłością wychowałabym i trzecie, bo jak pisał św. Jan Paweł II: „Nie może i nie powinno być dzieci porzuconych. Ani dzieci bez rodziny. Ani dzieci ulicy”.
Aleksandra

Sklep internetowy Shoper.pl