Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 8 (276) 2016
Słowo wśród nas Nr 8 (276) 2016
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO SIERPNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Sierpniowy numer „Słowa wśród nas” poświęcony jest adoracji Najświętszego Sakramentu. Autorka artykułów, Dorota Szczerba, sięgając do różnych biblijnych obrazów wyjaśnia, co oznacza słowo adoracja, pokazuje, jak można wejść w adoracje i jakie są jej owoce. Zwraca uwagę, że choć trwanie na adoracji może wydawać się trwonieniem czasu, to jest to taki sposób modlitwy, który pozwala wejść w głęboką relację ze Stwórcą.
W Magazynie znajduje się poruszający artykuł o życiu i męczeństwie s. Dorothy Stang, zamordowanej w 2005 roku w Brazylii, a także świadectwo o doznaniu troski Boga w zwyczajnej codzienności.
Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Nasze lektury i krzyżówkę biblijną.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


Zdejmij z nóg sandały
Dlaczego adoracja? – Dorota Szczerba...................... 4


Trwanie w obecności Boga
Jak adorować? – Dorota Szczerba............................ 11


Pan przychodzi
Owoce adoracji – Dorota Szczerba.......................... 18


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZ IEŃ
od 1 do 31 sierpnia.......................... 23


MAGAZYN


Wrażliwa na los ubogich i na wołanie ziemi
Męczeństwo s. Dorothy Stang – Kathryn Elliott.......................... 51


Specjalista od nieruchomości
Warto było czekać na czas wyznaczony przez Boga
– Suzanne Blake.......................... 57


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:
Drodzy Czytelnicy!

„Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą” (Wj 3,5). Tymi słowami Bóg przygotował Mojżesza do spotkania ze sobą. Wezwał człowieka słabego, grzesznego, obarczonego wadami, aby przez niego lud mógł doświadczyć Bożej obecności i mocy. Tak zaczyna się historia wybrania Mojżesza.
Możemy powiedzieć, że w podobny sposób toczy się historia każdego z nas. Bóg bowiem także nas wybrał, wezwał po imieniu i… nakazuje nam „zdejmować sandały z nóg”, kiedy zbliżamy się do Niego, byśmy mogli, tak jak Mojżesz, usłyszeć Jego głos. Cóż oznacza dla nas zdjąć sandały? Znaczy to odrzucić wszystko, co nas rozprasza, co nie pozwala nam stanąć przed Panem – nasze codzienne troski, niepokoje, lęki, stresy. To także doświadczyć, że „miejsce, na którym stoimy”, jest święte, jest uświęcone obecnością Boga. Takim „miejscem” spotkania z Panem jest niewątpliwie adoracja Najświętszego Sakramentu i każda Eucharystia, podczas której na ołtarzu znajduje się Ciało i Krew Pańska.
Realna obecność Chrystusa w Eucharystii jest sercem Kościoła. To ona jest źródłem wszelkich łask, jest jak gorejący krzew, który płonie, ale się nie spala, z którego rozlewa się niewyczerpana miłość Boga. To podczas adoracji eucharystycznej możemy doświadczyć przemieniającej obecności Boga. To wtedy budujemy i pogłębiamy naszą więź z Tym, KTÓRY JEST, z naszym Panem i Stwórcą. Trwanie na adoracji wymaga znalezienia czasu przeznaczonego wyłącznie dla Boga. Wymaga ciszy i skupienia, o co w naszym zabieganym życiu nie jest łatwo.
Warto pamiętać, że kiedy przychodzimy do naszych świątyń, aby adorować Jezusa, który pozostał z nami pod osłoną chleba, jesteśmy wówczas podobni do Mojżesza: tak jak on stajemy bowiem przed gorejącym krzewem Bożej obecności, przed Bożym Majestatem. Gdy adorujemy Jezusa, On przychodzi do nas i objawia nam głębię swojego Imienia, w którym jesteśmy zbawieni. Obdarowuje nas hojnie tym, co jest nam najbardziej potrzebne – swoją miłością i bliskością.
O napisanie artykułów do tego numeru „Słowa wśród nas” poprosiliśmy p. Dorotę Szczerbę, teologa, tłumaczkę i autorkę książek z zakresu duchowości. Ufamy, że ich lektura zachęci nas wszystkich do tego, by spróbować znaleźć czas na adorację Chrystusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie.

ks. Adam Stankiewicz MIC


ARTYKUŁY:

Zdejmij z nóg sandały

Dlaczego adoracja?

Adorować to znaczy dosłownie „upaść” na twarz lub do nóg. Taką postawę przyjmowano w starożytności wobec jakiegoś władcy czy pana. Abraham „padł na oblicze” (Rdz 17,3), gdy Pan mu się ukazał. Głęboki pokłon – podobnie jak pokłon Trzech Króli przed Dzieciątkiem – wyraża najwyższą cześć. „Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz” – śpiewamy w liturgii. Czcimy Najświętszy Sakrament, gdyż w Nim jest ukryty sam Dawca łaski i wszystkich sakramentów. „Przed tą szczególną obecnością Kościół od wieków pochyla się w geście adoracji” – napisał Jan Paweł II w Liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2002.

JEDYNY PAN
Upadając przed Nim, wyrażamy przekonanie, że jest On jedynym Panem. „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Mt 4,11) – odpowiada Chrystus demonowi na pokusę władzy. Św. Paweł stwierdza, że bez pomocy Ducha Świętego nie można powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12,3). Tak samo, bez pomocy Ducha, nie można Go adorować. Adoracja jest modlitwą w Duchu.
Pozostawanie w adoracji w milczeniu wyraża cześć, której nie są w stanie oddać słowa. Słowa są za małe. Trwanie w ciszy pozwala wejść w najbardziej duchowy wymiar modlitwy. Najgłębszy kontakt z Bogiem dokonuje się bez słów, w spotkaniu serc. Patrzenie z czcią na Hostię oczyszcza ludzkiego ducha z tego, co jest w nim skalane czczeniem bożków. Uznanie panowania jedynego Pana oznacza wyrzeczenie się innych bóstw, zerwanie z kłanianiem się pieniądzom, wizerunkowi, karierze, wygodzie, wszelkim formom okultyzmu. Przede wszystkim jednak oznacza zgodę na przebaczenie i pojednanie.
Adoracja wymaga wiary. Bez wiary nie sposób wytrzymać na adoracji nawet pięciu minut. Dlatego też Kościół udziela odpustu cząstkowego wiernemu, który nawiedza Najświętszy Sakrament w celu adoracji. Jeżeli adoracja trwa co najmniej pół godziny, odpust będzie zupełny, pod zwykłymi warunkami. Adoracja daje też wiarę, tworzy klimat, w którym Duch Święty może działać.

GOREJĄCY KRZEW
Decyzja udania się na adorację jest decyzją pójścia w głąb pustyni. Często jest to krok w przeciwnym kierunku niż ten, w którym pcha ciśnienie świata. Wymaga odwrócenia się od jego natarczywości i zgiełku.
Mojżesz zaprowadził pewnego dnia owce, które pasł, w głąb pustyni, do podnóża Bożej góry Horeb na Synaju. Ukazał mu się wtedy Anioł Pański (tak Biblia określa samego Boga) w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Krzew płonął ogniem, ale nie spłonął od niego. Mojżesz podszedł, by przyjrzeć się temu niezwykłemu zjawisku. Gdy był blisko, usłyszał: „«Mojżeszu! Mojżeszu!». On zaś odpowiedział: «Oto jestem». Rzekł mu [Bóg]: «Nie zbliżaj się tu! Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą». Powiedział jeszcze Pan: «Jestem Bogiem ojca twego, Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Mojżesz zasłonił twarz” (Wj 3,4-6).
Pan oznajmił mu, że nie mogąc już dłużej patrzeć na udrękę Izraelitów w Egipcie, postanowił ich wyrwać z niewoli i zaprowadzić do ziemi żyznej i przestronnej, która opływa w mleko i miód. Właśnie Mojżesza posyła do starszych Izraela z tą nowiną, i jemu każe iść do faraona i wyprowadzić lud na wolność. Mojżesz zapytał: „«Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, cóż im mam powiedzieć?». Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: «JESTEM, KTÓRY JESTEM». I dodał: «Tak powiedz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was»” (Wj 3,13-14).
Mojżesz z jednej strony słyszy: „Nie zbliżaj się tu!”, z drugiej jednak, w tym samym zdaniu, słyszy: „Mojżeszu, Mojżeszu!”. Bóg mówi do niego po imieniu. Pierwszy nawiązuje z nim kontakt. Objawia mu siebie: „Jestem Bogiem ojca twego…”. Przedstawia się jako żywa Osoba, która pragnie nawiązać bliską więź.
Najświętszy Sakrament można porównywać do gorejącego krzewu. Z niego Bóg objawia swoje imię: Jestem, który jestem. Jest Bogiem osób, dopiero później całego ludu. Jest Bogiem bliskim dla Izraela, Emmanuelem. Jestem – to znaczy jestem obecny, jestem z tobą, jestem dla ciebie. W Bogu istnienie jest miłością, jest Jego substancją, bytem. W ludziach, jak wiadomo – nie; człowiek może żyć nie kochając.
Cisza przed wystawioną Hostią pozwala usłyszeć wołanie: „Mojżeszu!”. Bóg zwraca się do każdego po imieniu. Trzeba wejść głęboko w ciszę, by móc usłyszeć to wołanie. Bóg zapoczątkowuje dialog: mówi po imieniu i objawia swoje imię. Dokonuje się to w wielkiej ciszy.
W niej można w ułamku sekundy dostrzec, jak krzew płonie i usłyszeć słowa absolutnie wykraczające poza ludzkie poznanie. W Izraelu z szacunku nie wymawiano imienia Jahwe: JA JESTEM, zastępowano je słowem Pan. Wymawiał je jedynie raz w roku, w święto Jom Kippur najwyższy kapłan, wchodząc do oddzielonego zasłoną najświętszego miejsca świątyni, nazywanego Świętym Świętych.

JA JESTEM
Jezus Chrystus wyraźnie odnosi to imię do siebie: „Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście gdy się stanie, uwierzyli, że JA JESTEM” (J 13,19). Gdy Judasz przychodzi z kohortą żołnierzy pojmać Go w Getsemani, Chrystus pyta, kogo szukają. Usłyszawszy, że Jego, odpowiada: JA JESTEM, i wówczas obecni tam Żydzi padają na twarz, słyszą bowiem najświętsze dla siebie słowa. Jeszcze przed męką na prośbę Filipa: „Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”, odpowiada: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,8-10). Adorując Najświętszy Sakrament, wchodzimy do przybytku, do „Świętego Świętych”, i pozwalamy, by Jezus „objawiał nam imię Ojca” (por. J 17,6), wprowadzał na Jego łono.
Msza święta wywodzi się z żydowskiej Paschy, dorocznego święta, w czasie którego Izraelici wspominali cudowne wyjście z niewoli egipskiej i przejście przez Morze Czerwone. Właśnie podczas uczty paschalnej Chrystus ustanowił Eucharystię. Adoracja Najświętszego Sakramentu wprowadza w tę dynamikę – w moc Boga, który wyzwala. Dlatego usłyszawszy, jak On woła po imieniu, poznawszy Jego tajemnicze imię, trzeba pójść dalej i usłyszeć, że On nie może patrzeć na udrękę ludzi i chce ich uwalniać. Chce posyłać tych, którzy doświadczyli Jego miłości, do ich bliźnich z radosną nowiną o Bogu, który „jest miłością” (1 J 4,8).

OBECNOŚĆ
Bóg w Najświętszym Sakramencie jest w sposób niepojęty obecny – cały skierowany ku temu, kto do Niego przychodzi. W kawałku chleba skupia się miłość Ojca, Syna i Ducha Świętego do tego, kto nań patrzy. „Oto moje Ciało za was wydane, oto moja Krew za was wylana” (por. Łk 22,19-20). To nie jest obecność kogoś, kto obserwuje pozostając na zewnątrz, kto ocenia. To jest pełna współczucia obecność Tego, kto „wziął na siebie nasze słabości i leczył nasze choroby” (por. Mt 8,17).
Pismo Święte porównuje miłość Boga do pełnej uwagi i poświęcenia, ale też zachwytu, miłości matki wobec niemowlęcia: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15) „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54,10). Miłość Boga jest w większym stopniu bezinteresowna i bezwarunkowa niż miłość matki. Przypowieści o zagubionej owcy i o synu marnotrawnym wprowadzają pojęcie Boga miłosiernego, który najbardziej kocha największego grzesznika. Chrystus idzie jeszcze dalej, gdy objawia, że utożsamia się z tymi, do których przychodzi. Mówi, odnosząc te słowa do siebie: „Bo byłem głodny, byłem spragniony, byłem nagi, byłem w więzieniu, byłem chory, byłem przybyszem” (por. Mt 25,35-36). To miłość posunięta „do końca” (J 13,1).
W Eucharystii spotykamy najbardziej niepojętą obecność, rzeczywistą obecność. Jan Paweł II nazywa ją „obecnością zbawczą”. Obecność kogoś kto jest nieskończenie inny, a jednocześnie nieskończenie bliski, kto jest wewnątrz, bliższy człowiekowi niż człowiek może być samemu sobie. Jest w jego najtajniejszej głębi jako źródło życia i miłości, jako nowe imię (Ap 2,17). Z jednej strony ado-
rujemy w Eucharystii Boga Najwyższego, z drugiej powoli odkrywamy – przez wiarę – że jest On obecny w naszych sercach. Dlatego nawet gdy zamykamy oczy, nie gubimy Go, nie tracimy z oczu, gdyż wtedy – nieraz jeszcze wyraźniej – możemy Go dostrzec oczami duszy.
Adoracja jest jedyną w swym rodzaju modlitwą obecności. Przychodzimy, gdyż Ktoś na nas czeka. Zostajemy, bo jest tu Ktoś, kto pragnie, byśmy z Nim pozostali. „Gdy kontemplujemy Go w świętym sakramencie ołtarza, Chrystus zbliża się do nas i wnika w nas głębiej niż my sami; przez przemieniające zjednoczenie z sobą daje nam udział w swoim Boskim życiu, a przez Ducha otwiera nam dostęp do Ojca” – napisał Jan Paweł II w Liście z okazji 750-lecia święta Bożego Ciała. W encyklice o Eucharystii złożył bardzo osobiste świadectwo: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca (…) Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!” (25).

MARANATHA!
Adorowanie Najświętszego Sakramentu rodzi pragnienie, by Chrystus powrócił na ziemię jak najszybciej. Osoby adorujące Najświętszy Sakrament przygotowują i przyspieszają Jego przyjście. Ich serca są jakby ziemią, na której Zbawiciel będzie mógł stanąć. Z drugiej strony bliskie obcowanie z Ojcem, Synem i Duchem Świętym odbiera człowiekowi lęk przed śmiercią, a przynajmniej pozbawia ten lęk ostrości. Doświadczanie nadprzyrodzonej miłości potrafi wręcz zrodzić tęsknotę za tym, by stało się to jak najprędzej, co w niczym nie przeszkadza w angażowaniu się w ziemskie sprawy i kochaniu najbliższych. Św. Paweł, mówiąc o swojej śmierci nazwał ją „zyskiem”, i tym, co „o wiele lepsze”, a pozostawanie na ziemi „owocną pracą”, „konieczną” dla jego otoczenia. Dla niego bowiem „żyć to Chrystus” (por. Flp 1,20-24).
Pierwsi chrześcijanie modlili się wezwaniem „Maranatha! Przyjdź, Panie Jezu!” (por. 1 Kor 16,22). Pragnęli Jego powtórnego przyjścia. Myśleli, że będzie ono miało miejsce niedługo, za ich życia. „Niech przeminie ten świat” – śpiewali. Z czasem chrześcijanie nie tylko zatracili to pragnienie, ale o powtórnym przyjściu Chrystusa zaczęli wyrażać się z lękiem, bo oznacza ono koniec świata, sąd i apokalipsę. Wiemy, że drugie przyjście nie będzie podobne do pierwszego – ukrytego. Za drugim razem Chrystus przyjdzie w chwale, na obłokach niebieskich, z aniołami i z mocą. Powróci jako Król wszechświata.

CIAŁO CHWALEBNE
W Eucharystii już obecne jest życie, „które ma nadejść” (1 Tm 4,8). Do uczestników Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego w Lourdes Jan Paweł II powiedział: „Poznaliście Chrystusa obecnego rzeczywiście w sakramencie, inaugurującym nowy świat, dla którego połamał On chleb swojego Ciała i przelał swoją Krew”. W nauczaniu o adoracji wskazywał na jej ukierunkowanie eschatologiczne. W encyklice o Eucharystii nazwał Eucharystię „bramą nieba, która otwiera się na ziemi” i „promieniem chwały niebieskiego Jeruzalem” (19). Według niego Eucharystia pomaga pamiętać o prawdziwym celu ludzkiego życia i stanowi niezawodną obietnicę, że cel ten osiągniemy.
Chrystus wstępuje do nieba w ciele. Zmartwychwstanie nie jest wskrzeszeniem – powrotem do dawnego życia. Jest nowym rodzajem bytowania w chwalebnym ciele. Chrystus ma nowe, duchowe ciało, którego nie więzi odtąd materia. Wchodzi do Wieczernika pomimo drzwi zamkniętych. A przecież jest to ciało z raną w boku i śladami gwoździ. Pyta Apostołów: „«Macie tu coś do jedzenia?» Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich” (Łk 24, 41-42).
Wcielenie nie przemija. Ojciec, który „utworzył Mu ciało” (por. Hbr 10,5), w zmartwychwstaniu uczynił je chwalebnym. Druga Osoba Trójcy Świętej już na zawsze w chwale pozostaje z ciałem. To ważne ze względu na perspektywę zmartwychwstania naszego ciała, ale również ze względu na widzialność Eucharystii, chleba, który staje się Ciałem, sakramentalną obecnością Zmartwychwstałego. Najświętsza Maryja Panna w tajemnicy wniebowzięcia uczestniczy w Jego zmartwychwstaniu. Zostaje uniesiona do chwały wraz z duszą i ciałem. ▐

Trwanie
w obecności Boga

Jak adorować?


Prorokiem adoracji naszych czasów jest nazywany bł. Karol de Foucauld (1858-1916). W okresie gdy żył w Nazarecie, pisał do swego ojca duchowego, że właściwie nie potrafi już się modlić. Próbuje czytać, rozmyślać, rozważać, odmawiać gotowe modlitwy – nic mu nie wychodzi – to nie jest obecność. Jedyne, co może robić, to trwać godzinami przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. A kiedy już tam jest, pozostaje oschły, jałowy, bez jakiejkolwiek myśli. Pyta sam siebie, czy to jeszcze jest modlitwa, i coraz bardziej odkrywa, że tak. Właśnie ona stanie się jego modlitwą, a po jego śmierci, powstałych z jego inspiracji zgromadzeń Małych Braci i Małych Sióstr Jezusa.

CISZA
Jeden z Małych Braci, Carlo Caretto, doskonale opisuje w Listach z pustyni, co dzieje się z człowiekiem trwającym dłużej na adoracji. Odbywał nowicjat na pustyni, na Saharze. Miał spędzić tydzień w grocie sam na sam z Panem Jezusem eucharystycznym, wystawionym dzień i noc. Kapłan odprawił Mszę świętą na ołtarzu z kamieni i odszedł. „Cisza na pustyni, cisza w grocie, cisza w Najświętszym Sakramencie. Żadna modlitwa nie jest tak trudna jak adoracja Najświętszego Sakramentu. Natura ludzka buntuje się ze wszystkich sił. Wolałoby się raczej kamienie dźwigać w żarze słońca. Zmysły, umysł, wyobraźnia – to wszystko jest umartwione. Tylko wiara tryumfuje” (Listy z pustyni, Warszawa 1978, s. 20). Wreszcie po pewnym czasie zmysły się uspokajają, a wtedy modlitwa staje się czymś rzeczywiście ważnym i „tak poważnym, że nie można się bez niej obejść”.
Tak jak w rozmowie, by usłyszeć, co ktoś chce powiedzieć, trzeba przerwać potok własnej wymowy, a najlepiej również – by faktycznie wsłuchać się w mówiącego – własnych myśli, tak podczas adoracji trzeba się zatrzymać, zrezygnować choć na chwilę ze swojej aktywności, nie zasypywać Pana Boga słowami i prośbami, lecz otworzyć się na to, co On mówi. A Jego językiem w Eucharystii jest cisza. Jest to cisza Boża, inna od ludzkiej, cisza pulsująca miłością, cisza osobowa, w której daje On siebie. Trwanie w ciszy adoracji tworzy przestrzeń, w której można doświadczyć, że jest się kochanym. To doświadczenie dokonuje się na głębszym poziomie niż słowa.
„Wszystkie słowa, jakie Bóg wypowiedział, są dla nas tajemnicą, ale Tajemnicą samą w sobie jest Jezus, który daje nam swoje Ciało na pokarm… i który pragnie, żebyśmy Go przyjmowali jako najgłębszą tajemnicę naszego życia. Dlatego daje siebie w ciszy. Chce zrodzić w nas ciszę, ciszę adoracji” – pisze o. Marie-Dominique Philippe, założyciel Wspólnoty św. Jana (Iść za Barankiem, Warszawa 1996, s. 40).
Wobec tak niepojętej tajemnicy najlepszą rzeczą, jaką można zrobić w czasie adoracji, jest poddanie się promieniowaniu tej obecności, otwieranie się na nią. Przyzwolenie w jak najbardziej bierny sposób, by ona działała, nie my. Monstrancje najczęściej mają kształt słońca. Hostię otaczają złociste promienie. Ta starożytna symbolika może być pomocna w adoracji. Człowiek, który chce się opalić pozwala działać słońcu i doskonale wie, że nie on działa, lecz słońce. On jedynie musi przez pewien czas „wystawić się na działanie” promieni słonecznych. Dlatego pierwszym warunkiem, by wejść w promieniowanie Eucharystii, jest cisza.
Moris Maurin, Mały Brat Jezusa, tak wprowadza ludzi w adorację w ciszy: „Staraj się jak najmniej mówić, jak najmniej wyrażać. Pozwalaj, żeby On na ciebie patrzył. Czekaj aż powoli On zacznie przenikać cię całego”.
W praktyce jest to bardzo trudne. Przychodzimy przed Najświętszy Sakrament i nic się nie dzieje. Na początku cisza, najczęściej, nie jest pełna obecności. Trzeba stać się bardzo małym, by zgodzić się trwać w takiej pozornej pustce, by zrezygnować z własnej aktywności, nie być przede wszystkim kimś, kto patrzy, lecz kimś, kto pozwala, by Inny na niego patrzył. Trzeba wówczas zgodzić się na czekanie i tęsknotę. „Dusza moja oczekuje Pana bardziej niż strażnicy świtu” (Ps 130,6). „Ciebie pragnie moja dusza. Za Tobą tęskni moje ciało” (Ps 63,2). Psalmy są pełne oczekiwania.
Taka perspektywa pokazuje, że można wartościowo przeżyć adorację nawet wtedy, gdy jest się bardzo zmęczonym czy chorym i niemożliwa jest wymagająca większego skupienia kontemplacja. W prostym akcie można oddać swój stan, a później „tylko być”, trwać w prostocie i ciszy, patrząc na Baranka. Pokazuje też, że można łączyć się z Ofiarą Chrystusa i adorować Eucharystię również, gdy choruje się w domu czy w szpitalu. Tajemnicą są ludzie „ubodzy w duchu”, którzy z taką ufnością i oddaniem Bogu przyjmują przeciwności losu, że choć sami o tym nie wiedzą, można o nich powiedzieć, że całym swym jestestwem adorują.

POKÓJ SERCA
Adoracja jest spotkaniem ze Zmartwychwstałym, On zaś jest pełen pokoju. Gdy staje przed uczniami w Wieczerniku, mówi: „Pokój wam!” (J 20,21). Nie wypomina im, że wszyscy poza Janem uciekli i nie towarzyszyli Mu w czasie męki. Nie robi wymówek Piotrowi, że Go zdradził. Przed Ostatnią Wieczerzą Jego słowa bywały trudne, po zmartwychwstaniu ma dla nich jedynie pokój. Nadal zna zakamarki ich serc i wie o nich wszystko.
Pierwszego dnia tygodnia po słowach „Pokój wam!” Jezus „tchnął na nich” i powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego!” (J 20,21.22). Pokój jest owocem Ducha Świętego (Ga 5,22), wysłużonym w czasie męki. Pokój, po hebrajsku szalom, nie jest tylko spokojem, brakiem wojny. W Biblii pokój jest pojęciem zbliżonym do zbawienia, dosłownie oznacza pełnię, rzeczywistość, w której Bóg króluje. Prorok Izajasz zapowiadał narodziny „Księcia Pokoju” (por. Iz 9,5).
Św. Piotr opisywał działalność Jezusa jako „zwiastowanie pokoju” (por. Dz 10,36). On sam zapowiadał, że przynosi pokój „nie tak, jak daje świat” (J 14,27), nie spokój, rozumiany jako brak trudności czy cierpienia. „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33). „To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli” (J 16,33). Pokoju Chrystusowego można doświadczać nawet wśród prześladowań, w chorobie, w różnorakiej biedzie i cierpieniu, nie tylko w radości. Na tym polega jego fenomen i siła. Otrzymuje się go na modlitwie, przez zakorzenienie w Chrystusie, gdyż jest to nie jakiś abstrakcyjny stan umysłu ale „pokój w Nim”, pokój serca, tej głębi osoby, do której Zły nie ma dostępu.
W tej samej mowie po Ostatniej Wieczerzy Chrystus zapewnia: „Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was” (J 14,18). Słowa te można interpretować eucharystycznie. Przyszedł powtórnie na ziemię zamieszkać na stałe w znakach sakramentalnych. Eucharystia przechowywana jest w tabernakulach na całej ziemi ze względu na chorych
i umierających oraz na adorację. Właśnie w adoracji w ciszy można przyjmować ten pokój, o którym św. Paweł pisze, że „przewyższa wszelki umysł” i „strzeże myśli” (por. Flp 4,7). Jest głęboko osobowy, jest udzielaniem się Zmartwychwstałego, obecnością Kogoś, na kim można się oprzeć.
Ewangelia wzywa z naciskiem do dwóch rzeczy: do tego, żeby się zbytnio nie troszczyć, i do przebaczenia. Niepokój pochodzi z zamartwiania się sprawami tego świata i braku zaufania. „Nie martwcie się o swoje życie” (Mt 6,25) – słyszymy w Kazaniu na Górze. „U was nawet włosy na głowie wszystkie są policzone” (Mt 10,30). „Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” (Mt 6,8). I choć chce, żeby Go prosić wytrwale, prośby mają być zanoszone „z dziękczynieniem” (Flp 4,6) to znaczy w otwartości, z zaufaniem. Zbytnie zamartwianie się zamyka człowieka, Duch Święty nie może wówczas działać. Przychodzimy czasem na adorację z bardzo trudnymi sprawami, nieraz po ludzku bez wyjścia. Ale lepszą rzeczą niż mówienie o nich na okrągło Panu Bogu i tłumaczenie, jak powinien postąpić, jest pozostawienie Mu wolności, oddanie Mu wszystkiego z zaufaniem.
Drugą sprawą, którą trzeba zostawić przed ołtarzem, by móc otrzymać pokój, jest przebaczenie winowajcom. Chrystus jest tu kategoryczny: „Zostaw swój dar i najpierw pojednaj się ze swoim bratem!” (por. Mt 5,24). W praktyce modlitwy adoracyjnej oznacza to akt woli, by przebaczyć, i prośbę do obecnego sakramentalnie Chrystusa, by On sam wypełnił ten akt swoim Duchem i pozwolił nam przebaczyć z serca. Chrystus wie, co to znaczy być zranionym, odrzuconym i upokorzonym – Jego nauka nie jest teoretyczna, On ją wciela i urzeczywistnia. Z Jego przebitego boku płynie krew i woda, sakramentalna moc. On chce jej udzielać, chce dawać ludziom miłosierdzie, sprawiać, by byli zdolni „błogosławić tych, którzy ich prześladują. Błogosławić,
a nie złorzeczyć” (por. Rz 12,14).
Jan Paweł II przebaczał, modlił się i błogosławił tego, który usiłował go zabić. „Radość przebaczenia winna być silniejsza i większa od wszelkich uraz. Dzięki temu Oblubienica zajaśnieje wobec świata pełnią piękna (…) Oby dzięki pokorze Oblubienicy jeszcze bardziej zajaśniała chwała i moc Eucharystii, którą ona sprawuje i przechowuje w swym łonie” – napisał w bulli Incarnationis mysterium ogłaszającej Wielki Jubileusz Roku 2000. „Przechowuje w swym łonie” – oznacza w tym kontekście również – adoruje.

MODLITWA JEZUSOWA
Serce jest według Biblii tym najgłębszym miejscem, w którym człowiek jednoczy się z Bogiem. Człowiek „zstępuje” do serca, szuka do niego drogi. „Modli się serce. Jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK, 2562).
Pierwsi chrześcijańscy mnisi i pustelnicy odkryli, że pomocne w szukaniu drogi do serca jest powtarzanie świętego imienia Jezus. Modlili się słowami: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Powtarzali te słowa nieustannie, początkowo z trudem, dzięki woli, z czasem modlitwa odmawiana tylko ustami pogłębiała się w nich i schodziła z umysłu do serca, napełniając je światłem i pokojem. Serce zaczynało modlić się samo.
Niektórzy odmawiali dłuższą formułę: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną, grzesznym sługą twoim”, inni wymawiali samo imię Jezus. Ta starożytna tradycja nosi nazwę modlitwy Jezusowej lub modlitwy nieustannej. Dzięki mnichom z góry Atos przeniknęła na Ruś i stała się najsilniejszym prądem duchowym prawosławia. Zaś dzięki rosyjskim emigrantom po rewolucji bolszewickiej została poznana na Zachodzie. „Imię Jezus staje się w końcu słodkim szeptem, który powoli zagłusza w sercu wszystkie odgłosy” – pisze prawosławny teolog Paul Evdokimov.
Ci, którzy zaczynają się modlić imieniem Jezus, doświadczają mocy tego imienia, które jest „ponad wszelkie imię”. Na imię Jezusa „zgina się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (por. Flp 2,9.10). Imię to ma moc egzorcyzmującą, oczyszczającą, napełnia Duchem Świętym. Św. Jan Klimak zachęca: „Uderz twego przeciwnika Imieniem Jezusa; na ziemi i w niebie nie uświadczysz bowiem równie potężnej broni”.

MODLITWA GŁĘBI
Gdy człowiek trwa na adoracji w ciszy nieraz musi stoczyć duchową walkę. Przeciwnik niewielu rzeczy boi się równie bardzo! Stara się nie dopuścić do tej bliskości człowieka z Bogiem – stąd biorą się rozproszenia, niemożność skupienia podczas adoracji. Pierwsi mnisi doznawali podobnych pokus i trudności. Aż do XIV wieku zakonnicy na Wschodzie, ale również na Zachodzie modlili się jakimś słowem zaczerpniętym z Biblii. Autor Obłoku niewiedzy, anonimowego dzieła z XIV wieku, każe uczniowi wybrać słowo, którym będzie się modlił, najlepiej krótkie, jednosylabowe, lub modlić się imieniem Jezus. Takim słowem może być też imię Boga: „Jestem”. Niektórzy modlą się słowami: „Jezu, ufam Tobie!” lub „Jezus żyje!”.
Basil Pennington, trapista, który prowadzi warsztaty „modlitwy prowadzącej do środka”, nazywanej też „modlitwą głębi” twierdzi, że gdy ktoś zaczyna modlić się w ciszy i prosić o takie słowo dla siebie, bardzo szybko je znajduje. Radzi, by nie trzymać się słowa kurczowo. Można je powtarzać często, można przez jakiś czas w ogóle do niego nie wracać. Ma ono pomagać, stanowić klucz prowadzący do środka, do serca. Potrafi pomagać w powrocie do modlitwy, gdy człowieka męczą rozproszenia.
Jakże często trwając przed Jezusem eucharystycznym, orientujemy się nagle, że jesteśmy myślami gdzieś bardzo daleko. Jest to zupełnie normalne i nie trzeba się tego bać. W adoracji dobrze jest pozostawiać myśli i obrazy, by sobie płynęły, a samemu schodzić niżej, zapadać się głębiej, „rzucać się we wnętrze”, szukać obecności. Imię Jezus ma ogromną moc w takich chwilach rozpalić na nowo serce i skoncentrować modlitwę na Osobie, którą adorujemy. Powtarzane w ciszy, powoli, pozwala nawiązać osobowy kontakt z Tym, który jest i patrzy na nas z miłością.

RÓŻANIEC
Imię Jezus jest też ośrodkiem ściśle katolickiej modlitwy, jaką jest Różaniec. Pozdrowienie anioła i pozdrowienie Elżbiety prowadzą do tego imienia, będącego sercem Ave Maria. Za każdym razem gdy adorujemy Najświętszy Sakrament, Maryja Panna jest przy nas, wstawia się za nami. Różaniec jest dobrą modlitwą, by wejść w adorację. Pozwala wyciszyć myśli, wyjednuje nam Jej wstawiennictwo i ochronę, otwiera na łaski mistyczne. Odmawianiu Różańca towarzyszy łaska obecności. W szczególny sposób człowiek może wchodzić w tajemnice Nowego Testamentu, nie tyle kontemplować je jako statyczne obrazy, co zyskiwać wewnętrzne poznanie działania Boga w historii zbawienia.
Różaniec Jan Paweł II nazywa „sposobem kontemplacji eucharystycznej”. W liście Rosarium Virginis Mariae pisze, że „jest on adorującą kontemplacją misterium, które dokonuje się w Dziewicy z Nazaretu”. „Utrzymuje nas w klimacie zachwytu wobec Boga: wyraża zdumienie, uznanie dla największego cudu w historii”. „Akcent, jaki kładzie się na imieniu Jezus, znamionuje znaczące i owocne odmawianie Różańca”.


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Sobota, 6 sierpnia
Przemienienie Pańskie
Łk 9,28b-36
To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! (Łk 9,35)
Pakujesz bagaże, przypinasz dzieci do fotelików i wyruszasz – na wakacje, do babci czy do cyrku. Zaledwie zdążysz ujechać kilka kilometrów, dziecięcy głosik z tylnego siedzenia pyta: „Czy już dojechaliśmy?”. Standardowa odpowiedź brzmi: „Nie, ale jesteśmy coraz bliżej”.
Scena ta pomaga nam zrozumieć, czym było dla Apostołów doświadczenie Przemienienia. Dało im ono przedsmak ich ostatecznego przeznaczenia, jakim jest niebo, przebywanie z Chrystusem w Jego chwale.
Pewnego dnia my także osiągniemy swoje przeznaczenie, chwałę nieba, gdzie zostaniemy przemienieni na podobieństwo Jezusa. Do tego czasu pozostaje nam przypominać sobie, że jesteśmy coraz bliżej. Oczywiście nie doświadczamy jeszcze wszystkiego, co Bóg nam obiecał. Wciąż upadamy w grzechy, wciąż nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy i możemy być, wciąż ulegamy lękom i pokusom. Zbyt łatwo jednak – a w wypadku wielu z nas także zbyt automatycznie – skupiamy się tylko na upadkach i niedociągnięciach, zapominając, że przez cały czas czynimy również postępy w wierze. Już teraz, według biskupa Anastazego z Synaju, ci, którzy żyją w wierze, „lśnią wspaniałym blaskiem dostępnym duchowemu oku, odnowieni na duszy i przekształceni na Jego podobieństwo, nieustannie przemieniani, uczestnicy Boskiej natury”.
Bóg jest tak potężny i mądry, że potrafi przybliżyć nas do siebie nawet przez nasze słabości – i to często skuteczniej niż przez sukcesy. Ma plan dla naszego życia i nieustannie pracuje nad jego wypełnieniem. Twoje zachwiania i potknięcia nie niweczą Jego obietnic ani nie przekreślają Jego planu. Jesteś przez Niego przemieniany – nie w jednej chwili, ale dzień po dniu, małymi krokami, aż wreszcie będziesz pragnął wciąż przychodzić do Niego, a Jego obecność rozjaśni twoją codzienną rutynę.
Rozważaj więc dziś Przemienienie Pańskie. Wyobrażaj sobie, jak to będzie, gdy wreszcie znajdziesz się z Jezusem w niebie. Przypominaj sobie, że twoja wiara wzrasta, gdy spędzasz czas z Panem, gdy czytasz Jego słowo zawarte w Piśmie Świętym. Przez każdą rozmowę z Nim, przez każdą minutę spędzoną w Jego obecności, przybliżasz się do swego ostatecznego celu. Jeśli pozostaniesz wierny, pewnego dnia zaśpiewasz wraz z mieszkańcami nieba: „Alleluja! Zakrólował Pan, Bóg wszechmogący!”.
„Boże, wzbudź we mnie pełne nadziei oczekiwanie dnia, w którym zobaczę wypełnienie wszystkich Twoich obietnic”.
Dn 7,9-10.13-14 lub 2 P 1,16-19
Ps 97,1-2.5-6.9

Niedziela, 7 sierpnia
Hbr 11,1-2.8-19
Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy. (Hbr 11,1)
Sławni ludzie, którzy osiągnęli niekwestionowany sukces w swojej dziedzinie, nawet jeśli nie napisali żadnej książki w sensie dosłownym, traktowani są jak autorzy, którzy „pisali” swoimi dokonaniami. I tak, Frederick Taylor czy Peter Drucker „napisali książkę” o współczesnym zarządzaniu. Bach, Beethoven czy Mozart „napisali książkę” o muzyce klasycznej. Abraham Lincoln czy Vaclav Havel „napisali książkę” o przywództwie politycznym.
O Jezusie można powiedzieć, że „napisał książkę” o tym, co tak naprawdę najważniejsze – o życiu z Bogiem. Pismo Święte mówi: „Uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze” (Hbr 10,10). Na krzyżu Jezus dał nam wszystko, czego potrzebujemy – raz na zawsze. Jednak nasza wiara wzrośnie w takim stopniu, w jakim zechcemy korzystać z danej nam raz na zawsze „ofiary ciała Jezusa Chrystusa”.
Mówiąc, że wiara jest „poręką tych dóbr, których się spodziewamy” (Hbr 11,1), autor Listu do Hebrajczyków mówi o nieustannym, coraz głębszym uświadamianiu sobie tego wszystkiego, czego Jezus dla nas dokonał. Nasza wiara jest rzeczywistością dynamiczną, która żyje, działa i wzrasta, kiedy zapraszamy Pana do naszego życia.
Okazją ku temu jest dla nas każda Msza święta, w której uczestniczymy. Przyjmując Eucharystię, prośmy Jezusa, by wszedł do naszych serc i na nowo otworzył nam oczy na Jego mądrość i miłość. Prośmy, by coraz pełniej odsłaniał przed nami swoje tajemnice. On, miłujący Zbawca, z pewnością nam nie odmówi. Jednak nasz dialog z Jezusem nie może ograniczać się do chwil, kiedy przyjmujemy Komunię świętą. Chwile te mają pomóc nam w zaproszeniu Jezusa do naszej codzienności i trwaniu przy Nim w dobrych i złych chwilach.
Jak więc odpowiesz dziś na Bożą łaskę? Spoglądając na krzyż podczas Mszy świętej i mówiąc: „Dziękuję Ci, Jezu”? Prosząc Go o wiarę, która pozwoli ci cieszyć się dobrymi stronami życia i sprostać jego wymaganiom? Wyznając Jezusowi: „Ufam, że przygotowałeś dla mnie miejsce w niebie”?
„Jezu, pomóż mi codziennie na nowo składać w Tobie ufność i nadzieję”.
Mdr 18,6-9
Ps 33,1.12.18-20.22
Łk 12,32-48

Niedziela, 14 sierpnia
Hbr 12,1-4
Patrzmy na Jezusa. (Hbr 12,2)
Podczas wędrówki Izraelitów do Ziemi Obiecanej Bóg polecił Mojżeszowi odlać węża z brązu i umieścić go na palu, tak by każdy ukąszony przez jadowitego węża mógł popatrzeć na węża z brązu, a przez to odzyskać zdrowie (Lb 21,8-9). Do tego faktu nawiązał Jezus w rozmowie z Nikodemem: „A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,14-15).
Patrzenie na Jezusa można rozumieć jako czynność fizyczną. Podnosimy wzrok na krzyż znajdujący się w kościele czy w naszym domu i już sam ten widok daje nam pokój. Jednak autor Listu do Hebrajczyków poleca nam również wznosić ku Jezusowi nasz „duchowy wzrok” – jakby oczy naszego serca, aby nawiązać głęboki duchowy kontakt z Chrystusem.
Kiedy wpatrujemy się w Jezusa, widzimy Jego czułą miłość do nas. On zna nas do głębi. Nigdy nie patrzy na nas z góry, nie grozi, nie odrzuca. Wciąż powtarza: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy (…), a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28).
Kiedy wpatrujemy się w Jezusa, On zapewnia nas, że możemy na Niego liczyć. Mówi, że Jego słowo „trwa na wieki” (1 P 1,24-25), że „żyje, aby wstawiać się za nami” (por. Hbr 7,25).
I że Jego miłość i Jego dary są odwieczne, tak jak On sam jest niezmienny (por. Jr 31,3; Jk 1,17; Ml 3,6).
Podnieś dziś wzrok na Jezusa, uświadom sobie, że Jego obecność jest twoją siłą. Dopraszaj się Jego obecności, jak czynił to Mojżesz (Wj 33,13-15). Wraz z królem Dawidem wołaj do Pana i szukaj Jego oblicza (Ps 27,8). Kiedyś przekonasz się, że czas spędzany z Jezusem stanie się dla ciebie najważniejszą częścią dnia.
„Panie, wznoszę ku Tobie moje oczy. Ty wspierasz i udoskonalasz moją wiarę”.
Jr 38,4-6.8-10
Ps 40,2-4.18
Łk 12,49-53

Poniedziałek, 15 sierpnia
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
1 Kor 15,20-26
W Chrystusie wszyscy będą ożywieni. (1 Kor 15,22)
Jednym z najbardziej znanych utworów angielskiego poety, Johna Donne’a, żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku, jest sonet zatytułowany Śmierci, próżno się pysznisz. Zaczyna się on od następujących słów:
„Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których – myślisz – jużeś powaliła,
Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie”.
(przekł. Stanisław Barańczak)
Słowa poety można by z powodzeniem włożyć w usta Maryi, której zdecydowanie nie zdołała pokonać śmierć! Jak naucza Kościół, po zakończeniu ziemskiego życia została Ona wzięta do nieba z duszą i ciałem. W ten sposób została zachowana od normalnych skutków śmierci, która jest konsekwencją grzechu.
Dziś, świętując Wniebowzięcie Maryi, przypominamy sobie również obietnicę skierowaną do nas, gdyż i my pewnego dnia znajdziemy się w niebie wraz z Jezusem. „W Chrystusie” my wszyscy zostaniemy „ożywieni” (1 Kor 15,22).
Będąc jeszcze na ziemi, możemy przygotować się do tego dnia, ucząc się od Maryi, która wciąż starała się być blisko Jezusa. Kiedy ukazał się Jej anioł, odpowiedziała „tak” na zaproszenie Boga, by stać się Matką Jego Syna. Od tego momentu całkowicie poświęciła się Jezusowi – wychowując Go, słuchając Jego nauki, stojąc pod Jego krzyżem. Takie oddanie Jezusowi jest także naszą drogą do nieba.
Mimo że nie zostaliśmy, jak Maryja, zachowani od grzechu, Bóg napełnia nas swoją łaską i jest zawsze z nami, gotów udzielać nam swojej pomocy, byśmy mogli iść za Nim. Zawsze też kiedy upadniemy, gotów jest nam przebaczać i wskazywać drogę powrotu do siebie.
Nasze ostateczne przeznaczenie jest w rzeczywistości takie samo jak przeznaczenie Maryi – mamy żyć wiecznie z Bogiem. Dlatego każdy z nas może powtórzyć za poetą zakończenie sonetu:
„Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka”.
Podążajmy więc dziś za Panem, myśląc o naszej Matce, która wspiera nas z nieba, i oczekujemy z radością dnia, w którym i my zostaniemy ukoronowani w chwale.
„Maryjo, dziękuję Ci za Twój przykład życia przeżywanego w łączności z Jezusem. Pomóż mi trwać w Jego bliskości”.
Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab
Ps 45,7.10-12.14-15
Łk 1,39-56

Niedziela, 21 sierpnia
Hbr 12,5-7.11-13
Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. (Hbr 12,7)
Relacja to, jak podaje słownik, sposób, w jaki dwoje lub więcej ludzi komunikuje się ze sobą, traktuje się nawzajem i reaguje na siebie. Istnieją relacje formalne, na przykład w biznesie, w urzędach, oraz mniej lub bardziej osobiste, jak na przykład relacja ojca
z dziećmi. Chociaż mamy tendencję, by zaliczać relację z Bogiem do pierwszej grupy, On sam pragnie, aby przypominała ona bardziej te z grupy drugiej.
Czy wiesz, jak cenny jesteś dla Boga? Czy wiesz, że On cieszy się, gdy może z tobą przebywać, obdarzać cię swoją miłością, troszczyć się o ciebie? Taki właśnie jest Bóg, który traktuje cię jak swoje dziecko – do tego stopnia, że chce cię uczyć i wychowywać, abyś coraz bardziej upodabniał się do Niego.
Jak każdy ojciec, Bóg wymaga od nas także dyscypliny. Skoro nas kocha, to jest też logiczne, że karci nas, gdy schodzimy na złą drogę. Zwykle dyscyplina kojarzy nam się z karą i przykrością. Jednak Boża dyscyplina niesie życie – budzi nadzieję zamiast wstydu i upokorzenia. Pomagając nam stać się tym, kim mamy być w Bożych planach, prowadzi nas do pokoju i radości.
W jaki sposób dyscyplinuje nas Ojciec niebieski? Na przykład pobudza nas do przeproszenia kogoś, komu wyrządziliśmy przykrość. Wzbudza wyrzuty sumienia, gdy przychodzi nam myśl, by obejrzeć nieodpowiedni film albo marnować czas surfując po Internecie. Dopuszcza trudną sytuację, która sprawia, że uciekamy się do Jego pomocy, zamiast polegać jedynie na sobie. Pozwala nam doświadczyć konsekwencji naszych grzechów, abyśmy zrozumieli, do czego one prowadzą. Na wszystkie te sposoby okazuje nam swoją miłość i uczy nas swoich dróg.
„Ojcze, dziękuję Ci za to, że nazywasz mnie swoim dzieckiem. Nie chcę, aby cokolwiek stanęło między Tobą a mną, dlatego poddaję się Twojej pełnej miłości dyscyplinie”.
Iz 66,18-21
Ps 117,1-2
Łk 13,22-30

Niedziela, 28 sierpnia
Łk 14,1.7-14
Ktoś znakomitszy od ciebie… (Łk 14,8)
W II wieku po Chrystusie astronom Klaudiusz Ptolemeusz przedstawił model układu słonecznego, który zakładał, że Ziemia znajduje się w centrum wszechświata. 1400 lat później inny astronom, Mikołaj Kopernik, obalił model Ptolemeusza, odkrywając, że to Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie na odwrót.
Podobnie jak Kopernik zakwestionował nauczanie Ptolemeusza, tak Jezus wciąż kwestionuje nasze założenia. Codziennie zadaje nam pytanie: „Kto stanowi centrum twojego życia? Ja czy może ty sam? Czy żyjesz pod moim panowaniem, czy też może pod swoim własnym?”.
Jeśli przyjmiemy model Ptolemeusza, nasza odpowiedź będzie brzmiała: „To ja sam chcę stanowić centrum swojego wszechświata”. Przy takiej opcji, nawet jeśli inni widzą w nas dobrych, porządnych ludzi, w rzeczywistości zawsze będziemy skoncentrowani na sobie. Będziemy przypisywać sobie wszelkie czynione przez nas dobro, ignorować swoje słabości i nigdy nie poddamy się pod panowanie Jezusa.
Natomiast przyjmując model kopernikański, powiemy: „Centrum mojego wszechświata stanowi Jezus”. Może to powiedzieć ten, kto uwierzył, że Jezus, doskonały Syn Boży, stał się człowiekiem i przez swoją śmierć wybawił nas od grzechu, a powstawszy z martwych zasiada po prawicy Ojca jako Pan nieba i ziemi (Flp 2,6-11).
Oczywiście wyznanie: „Jezu, chcę, abyś to Ty był w centrum mojego życia”, wymaga od nas pokory. Nasza skażona grzechem natura buntuje się przeciwko takim słowom. Jeśli jednak będziemy zaczynać każdy dzień taką właśnie modlitwą, przekonamy się, że daje ona niewiarygodny pokój. Otrzymamy też łaskę coraz większego pragnienia, by poddać całe swoje życie – każdą myśl
i każdy czyn – pod panowanie Jezusa, aby w ten sposób oddać Mu chwałę. Jedynym godnym tego, by zasiąść na tronie naszych serc, jest Jezus. Oddajmy Mu chwałę jako najdostojniejszemu z naszych gości.
„Jezu, Ty jesteś moim Panem i moim Bogiem”.
Syr 3,17-18.20.28-29
Ps 68.4-7.10-11
Hbr 12,18-19.22-24a


MAGAZYN:

Wrażliwa na los ubogich
i na wołanie ziemi

Męczeństwo s. Dorothy Stang

Był rok 1998. Dorothy Stang powróciła do brazylijskich lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki po czteromiesięcznym pobycie w Dayton, w stanie Ohio. Pojechała tam świętować złoty jubileusz życia zakonnego w Zgromadzeniu Sióstr Notre Dame z Namur. Po zakończeniu wizyty w domu i powrocie do dżungli czuła się znużona i przybita. W północno-wschodniej Brazylii bieda, napięcia wewnętrzne i korupcja wciąż stanowiły nieodłączną część twardej rzeczywistości. Dorothy spędziła na misjach w Brazylii już ponad trzydzieści lat, sypiając w hamakach i przemierzając błotniste drogi, po to, by nieść wsparcie duchowe i materialne społecznościom rdzennych mieszkańców.
W chwili frustracji s. Dorothy napisała list do nieżyjących od dawna założycielek swojego zakonu. „Dlaczego brakuje mi siły i już sama nie wiem, co robić?... Dziś więcej niż kiedykolwiek potrzebujemy solidarności, wzajemnego wsparcia – wspólnoty między sobą, która nie pozwoli nam zatracić wizji”. Od przyjazdu do Brazylii w 1966 roku s. Dorothy i jej towarzyszki służyły ubogiej, niepiśmiennej ludności, katechizując oraz pomagając w ich mozolnej walce o lepszą przyszłość. Praca sióstr, choć przynosiła owoce, była wyczerpująca. Dorothy czuła, że do kontynuowania misji potrzebny jest jej nowy zastrzyk łaski.

ŁAKNĄCA SPRAWIEDLIWOŚCI
Od najmłodszych lat Dorothy marzyła, by zostać misjonarką w Chinach. Miała wiele szacunku dla sióstr Notre Dame z Namur, do których szkoły średniej uczęszczała i którym nieco zazdrościła ich misji, jaką była troska o edukację i sprawiedliwe traktowanie ubogich. Już w pierwszej klasie wstąpiła do koła zbierającego fundusze na misje w Chinach. Była to dla niej szkoła życia z ograniczonych zasobów. Nie mając nadmiaru gotówki, Dorothy skonfiskowała pieniądze dane przez matkę jej i rodzeństwu na dojazdy tramwajem na próby chóru, a następnie wrzuciła je do misyjnej skarbonki, zmuszając wszystkich do chodzenia na próby pieszo.
W wieku lat siedemnastu Dorothy dojrzała do tego, by opuścić Dayton – a także swego chłopaka – i dokończyć szkołę średnią już w zakonie. Tam zaczęła intensywnie rozważać Pismo Święte. Jednym z jej ulubionych fragmentów była pieśń Maryi, Magnificat: „Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia” (Łk 1,53). Ten i podobne wersety mówiące o Bożej opiece nad ubogimi poruszały jej serce i umacniały w niej pragnienie wyjazdu na misje.
Pierwszy krok Dorothy zrobiła wkrótce po dwudziestych drugich urodzinach. Wysłano ją wówczas do pomocy przy zakładaniu szkoły w Phoenix, w stanie Arizona, gdzie żyła duża społeczność emigrantów. Przez następne kilka lat spędzała weekendy jeżdżąc na pobliskie farmy sałaty, zawożąc pracującym tam Meksykanom żywność, odzież i słowa pociechy. Modliła się i pracowała wraz z nimi, starając się zrozumieć ich kulturę i obyczaje.
Pewnego dnia Dorothy usłyszała samolot rozpylający pestycydy nad polami, gdzie pracowali ludzie. Nagle uświadomiła sobie, skąd bierze się u wielu z nich rozszczep podniebienia czy brak kończyn. Zaczęła krzyczeć, by schronili się w bezpiecznym miejscu, jednak część z nich pozostała na polu, obawiając się kary ze strony szefa. Bezradność i wściekłość doprowadziły Dorothy do łez. Bolało ją to, że ludzie muszą cierpieć po to, by właściciele ziemscy mogli zwiększyć produkcje i zyski. Wciąż jednak powracała do zatłoczonych ruder imigrantów i stopniowo zdobyła sobie ich zaufanie.

EWANGELIA LUDZKIEJ
GODNOŚCI
W 1966 roku, krótko po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, Dorothy zgłosiła się do pracy misyjnej w Brazylii. Wraz z czterema innymi siostrami dołączyła do dwóch księży prowadzących pracę duszpasterską wśród stu tysięcy nieobjętych dotąd katechezą robotników rolnych, żyjących na skraju lasu tropikalnego.
Życie religijne tych ludzi ograniczało się do dorocznych odwiedzin księży i zakonnic u właścicieli ziemskich. Kiedy pojawiał się jeep wiozący osoby duchowne, odpalano petardy, sygnalizując, że wszyscy pracownicy mają się stawić na Mszę i zbiorowy chrzest. W nabitym ludźmi kościele nie było czasu ani warunków na naukę wiary.
Dorothy zaczęła więc głosić Ewangelię tubylcom bezpośrednio w ich domach. Byli zaskoczeni widząc, że goto-
wa jest dzielić z nimi ich skromny posiłek i spać na ziemi. W łamanym, choć komunikatywnym portugalskim przygotowywała ludzi do sakramentów i objaśniała Pismo Święte, ufając, że Duch Święty uzupełni to, czego ona nie jest w stanie im przekazać. Gdy było to możliwe, gromadziła oddalone od siebie rodziny, tworząc wspierające się wspólnoty chrześcijańskie.
Na sercu leżały jej zwłaszcza rodziny mieszkające na peryferiach, w najodleglejszych zakątkach puszczy. Kiedy więc rząd brazylijski zaczął nadawać działki ziemi wszystkim, którzy byli skłonni osiedlić się w puszczy amazońskiej, poprosiła swoich przełożonych o pozwolenie na udanie się tam wraz z nimi. Wiedziała, że wśród osadników będzie wielu niepiśmiennych i pozbawionych środków do życia. Potrzebowali oni wiedzy z zakresu rolnictwa oraz nauki czytania i pisania, nie mówiąc już o formacji duchowej. Otrzymała pozwolenie i tak miłość do prostych ludzi zaprowadziła ją w głębiny lasów tropikalnych.

Z SZACUNKU DO STWORZENIA
Na początku s. Dorothy podróżowała od jednej osady do drugiej, pomagając ludziom budować jednoizbowe szkoły, drogi i budynki parafialne. Po ośmiu latach, w 1982 roku, obszar, na którym działała, stał się oficjalną jednostką administracyjną. W ciągu kolejnych dwudziestu lat Dorothy założyła stowarzyszenie kobiet, związek rolników i kilkadziesiąt wspólnot kościelnych.
Potrzeba sprawnego zarządzania, edukacji oraz formacji duchowej osadników stała się jeszcze bardziej paląca, gdy spółki górnicze i hodowcy bydła zwrócili uwagę na bogactwa naturalne Amazonii. Nowi przybysze zaczęli wynajmować rewolwerowców, by przegnać z tych ziem drobnych rolników, a następnie już bez przeszkód wyrąbywać całe połacie lasów i sprzedawać drewno.
Widząc w tym zagrożenie zarówno dla Bożego stworzenia, jak i dla bytu jej przyjaciół, s. Dorothy zachęcała rolników do modlitwy i walki o swoje prawa. Pisała listy do przedstawicieli rządu w imieniu tych, którzy sami nie potrafili tego robić. Po wielu latach pobytu w Amazonii, pokornego czerpania z jej obfitości i troski o jej zasoby, czuła, że nie może pozostać bierna wobec tego, co się dzieje.

PATRZĘ NA JEZUSA
Z czasem spory o ziemię nie tylko nie ustawały, ale nasilały się. Tymczasem s. Dorothy zaczęła zapadać na zdrowiu. Bolały ją plecy; przymrużone, słabnące oczy ukrywała za ciemnymi szkłami. Siostry z USA i wielu przyjaciół namawiało ją do powrotu do domu. Dorothy upierała się jednak, że nie może zostawić swoich ludzi.
Pod koniec 2004 roku opinia światowa zwróciła uwagę na niszczenie lasów tropikalnych i siostra Dorothy została poproszona o wystąpienie przed Kongresem Brazylijskim. Opowiedziała też o losie swoich przyjaciół w telewizji publicznej. „Ziemia jest żywym stworzeniem – mówiła. mamy traktować ją z wielką troską i szacunkiem, gdyż jest ona źródłem życia dla wszystkich dzieci Boga”. Wzywała do czułości i braterstwa względem stworzenia w duchu „Pieśni słonecznej” św. Franciszka z Asyżu. Jej wystąpienie było oczywistym aktem sprzeciwu wobec żądnych zysku właścicieli rancz, co zostało przez nich zauważone.
Pewien właściciel ziemski, znany jako Bida, zaczął otwarcie wygłaszać groźby pod adresem s. Dorothy i jednego z jej przyjaciół, rolnika imieniem Luis. Nie minął miesiąc, jak dwóch uzbrojonych w rewolwery pracowników Bidy zmusiło Luisa i jego rodzinę do opuszczenia domu. Dom został spalony, a na polu rozsiano chwasty. Kiedy wieść o tym dotarła do s. Dorothy, zaapelowała ona do najwyższych władz Brazylii, prosząc o ochronę wszystkich rodzin zamieszkałych na tym terytorium. Napisała też do swojej rodziny i sióstr w USA z prośbą o modlitwę. Gorliwie modliła się również sama. Powiedziała do jednej z sióstr: „Patrzę na Jezusa niosącego krzyż i proszę Go o siłę do dźwigania cierpień tego ludu”.
Dorothy zdawała sobie sprawę, że bez jej wsparcia oraz bez ufności w Panu Luis i podobni mu rolnicy szybko się poddadzą. Dlatego zaprosiła ich na spotkanie do miejscowej świetlicy.

ZASIANA JAK ZIARNO
12 lutego 2005 roku s. Dorothy wstała ze swego ułożonego na ziemi posłania. Odmówiła poranne modlitwy i wyruszyła w kierunku świetlicy. Nagle na jej drodze pojawili się rewolwerowcy Bidy. Siostra pozdrowiła ich i zaprosiła na mające się odbyć spotkanie. Mężczyźni zlekceważyli jej zaproszenie i zapytali, czy ma przy sobie broń. „Oto moja jedyna broń” – powiedziała, wydobywając z torby Biblię.
Zaczęła czytać: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi”. Mężczyźni pozostali obojętni. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,9-10). Widząc ich nieprzyjazne nastawienie, odwróciła się, aby odejść. Nagle jeden z nich zawołał: „Siostro!”, i gdy się odwróciła, ujrzała wymierzony w siebie rewolwer. Zdążyła jeszcze unieść rękę w obronnym geście. Mężczyzna oddał kilka strzałów i Dorothy padła na ziemię.
Wieść o śmierci s. Dorothy szybko dotarła do prezydenta Brazylii, który posłał na miejsce wojsko, aby zapobiec dalszej przemocy. Na pogrzeb s. Dorothy przybyło tysiące ludzi – wspierani przez nią robotnicy rolni, młodzież zafascynowana jej walką o sprawiedliwość,
a także reporterzy z całego świata.
Podczas pogrzebu jak refren padały słowa: „My nie grzebiemy s. Dorothy. Zasiewamy ją jak ziarno”. Jej śmierć obudziła w wielu ludziach wrażliwość na wołanie ubogich, a także na wołanie samej ziemi. Kościół katolicki nauczał o związku ekologii z troską o ubogich, a s. Dorothy żyła tym nauczaniem na co dzień. Żyła wśród ubogich, dzieliła z nimi ich radości i smutki oraz niosła im miłość Boga. Cieszyła się Bożym stworzeniem jako źródłem życia, a także miejscem, gdzie można budować wspólnotę i wielbić Chrystusa. Za te prawdy oddała życie, a jej przesłanie do dziś porusza ludzkie serca.

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 8 (276) 2016



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO SIERPNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Sierpniowy numer „Słowa wśród nas” poświęcony jest adoracji Najświętszego Sakramentu. Autorka artykułów, Dorota Szczerba, sięgając do różnych biblijnych obrazów wyjaśnia, co oznacza słowo adoracja, pokazuje, jak można wejść w adoracje i jakie są jej owoce. Zwraca uwagę, że choć trwanie na adoracji może wydawać się trwonieniem czasu, to jest to taki sposób modlitwy, który pozwala wejść w głęboką relację ze Stwórcą.
W Magazynie znajduje się poruszający artykuł o życiu i męczeństwie s. Dorothy Stang, zamordowanej w 2005 roku w Brazylii, a także świadectwo o doznaniu troski Boga w zwyczajnej codzienności.
Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych, Nasze lektury i krzyżówkę biblijną.

 

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


Zdejmij z nóg sandały
Dlaczego adoracja? – Dorota Szczerba...................... 4


Trwanie w obecności Boga
Jak adorować? – Dorota Szczerba............................ 11


Pan przychodzi
Owoce adoracji – Dorota Szczerba.......................... 18


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZ IEŃ
od 1 do 31 sierpnia.......................... 23


MAGAZYN


Wrażliwa na los ubogich i na wołanie ziemi
Męczeństwo s. Dorothy Stang – Kathryn Elliott.......................... 51


Specjalista od nieruchomości
Warto było czekać na czas wyznaczony przez Boga
– Suzanne Blake.......................... 57


Nasze lektury............................................................. 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:
Drodzy Czytelnicy!

„Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą” (Wj 3,5). Tymi słowami Bóg przygotował Mojżesza do spotkania ze sobą. Wezwał człowieka słabego, grzesznego, obarczonego wadami, aby przez niego lud mógł doświadczyć Bożej obecności i mocy. Tak zaczyna się historia wybrania Mojżesza.
Możemy powiedzieć, że w podobny sposób toczy się historia każdego z nas. Bóg bowiem także nas wybrał, wezwał po imieniu i… nakazuje nam „zdejmować sandały z nóg”, kiedy zbliżamy się do Niego, byśmy mogli, tak jak Mojżesz, usłyszeć Jego głos. Cóż oznacza dla nas zdjąć sandały? Znaczy to odrzucić wszystko, co nas rozprasza, co nie pozwala nam stanąć przed Panem – nasze codzienne troski, niepokoje, lęki, stresy. To także doświadczyć, że „miejsce, na którym stoimy”, jest święte, jest uświęcone obecnością Boga. Takim „miejscem” spotkania z Panem jest niewątpliwie adoracja Najświętszego Sakramentu i każda Eucharystia, podczas której na ołtarzu znajduje się Ciało i Krew Pańska.
Realna obecność Chrystusa w Eucharystii jest sercem Kościoła. To ona jest źródłem wszelkich łask, jest jak gorejący krzew, który płonie, ale się nie spala, z którego rozlewa się niewyczerpana miłość Boga. To podczas adoracji eucharystycznej możemy doświadczyć przemieniającej obecności Boga. To wtedy budujemy i pogłębiamy naszą więź z Tym, KTÓRY JEST, z naszym Panem i Stwórcą. Trwanie na adoracji wymaga znalezienia czasu przeznaczonego wyłącznie dla Boga. Wymaga ciszy i skupienia, o co w naszym zabieganym życiu nie jest łatwo.
Warto pamiętać, że kiedy przychodzimy do naszych świątyń, aby adorować Jezusa, który pozostał z nami pod osłoną chleba, jesteśmy wówczas podobni do Mojżesza: tak jak on stajemy bowiem przed gorejącym krzewem Bożej obecności, przed Bożym Majestatem. Gdy adorujemy Jezusa, On przychodzi do nas i objawia nam głębię swojego Imienia, w którym jesteśmy zbawieni. Obdarowuje nas hojnie tym, co jest nam najbardziej potrzebne – swoją miłością i bliskością.
O napisanie artykułów do tego numeru „Słowa wśród nas” poprosiliśmy p. Dorotę Szczerbę, teologa, tłumaczkę i autorkę książek z zakresu duchowości. Ufamy, że ich lektura zachęci nas wszystkich do tego, by spróbować znaleźć czas na adorację Chrystusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie.

ks. Adam Stankiewicz MIC


ARTYKUŁY:

Zdejmij z nóg sandały

Dlaczego adoracja?

Adorować to znaczy dosłownie „upaść” na twarz lub do nóg. Taką postawę przyjmowano w starożytności wobec jakiegoś władcy czy pana. Abraham „padł na oblicze” (Rdz 17,3), gdy Pan mu się ukazał. Głęboki pokłon – podobnie jak pokłon Trzech Króli przed Dzieciątkiem – wyraża najwyższą cześć. „Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz” – śpiewamy w liturgii. Czcimy Najświętszy Sakrament, gdyż w Nim jest ukryty sam Dawca łaski i wszystkich sakramentów. „Przed tą szczególną obecnością Kościół od wieków pochyla się w geście adoracji” – napisał Jan Paweł II w Liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2002.

JEDYNY PAN
Upadając przed Nim, wyrażamy przekonanie, że jest On jedynym Panem. „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Mt 4,11) – odpowiada Chrystus demonowi na pokusę władzy. Św. Paweł stwierdza, że bez pomocy Ducha Świętego nie można powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12,3). Tak samo, bez pomocy Ducha, nie można Go adorować. Adoracja jest modlitwą w Duchu.
Pozostawanie w adoracji w milczeniu wyraża cześć, której nie są w stanie oddać słowa. Słowa są za małe. Trwanie w ciszy pozwala wejść w najbardziej duchowy wymiar modlitwy. Najgłębszy kontakt z Bogiem dokonuje się bez słów, w spotkaniu serc. Patrzenie z czcią na Hostię oczyszcza ludzkiego ducha z tego, co jest w nim skalane czczeniem bożków. Uznanie panowania jedynego Pana oznacza wyrzeczenie się innych bóstw, zerwanie z kłanianiem się pieniądzom, wizerunkowi, karierze, wygodzie, wszelkim formom okultyzmu. Przede wszystkim jednak oznacza zgodę na przebaczenie i pojednanie.
Adoracja wymaga wiary. Bez wiary nie sposób wytrzymać na adoracji nawet pięciu minut. Dlatego też Kościół udziela odpustu cząstkowego wiernemu, który nawiedza Najświętszy Sakrament w celu adoracji. Jeżeli adoracja trwa co najmniej pół godziny, odpust będzie zupełny, pod zwykłymi warunkami. Adoracja daje też wiarę, tworzy klimat, w którym Duch Święty może działać.

GOREJĄCY KRZEW
Decyzja udania się na adorację jest decyzją pójścia w głąb pustyni. Często jest to krok w przeciwnym kierunku niż ten, w którym pcha ciśnienie świata. Wymaga odwrócenia się od jego natarczywości i zgiełku.
Mojżesz zaprowadził pewnego dnia owce, które pasł, w głąb pustyni, do podnóża Bożej góry Horeb na Synaju. Ukazał mu się wtedy Anioł Pański (tak Biblia określa samego Boga) w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Krzew płonął ogniem, ale nie spłonął od niego. Mojżesz podszedł, by przyjrzeć się temu niezwykłemu zjawisku. Gdy był blisko, usłyszał: „«Mojżeszu! Mojżeszu!». On zaś odpowiedział: «Oto jestem». Rzekł mu [Bóg]: «Nie zbliżaj się tu! Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą». Powiedział jeszcze Pan: «Jestem Bogiem ojca twego, Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Mojżesz zasłonił twarz” (Wj 3,4-6).
Pan oznajmił mu, że nie mogąc już dłużej patrzeć na udrękę Izraelitów w Egipcie, postanowił ich wyrwać z niewoli i zaprowadzić do ziemi żyznej i przestronnej, która opływa w mleko i miód. Właśnie Mojżesza posyła do starszych Izraela z tą nowiną, i jemu każe iść do faraona i wyprowadzić lud na wolność. Mojżesz zapytał: „«Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, cóż im mam powiedzieć?». Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: «JESTEM, KTÓRY JESTEM». I dodał: «Tak powiedz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was»” (Wj 3,13-14).
Mojżesz z jednej strony słyszy: „Nie zbliżaj się tu!”, z drugiej jednak, w tym samym zdaniu, słyszy: „Mojżeszu, Mojżeszu!”. Bóg mówi do niego po imieniu. Pierwszy nawiązuje z nim kontakt. Objawia mu siebie: „Jestem Bogiem ojca twego…”. Przedstawia się jako żywa Osoba, która pragnie nawiązać bliską więź.
Najświętszy Sakrament można porównywać do gorejącego krzewu. Z niego Bóg objawia swoje imię: Jestem, który jestem. Jest Bogiem osób, dopiero później całego ludu. Jest Bogiem bliskim dla Izraela, Emmanuelem. Jestem – to znaczy jestem obecny, jestem z tobą, jestem dla ciebie. W Bogu istnienie jest miłością, jest Jego substancją, bytem. W ludziach, jak wiadomo – nie; człowiek może żyć nie kochając.
Cisza przed wystawioną Hostią pozwala usłyszeć wołanie: „Mojżeszu!”. Bóg zwraca się do każdego po imieniu. Trzeba wejść głęboko w ciszę, by móc usłyszeć to wołanie. Bóg zapoczątkowuje dialog: mówi po imieniu i objawia swoje imię. Dokonuje się to w wielkiej ciszy.
W niej można w ułamku sekundy dostrzec, jak krzew płonie i usłyszeć słowa absolutnie wykraczające poza ludzkie poznanie. W Izraelu z szacunku nie wymawiano imienia Jahwe: JA JESTEM, zastępowano je słowem Pan. Wymawiał je jedynie raz w roku, w święto Jom Kippur najwyższy kapłan, wchodząc do oddzielonego zasłoną najświętszego miejsca świątyni, nazywanego Świętym Świętych.

JA JESTEM
Jezus Chrystus wyraźnie odnosi to imię do siebie: „Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście gdy się stanie, uwierzyli, że JA JESTEM” (J 13,19). Gdy Judasz przychodzi z kohortą żołnierzy pojmać Go w Getsemani, Chrystus pyta, kogo szukają. Usłyszawszy, że Jego, odpowiada: JA JESTEM, i wówczas obecni tam Żydzi padają na twarz, słyszą bowiem najświętsze dla siebie słowa. Jeszcze przed męką na prośbę Filipa: „Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”, odpowiada: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,8-10). Adorując Najświętszy Sakrament, wchodzimy do przybytku, do „Świętego Świętych”, i pozwalamy, by Jezus „objawiał nam imię Ojca” (por. J 17,6), wprowadzał na Jego łono.
Msza święta wywodzi się z żydowskiej Paschy, dorocznego święta, w czasie którego Izraelici wspominali cudowne wyjście z niewoli egipskiej i przejście przez Morze Czerwone. Właśnie podczas uczty paschalnej Chrystus ustanowił Eucharystię. Adoracja Najświętszego Sakramentu wprowadza w tę dynamikę – w moc Boga, który wyzwala. Dlatego usłyszawszy, jak On woła po imieniu, poznawszy Jego tajemnicze imię, trzeba pójść dalej i usłyszeć, że On nie może patrzeć na udrękę ludzi i chce ich uwalniać. Chce posyłać tych, którzy doświadczyli Jego miłości, do ich bliźnich z radosną nowiną o Bogu, który „jest miłością” (1 J 4,8).

OBECNOŚĆ
Bóg w Najświętszym Sakramencie jest w sposób niepojęty obecny – cały skierowany ku temu, kto do Niego przychodzi. W kawałku chleba skupia się miłość Ojca, Syna i Ducha Świętego do tego, kto nań patrzy. „Oto moje Ciało za was wydane, oto moja Krew za was wylana” (por. Łk 22,19-20). To nie jest obecność kogoś, kto obserwuje pozostając na zewnątrz, kto ocenia. To jest pełna współczucia obecność Tego, kto „wziął na siebie nasze słabości i leczył nasze choroby” (por. Mt 8,17).
Pismo Święte porównuje miłość Boga do pełnej uwagi i poświęcenia, ale też zachwytu, miłości matki wobec niemowlęcia: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15) „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54,10). Miłość Boga jest w większym stopniu bezinteresowna i bezwarunkowa niż miłość matki. Przypowieści o zagubionej owcy i o synu marnotrawnym wprowadzają pojęcie Boga miłosiernego, który najbardziej kocha największego grzesznika. Chrystus idzie jeszcze dalej, gdy objawia, że utożsamia się z tymi, do których przychodzi. Mówi, odnosząc te słowa do siebie: „Bo byłem głodny, byłem spragniony, byłem nagi, byłem w więzieniu, byłem chory, byłem przybyszem” (por. Mt 25,35-36). To miłość posunięta „do końca” (J 13,1).
W Eucharystii spotykamy najbardziej niepojętą obecność, rzeczywistą obecność. Jan Paweł II nazywa ją „obecnością zbawczą”. Obecność kogoś kto jest nieskończenie inny, a jednocześnie nieskończenie bliski, kto jest wewnątrz, bliższy człowiekowi niż człowiek może być samemu sobie. Jest w jego najtajniejszej głębi jako źródło życia i miłości, jako nowe imię (Ap 2,17). Z jednej strony ado-
rujemy w Eucharystii Boga Najwyższego, z drugiej powoli odkrywamy – przez wiarę – że jest On obecny w naszych sercach. Dlatego nawet gdy zamykamy oczy, nie gubimy Go, nie tracimy z oczu, gdyż wtedy – nieraz jeszcze wyraźniej – możemy Go dostrzec oczami duszy.
Adoracja jest jedyną w swym rodzaju modlitwą obecności. Przychodzimy, gdyż Ktoś na nas czeka. Zostajemy, bo jest tu Ktoś, kto pragnie, byśmy z Nim pozostali. „Gdy kontemplujemy Go w świętym sakramencie ołtarza, Chrystus zbliża się do nas i wnika w nas głębiej niż my sami; przez przemieniające zjednoczenie z sobą daje nam udział w swoim Boskim życiu, a przez Ducha otwiera nam dostęp do Ojca” – napisał Jan Paweł II w Liście z okazji 750-lecia święta Bożego Ciała. W encyklice o Eucharystii złożył bardzo osobiste świadectwo: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca (…) Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!” (25).

MARANATHA!
Adorowanie Najświętszego Sakramentu rodzi pragnienie, by Chrystus powrócił na ziemię jak najszybciej. Osoby adorujące Najświętszy Sakrament przygotowują i przyspieszają Jego przyjście. Ich serca są jakby ziemią, na której Zbawiciel będzie mógł stanąć. Z drugiej strony bliskie obcowanie z Ojcem, Synem i Duchem Świętym odbiera człowiekowi lęk przed śmiercią, a przynajmniej pozbawia ten lęk ostrości. Doświadczanie nadprzyrodzonej miłości potrafi wręcz zrodzić tęsknotę za tym, by stało się to jak najprędzej, co w niczym nie przeszkadza w angażowaniu się w ziemskie sprawy i kochaniu najbliższych. Św. Paweł, mówiąc o swojej śmierci nazwał ją „zyskiem”, i tym, co „o wiele lepsze”, a pozostawanie na ziemi „owocną pracą”, „konieczną” dla jego otoczenia. Dla niego bowiem „żyć to Chrystus” (por. Flp 1,20-24).
Pierwsi chrześcijanie modlili się wezwaniem „Maranatha! Przyjdź, Panie Jezu!” (por. 1 Kor 16,22). Pragnęli Jego powtórnego przyjścia. Myśleli, że będzie ono miało miejsce niedługo, za ich życia. „Niech przeminie ten świat” – śpiewali. Z czasem chrześcijanie nie tylko zatracili to pragnienie, ale o powtórnym przyjściu Chrystusa zaczęli wyrażać się z lękiem, bo oznacza ono koniec świata, sąd i apokalipsę. Wiemy, że drugie przyjście nie będzie podobne do pierwszego – ukrytego. Za drugim razem Chrystus przyjdzie w chwale, na obłokach niebieskich, z aniołami i z mocą. Powróci jako Król wszechświata.

CIAŁO CHWALEBNE
W Eucharystii już obecne jest życie, „które ma nadejść” (1 Tm 4,8). Do uczestników Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego w Lourdes Jan Paweł II powiedział: „Poznaliście Chrystusa obecnego rzeczywiście w sakramencie, inaugurującym nowy świat, dla którego połamał On chleb swojego Ciała i przelał swoją Krew”. W nauczaniu o adoracji wskazywał na jej ukierunkowanie eschatologiczne. W encyklice o Eucharystii nazwał Eucharystię „bramą nieba, która otwiera się na ziemi” i „promieniem chwały niebieskiego Jeruzalem” (19). Według niego Eucharystia pomaga pamiętać o prawdziwym celu ludzkiego życia i stanowi niezawodną obietnicę, że cel ten osiągniemy.
Chrystus wstępuje do nieba w ciele. Zmartwychwstanie nie jest wskrzeszeniem – powrotem do dawnego życia. Jest nowym rodzajem bytowania w chwalebnym ciele. Chrystus ma nowe, duchowe ciało, którego nie więzi odtąd materia. Wchodzi do Wieczernika pomimo drzwi zamkniętych. A przecież jest to ciało z raną w boku i śladami gwoździ. Pyta Apostołów: „«Macie tu coś do jedzenia?» Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich” (Łk 24, 41-42).
Wcielenie nie przemija. Ojciec, który „utworzył Mu ciało” (por. Hbr 10,5), w zmartwychwstaniu uczynił je chwalebnym. Druga Osoba Trójcy Świętej już na zawsze w chwale pozostaje z ciałem. To ważne ze względu na perspektywę zmartwychwstania naszego ciała, ale również ze względu na widzialność Eucharystii, chleba, który staje się Ciałem, sakramentalną obecnością Zmartwychwstałego. Najświętsza Maryja Panna w tajemnicy wniebowzięcia uczestniczy w Jego zmartwychwstaniu. Zostaje uniesiona do chwały wraz z duszą i ciałem. ▐

Trwanie
w obecności Boga

Jak adorować?


Prorokiem adoracji naszych czasów jest nazywany bł. Karol de Foucauld (1858-1916). W okresie gdy żył w Nazarecie, pisał do swego ojca duchowego, że właściwie nie potrafi już się modlić. Próbuje czytać, rozmyślać, rozważać, odmawiać gotowe modlitwy – nic mu nie wychodzi – to nie jest obecność. Jedyne, co może robić, to trwać godzinami przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. A kiedy już tam jest, pozostaje oschły, jałowy, bez jakiejkolwiek myśli. Pyta sam siebie, czy to jeszcze jest modlitwa, i coraz bardziej odkrywa, że tak. Właśnie ona stanie się jego modlitwą, a po jego śmierci, powstałych z jego inspiracji zgromadzeń Małych Braci i Małych Sióstr Jezusa.

CISZA
Jeden z Małych Braci, Carlo Caretto, doskonale opisuje w Listach z pustyni, co dzieje się z człowiekiem trwającym dłużej na adoracji. Odbywał nowicjat na pustyni, na Saharze. Miał spędzić tydzień w grocie sam na sam z Panem Jezusem eucharystycznym, wystawionym dzień i noc. Kapłan odprawił Mszę świętą na ołtarzu z kamieni i odszedł. „Cisza na pustyni, cisza w grocie, cisza w Najświętszym Sakramencie. Żadna modlitwa nie jest tak trudna jak adoracja Najświętszego Sakramentu. Natura ludzka buntuje się ze wszystkich sił. Wolałoby się raczej kamienie dźwigać w żarze słońca. Zmysły, umysł, wyobraźnia – to wszystko jest umartwione. Tylko wiara tryumfuje” (Listy z pustyni, Warszawa 1978, s. 20). Wreszcie po pewnym czasie zmysły się uspokajają, a wtedy modlitwa staje się czymś rzeczywiście ważnym i „tak poważnym, że nie można się bez niej obejść”.
Tak jak w rozmowie, by usłyszeć, co ktoś chce powiedzieć, trzeba przerwać potok własnej wymowy, a najlepiej również – by faktycznie wsłuchać się w mówiącego – własnych myśli, tak podczas adoracji trzeba się zatrzymać, zrezygnować choć na chwilę ze swojej aktywności, nie zasypywać Pana Boga słowami i prośbami, lecz otworzyć się na to, co On mówi. A Jego językiem w Eucharystii jest cisza. Jest to cisza Boża, inna od ludzkiej, cisza pulsująca miłością, cisza osobowa, w której daje On siebie. Trwanie w ciszy adoracji tworzy przestrzeń, w której można doświadczyć, że jest się kochanym. To doświadczenie dokonuje się na głębszym poziomie niż słowa.
„Wszystkie słowa, jakie Bóg wypowiedział, są dla nas tajemnicą, ale Tajemnicą samą w sobie jest Jezus, który daje nam swoje Ciało na pokarm… i który pragnie, żebyśmy Go przyjmowali jako najgłębszą tajemnicę naszego życia. Dlatego daje siebie w ciszy. Chce zrodzić w nas ciszę, ciszę adoracji” – pisze o. Marie-Dominique Philippe, założyciel Wspólnoty św. Jana (Iść za Barankiem, Warszawa 1996, s. 40).
Wobec tak niepojętej tajemnicy najlepszą rzeczą, jaką można zrobić w czasie adoracji, jest poddanie się promieniowaniu tej obecności, otwieranie się na nią. Przyzwolenie w jak najbardziej bierny sposób, by ona działała, nie my. Monstrancje najczęściej mają kształt słońca. Hostię otaczają złociste promienie. Ta starożytna symbolika może być pomocna w adoracji. Człowiek, który chce się opalić pozwala działać słońcu i doskonale wie, że nie on działa, lecz słońce. On jedynie musi przez pewien czas „wystawić się na działanie” promieni słonecznych. Dlatego pierwszym warunkiem, by wejść w promieniowanie Eucharystii, jest cisza.
Moris Maurin, Mały Brat Jezusa, tak wprowadza ludzi w adorację w ciszy: „Staraj się jak najmniej mówić, jak najmniej wyrażać. Pozwalaj, żeby On na ciebie patrzył. Czekaj aż powoli On zacznie przenikać cię całego”.
W praktyce jest to bardzo trudne. Przychodzimy przed Najświętszy Sakrament i nic się nie dzieje. Na początku cisza, najczęściej, nie jest pełna obecności. Trzeba stać się bardzo małym, by zgodzić się trwać w takiej pozornej pustce, by zrezygnować z własnej aktywności, nie być przede wszystkim kimś, kto patrzy, lecz kimś, kto pozwala, by Inny na niego patrzył. Trzeba wówczas zgodzić się na czekanie i tęsknotę. „Dusza moja oczekuje Pana bardziej niż strażnicy świtu” (Ps 130,6). „Ciebie pragnie moja dusza. Za Tobą tęskni moje ciało” (Ps 63,2). Psalmy są pełne oczekiwania.
Taka perspektywa pokazuje, że można wartościowo przeżyć adorację nawet wtedy, gdy jest się bardzo zmęczonym czy chorym i niemożliwa jest wymagająca większego skupienia kontemplacja. W prostym akcie można oddać swój stan, a później „tylko być”, trwać w prostocie i ciszy, patrząc na Baranka. Pokazuje też, że można łączyć się z Ofiarą Chrystusa i adorować Eucharystię również, gdy choruje się w domu czy w szpitalu. Tajemnicą są ludzie „ubodzy w duchu”, którzy z taką ufnością i oddaniem Bogu przyjmują przeciwności losu, że choć sami o tym nie wiedzą, można o nich powiedzieć, że całym swym jestestwem adorują.

POKÓJ SERCA
Adoracja jest spotkaniem ze Zmartwychwstałym, On zaś jest pełen pokoju. Gdy staje przed uczniami w Wieczerniku, mówi: „Pokój wam!” (J 20,21). Nie wypomina im, że wszyscy poza Janem uciekli i nie towarzyszyli Mu w czasie męki. Nie robi wymówek Piotrowi, że Go zdradził. Przed Ostatnią Wieczerzą Jego słowa bywały trudne, po zmartwychwstaniu ma dla nich jedynie pokój. Nadal zna zakamarki ich serc i wie o nich wszystko.
Pierwszego dnia tygodnia po słowach „Pokój wam!” Jezus „tchnął na nich” i powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego!” (J 20,21.22). Pokój jest owocem Ducha Świętego (Ga 5,22), wysłużonym w czasie męki. Pokój, po hebrajsku szalom, nie jest tylko spokojem, brakiem wojny. W Biblii pokój jest pojęciem zbliżonym do zbawienia, dosłownie oznacza pełnię, rzeczywistość, w której Bóg króluje. Prorok Izajasz zapowiadał narodziny „Księcia Pokoju” (por. Iz 9,5).
Św. Piotr opisywał działalność Jezusa jako „zwiastowanie pokoju” (por. Dz 10,36). On sam zapowiadał, że przynosi pokój „nie tak, jak daje świat” (J 14,27), nie spokój, rozumiany jako brak trudności czy cierpienia. „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33). „To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli” (J 16,33). Pokoju Chrystusowego można doświadczać nawet wśród prześladowań, w chorobie, w różnorakiej biedzie i cierpieniu, nie tylko w radości. Na tym polega jego fenomen i siła. Otrzymuje się go na modlitwie, przez zakorzenienie w Chrystusie, gdyż jest to nie jakiś abstrakcyjny stan umysłu ale „pokój w Nim”, pokój serca, tej głębi osoby, do której Zły nie ma dostępu.
W tej samej mowie po Ostatniej Wieczerzy Chrystus zapewnia: „Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was” (J 14,18). Słowa te można interpretować eucharystycznie. Przyszedł powtórnie na ziemię zamieszkać na stałe w znakach sakramentalnych. Eucharystia przechowywana jest w tabernakulach na całej ziemi ze względu na chorych
i umierających oraz na adorację. Właśnie w adoracji w ciszy można przyjmować ten pokój, o którym św. Paweł pisze, że „przewyższa wszelki umysł” i „strzeże myśli” (por. Flp 4,7). Jest głęboko osobowy, jest udzielaniem się Zmartwychwstałego, obecnością Kogoś, na kim można się oprzeć.
Ewangelia wzywa z naciskiem do dwóch rzeczy: do tego, żeby się zbytnio nie troszczyć, i do przebaczenia. Niepokój pochodzi z zamartwiania się sprawami tego świata i braku zaufania. „Nie martwcie się o swoje życie” (Mt 6,25) – słyszymy w Kazaniu na Górze. „U was nawet włosy na głowie wszystkie są policzone” (Mt 10,30). „Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” (Mt 6,8). I choć chce, żeby Go prosić wytrwale, prośby mają być zanoszone „z dziękczynieniem” (Flp 4,6) to znaczy w otwartości, z zaufaniem. Zbytnie zamartwianie się zamyka człowieka, Duch Święty nie może wówczas działać. Przychodzimy czasem na adorację z bardzo trudnymi sprawami, nieraz po ludzku bez wyjścia. Ale lepszą rzeczą niż mówienie o nich na okrągło Panu Bogu i tłumaczenie, jak powinien postąpić, jest pozostawienie Mu wolności, oddanie Mu wszystkiego z zaufaniem.
Drugą sprawą, którą trzeba zostawić przed ołtarzem, by móc otrzymać pokój, jest przebaczenie winowajcom. Chrystus jest tu kategoryczny: „Zostaw swój dar i najpierw pojednaj się ze swoim bratem!” (por. Mt 5,24). W praktyce modlitwy adoracyjnej oznacza to akt woli, by przebaczyć, i prośbę do obecnego sakramentalnie Chrystusa, by On sam wypełnił ten akt swoim Duchem i pozwolił nam przebaczyć z serca. Chrystus wie, co to znaczy być zranionym, odrzuconym i upokorzonym – Jego nauka nie jest teoretyczna, On ją wciela i urzeczywistnia. Z Jego przebitego boku płynie krew i woda, sakramentalna moc. On chce jej udzielać, chce dawać ludziom miłosierdzie, sprawiać, by byli zdolni „błogosławić tych, którzy ich prześladują. Błogosławić,
a nie złorzeczyć” (por. Rz 12,14).
Jan Paweł II przebaczał, modlił się i błogosławił tego, który usiłował go zabić. „Radość przebaczenia winna być silniejsza i większa od wszelkich uraz. Dzięki temu Oblubienica zajaśnieje wobec świata pełnią piękna (…) Oby dzięki pokorze Oblubienicy jeszcze bardziej zajaśniała chwała i moc Eucharystii, którą ona sprawuje i przechowuje w swym łonie” – napisał w bulli Incarnationis mysterium ogłaszającej Wielki Jubileusz Roku 2000. „Przechowuje w swym łonie” – oznacza w tym kontekście również – adoruje.

MODLITWA JEZUSOWA
Serce jest według Biblii tym najgłębszym miejscem, w którym człowiek jednoczy się z Bogiem. Człowiek „zstępuje” do serca, szuka do niego drogi. „Modli się serce. Jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK, 2562).
Pierwsi chrześcijańscy mnisi i pustelnicy odkryli, że pomocne w szukaniu drogi do serca jest powtarzanie świętego imienia Jezus. Modlili się słowami: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Powtarzali te słowa nieustannie, początkowo z trudem, dzięki woli, z czasem modlitwa odmawiana tylko ustami pogłębiała się w nich i schodziła z umysłu do serca, napełniając je światłem i pokojem. Serce zaczynało modlić się samo.
Niektórzy odmawiali dłuższą formułę: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną, grzesznym sługą twoim”, inni wymawiali samo imię Jezus. Ta starożytna tradycja nosi nazwę modlitwy Jezusowej lub modlitwy nieustannej. Dzięki mnichom z góry Atos przeniknęła na Ruś i stała się najsilniejszym prądem duchowym prawosławia. Zaś dzięki rosyjskim emigrantom po rewolucji bolszewickiej została poznana na Zachodzie. „Imię Jezus staje się w końcu słodkim szeptem, który powoli zagłusza w sercu wszystkie odgłosy” – pisze prawosławny teolog Paul Evdokimov.
Ci, którzy zaczynają się modlić imieniem Jezus, doświadczają mocy tego imienia, które jest „ponad wszelkie imię”. Na imię Jezusa „zgina się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (por. Flp 2,9.10). Imię to ma moc egzorcyzmującą, oczyszczającą, napełnia Duchem Świętym. Św. Jan Klimak zachęca: „Uderz twego przeciwnika Imieniem Jezusa; na ziemi i w niebie nie uświadczysz bowiem równie potężnej broni”.

MODLITWA GŁĘBI
Gdy człowiek trwa na adoracji w ciszy nieraz musi stoczyć duchową walkę. Przeciwnik niewielu rzeczy boi się równie bardzo! Stara się nie dopuścić do tej bliskości człowieka z Bogiem – stąd biorą się rozproszenia, niemożność skupienia podczas adoracji. Pierwsi mnisi doznawali podobnych pokus i trudności. Aż do XIV wieku zakonnicy na Wschodzie, ale również na Zachodzie modlili się jakimś słowem zaczerpniętym z Biblii. Autor Obłoku niewiedzy, anonimowego dzieła z XIV wieku, każe uczniowi wybrać słowo, którym będzie się modlił, najlepiej krótkie, jednosylabowe, lub modlić się imieniem Jezus. Takim słowem może być też imię Boga: „Jestem”. Niektórzy modlą się słowami: „Jezu, ufam Tobie!” lub „Jezus żyje!”.
Basil Pennington, trapista, który prowadzi warsztaty „modlitwy prowadzącej do środka”, nazywanej też „modlitwą głębi” twierdzi, że gdy ktoś zaczyna modlić się w ciszy i prosić o takie słowo dla siebie, bardzo szybko je znajduje. Radzi, by nie trzymać się słowa kurczowo. Można je powtarzać często, można przez jakiś czas w ogóle do niego nie wracać. Ma ono pomagać, stanowić klucz prowadzący do środka, do serca. Potrafi pomagać w powrocie do modlitwy, gdy człowieka męczą rozproszenia.
Jakże często trwając przed Jezusem eucharystycznym, orientujemy się nagle, że jesteśmy myślami gdzieś bardzo daleko. Jest to zupełnie normalne i nie trzeba się tego bać. W adoracji dobrze jest pozostawiać myśli i obrazy, by sobie płynęły, a samemu schodzić niżej, zapadać się głębiej, „rzucać się we wnętrze”, szukać obecności. Imię Jezus ma ogromną moc w takich chwilach rozpalić na nowo serce i skoncentrować modlitwę na Osobie, którą adorujemy. Powtarzane w ciszy, powoli, pozwala nawiązać osobowy kontakt z Tym, który jest i patrzy na nas z miłością.

RÓŻANIEC
Imię Jezus jest też ośrodkiem ściśle katolickiej modlitwy, jaką jest Różaniec. Pozdrowienie anioła i pozdrowienie Elżbiety prowadzą do tego imienia, będącego sercem Ave Maria. Za każdym razem gdy adorujemy Najświętszy Sakrament, Maryja Panna jest przy nas, wstawia się za nami. Różaniec jest dobrą modlitwą, by wejść w adorację. Pozwala wyciszyć myśli, wyjednuje nam Jej wstawiennictwo i ochronę, otwiera na łaski mistyczne. Odmawianiu Różańca towarzyszy łaska obecności. W szczególny sposób człowiek może wchodzić w tajemnice Nowego Testamentu, nie tyle kontemplować je jako statyczne obrazy, co zyskiwać wewnętrzne poznanie działania Boga w historii zbawienia.
Różaniec Jan Paweł II nazywa „sposobem kontemplacji eucharystycznej”. W liście Rosarium Virginis Mariae pisze, że „jest on adorującą kontemplacją misterium, które dokonuje się w Dziewicy z Nazaretu”. „Utrzymuje nas w klimacie zachwytu wobec Boga: wyraża zdumienie, uznanie dla największego cudu w historii”. „Akcent, jaki kładzie się na imieniu Jezus, znamionuje znaczące i owocne odmawianie Różańca”.


MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Sobota, 6 sierpnia
Przemienienie Pańskie
Łk 9,28b-36
To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! (Łk 9,35)
Pakujesz bagaże, przypinasz dzieci do fotelików i wyruszasz – na wakacje, do babci czy do cyrku. Zaledwie zdążysz ujechać kilka kilometrów, dziecięcy głosik z tylnego siedzenia pyta: „Czy już dojechaliśmy?”. Standardowa odpowiedź brzmi: „Nie, ale jesteśmy coraz bliżej”.
Scena ta pomaga nam zrozumieć, czym było dla Apostołów doświadczenie Przemienienia. Dało im ono przedsmak ich ostatecznego przeznaczenia, jakim jest niebo, przebywanie z Chrystusem w Jego chwale.
Pewnego dnia my także osiągniemy swoje przeznaczenie, chwałę nieba, gdzie zostaniemy przemienieni na podobieństwo Jezusa. Do tego czasu pozostaje nam przypominać sobie, że jesteśmy coraz bliżej. Oczywiście nie doświadczamy jeszcze wszystkiego, co Bóg nam obiecał. Wciąż upadamy w grzechy, wciąż nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy i możemy być, wciąż ulegamy lękom i pokusom. Zbyt łatwo jednak – a w wypadku wielu z nas także zbyt automatycznie – skupiamy się tylko na upadkach i niedociągnięciach, zapominając, że przez cały czas czynimy również postępy w wierze. Już teraz, według biskupa Anastazego z Synaju, ci, którzy żyją w wierze, „lśnią wspaniałym blaskiem dostępnym duchowemu oku, odnowieni na duszy i przekształceni na Jego podobieństwo, nieustannie przemieniani, uczestnicy Boskiej natury”.
Bóg jest tak potężny i mądry, że potrafi przybliżyć nas do siebie nawet przez nasze słabości – i to często skuteczniej niż przez sukcesy. Ma plan dla naszego życia i nieustannie pracuje nad jego wypełnieniem. Twoje zachwiania i potknięcia nie niweczą Jego obietnic ani nie przekreślają Jego planu. Jesteś przez Niego przemieniany – nie w jednej chwili, ale dzień po dniu, małymi krokami, aż wreszcie będziesz pragnął wciąż przychodzić do Niego, a Jego obecność rozjaśni twoją codzienną rutynę.
Rozważaj więc dziś Przemienienie Pańskie. Wyobrażaj sobie, jak to będzie, gdy wreszcie znajdziesz się z Jezusem w niebie. Przypominaj sobie, że twoja wiara wzrasta, gdy spędzasz czas z Panem, gdy czytasz Jego słowo zawarte w Piśmie Świętym. Przez każdą rozmowę z Nim, przez każdą minutę spędzoną w Jego obecności, przybliżasz się do swego ostatecznego celu. Jeśli pozostaniesz wierny, pewnego dnia zaśpiewasz wraz z mieszkańcami nieba: „Alleluja! Zakrólował Pan, Bóg wszechmogący!”.
„Boże, wzbudź we mnie pełne nadziei oczekiwanie dnia, w którym zobaczę wypełnienie wszystkich Twoich obietnic”.
Dn 7,9-10.13-14 lub 2 P 1,16-19
Ps 97,1-2.5-6.9

Niedziela, 7 sierpnia
Hbr 11,1-2.8-19
Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy. (Hbr 11,1)
Sławni ludzie, którzy osiągnęli niekwestionowany sukces w swojej dziedzinie, nawet jeśli nie napisali żadnej książki w sensie dosłownym, traktowani są jak autorzy, którzy „pisali” swoimi dokonaniami. I tak, Frederick Taylor czy Peter Drucker „napisali książkę” o współczesnym zarządzaniu. Bach, Beethoven czy Mozart „napisali książkę” o muzyce klasycznej. Abraham Lincoln czy Vaclav Havel „napisali książkę” o przywództwie politycznym.
O Jezusie można powiedzieć, że „napisał książkę” o tym, co tak naprawdę najważniejsze – o życiu z Bogiem. Pismo Święte mówi: „Uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze” (Hbr 10,10). Na krzyżu Jezus dał nam wszystko, czego potrzebujemy – raz na zawsze. Jednak nasza wiara wzrośnie w takim stopniu, w jakim zechcemy korzystać z danej nam raz na zawsze „ofiary ciała Jezusa Chrystusa”.
Mówiąc, że wiara jest „poręką tych dóbr, których się spodziewamy” (Hbr 11,1), autor Listu do Hebrajczyków mówi o nieustannym, coraz głębszym uświadamianiu sobie tego wszystkiego, czego Jezus dla nas dokonał. Nasza wiara jest rzeczywistością dynamiczną, która żyje, działa i wzrasta, kiedy zapraszamy Pana do naszego życia.
Okazją ku temu jest dla nas każda Msza święta, w której uczestniczymy. Przyjmując Eucharystię, prośmy Jezusa, by wszedł do naszych serc i na nowo otworzył nam oczy na Jego mądrość i miłość. Prośmy, by coraz pełniej odsłaniał przed nami swoje tajemnice. On, miłujący Zbawca, z pewnością nam nie odmówi. Jednak nasz dialog z Jezusem nie może ograniczać się do chwil, kiedy przyjmujemy Komunię świętą. Chwile te mają pomóc nam w zaproszeniu Jezusa do naszej codzienności i trwaniu przy Nim w dobrych i złych chwilach.
Jak więc odpowiesz dziś na Bożą łaskę? Spoglądając na krzyż podczas Mszy świętej i mówiąc: „Dziękuję Ci, Jezu”? Prosząc Go o wiarę, która pozwoli ci cieszyć się dobrymi stronami życia i sprostać jego wymaganiom? Wyznając Jezusowi: „Ufam, że przygotowałeś dla mnie miejsce w niebie”?
„Jezu, pomóż mi codziennie na nowo składać w Tobie ufność i nadzieję”.
Mdr 18,6-9
Ps 33,1.12.18-20.22
Łk 12,32-48

Niedziela, 14 sierpnia
Hbr 12,1-4
Patrzmy na Jezusa. (Hbr 12,2)
Podczas wędrówki Izraelitów do Ziemi Obiecanej Bóg polecił Mojżeszowi odlać węża z brązu i umieścić go na palu, tak by każdy ukąszony przez jadowitego węża mógł popatrzeć na węża z brązu, a przez to odzyskać zdrowie (Lb 21,8-9). Do tego faktu nawiązał Jezus w rozmowie z Nikodemem: „A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,14-15).
Patrzenie na Jezusa można rozumieć jako czynność fizyczną. Podnosimy wzrok na krzyż znajdujący się w kościele czy w naszym domu i już sam ten widok daje nam pokój. Jednak autor Listu do Hebrajczyków poleca nam również wznosić ku Jezusowi nasz „duchowy wzrok” – jakby oczy naszego serca, aby nawiązać głęboki duchowy kontakt z Chrystusem.
Kiedy wpatrujemy się w Jezusa, widzimy Jego czułą miłość do nas. On zna nas do głębi. Nigdy nie patrzy na nas z góry, nie grozi, nie odrzuca. Wciąż powtarza: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy (…), a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28).
Kiedy wpatrujemy się w Jezusa, On zapewnia nas, że możemy na Niego liczyć. Mówi, że Jego słowo „trwa na wieki” (1 P 1,24-25), że „żyje, aby wstawiać się za nami” (por. Hbr 7,25).
I że Jego miłość i Jego dary są odwieczne, tak jak On sam jest niezmienny (por. Jr 31,3; Jk 1,17; Ml 3,6).
Podnieś dziś wzrok na Jezusa, uświadom sobie, że Jego obecność jest twoją siłą. Dopraszaj się Jego obecności, jak czynił to Mojżesz (Wj 33,13-15). Wraz z królem Dawidem wołaj do Pana i szukaj Jego oblicza (Ps 27,8). Kiedyś przekonasz się, że czas spędzany z Jezusem stanie się dla ciebie najważniejszą częścią dnia.
„Panie, wznoszę ku Tobie moje oczy. Ty wspierasz i udoskonalasz moją wiarę”.
Jr 38,4-6.8-10
Ps 40,2-4.18
Łk 12,49-53

Poniedziałek, 15 sierpnia
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
1 Kor 15,20-26
W Chrystusie wszyscy będą ożywieni. (1 Kor 15,22)
Jednym z najbardziej znanych utworów angielskiego poety, Johna Donne’a, żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku, jest sonet zatytułowany Śmierci, próżno się pysznisz. Zaczyna się on od następujących słów:
„Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których – myślisz – jużeś powaliła,
Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie”.
(przekł. Stanisław Barańczak)
Słowa poety można by z powodzeniem włożyć w usta Maryi, której zdecydowanie nie zdołała pokonać śmierć! Jak naucza Kościół, po zakończeniu ziemskiego życia została Ona wzięta do nieba z duszą i ciałem. W ten sposób została zachowana od normalnych skutków śmierci, która jest konsekwencją grzechu.
Dziś, świętując Wniebowzięcie Maryi, przypominamy sobie również obietnicę skierowaną do nas, gdyż i my pewnego dnia znajdziemy się w niebie wraz z Jezusem. „W Chrystusie” my wszyscy zostaniemy „ożywieni” (1 Kor 15,22).
Będąc jeszcze na ziemi, możemy przygotować się do tego dnia, ucząc się od Maryi, która wciąż starała się być blisko Jezusa. Kiedy ukazał się Jej anioł, odpowiedziała „tak” na zaproszenie Boga, by stać się Matką Jego Syna. Od tego momentu całkowicie poświęciła się Jezusowi – wychowując Go, słuchając Jego nauki, stojąc pod Jego krzyżem. Takie oddanie Jezusowi jest także naszą drogą do nieba.
Mimo że nie zostaliśmy, jak Maryja, zachowani od grzechu, Bóg napełnia nas swoją łaską i jest zawsze z nami, gotów udzielać nam swojej pomocy, byśmy mogli iść za Nim. Zawsze też kiedy upadniemy, gotów jest nam przebaczać i wskazywać drogę powrotu do siebie.
Nasze ostateczne przeznaczenie jest w rzeczywistości takie samo jak przeznaczenie Maryi – mamy żyć wiecznie z Bogiem. Dlatego każdy z nas może powtórzyć za poetą zakończenie sonetu:
„Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka”.
Podążajmy więc dziś za Panem, myśląc o naszej Matce, która wspiera nas z nieba, i oczekujemy z radością dnia, w którym i my zostaniemy ukoronowani w chwale.
„Maryjo, dziękuję Ci za Twój przykład życia przeżywanego w łączności z Jezusem. Pomóż mi trwać w Jego bliskości”.
Ap 11,19a; 12,1.3-6a.10ab
Ps 45,7.10-12.14-15
Łk 1,39-56

Niedziela, 21 sierpnia
Hbr 12,5-7.11-13
Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. (Hbr 12,7)
Relacja to, jak podaje słownik, sposób, w jaki dwoje lub więcej ludzi komunikuje się ze sobą, traktuje się nawzajem i reaguje na siebie. Istnieją relacje formalne, na przykład w biznesie, w urzędach, oraz mniej lub bardziej osobiste, jak na przykład relacja ojca
z dziećmi. Chociaż mamy tendencję, by zaliczać relację z Bogiem do pierwszej grupy, On sam pragnie, aby przypominała ona bardziej te z grupy drugiej.
Czy wiesz, jak cenny jesteś dla Boga? Czy wiesz, że On cieszy się, gdy może z tobą przebywać, obdarzać cię swoją miłością, troszczyć się o ciebie? Taki właśnie jest Bóg, który traktuje cię jak swoje dziecko – do tego stopnia, że chce cię uczyć i wychowywać, abyś coraz bardziej upodabniał się do Niego.
Jak każdy ojciec, Bóg wymaga od nas także dyscypliny. Skoro nas kocha, to jest też logiczne, że karci nas, gdy schodzimy na złą drogę. Zwykle dyscyplina kojarzy nam się z karą i przykrością. Jednak Boża dyscyplina niesie życie – budzi nadzieję zamiast wstydu i upokorzenia. Pomagając nam stać się tym, kim mamy być w Bożych planach, prowadzi nas do pokoju i radości.
W jaki sposób dyscyplinuje nas Ojciec niebieski? Na przykład pobudza nas do przeproszenia kogoś, komu wyrządziliśmy przykrość. Wzbudza wyrzuty sumienia, gdy przychodzi nam myśl, by obejrzeć nieodpowiedni film albo marnować czas surfując po Internecie. Dopuszcza trudną sytuację, która sprawia, że uciekamy się do Jego pomocy, zamiast polegać jedynie na sobie. Pozwala nam doświadczyć konsekwencji naszych grzechów, abyśmy zrozumieli, do czego one prowadzą. Na wszystkie te sposoby okazuje nam swoją miłość i uczy nas swoich dróg.
„Ojcze, dziękuję Ci za to, że nazywasz mnie swoim dzieckiem. Nie chcę, aby cokolwiek stanęło między Tobą a mną, dlatego poddaję się Twojej pełnej miłości dyscyplinie”.
Iz 66,18-21
Ps 117,1-2
Łk 13,22-30

Niedziela, 28 sierpnia
Łk 14,1.7-14
Ktoś znakomitszy od ciebie… (Łk 14,8)
W II wieku po Chrystusie astronom Klaudiusz Ptolemeusz przedstawił model układu słonecznego, który zakładał, że Ziemia znajduje się w centrum wszechświata. 1400 lat później inny astronom, Mikołaj Kopernik, obalił model Ptolemeusza, odkrywając, że to Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie na odwrót.
Podobnie jak Kopernik zakwestionował nauczanie Ptolemeusza, tak Jezus wciąż kwestionuje nasze założenia. Codziennie zadaje nam pytanie: „Kto stanowi centrum twojego życia? Ja czy może ty sam? Czy żyjesz pod moim panowaniem, czy też może pod swoim własnym?”.
Jeśli przyjmiemy model Ptolemeusza, nasza odpowiedź będzie brzmiała: „To ja sam chcę stanowić centrum swojego wszechświata”. Przy takiej opcji, nawet jeśli inni widzą w nas dobrych, porządnych ludzi, w rzeczywistości zawsze będziemy skoncentrowani na sobie. Będziemy przypisywać sobie wszelkie czynione przez nas dobro, ignorować swoje słabości i nigdy nie poddamy się pod panowanie Jezusa.
Natomiast przyjmując model kopernikański, powiemy: „Centrum mojego wszechświata stanowi Jezus”. Może to powiedzieć ten, kto uwierzył, że Jezus, doskonały Syn Boży, stał się człowiekiem i przez swoją śmierć wybawił nas od grzechu, a powstawszy z martwych zasiada po prawicy Ojca jako Pan nieba i ziemi (Flp 2,6-11).
Oczywiście wyznanie: „Jezu, chcę, abyś to Ty był w centrum mojego życia”, wymaga od nas pokory. Nasza skażona grzechem natura buntuje się przeciwko takim słowom. Jeśli jednak będziemy zaczynać każdy dzień taką właśnie modlitwą, przekonamy się, że daje ona niewiarygodny pokój. Otrzymamy też łaskę coraz większego pragnienia, by poddać całe swoje życie – każdą myśl
i każdy czyn – pod panowanie Jezusa, aby w ten sposób oddać Mu chwałę. Jedynym godnym tego, by zasiąść na tronie naszych serc, jest Jezus. Oddajmy Mu chwałę jako najdostojniejszemu z naszych gości.
„Jezu, Ty jesteś moim Panem i moim Bogiem”.
Syr 3,17-18.20.28-29
Ps 68.4-7.10-11
Hbr 12,18-19.22-24a


MAGAZYN:

Wrażliwa na los ubogich
i na wołanie ziemi

Męczeństwo s. Dorothy Stang

Był rok 1998. Dorothy Stang powróciła do brazylijskich lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki po czteromiesięcznym pobycie w Dayton, w stanie Ohio. Pojechała tam świętować złoty jubileusz życia zakonnego w Zgromadzeniu Sióstr Notre Dame z Namur. Po zakończeniu wizyty w domu i powrocie do dżungli czuła się znużona i przybita. W północno-wschodniej Brazylii bieda, napięcia wewnętrzne i korupcja wciąż stanowiły nieodłączną część twardej rzeczywistości. Dorothy spędziła na misjach w Brazylii już ponad trzydzieści lat, sypiając w hamakach i przemierzając błotniste drogi, po to, by nieść wsparcie duchowe i materialne społecznościom rdzennych mieszkańców.
W chwili frustracji s. Dorothy napisała list do nieżyjących od dawna założycielek swojego zakonu. „Dlaczego brakuje mi siły i już sama nie wiem, co robić?... Dziś więcej niż kiedykolwiek potrzebujemy solidarności, wzajemnego wsparcia – wspólnoty między sobą, która nie pozwoli nam zatracić wizji”. Od przyjazdu do Brazylii w 1966 roku s. Dorothy i jej towarzyszki służyły ubogiej, niepiśmiennej ludności, katechizując oraz pomagając w ich mozolnej walce o lepszą przyszłość. Praca sióstr, choć przynosiła owoce, była wyczerpująca. Dorothy czuła, że do kontynuowania misji potrzebny jest jej nowy zastrzyk łaski.

ŁAKNĄCA SPRAWIEDLIWOŚCI
Od najmłodszych lat Dorothy marzyła, by zostać misjonarką w Chinach. Miała wiele szacunku dla sióstr Notre Dame z Namur, do których szkoły średniej uczęszczała i którym nieco zazdrościła ich misji, jaką była troska o edukację i sprawiedliwe traktowanie ubogich. Już w pierwszej klasie wstąpiła do koła zbierającego fundusze na misje w Chinach. Była to dla niej szkoła życia z ograniczonych zasobów. Nie mając nadmiaru gotówki, Dorothy skonfiskowała pieniądze dane przez matkę jej i rodzeństwu na dojazdy tramwajem na próby chóru, a następnie wrzuciła je do misyjnej skarbonki, zmuszając wszystkich do chodzenia na próby pieszo.
W wieku lat siedemnastu Dorothy dojrzała do tego, by opuścić Dayton – a także swego chłopaka – i dokończyć szkołę średnią już w zakonie. Tam zaczęła intensywnie rozważać Pismo Święte. Jednym z jej ulubionych fragmentów była pieśń Maryi, Magnificat: „Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia” (Łk 1,53). Ten i podobne wersety mówiące o Bożej opiece nad ubogimi poruszały jej serce i umacniały w niej pragnienie wyjazdu na misje.
Pierwszy krok Dorothy zrobiła wkrótce po dwudziestych drugich urodzinach. Wysłano ją wówczas do pomocy przy zakładaniu szkoły w Phoenix, w stanie Arizona, gdzie żyła duża społeczność emigrantów. Przez następne kilka lat spędzała weekendy jeżdżąc na pobliskie farmy sałaty, zawożąc pracującym tam Meksykanom żywność, odzież i słowa pociechy. Modliła się i pracowała wraz z nimi, starając się zrozumieć ich kulturę i obyczaje.
Pewnego dnia Dorothy usłyszała samolot rozpylający pestycydy nad polami, gdzie pracowali ludzie. Nagle uświadomiła sobie, skąd bierze się u wielu z nich rozszczep podniebienia czy brak kończyn. Zaczęła krzyczeć, by schronili się w bezpiecznym miejscu, jednak część z nich pozostała na polu, obawiając się kary ze strony szefa. Bezradność i wściekłość doprowadziły Dorothy do łez. Bolało ją to, że ludzie muszą cierpieć po to, by właściciele ziemscy mogli zwiększyć produkcje i zyski. Wciąż jednak powracała do zatłoczonych ruder imigrantów i stopniowo zdobyła sobie ich zaufanie.

EWANGELIA LUDZKIEJ
GODNOŚCI
W 1966 roku, krótko po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, Dorothy zgłosiła się do pracy misyjnej w Brazylii. Wraz z czterema innymi siostrami dołączyła do dwóch księży prowadzących pracę duszpasterską wśród stu tysięcy nieobjętych dotąd katechezą robotników rolnych, żyjących na skraju lasu tropikalnego.
Życie religijne tych ludzi ograniczało się do dorocznych odwiedzin księży i zakonnic u właścicieli ziemskich. Kiedy pojawiał się jeep wiozący osoby duchowne, odpalano petardy, sygnalizując, że wszyscy pracownicy mają się stawić na Mszę i zbiorowy chrzest. W nabitym ludźmi kościele nie było czasu ani warunków na naukę wiary.
Dorothy zaczęła więc głosić Ewangelię tubylcom bezpośrednio w ich domach. Byli zaskoczeni widząc, że goto-
wa jest dzielić z nimi ich skromny posiłek i spać na ziemi. W łamanym, choć komunikatywnym portugalskim przygotowywała ludzi do sakramentów i objaśniała Pismo Święte, ufając, że Duch Święty uzupełni to, czego ona nie jest w stanie im przekazać. Gdy było to możliwe, gromadziła oddalone od siebie rodziny, tworząc wspierające się wspólnoty chrześcijańskie.
Na sercu leżały jej zwłaszcza rodziny mieszkające na peryferiach, w najodleglejszych zakątkach puszczy. Kiedy więc rząd brazylijski zaczął nadawać działki ziemi wszystkim, którzy byli skłonni osiedlić się w puszczy amazońskiej, poprosiła swoich przełożonych o pozwolenie na udanie się tam wraz z nimi. Wiedziała, że wśród osadników będzie wielu niepiśmiennych i pozbawionych środków do życia. Potrzebowali oni wiedzy z zakresu rolnictwa oraz nauki czytania i pisania, nie mówiąc już o formacji duchowej. Otrzymała pozwolenie i tak miłość do prostych ludzi zaprowadziła ją w głębiny lasów tropikalnych.

Z SZACUNKU DO STWORZENIA
Na początku s. Dorothy podróżowała od jednej osady do drugiej, pomagając ludziom budować jednoizbowe szkoły, drogi i budynki parafialne. Po ośmiu latach, w 1982 roku, obszar, na którym działała, stał się oficjalną jednostką administracyjną. W ciągu kolejnych dwudziestu lat Dorothy założyła stowarzyszenie kobiet, związek rolników i kilkadziesiąt wspólnot kościelnych.
Potrzeba sprawnego zarządzania, edukacji oraz formacji duchowej osadników stała się jeszcze bardziej paląca, gdy spółki górnicze i hodowcy bydła zwrócili uwagę na bogactwa naturalne Amazonii. Nowi przybysze zaczęli wynajmować rewolwerowców, by przegnać z tych ziem drobnych rolników, a następnie już bez przeszkód wyrąbywać całe połacie lasów i sprzedawać drewno.
Widząc w tym zagrożenie zarówno dla Bożego stworzenia, jak i dla bytu jej przyjaciół, s. Dorothy zachęcała rolników do modlitwy i walki o swoje prawa. Pisała listy do przedstawicieli rządu w imieniu tych, którzy sami nie potrafili tego robić. Po wielu latach pobytu w Amazonii, pokornego czerpania z jej obfitości i troski o jej zasoby, czuła, że nie może pozostać bierna wobec tego, co się dzieje.

PATRZĘ NA JEZUSA
Z czasem spory o ziemię nie tylko nie ustawały, ale nasilały się. Tymczasem s. Dorothy zaczęła zapadać na zdrowiu. Bolały ją plecy; przymrużone, słabnące oczy ukrywała za ciemnymi szkłami. Siostry z USA i wielu przyjaciół namawiało ją do powrotu do domu. Dorothy upierała się jednak, że nie może zostawić swoich ludzi.
Pod koniec 2004 roku opinia światowa zwróciła uwagę na niszczenie lasów tropikalnych i siostra Dorothy została poproszona o wystąpienie przed Kongresem Brazylijskim. Opowiedziała też o losie swoich przyjaciół w telewizji publicznej. „Ziemia jest żywym stworzeniem – mówiła. mamy traktować ją z wielką troską i szacunkiem, gdyż jest ona źródłem życia dla wszystkich dzieci Boga”. Wzywała do czułości i braterstwa względem stworzenia w duchu „Pieśni słonecznej” św. Franciszka z Asyżu. Jej wystąpienie było oczywistym aktem sprzeciwu wobec żądnych zysku właścicieli rancz, co zostało przez nich zauważone.
Pewien właściciel ziemski, znany jako Bida, zaczął otwarcie wygłaszać groźby pod adresem s. Dorothy i jednego z jej przyjaciół, rolnika imieniem Luis. Nie minął miesiąc, jak dwóch uzbrojonych w rewolwery pracowników Bidy zmusiło Luisa i jego rodzinę do opuszczenia domu. Dom został spalony, a na polu rozsiano chwasty. Kiedy wieść o tym dotarła do s. Dorothy, zaapelowała ona do najwyższych władz Brazylii, prosząc o ochronę wszystkich rodzin zamieszkałych na tym terytorium. Napisała też do swojej rodziny i sióstr w USA z prośbą o modlitwę. Gorliwie modliła się również sama. Powiedziała do jednej z sióstr: „Patrzę na Jezusa niosącego krzyż i proszę Go o siłę do dźwigania cierpień tego ludu”.
Dorothy zdawała sobie sprawę, że bez jej wsparcia oraz bez ufności w Panu Luis i podobni mu rolnicy szybko się poddadzą. Dlatego zaprosiła ich na spotkanie do miejscowej świetlicy.

ZASIANA JAK ZIARNO
12 lutego 2005 roku s. Dorothy wstała ze swego ułożonego na ziemi posłania. Odmówiła poranne modlitwy i wyruszyła w kierunku świetlicy. Nagle na jej drodze pojawili się rewolwerowcy Bidy. Siostra pozdrowiła ich i zaprosiła na mające się odbyć spotkanie. Mężczyźni zlekceważyli jej zaproszenie i zapytali, czy ma przy sobie broń. „Oto moja jedyna broń” – powiedziała, wydobywając z torby Biblię.
Zaczęła czytać: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi”. Mężczyźni pozostali obojętni. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,9-10). Widząc ich nieprzyjazne nastawienie, odwróciła się, aby odejść. Nagle jeden z nich zawołał: „Siostro!”, i gdy się odwróciła, ujrzała wymierzony w siebie rewolwer. Zdążyła jeszcze unieść rękę w obronnym geście. Mężczyzna oddał kilka strzałów i Dorothy padła na ziemię.
Wieść o śmierci s. Dorothy szybko dotarła do prezydenta Brazylii, który posłał na miejsce wojsko, aby zapobiec dalszej przemocy. Na pogrzeb s. Dorothy przybyło tysiące ludzi – wspierani przez nią robotnicy rolni, młodzież zafascynowana jej walką o sprawiedliwość,
a także reporterzy z całego świata.
Podczas pogrzebu jak refren padały słowa: „My nie grzebiemy s. Dorothy. Zasiewamy ją jak ziarno”. Jej śmierć obudziła w wielu ludziach wrażliwość na wołanie ubogich, a także na wołanie samej ziemi. Kościół katolicki nauczał o związku ekologii z troską o ubogich, a s. Dorothy żyła tym nauczaniem na co dzień. Żyła wśród ubogich, dzieliła z nimi ich radości i smutki oraz niosła im miłość Boga. Cieszyła się Bożym stworzeniem jako źródłem życia, a także miejscem, gdzie można budować wspólnotę i wielbić Chrystusa. Za te prawdy oddała życie, a jej przesłanie do dziś porusza ludzkie serca.

Sklep internetowy Shoper.pl