Słowo wśród nas - nr archiwalne
5.9
PLN
Słowo wśród nas Nr 9 (277) 2016
Słowo wśród nas Nr 9 (277) 2016
wydawnictwo: Promic
format: 140 x 205 mm
E-BOOK
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 5,90 zł
Numer archiwalny Osoby pragnące kupić numer archiwalny prosimy o kontakt. Tel.: 22 651 90 54 wew. 130, 131 lub przez e-mail: handlowy@wydawnictwo.pl

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
format 140 x 205 mm

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO WRZEŚNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Na wrzesień 2016 roku została zapowiedziana kanonizacja Matki Teresy z Kalkuty, w związku z tym wrześniowy numer „Słowa wśród nas” poświęciliśmy właśnie jej. W artykułach staramy się przybliżyć życie i powołanie Matki Teresy, w tym kwestię ciemności – nocy wiary w jej życiu. Zamieściliśmy też osobiste świadectwo bpa Wiliama Curlina na temat jego przyjaźni z tą niezwykłą osobą. Artykuły ilustrowane są sporą liczbą mało znanych zdjęć z Kalkuty. 

W magazynie znajduje się mały zbiór myśli Matki Teresy także bogato ilustrowany fotografiami oraz świadectwo wolontariusza pracującego wraz z siostrami założonego przez Matkę Teresę zgromadzenia Misjonarek Miłości. Ponadto recenzja powieści biograficznej „Pragnienie Boga. Opowieść o Matce Teresie”.
Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych oraz krzyżówkę biblijną.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.

DRUKUJ OPIS

ARTYKUŁY


„Cała jedynie dla Boga i Jezusa”
Życie i powołanie Matki Teresy – Kathryn Spink......................... 4


„Niech ksiądz zaryzykuje serce”
Moja przyjaźń z Matką Teresą – bp William Curlin.................... 9


„Pokochałam ciemność”
Droga krzyżowa Matki Teresy – Kathryn Spink.......................... 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 30 września............................ 20


MAGAZYN


Słowa Matki Teresy............................. 47


Dzielić się obecnością
Czego nauczył mnie wolontariat u sióstr Matki Teresy
– Angela Burrin......................... 55


Nasze lektury – Lilla Danilecka............................... 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

LIST:


Drodzy Bracia i Siostry!

Wiele lat temu zaprzyjaźniony ze mną młody ksiądz miał okazję spotkać się osobiście z Matką Teresą z Kalkuty. W umówionym dniu przyszedł do jej klasztoru i zaprowadzono go do pokoju, w którym miał oczekiwać na Matkę. Po przeszło godzinie weszła Matka Teresa, przywitała się z nim ciepło, po czym od razu przystąpiła do sedna. Poprosiła go, by przyjechał służyć świętym biedakom Boga w Kalkucie. Odpowiedział, że nie jest to możliwe ze względu na jego obowiązki w parafii. Zasugerowała więc, by wziął urlop sabatyczny i przyjechał tylko na rok. Kiedy i to uznał za niemożliwe, Matka pobłogosławiła go, życzyła mu wszystkiego dobrego i... wróciła do swojej pracy. Spotkanie dobiegło końca.
Historia ta ukazuje nam ogromną determinację Matki Teresy. Bóg wezwał ją do miłości i troski wobec ubogich i to powołanie było u niej absolutnie na pierwszym miejscu. Nieustannie zachęcała innych do przekraczania siebie i czynienia nadzwyczajnych rzeczy dla Boga. To, czy byli biedni, czy bogaci, wpływowi czy przeciętni nie miało dla niej znaczenia – nie wahała się zwrócić do nikogo.
Ani ty, ani ja nie otrzymamy osobistego zaproszenia Matki Teresy do przyjazdu do Kalkuty. Jeśli jednak będziemy słuchać sercem, usłyszymy, jak mówi do nas to, co lubiła powtarzać: „Jeśli nie możesz nakarmić stu osób, nakarm jedną”. Przypomni nam, że pole misyjne jest bardzo szerokie, gdyż istnieje nie tylko ubóstwo materialne: „Głód miłości jest o wiele trudniejszy do zaspokojenia niż głód chleba”.
Jak wiemy, 4 września papież Franciszek ogłosi Matkę Teresę świętą. Nie jest więc zaskoczeniem, że obecny numer poświęcamy właśnie jej. Ta drobna, pomysłowa, uparta i rozmodlona kobieta jest prawdziwą bohaterką. Podobnie jak wielu innych, czuję się z nią związany, chociaż nigdy nie poznałem jej osobiście. To jej świadectwo skłoniło mnie do tego, by wraz z moimi dziećmi podjąć służbę w jednym z jej schronisk w Waszyngtonie, gdzie modliliśmy się z podopiecznymi, podawaliśmy im obiad i zmywaliśmy naczynia.
Wzorem jest też dla mnie jej oddanie modlitwie. Wydaje się, że kiedy nie pracowała, to albo się modliła – wcześnie rano jutrznia i Msza święta, przed obiadem modlitwa w ciągu dnia, po kolacji adoracja i nieszpory – albo spędzała czas z siostrami. Matka Teresa często przyznawała, że jest bardzo zmęczona, ale zaraz dodawała, że modlitwa, czy to indywidualna, czy wraz z innymi, dodaje jej sił i mobilizuje do czynienia jeszcze więcej.
W Matce Teresie pociąga mnie wreszcie jej ciągłe przypominanie, by kochać ludzi, gdziekolwiek są, kimkolwiek są i kiedy tylko możemy. Jej wezwanie do miłości mobilizuje mnie, by starać się budować i umacniać każdego, kogo spotykam. Tak jak ona, chcę „rozsiewać miłość wszędzie (…) i starać się, by każdy, kto do mnie przychodzi, odchodził lepszy i szczęśliwszy”.
Mam nadzieję, że lektura tego numeru naszego pisma poświęconego Matce Teresie z Kalkuty zachęci nas wszystkich do tego, by – jak ona – iść i czynić małe rzeczy z wielką miłością, a przez to pomoże nam zbliżyć się do Jezusa.

Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

  

ARTYKUŁY:
„Cała jedynie dla Boga i Jezusa”

Życie i powołanie Matki Teresy

Kanonizując w tym miesiącu Matkę Teresę, papież Franciszek złączy swój głos z milionami mieszkańców świata, którzy już uważają ją za świętą. Będąca dla wielu symbolem miłości bliźniego, Matka Teresa stała się laureatką licznych nagród, w tym także Pokojowej Nagrody Nobla, którą otrzymała w 1979 roku. W momencie jej śmierci, 5 września 1997 roku, założone przez nią Zgromadzenie Misjonarek Miłości miało 594 domy w 123 krajach. Pozostawiła po sobie ponad 3800 sióstr, prawie 380 braci, 13 kapłanów oraz niezliczoną rzeszę współpracowników świeckich w różnych zakątkach świata, z których wszyscy zobowiązali się żyć jej duchem.
Historia Matki Teresy jest niewątpliwym sukcesem, choć ona sama twierdziła, że została powołana do wierności, a nie do odnoszenia sukcesów. Jednak pomimo popularności, którą się cieszyła, niewielu ludzi wie, w jaki sposób Bóg ją kształtował i przygotowywał do jej życiowej misji.

ROZEZNAWANIE POWOŁANIA
Urodziła się 26 sierpnia 1910 roku w Albanii jako Agnieszka Gonxha Bojaxhiu, najmłodsza z trójki rodzeństwa. Wychowywała się w Skopje, mieście różnorodnym etnicznie i religijnie, gdzie jej ojciec był uznanym przedsiębiorcą. Według jej własnej oceny miała szczęśliwe dzieciństwo, a w dzień Pierwszej Komunii świętej, którą przyjęła w wieku lat pięciu, otrzymała łaskę „miłości dusz”, dar od Boga, który naznaczył całe jej życie.
Nagła śmierć ukochanego ojca Agnieszki w 1919 roku pozostawiła rodzinę w trudnej sytuacji finansowej. To jednak jeszcze umocniło wiarę dziewczynki, podtrzymywaną przez pobożną matkę i księży z miejscowego kościoła. W wieku lat dwunastu poczuła się wezwana, by zostać misjonarką wśród ubogich, miała jednak opory przed pozostawieniem matki samej. Miała także wątpliwości – czy rzeczywiście jest powołana, by „całkowicie należeć do Boga”? Kilka lat później pewien chorwacki kapłan zapoznał ją
z Ćwiczeniami Duchownymi św. Ignacego Loyoli, w których znalazła odpowiedź na swoje pytania. Myśl o pracy misyjnej, pomimo wyzwań i trudów, jakie ze sobą niosła, budziła w niej radość, będącą potwierdzeniem, którego tak bardzo potrzebowała, by odejść z domu do sióstr loretanek. Osiemnastoletnia Agnieszka powiedziała o swoich planach matce, ale musiało minąć trochę czasu, zanim uzyskała jej błogosławieństwo, a wraz z nim napomnienie, że odtąd ma być „cała jedynie dla Boga i Jezusa”.

SIOSTRA I MATKA
Wyruszając do Indii w 1928 roku, Agnieszka przybrała imię zakonne Teresa. Zawsze podkreślała, że nie chodziło jej o Teresę Wielką z Avili, lecz o „Małego Kwiatka” – Tereskę z Lisieux. Podobało jej się, że św. Teresa od Dzieciątka Jezus ukazywała drogę do świętości poprzez wierność w małych rzeczach, a także mówiła, że wiele łask dla innych można wyjednać, ofiarując Bogu swoje cierpienie. Poruszało ją pragnienie Teresy, by „kochać Jezusa tak, jak jeszcze dotąd nie był kochany”, co przypominało jej słowa matki. W wyborze tego imienia kryło się również coś proroczego, gdyż Teresa, jak w późniejszych latach swego życia Agnieszka, doświadczyła duchowej ciemności, którą była w stanie znieść jedynie dzięki wierze – wierze „ślepej”, niedającej żadnej pociechy.
Przez ponad piętnaście lat siostra Teresa uczyła historii i geografii, czyniąc to w sposób odpowiedzialny, lecz niewyróżniający się niczym szczególnym. Siostry loretanki zapamiętały jej pracowitość, gotowość do podejmowania najprostszych posług, jej źle dopasowane sandały i radosną naturę. W 1931 roku spędziła jakiś czas pomagając w niewielkim punkcie medycznym obsługującym ubogich. Już wtedy widziała bliską, tajemniczą relację pomiędzy nimi a cierpiącym Chrystusem. Wisiał tam obraz Chrystusa Odkupiciela otoczonego tłumem ludzi o twarzach naznaczonych udrękami życia. Patrząc na cierpienia ludzi oczekujących pomocy medycznej, siostra Teresa spoglądała na obraz i powtarzała w duchu: „Jezu, to dla Ciebie i dla dusz!”.
W 1937 roku, krótko przed złożeniem ślubów wieczystych, od których przysługiwał jej już tytuł „Matki Teresy”, pisała do swojego kierownika duchowego o tym, z jaką radością niesie krzyż wraz z Jezusem. Przyznała, że wcześniej krzyże ją przerażały. Teraz jednak zaakceptowała cierpienie i dlatego mówiła, że „Jezus i ja żyjemy w miłości”. Dokładna natura tych krzyży, które wcześniej przyprawiały ją o łzy, pozostaje nieokreślona. Być może jako Albanka czuła się zepchnięta na margines loretańskiego życia w Indiach. Jednak na głębszym poziomie nawiązywała do „ciemności”, jaka jej towarzyszyła – ciemności, która stała się tematem wielu listów pisanych do kolejnych kierowników duchowych i kapłanów, a opublikowanych dopiero po jej śmierci. Z listów tych wynika, że Matka Teresa doświadczała zarówno cierpień wewnętrznych, jak i posuchy duchowej, poczucia nieobecności Boga, za którym tak bardzo tęskniła.

NICZEGO MU NIE ODMAWIAĆ
Miłość Matki Teresy do Boga była tak wielka, że w 1942 roku, wzorem św. Teresy od Dzieciątka Jezus, złożyła prywatny ślub, że nigdy niczego Mu nie odmówi. Usilnie pragnęła, by ten ślub objął wszystkie aspekty jej życia, była zdecydowana odpowiadać Bogu „tak” w każdych okolicznościach, niezależnie od tego, jak skomplikowane i trudne by one były. Ślub ten dotyczył nie tylko heroicznych stron świętości, ale również zwykłych, codziennych spraw. W duchu „małej drogi” św. Tereski obiecała czynić małe rzeczy z wielką miłością. To z miłości miał odtąd wyrastać każdy jej czyn i każde poświęcenie.
We wrześniu 1946 roku w pociągu do Darjeeling i w trakcie odbytych po tej podróży rekolekcji Matka Teresa przeżyła głębokie spotkanie z Panem, który polecił jej opuścić loretanki i założyć w Kalkucie nowe zgromadzenie zakonne, „całkowicie oddane bezinteresownej służbie najbiedniejszym z biednych”. Celem tego zgromadzenia miało być zaspokajanie Jezusowego pragnienia dusz, zawierającego się w Jego „Pragnę” wypowiedzianym na krzyżu. Pragnienie Jezusa – Jego tęsknota za miłością najbiedniejszych, za których ofiarował własne zranione ciało i krew – leżało u źródła wszystkiego, co nastąpiło potem. Jezus pragnął ich miłości i chciał oddać im samego siebie, aby także oni zapragnęli oddać Mu samych siebie.
Jednak zanim Matka Teresa mogła zacząć realizować otrzymaną wizję, musiała przekonać swojego kierownika duchowego i przełożone zakonne, że jej „powołanie w powołaniu” rzeczywiście pochodzi od Boga. U loretanek nauczono ją posłuszeństwa, ale otrzymane polecenie, by czekać, wydawało jej się całkowicie sprzeczne z wolą Boga. Nalegała na szybkie podjęcie decyzji, zarazem w posłuszeństwie poddając się wskazaniom Kościoła, choćby były dla niej bolesne. Wreszcie, w kwietniu 1948 roku, Rzym wydał „dekret o eksklaustracji”, udzielając jej pozwolenia na rozpoczęcie życia w slumsach jako siostra zakonna.
Opuszczenie loretanek było dla Matki Teresy najtrudniejszą rzeczą w życiu. Ruszała do jednej z najmroczniejszych i pełnych chorób dzielnic na świecie. A do tego szła tam sama. Była świadoma swojej nieadekwatności, jak również bardzo delikatnej sytuacji samotnej kobiety w takim otoczeniu. Zakon loretanek cieszył się w Kalkucie dużym szacunkiem. Czy opuszczenie go było rzeczywiście wolą Bożą? Niektórzy uznali to posunięcie za uleganie diabelskim poszeptom. Matka Teresa była jednak zdecydowana, by nie odmawiać Jezusowi niczego, także cierpienia płynącego z plotek, niezrozumienia i izolacji.

ŻYCIE WYPEŁNIONE RADOŚCIĄ
Jej praca zaczęła się od maleńkiej szkoły, gdzie Matka Teresa uczyła dzieci, wypisując alfabet na ziemi i wyjaśniając im podstawy higieny. Wkrótce zaczęła też udzielać pomocy biednym i umierającym. Dręczona lękiem i samotnością, niepewna, w jaki sposób ma wyżebrać konieczne środki, boleśnie uświadamiała sobie, jak bardzo potrzebuje modlitewnego wsparcia. Z biegiem czasu przyłączyły się do niej niektóre z byłych uczennic i w 1950 roku nowe zgromadzenie zostało formalnie powołane. W 1952 roku napisała do Belgii, do przyjaciółki, której słabe zdrowie uniemożliwiło wstąpienie do zgromadzenia, z prośbą, by ofiarowała swoje cierpienie Panu jako formę wstawiennictwa za jej dzieło. Dało to początek gałęzi Chorych i Cierpiących Współpracowników, która odtąd wzrastała w liczbę, podobnie jak same Misjonarki Miłości.
Do Matki Teresy dołączały nie tylko kandydatki na siostry zakonne. Do pomocy zgłaszali się także świeccy, którzy z czasem utworzyli świecką gałąź jej zgromadzenia, powstało też zgromadzenie męskie. Otwierała punkty dożywiania, domy dziecka, domy dla umierających, kliniki dla trędowatych i domy dla ofiar AIDS. Kobieta modlitwy, której dzieła rodziły się z kontemplacji, odczuwała dyskomfort z powodu swej rosnącej popularności, a zwłaszcza z powodu wciąż rosnącej liczby zaproszeń do przemawiania na konferencjach i zgromadzeniach na całym świecie. I tu jednak nie odmawiała Panu, niezależnie od tego, jak wiele ją to kosztowało.
Podczas gdy świat wyrażał jej swoje
uznanie, Matka Teresa widziała w nim, i to nie tylko w świecie ubogich, ale też świecie klasy średniej i świecie osób zamożnych, współczesną Kalwarię. Podróżując do bogatych krajów, nabrała przekonania, że ubóstwo duchowe jest większym problemem niż ubóstwo materialne Trzeciego Świata, w którym pracowała. Pozostała wierna do końca swej determinacji kochania Boga tak, jak dotąd nigdy nie był kochany. Pomimo wszystkich niedostatków materialnych i cierpień duchowych, jakie przyszło jej znosić, Matka Teresa była osobą radosną. Dlaczego? Ponieważ zawsze znajdowała Jezusa w ubogich.
I ponieważ każdy czyn miłości stawiał ją „twarzą w twarz z Bogiem”. ▐


„Niech ksiądz zaryzykuje serce”

Moja przyjaźń z Matką Teresą

Niecodziennie zdarza się, że Kościół katolicki ogłasza świętym twoją przyjaciółkę. Gdy jednak
w tym miesiącu bł. Matka Teresa stanie się św. Teresą z Kalkuty, znajdę się w takiej właśnie sytuacji.
Nasza przyjaźń zaczęła się na początku lat siedemdziesiątych, kiedy byłem proboszczem parafii w centrum Waszyngtonu, a Matka praktycznie nieznaną zakonnicą, próbującą posłać swoje Misjonarki Miłości poza Indie. Ponieważ moja parafia wspierała wielu potrzebujących, Matka odwiedziła mnie pewnego dnia na plebanii, by porozmawiać o tym, jak jej siostry mogłyby służyć „najbiedniejszym z biednych” w Waszyngtonie.
Podczas rozmowy wciąż przerywał nam dzwonek wzywający mnie do drzwi. Matka zapytała, co robię. Odpowiedziałem: „Daję biednym kanapki. Przychodzą po jedzenie”. Jej reakcja zaskoczyła mnie. „Niech ksiądz nie daje im tylko jedzenia – powiedziała. – Niech ksiądz da im serce. Niech ksiądz zaryzykuje serce”. Ta skromna zakonnica uświadomiła mi, że nie mam być jedynie pracownikiem socjalnym, ale uczniem Jezusa, który służy ubogim nie z litości, ale dlatego, że w ich osobach staje u jego drzwi sam Jezus.
Z biegem lat stałem się jednym z jej spowiedników, rekolekcjonistów i kierowników duchowych. W rzeczywistości jednak już to pierwsze spotkanie nadało ton naszym kontaktom: to Matka Teresa była moją przewodniczką duchową.

„NIECH KSIĄDZ GO WYKĄPIE”
Matce nigdy nie brakowało odwagi, gdy walczyła o sprawy ubogich, zarówno modlitwą, jak i siłą woli. Jej postawa często prowokowała mnie do postawienia kolejnego kroku w wierze i rezygnacji z własnej wygody.
Kiedyś zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Do zobaczenia w najbliższą środę!”. „Przyjeżdża Matka do Waszyngtonu?” – zapytałem. Odpowiedziała: „Nie, to ksiądz przyjeżdża do Indii!”. Zaprotestowałem, że nie mam pieniędzy na podróż, ale ona bez słowa odwiesiła słuchawkę. Pomyślałem, że muszę znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji i zadzwoniłem do przyjaciela prawnika, któremu opowiedziałem
o swoim problemie. Zaczął on wychwalać Matkę Teresę w entuzjastycznych słowach, nazywając ją świętą. „Święta? To dyktatorka!” – odparowałem. Jednak pod koniec rozmowy mój przyjaciel zaoferował się, że zapłaci za moją podróż, jeśli poproszę Matkę o modlitwę za niego i jego rodzinę.
Obserwując, jak Matka Teresa odnosiła się do ludzi nieszczęśliwych, zrozumiałem, czym naprawdę jest miłość bliźniego. Pewnego dnia byliśmy razem w domu dla trędowatych w Kalkucie, kiedy pracownicy przynieśli z ulicy chorego Hindusa. Podszedłem, by go pobłogosławić, ale Matka oczekiwała ode mnie czegoś więcej. „Niech ksiądz go wykąpie” – powiedziała. Nie wiedziałem, od czego zacząć, więc pokazała mi, co mam robić. Następnie, prawdopodobnie wyczuwając moje skrępowanie, powiedziała: „Proszę księdza, jeśli będzie ksiądz patrzył oczami, zobaczy ksiądz tylko umierającego trędowatego. Ale jeśli popatrzy ksiądz sercem, ujrzy ksiądz leżącego tu Jezusa”.
Ta mądra maksyma Matki Teresy zmienia wszystko. Każde zadanie, nawet najbardziej niewdzięczne, niewygodne czy nieprzyjemne, może stać się dziełem duchowym. Prawdziwa miłość bliźniego wymaga rezygnacji z własnego komfortu i przekształcenia zwykłego aktu służby w akt serca – dar dla Jezusa.

CHWALEBNE UNIŻENIE
Matka Teresa miała wielkie nabożeństwo dla Jezusa uniżonego – prześladowanego, cierpiącego, opuszczonego. Pociągało ją to wszystko, co pozwalało jej dzielić to cierpienie. Pewnego razu wychodziliśmy razem ze sklepu z dewocjonaliami, kiedy nagle podbiegła do nas pewna kobieta i splunęła na Matkę, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Matka odpowiedziała: „Niech cię Bóg błogosławi, moje dziecko”, i otarła ślinę, a kobieta uciekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, zacząłem ją przepraszać. Matka uśmiechnęła się i odpowiedziała: „Nic się nie stało. Oni plują na Jezusa”.
W podobnych sytuacjach Matka emanowała radością i pogodą ducha. Pragnęła też, by wszystkie Misjonarki Miłości promieniowały podobną radością niezależnie od okoliczności. „Siostro, gdzie jest twój uśmiech?” – przypominała zakonnicy, która biegła otworzyć drzwi. „Zawsze otwieraj drzwi z uśmiechem”. Dla Matki uśmiech oznaczał zrozumienie, że Jezus jest obecny w każdym człowieku i w każdym miejscu, nawet najskromniejszym. Było to dla mnie świadectwem, zwłaszcza gdy zabierała mnie do miejsc, gdzie naprawdę trudno było o uśmiech.
Chodząc wieczorami z Matką Teresą ulicami Kalkuty, widziałem ludzi leżących w rynsztokach, z ciałami pokrytymi przez robactwo, całkowicie opuszczonych. Przytłoczony rozmiarem nieszczęścia, zapytałem ją: „Gdzie tu jest Bóg?”. Odpowiedziała: „Jest tu. Właśnie tutaj”. Tam, gdzie ja widziałem tylko ludzką tragedię, ona widziała Jezusa i słyszała Jego zapewnienie: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).
Żyjąc na serio tym wersetem, Matka przywracała godność ludziom żyjącym w najbardziej podłych, nędznych warunkach. Pewien człowiek, którym się zajęła, powiedział: „Umierałem jak zwierzę w rynsztoku, teraz umieram jak anioł”. Jej życzliwe słowo, uśmiech i delikatny dotyk zamieniły nędzę w poczucie godności. Starała się też pomagać wszystkim swoim wolontariuszom w zrozumieniu przemieniającej mocy miłości względem poniżonych.

TWOJE DŁONIE, JEGO DŁONIE
Dzięki licznym wyrazom uznania, takim jak na przykład Pokojowa Nagroda Nobla, Matka Teresa stała się osobą publiczną. Niepokoiło ją to, gdyż chciała pozostać w tle i kierować uwagę na Jezusa. Nawet gdy szła przez tłum, w którym każdy chciał jej dotknąć, mawiała: „Oni nie mnie dotykają, oni próbują dotknąć Boga”.
Matka Teresa wierzyła również, że Jezus chodzi dziś po ziemi w swoich uczniach – w tobie i we mnie. To także było dla mnie niełatwe do przyjęcia! Zapytała mnie: „Czy ksiądz wie, że kiedy podnosi ksiądz dziecko, karmi ubogiego czy myje umierającego, ręce księdza są rękami Jezusa? Kiedy ksiądz słucha odrzuconych, to On ich słucha. Kiedy ksiądz mówi, jest ksiądz echem Bożego serca. Jezus żyje w nas”.
W myślach Matki Teresy na pierwszym miejscu był zawsze Jezus. Słysząc rozmowę o ludziach opętanych przez demony, powiedziała: „Nie mówimy o «opętaniu» przez Jezusa, kiedy Jezus bierze nas w posiadanie i napełnia sobą”. A tego właśnie doświadczała podczas Eucharystii, która była centralnym punktem każdego jej dnia.
„Dziękuję!” – powiedziała do mnie pewnego poranka, po tym jak odprawiłem Mszę świętą. Zaskoczony okazaną przez nią wdzięcznością, powiedziałem: „Ależ ja jeszcze dziś nic dla Matki nie zrobiłem”. Odpowiedziała: „Wziął ksiądz chleb w swoje ręce i powiedział: «To jest Ciało moje», a wtedy niebo zstąpiło na ziemię i weszło we mnie”. Myślałem o tym potem bardzo często. Za każdym razem, kiedy odprawiam Mszę świętą, rzeczywiście trzymam w dłoniach Jezusa. Matka nauczyła mnie dostrzegać to misterium obecności Boga.

MIŁOŚĆ WŚRÓD NOCY
Być może największą tajemnicą Matki Teresy było to, w jaki sposób zdołała dochować wierności Bogu, nie doświadczając w odczuwalny sposób Jego obecności. Przez wiele lat kochała Jezusa, nie mając poczucia, że cokolwiek otrzymuje w zamian.
Kiedy rozmawiała ze mną o tej „ciemnej nocy duszy”, powtarzałem jej, że jest to wielki dar, wspaniały przywilej. Mówiłem, że nie wolno przyczepiać etykietki z ceną do swojej miłości do Boga. Wszystko było dla Niego i tu, na ziemi, nie miała Go prosić o nic w zamian. Nagrodą – przypominałem – będzie oglądanie Jego oblicza w wieczności. „Bóg chce, aby Matka kochała Go na ślepo. Bez żadnej pociechy – po prostu czystą miłością”. Matce bardzo się to podobało. Prosiła często: „Niech ksiądz powie mi to jeszcze raz! Niech ksiądz powie to siostrom”.
Wiara nie polega na miłych uczuciach, lecz na tym, by dzień za dniem wstawać ze słowami na ustach: „Panie, nie musisz pokazywać mi Twojej obecności. Kadzidło nie płynie w moją stronę, lecz w Twoją”. Oczywiście wierzyłem w to wszystko, ale bycie świadkiem, jak Matka Teresa kocha Boga w ciemności, było dla mnie głębokim doświadczeniem duchowym.
Na krótko przed swoją śmiercią powiedziała mi: „Moim kluczem do nieba jest to, że kocham Go wśród nocy”. Celem jej życia było po prostu kochać Boga, nie oczekując niczego w zamian.

ZASPOKAJAĆ JEGO PRAGNIENIE
To całkiem naturalne, że dla ludzi, którzy jak ja mieli szczęście zetknąć się z Matką Teresą, jej przykład stał się inspiracją. Ale jej prosta wiara i miłość oddziałują również na ludzi całego świata, którzy nigdy w życiu nie spotkali jej osobiście.
Misjonarki Miłości posługujące nieuleczalnie chorym w Waszyngtonie opowiedziały mi o swoim stałym lokatorze i pomocniku, Normanie. Pewnego dnia stanął on przed wejściem do kaplicy adoracji ze szklanką wody w ręku. Kiedy siostra przypomniała mu, że do kaplicy nie wolno wnosić jedzenia ani picia, Norman wskazał na krzyż i wypisane pod nim słowo Jezusa: „Pragnę”.
„To nie dla mnie, to dla Niego” – powiedział.
Każdy z nas może, jak Norman, przeżywać jedność z Matką Teresą i czer-
pać inspirację z jej radykalnej, twórczej miłości do Jezusa. Nawet jeśli nie zetknąłeś się z nią osobiście, pozwól, by jej proste akty miłości pobudziły cię do działania i dały ci nowe oczy wiary. A wtedy zobaczysz Jezusa i będziesz mógł zaspokoić Jego pragnienie miłości. ▐

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Czwartek, 1 września
Łk 5,1-11
Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.
(Łk 5,5)
Gdy Matka Teresa usłyszała Boże wezwanie do założenia nowego zgromadzenia zakonnego, służącego najbiedniejszym z biednych, była profeską wieczystą sióstr loretanek. Przedstawiła sytuację swoim przełożonym, które uznały jej pomysł za nieco dziwny. Poleciły jej więc poczekać, zastanowić się nad zaletami tego przedsięwzięcia i ocenić jego szanse na sukces.
Matka Teresa posłusznie wykonała to wszystko, jednak dla niej samej cała „mądrość” planu polegała na tym, że to Bóg powiedział jej, co ma czynić.
Przypomnijmy sobie Ewangelię – porady dotyczące połowu ryb udzielane przez Jezusa, cieślę z zawodu, tak wytrawnemu rybakowi jak Szymon również mogły wydawać się dziwaczne. Po całonocnym połowie sieć była pusta, a wszyscy zmęczeni. Jednak Szymon, jak Matka Teresa, posłuchał. Złowił mnóstwo ryb nie dlatego, że użył dobrej przynęty czy wykazał się nadzwyczajnymi umiejętnościami. Tajemnicą sukcesu było wypełnienie tego, co powiedział Jezus.
A jak to wygląda u ciebie? Być może twoi sąsiedzi dziwią się, dlaczego w niedzielny poranek wstajesz wcześniej, by pójść na Mszę świętą, zamiast dłużej pospać. Koledzy czy koleżanki w pracy mogą nie rozumieć, dlaczego powściągasz język, zamiast obmawiać na wszystkie strony kogoś, kto wyrządził ci krzywdę. Ty jednak postępujesz w ten sposób, bo wiesz, że Jezus tego od ciebie pragnie.
Chociaż Bóg nie wzywa cię, byś jak Matka Teresa zakładał nowe zgromadzenie zakonne, to przecież codziennie dokonujesz wyborów. Każdy dzień jest szansą zaufania Bogu, zapytania Go, co On myśli. Każde twoje „tak” powiedziane Panu otwiera Mu drzwi do działania w twoim życiu i w życiu twoich bliskich.
To właśnie jest najpiękniejsze w kroczeniu za Jezusem. Dajemy Mu swoje małe, skromne „tak”, a On odpowiada nam o wiele większym „tak”. Napełnia nas swoją miłością. Udziela nam siły, byśmy mogli zmieniać na lepsze nasze środowiska i nieść dobro innym.
Obyśmy wszyscy zaufali Mu na tyle, by na Jego słowo „zarzucić sieci”.
„Jezu, ufam Twojej miłości i wierności”.
1 Kor 3,18-23
Ps 24,1-6

Niedziela, 4 września
Łk 14,25-33
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie?
(Łk 14,28)
Niewielu z nas buduje wieże ani tym bardziej dokonuje przeglądu swoich oddziałów przed bitwą. Wszyscy jednak mamy różne plany, które wymagają oceny naszych możliwości. Czy stać mnie na to, żeby zdobyć tytuł magistra? Czy poradzę sobie z opieką nad dzieckiem chorej siostry lub starszą krewną? Czy mogę podjąć się poprowadzenia grupy biblijnej w parafii?
Kobieta, którą kanonizuje dziś papież Franciszek, zdecydowanie „miała na wykończenie”? Czyniąc ze swego życia „coś pięknego dla Boga”, św. Teresa z Kalkuty wykazała się determinacją, która jest znakiem charakterystycznym uczniów Chrystusa. „Pierwszym krokiem do świętości – powiedziała kiedyś – jest jej pragnienie”.
Brzmi to onieśmielająco, zwłaszcza jeśli nie uważasz się za osobę szczególnie zdeterminowaną. Dlatego Jezus pragnie dziś podzielić się z nami sekretem, jaki odkryła Matka Teresa i wszyscy święci – siła woli to jeszcze nie wszystko. Kluczowe znaczenie ma tu pragnienie samego Boga.
Jest to Dobra Nowina! Jeśli chcesz uczynić ze swojego życia coś pięknego dla Boga, wiedz, że On pragnie dokładnie tego samego. U Niego też znajdziesz wszelką łaskę, jakiej potrzebujesz, by tego dokonać. Napełnił cię swoim Duchem, daje ci swoje Ciało i Krew na Mszy świętej, idzie wraz z tobą każdego dnia, wspierając cię w niepowodzeniach i ciesząc się twoimi sukcesami. Chcąc zbudować „wieżę” dla Jego chwały, masz Jego stuprocentowe poparcie.
Kiedy więc siadasz i obliczasz koszt pójścia za Jezusem – zwłaszcza gdy ten koszt wydaje ci się zbyt wysoki – szukaj pociechy w słowach Matki Teresy z Kalkuty: „Należysz do Jezusa. Nic nie może cię od Niego oddzielić. Warto zapamiętać to jedno zdanie. Jezus będzie twoją radością, twoją siłą. Jeśli będziesz trzymać się tego zdania, to pokusy i trudności wprawdzie przyjdą, ale nie zdołają cię złamać… Modlę się, abyś odpowiedział na wezwanie Jezusa prostym słowem «tak»”.
„Jezu, mówię Ci «tak»! Pojdę za Tobą bez względu na to, ile będzie mnie to kosztować”.
Mdr 9,13-18b
Ps 90,3-6.12-14.17
Flm 9b-10.12-17

Niedziela, 11 września
Łk 15,1-32
Ten przyjmuje grzeszników. (Łk 15,2)
Piętnaście lat temu widzieliśmy, jak zawalają się bliźniacze wieże Światowego Centrum Handlu w Nowym Jorku. Rozgrywające się sceny były tragiczne i przerażające. A chociaż atak ten – jak wiele podobnych aktów przemocy mających dziś miejsce na całym świecie – był tak bardzo okrutny, grzeszny i niegodziwy, ważne jest, byśmy myśląc o nim, mieli w pamięci słowa Pawła z dzisiejszego drugiego czytania: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników”, i ze względu na Jego zbawczą ofiarę każdy, kto się nawraca, dostępuje miłosierdzia (1 Tm 1,15).
Czasami przebaczenie wydaje się wręcz niemożliwe, zwłaszcza w sytuacjach, gdy doznana krzywda jest tak niewiarygodnie wielka. Jednak wystarczy zajrzeć do Ewangelii, by przekonać się, że cała relacja Boga z nami opiera się na miłości, miłosierdziu i przebaczeniu – czy to „wielkich” grzechów syna marnotrawnego, czy to „mniejszych” grzechów jego starszego brata.
Wszystkie przypowieści z dzisiejszej Ewangelii ukazują nam, jak daleko jest w stanie posunąć się nasz Ojciec niebieski, aby zbawić to, co zginęło. Ludzie, którzy popełniają tak straszne zbrodnie, jak ataki z 11 września, z pewnością są ludźmi zagubionymi. Mimo to Bóg ich kocha i pragnie wprowadzić do swego królestwa. Chce, by odwrócili się od grzechu i znaleźli miłosierdzie, które jest dostępne dla każdego bez wyjątku człowieka.
Być może także w naszym życiu prywatnym trudno nam jest przebaczyć komuś, kto nas zranił. Jednak niezależnie od tego, jak wielka niesprawiedliwość nas spotkała i jak bardzo cierpimy z tego powodu, Bóg wzywa nas do czynienia wszystkiego, co w naszej mocy, by przebaczyć naszym bliźnim.
Próbuj więc naśladować naszego Ojca niebieskiego. Zrób sobie listę osób, z którymi nie żyjesz w zgodzie lub masz trudną relację, i proś Boga o łaskę przebaczenia. Jeśli nie jesteś w stanie wybaczyć wszystkiego od razu, proś Go o łaskę postawienia choćby jednego kroku w stronę miłosierdzia. Liczy się każdy krok!
„Ojcze, pomóż mi wznieść się ponad moje zranienia i urazy. Pomóż mi wnosić pokój i pojednanie tam, gdzie jest cierpienie i rozłam”.
Wj 32,7-11.13-14
Ps 51,3-4.12-13.17.19
1 Tm 1,12-17

Środa, 14 września
Podwyższenie Krzyża Świętego
Flp 2,6-11
Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. (Flp 2,8)
Plan krzyża jest mało skomplikowany – po prostu dwie przecinające się linie. Wyobraźmy sobie, że linia pionowa opada
w dół od Boga, przecinając poziomą linię horyzontu. W tych dwóch liniach – a zwłaszcza w miejscu ich przecięcia, gdzie niebo styka się z ziemią – można znaleźć całą Ewangelię.
Podobnie można wyjaśnić moc krzyża. Zawarte w nim przesłanie ofiarnej miłości i miłosierdzia jest tak proste, że możemy łatwo zastosować je do wszystkich aspektów naszego życia. Zarazem jednak najmędrsi teologowie świata nie są w stanie do końca zgłębić jego tajemnicy.
Dziś wywyższamy krzyż Chrystusa, gdyż w nim niebo przecina się z ziemią. Bóg zechciał, aby stał się on dla każdego wierzącego wszechogarniającym, uniwersalnym znakiem Jego miłości
(J 3,16). Pragnie, by cały świat zjednoczył się pod nim. A jednocześnie dzisiejsze święto podkreśla niezwykle osobistą naturę Krzyża. Jezus został ukrzyżowany dla ciebie. Pragnie, by ten najwyższy akt miłości przeciął się z każdym włóknem twojego człowieczeństwa. Twoja głowa, serce i wszystko inne może być „dotknięte” niebem.
Brzmi to pięknie, ale również nieco teoretycznie. Jak jednak w praktyce możemy zaprosić niebo do każdego zakątka naszego życia? Może nam w tym pomóc historia Izraelitów z dzisiejszego pierwszego czytania, którym spojrzenie na ulanego z brązu węża na pustyni dawało nowe życie. Może i ty mógłbyś zacząć od tego, że podniesiesz swój wzrok na krzyż. Spójrz na Jezusa, który wydaje samego siebie za ciebie i cały świat. Pomyśl o Jego nieprawdopodobnej miłości i dobroci. Kiedy kierujesz swój wzrok na krzyż, spływa na ciebie łaska, która przemienia twoje serce.
Krzyż jest największym znakiem zwycięstwa Jezusa nad grzechem i śmiercią. Mówi nam, że Bóg tak bardzo nas umiłował, iż zechciał sprowadzić niebo na ziemię – i to już po tym, gdy rozpanoszył się wśród nas egoizm i grzech. Dzisiejszy dzień jest dniem radości
i świętowania, dniem, w którym wychwalamy Boga i dziękujemy Mu za ten wspaniały dar. Jest to też dzień, w którym przyjmujemy największą z łask – obecność nieba w naszych sercach!
„Jezu, dziękuję Ci za Twój krzyż. Pomóż mi dziś wywyższyć go w moich myślach i w moim sercu”.
lub Lb 21,4b-9
Ps 78,1-2.34-38
J 3,13-17

Niedziela, 18 września
Łk 16,1-13
Żaden sługa nie może dwom panom służyć. (Łk 16,13)
Czy słyszałeś anegdotę o umierającym człowieku, który wygrał ogromną sumę na loterii? Obawiając się, że może on nie wytrzymać ekscytacji z powodu wygranej, rodzina poprosiła proboszcza o przekazanie mu tej wiadomości. Kiedy ten oznajmił choremu, że wygrał 10 milionów, mężczyzna odparł: „To wspaniale. Ofiaruję połowę na Kościół”. Proboszcz był tak zaskoczony, że dostał ataku serca. Dowcip ten uświadamia nam, jak wiele emocji budzą w nas pieniądze.
Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami pytanie: „Jaki jest twój stosunek do pieniądza?”. Oto kilka myśli, które mogą nam pomóc odpowiedzieć na to pytanie.
Po pierwsze, posiadanie pieniędzy nie jest grzechem. To miłość pieniądza oddziela nas od Boga. Jezus pragnie być na pierwszym miejscu w naszym życiu, przed pieniędzmi i wszystkim, co posiadamy.
Po drugie, Jezus pragnie, abyśmy byli mądrymi zarządcami. Oczekuje od nas rozsądku, uczciwości i odpowiedzialności. Nie chce, by zawładnęła nami chciwość. Mamy mądrze zarządzać swoimi dochodami, inwestować je w sposób przemyślany i dzielić się nimi z hojnością.
Po trzecie, jeśli nawet możemy przeznaczyć na to bardzo niewielkie sumy, wspieranie Kościoła i organizacji charytatywnych jest bardzo istotnym elementem naszego zarządzania majątkiem. Pismo Święte mówi nam, że ten, „kto uszy zatyka na krzyk ubogiego, sam będzie wołał bez skutku” (Prz 21,13). Możemy być pewni, że gdy dzielimy się swoimi dobrami ziemskimi, Bóg wynagrodzi nas dobrami niebieskimi – przyjęciem „do wiecznych przybytków” (Łk 16,9).
Na koniec przypomnijmy sobie, że nasze pieniądze w rzeczywistości nie są nasze – należą do Boga. W chwili śmierci nie zabierzemy ich ze sobą. Naturalnie możemy zostawić je swoim dzieciom czy przekazać jakiejś organizacji charytatywnej, ale dla nas osobiście będą one już zupełnie bezużyteczne. Będzie liczyło się tylko to, czy wykorzystaliśmy je dla dobra innych – rodziny, Kościoła, ubogich.
Pieniądze to bardzo skomplikowany i budzący silne emocje temat, prośmy więc Ducha Świętego, aby pomógł nam zachować właściwy stosunek do nich.
„Jezu, naucz mnie być dobrym zarządcą”.
Am 8,4-7
Ps 113,1-2.4-8
1 Tm 2,1-8

Niedziela, 25 września
Łk 16,19-31
U bramy jego pałacu leżał żebrak.
(Łk 16,20)
Niektórzy teolodzy twierdzą, że niewielu ludzi wejdzie do nieba. Inni uważają, że miłosierdzie Boże jest tak wielkie, iż do nieba wejdzie ogromna większość z nas. Nikt jednak nie wie tego na pewno.
Dzisiejsza Ewangelia opowiada o relacji pomiędzy człowiekiem, który żył w luksusie i poszedł do piekła, a schorowanym żebrakiem, który trafił prosto do nieba. Bogacz w gruncie rzeczy mógł być porządnym i uczciwym człowiekiem. Nie wiemy tego i Jezus w przypowieści pomija ten temat milczeniem. Na pewno kochał swoich pięciu braci, ale był obojętny na los ubogiego Łazarza.
W Biblii znajdujemy niezliczone odniesienia do ubogich i zapomnianych (Mi 2,9; Iz 58,7; Ne 5; Mt 5,42; 25,31-36). Większość z tych fragmentów mówi nam, że od tych, którzy mają więcej, Bóg oczekuje udzielenia pomocy tym, którzy mają mniej. Według Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Bóg błogosławi tym, którzy przychodzą z pomocą ubogim, a odrzuca tych, którzy odwracają się od nich” (KKK, 2443).
Jeśli posiadasz coś na własność, w oczach prawa jesteś właścicielem, ale w oczach Boga jedynie zarządcą. Podczas Sądu Ostatecznego zdamy przed Bogiem sprawę z naszego zarządzania, a zwłaszcza z naszej troski o ubogich (Mt 25,35-36).
Na tym polegał problem bogacza. Był on zarządcą Bożych dóbr i miał ich część oddawać Bogu. Nie rozpoznał jednak, że żebrak Łazarz był reprezentantem Boga i jako taki zasługiwał na o wiele lepsze traktowanie. Widział w nim jedynie ob-
dartego, chorego nędzarza.
Pismo Święte poucza nas, byśmy dzielili się odzieżą, żywnością z chorymi i ubogimi i otaczali ich troską (Mt 25,35-36; Łk 3,11). Mówi nam, że każda istota ludzka ma prawo żyć godnie, nie cierpiąc z powodu głodu czy bezdomności. Zapytajmy więc dzisiaj: „Na jakie poświęcenie mogę się zdobyć, aby przyjść z pomocą ubogim?”.
„Jezu, Ty stałeś się ubogi, abym ja mógł stać się bogaty. Pomóż mi być ofiarnym, jak Ty jesteś ofiarny”.
Am 6,1a.4-7
Ps 146,6-10
1 Tm 6,11-16


MAGAZYN:
MASZE LEKTURY


Charlotte Grossetête

PRAGNIENIE BOGA. Opowieść o Matce Teresie

W przeddzień 19. rocznicy śmierci bł. Matki Teresy z Kalkuty, 4 września br., papież Franciszek kanonizuje kobietę, która sama wyznała kiedyś, że chce być świętą „od ciemności”. Paradoks jej życia polegał na tym, że wyrywała z najstraszniejszych ciemności tysiące ludzi, sama pozostając przez pięćdziesiąt lat spowita mrokiem nocy ducha.
Opowieść o jej życiu pióra francuskiej autorki jest takim właśnie zbiorem paradoksów. Z jednej strony fascynujące, pełne Bożego światła wydarzenia trzymają w napięciu i podziwie, a z drugiej strony można wręcz poczuć trwogę w obliczu duchowej udręki, jaką Matka Teresa znosiła przez pół wieku w samotności swojego „opuszczonego przez Boga” serca.
Czytając książkę Charlotte Grossetête tylko powierzchownie, skupiając uwagę na dokonanych przez Matkę Teresę dziełach – otwartych umieralniach, sierocińcach i szpitalach, o tysiącach powołań do Zgromadzenia Misjonarek Miłości – można odnieść wrażenie, że czyta się scenariusz filmowy napisany, żeby wywołać podziw i wzruszenie. Autorka jednak przekazuje na kartach tej niezwykłej opowieści o wiele ważniejsze przesłanie o tym, że wszystko, co zewnętrzne, ma swoje ukryte źródło wewnątrz i że życie człowieka – czy to konającego anonimowego żebraka, czy też najsławniejszej zakonnicy świata – jest nieustannym pragnieniem Boga. Człowiek pragnie Boga. Bóg pragnie człowieka. Dwa pragnienia złączone w jedno na krzyżu w ostatnim słowie Jezusa.
Kiedyś, jak pisze Charlotte Grossetête, Matka Teresa tak to słowo wytłumaczyła swoim siostrom: „Dlaczego Jezus powiedział: «Pragnę»? Co to oznacza? To coś znacznie głębszego od słów Jezusa: «Kocham was». Dopóki w największej głębi samych siebie nie wiecie, że Jezus was pragnie, nie możecie wiedzieć, kim chce dla was być. Albo kim chce, byście wy były dla Niego”.
Zastanawiam się czasem, po co czytamy życiorysy wielkich świętych, skoro mamy poczucie, że i tak nigdy im nie dorównamy? Czy tylko po to, żeby na chwilę oderwać się od monotonii własnej codzienności i wzruszyć się ich pięknym życiem, oddanym bez reszty Bogu, podziwiać wyrzeczenia, na które i tak sami nigdy się nie zdobędziemy, i powzdychać z zazdrością nad ich niezliczonymi zwycięstwami tam, gdzie my sami odnosimy ciągle porażki? Są takie żywoty świętych, które bardziej przypominają powieści fantastyczne niż losy człowieka z krwi i kości. Na szczęście, w przypadku książki Charlotte Grossetête jest inaczej. Zarówno z okładki, jak i ze wszystkich kart tej opowieści uśmiecha się do nas oblicze pokryte zmarszczkami, niczym znakami wielkiego trudu ludzkiego życia, które było wspinaniem się na Kalwarię. Niedługo przed śmiercią w 1997 roku, Matka Teresa, myśląc o bliskich, którzy już umarli, wyznała: „Jakże długo trwa zdobywanie Kalwarii, kiedy przyjaciele dotarli tam wcześniej”.
Tak więc pierwszą odpowiedzią na pytanie „po co?” jest zachęta, by nie ustać w drodze, bo skoro inni doszli do celu, to i nam się uda, jeśli tylko zaufamy Temu, który nas prowadzi. Jest jeszcze jeden motyw, dla którego warto sięgać po takie książki, jak Pragnienie Boga. W lutym 1986 roku odwiedził Kalkutę Jan Paweł II i wówczas, w umieralni prowadzonej przez Misjonarki Miłości, miała miejsce scena niezwykła, a jednak tak bardzo prosta, jak zwykłe życie:
„– Ma – szepcze siostra Gertruda do Matki Teresy, tam jest dwóch nietykalnych chrześcijan, którzy w każdej chwili mogą umrzeć.
-– Chodźmy tam – mówi cicho Matka Teresa, czyniąc papieżowi znak, żeby poszedł za nią na koniec umieralni. (…)
– Ze śmierci do Życia – szepce Jan Paweł II, zamykając oczy pierwszemu z bezmiernym szacunkiem.
– Z ciemności do Światła – dodaje Matka Teresa, przykrywając drugiego nieskalanym prześcieradłem.
Potem papież i zakonnica przez długą chwilę trwają w milczeniu, bezwiednie przyjmując tę samą pozycję: podbródek ukryty w złączonych dłoniach.
– Czy jest coś, co mógłbym zrobić, żeby przydać się innym chorym, Matko? – pyta Jan Paweł II, kiedy już otworzył oczy.
– Jest pora posiłku, Ojcze Święty. Czy mógłby Ojciec Święty pomóc nam go roznosić? Ale nie chciałabym nadużywać czasu Ojca Świętego.
– Czas się nie liczy, kiedy człowiek zajmuje się tym, co najważniejsze, Matko”.
Kiedy Matka Teresa stała się już sławna i musiała przemawiać publicznie, nigdy nie korzystała z kartek. 10 grudnia 1979 roku w Oslo przyszło jej odebrać Nagrodę Nobla:
„Teraz głos ma laureatka. Matka Teresa z powagą kreśli znak krzyża na swoich wargach, który zawsze zastępuje jej notatki, gdy musi wygłosić przemówienie. Niech Jezus natchnie i błogosławi moje słowa – wydaje się mówić ten gest”.
W książce Charlotte Grossetête najcenniejsze są dla mnie właśnie te najmniejsze i niepozorne gesty i słowa, za którymi kryje się wielka życiowa mądrość kogoś, kto upominał się o godność każdego bez wyjątku człowieka – od pierwszej do ostatniej chwili jego istnienia.
Jan Paweł II beatyfikował Matkę Teresę z Kalkuty w 2003 roku, zaledwie pięć lat po jej śmierci. Teraz, po trzynastu latach, ma zostać kanonizowana. Ale ani ona, ani ta książka nie są do „podziwiania”, lecz chcą nam pokazać, jak przez posługę naszym bliźnim codziennie dawać pić spragnionemu miłości Jezusowi. Bo nieważne, ile mamy w tym życiu do zrobienia, lecz ile do umiłowania.
Lilla Danilecka

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Opinie o produkcie (0)

Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Słowo wśród nas Nr 9 (277) 2016



OPIS

ZACHĘCAMY DO SIĘGNIĘCIA PO WRZEŚNIOWY NUMER CZASOPISMA OREMUS, W KTÓRYM ZNAJDUJĄ SIĘ TEKSTY LITURGII MSZALNEJ NA KAŻDY DZIEŃ. 

Na wrzesień 2016 roku została zapowiedziana kanonizacja Matki Teresy z Kalkuty, w związku z tym wrześniowy numer „Słowa wśród nas” poświęciliśmy właśnie jej. W artykułach staramy się przybliżyć życie i powołanie Matki Teresy, w tym kwestię ciemności – nocy wiary w jej życiu. Zamieściliśmy też osobiste świadectwo bpa Wiliama Curlina na temat jego przyjaźni z tą niezwykłą osobą. Artykuły ilustrowane są sporą liczbą mało znanych zdjęć z Kalkuty. 

W magazynie znajduje się mały zbiór myśli Matki Teresy także bogato ilustrowany fotografiami oraz świadectwo wolontariusza pracującego wraz z siostrami założonego przez Matkę Teresę zgromadzenia Misjonarek Miłości. Ponadto recenzja powieści biograficznej „Pragnienie Boga. Opowieść o Matce Teresie”.
Jak w każdym numerze polecamy Medytacje na każdy dzień do jednego z czytań mszalnych oraz krzyżówkę biblijną.

„Słowo wśród nas” ukazuje się od 1991 roku. To miesięcznik dla tych, którzy pragną w swoim życiu doświadczyć mocy słowa Bożego, pogłębić swoją wiarę i relację z Bogiem. Oprócz artykułów dotyczących życia chrześcijańskiego zawiera medytacje do jednego z codziennych czytań mszalnych, dzięki czemu przybliża słowo Boże i ułatwia jego zrozumienie. 

• rozważania Słowa Bożego na każdy dzień
• artykuły pogłębiające wiarę
• świadectwa czytelników
• żywoty świętych
• krzyżówki o tematyce biblijnej

 

W prenumeracie rocznej 1 NUMER GRATIS!

 

Zobacz numery archiwalne czasopisma Słowo wśród Nas

 

ZASADY PRENUMERATY ZAMAWIANEJ W E-KSIĘGARNI

Miesięcznik wprowadzający w medytację słowa Bożego, jest polską wersją wydawanego w USA „The Word Among Us”. Ukazuje się również w wielu innych krajach, m.in. w Kanadzie, Australii, Irlandii, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Brazylii, Nikaragui, Gwatemali, na Filipinach i Ukrainie.
SŁOWO WŚRÓD NAS ukazuje się 12 razy w roku.

NA TERENIE POLSKI
Prenumeratę wysyłaną na terenie Polski można zamawiać w każdym czasie na okres 3, 6 lub 12 miesięcy, przy czym okres minimalny, na jaki można zamówić prenumeratę to 3 miesiące, maksymalny to 12 miesięcy. Umowa nie ulega automatycznemu przedłużeniu.
3 miesiące – cena 17,70 zł
6 miesięcy – cena 35,40 zł
12 miesięcy – cena 64,90 zł
Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.
Opłacając prenumeratę na cały rok, otrzymujesz 1 numer pisma za darmo. Zamawiając 10 lub więcej egz. każdego numeru, wpisz kod rabatowy SLOWO10, a uzyskasz dodatkowy rabat.

ZAGRANICA
Prenumeratę wysyłaną poza Polskę można zamawiać wyłącznie na okres 12 miesięcy.
Umowa nie ulega automatycznemu wydłużeniu.
Cena prenumeraty – 216 zł. Koszt wysyłki wliczony jest w cenę prenumeraty.

Wysyłka pierwszego z zapłaconych numerów nastąpi w 4 tygodnie od dnia wpłaty.


Dla księgarń istnieje możliwość zamówienia stałego abonamentu na dowolną liczbę egzemplarzy z 20% rabatem (kontakt i szczegóły - dział handlowy handlowy@wydawnictwo.pl).


W przypadku zmiany adresu prosimy o przesłanie nam z wyprzedzeniem informacji zawierającej:
1) adres dotychczasowy,
2) adres nowy,
3) datę, od której nowy adres będzie aktualny.



SPIS TREŚCI

ARTYKUŁY


„Cała jedynie dla Boga i Jezusa”
Życie i powołanie Matki Teresy – Kathryn Spink......................... 4


„Niech ksiądz zaryzykuje serce”
Moja przyjaźń z Matką Teresą – bp William Curlin.................... 9


„Pokochałam ciemność”
Droga krzyżowa Matki Teresy – Kathryn Spink.......................... 15


MEDYTACJE
NA KAŻDY DZIEŃ


od 1 do 30 września............................ 20


MAGAZYN


Słowa Matki Teresy............................. 47


Dzielić się obecnością
Czego nauczył mnie wolontariat u sióstr Matki Teresy
– Angela Burrin......................... 55


Nasze lektury – Lilla Danilecka............................... 61


Krzyżówka................................................................ 63


Słowo Boże na każdy dzień...................................... 64

FRAGMENT KSIĄŻKI

LIST:


Drodzy Bracia i Siostry!

Wiele lat temu zaprzyjaźniony ze mną młody ksiądz miał okazję spotkać się osobiście z Matką Teresą z Kalkuty. W umówionym dniu przyszedł do jej klasztoru i zaprowadzono go do pokoju, w którym miał oczekiwać na Matkę. Po przeszło godzinie weszła Matka Teresa, przywitała się z nim ciepło, po czym od razu przystąpiła do sedna. Poprosiła go, by przyjechał służyć świętym biedakom Boga w Kalkucie. Odpowiedział, że nie jest to możliwe ze względu na jego obowiązki w parafii. Zasugerowała więc, by wziął urlop sabatyczny i przyjechał tylko na rok. Kiedy i to uznał za niemożliwe, Matka pobłogosławiła go, życzyła mu wszystkiego dobrego i... wróciła do swojej pracy. Spotkanie dobiegło końca.
Historia ta ukazuje nam ogromną determinację Matki Teresy. Bóg wezwał ją do miłości i troski wobec ubogich i to powołanie było u niej absolutnie na pierwszym miejscu. Nieustannie zachęcała innych do przekraczania siebie i czynienia nadzwyczajnych rzeczy dla Boga. To, czy byli biedni, czy bogaci, wpływowi czy przeciętni nie miało dla niej znaczenia – nie wahała się zwrócić do nikogo.
Ani ty, ani ja nie otrzymamy osobistego zaproszenia Matki Teresy do przyjazdu do Kalkuty. Jeśli jednak będziemy słuchać sercem, usłyszymy, jak mówi do nas to, co lubiła powtarzać: „Jeśli nie możesz nakarmić stu osób, nakarm jedną”. Przypomni nam, że pole misyjne jest bardzo szerokie, gdyż istnieje nie tylko ubóstwo materialne: „Głód miłości jest o wiele trudniejszy do zaspokojenia niż głód chleba”.
Jak wiemy, 4 września papież Franciszek ogłosi Matkę Teresę świętą. Nie jest więc zaskoczeniem, że obecny numer poświęcamy właśnie jej. Ta drobna, pomysłowa, uparta i rozmodlona kobieta jest prawdziwą bohaterką. Podobnie jak wielu innych, czuję się z nią związany, chociaż nigdy nie poznałem jej osobiście. To jej świadectwo skłoniło mnie do tego, by wraz z moimi dziećmi podjąć służbę w jednym z jej schronisk w Waszyngtonie, gdzie modliliśmy się z podopiecznymi, podawaliśmy im obiad i zmywaliśmy naczynia.
Wzorem jest też dla mnie jej oddanie modlitwie. Wydaje się, że kiedy nie pracowała, to albo się modliła – wcześnie rano jutrznia i Msza święta, przed obiadem modlitwa w ciągu dnia, po kolacji adoracja i nieszpory – albo spędzała czas z siostrami. Matka Teresa często przyznawała, że jest bardzo zmęczona, ale zaraz dodawała, że modlitwa, czy to indywidualna, czy wraz z innymi, dodaje jej sił i mobilizuje do czynienia jeszcze więcej.
W Matce Teresie pociąga mnie wreszcie jej ciągłe przypominanie, by kochać ludzi, gdziekolwiek są, kimkolwiek są i kiedy tylko możemy. Jej wezwanie do miłości mobilizuje mnie, by starać się budować i umacniać każdego, kogo spotykam. Tak jak ona, chcę „rozsiewać miłość wszędzie (…) i starać się, by każdy, kto do mnie przychodzi, odchodził lepszy i szczęśliwszy”.
Mam nadzieję, że lektura tego numeru naszego pisma poświęconego Matce Teresie z Kalkuty zachęci nas wszystkich do tego, by – jak ona – iść i czynić małe rzeczy z wielką miłością, a przez to pomoże nam zbliżyć się do Jezusa.

Wasz brat w Chrystusie,
Joe Difato

  

ARTYKUŁY:
„Cała jedynie dla Boga i Jezusa”

Życie i powołanie Matki Teresy

Kanonizując w tym miesiącu Matkę Teresę, papież Franciszek złączy swój głos z milionami mieszkańców świata, którzy już uważają ją za świętą. Będąca dla wielu symbolem miłości bliźniego, Matka Teresa stała się laureatką licznych nagród, w tym także Pokojowej Nagrody Nobla, którą otrzymała w 1979 roku. W momencie jej śmierci, 5 września 1997 roku, założone przez nią Zgromadzenie Misjonarek Miłości miało 594 domy w 123 krajach. Pozostawiła po sobie ponad 3800 sióstr, prawie 380 braci, 13 kapłanów oraz niezliczoną rzeszę współpracowników świeckich w różnych zakątkach świata, z których wszyscy zobowiązali się żyć jej duchem.
Historia Matki Teresy jest niewątpliwym sukcesem, choć ona sama twierdziła, że została powołana do wierności, a nie do odnoszenia sukcesów. Jednak pomimo popularności, którą się cieszyła, niewielu ludzi wie, w jaki sposób Bóg ją kształtował i przygotowywał do jej życiowej misji.

ROZEZNAWANIE POWOŁANIA
Urodziła się 26 sierpnia 1910 roku w Albanii jako Agnieszka Gonxha Bojaxhiu, najmłodsza z trójki rodzeństwa. Wychowywała się w Skopje, mieście różnorodnym etnicznie i religijnie, gdzie jej ojciec był uznanym przedsiębiorcą. Według jej własnej oceny miała szczęśliwe dzieciństwo, a w dzień Pierwszej Komunii świętej, którą przyjęła w wieku lat pięciu, otrzymała łaskę „miłości dusz”, dar od Boga, który naznaczył całe jej życie.
Nagła śmierć ukochanego ojca Agnieszki w 1919 roku pozostawiła rodzinę w trudnej sytuacji finansowej. To jednak jeszcze umocniło wiarę dziewczynki, podtrzymywaną przez pobożną matkę i księży z miejscowego kościoła. W wieku lat dwunastu poczuła się wezwana, by zostać misjonarką wśród ubogich, miała jednak opory przed pozostawieniem matki samej. Miała także wątpliwości – czy rzeczywiście jest powołana, by „całkowicie należeć do Boga”? Kilka lat później pewien chorwacki kapłan zapoznał ją
z Ćwiczeniami Duchownymi św. Ignacego Loyoli, w których znalazła odpowiedź na swoje pytania. Myśl o pracy misyjnej, pomimo wyzwań i trudów, jakie ze sobą niosła, budziła w niej radość, będącą potwierdzeniem, którego tak bardzo potrzebowała, by odejść z domu do sióstr loretanek. Osiemnastoletnia Agnieszka powiedziała o swoich planach matce, ale musiało minąć trochę czasu, zanim uzyskała jej błogosławieństwo, a wraz z nim napomnienie, że odtąd ma być „cała jedynie dla Boga i Jezusa”.

SIOSTRA I MATKA
Wyruszając do Indii w 1928 roku, Agnieszka przybrała imię zakonne Teresa. Zawsze podkreślała, że nie chodziło jej o Teresę Wielką z Avili, lecz o „Małego Kwiatka” – Tereskę z Lisieux. Podobało jej się, że św. Teresa od Dzieciątka Jezus ukazywała drogę do świętości poprzez wierność w małych rzeczach, a także mówiła, że wiele łask dla innych można wyjednać, ofiarując Bogu swoje cierpienie. Poruszało ją pragnienie Teresy, by „kochać Jezusa tak, jak jeszcze dotąd nie był kochany”, co przypominało jej słowa matki. W wyborze tego imienia kryło się również coś proroczego, gdyż Teresa, jak w późniejszych latach swego życia Agnieszka, doświadczyła duchowej ciemności, którą była w stanie znieść jedynie dzięki wierze – wierze „ślepej”, niedającej żadnej pociechy.
Przez ponad piętnaście lat siostra Teresa uczyła historii i geografii, czyniąc to w sposób odpowiedzialny, lecz niewyróżniający się niczym szczególnym. Siostry loretanki zapamiętały jej pracowitość, gotowość do podejmowania najprostszych posług, jej źle dopasowane sandały i radosną naturę. W 1931 roku spędziła jakiś czas pomagając w niewielkim punkcie medycznym obsługującym ubogich. Już wtedy widziała bliską, tajemniczą relację pomiędzy nimi a cierpiącym Chrystusem. Wisiał tam obraz Chrystusa Odkupiciela otoczonego tłumem ludzi o twarzach naznaczonych udrękami życia. Patrząc na cierpienia ludzi oczekujących pomocy medycznej, siostra Teresa spoglądała na obraz i powtarzała w duchu: „Jezu, to dla Ciebie i dla dusz!”.
W 1937 roku, krótko przed złożeniem ślubów wieczystych, od których przysługiwał jej już tytuł „Matki Teresy”, pisała do swojego kierownika duchowego o tym, z jaką radością niesie krzyż wraz z Jezusem. Przyznała, że wcześniej krzyże ją przerażały. Teraz jednak zaakceptowała cierpienie i dlatego mówiła, że „Jezus i ja żyjemy w miłości”. Dokładna natura tych krzyży, które wcześniej przyprawiały ją o łzy, pozostaje nieokreślona. Być może jako Albanka czuła się zepchnięta na margines loretańskiego życia w Indiach. Jednak na głębszym poziomie nawiązywała do „ciemności”, jaka jej towarzyszyła – ciemności, która stała się tematem wielu listów pisanych do kolejnych kierowników duchowych i kapłanów, a opublikowanych dopiero po jej śmierci. Z listów tych wynika, że Matka Teresa doświadczała zarówno cierpień wewnętrznych, jak i posuchy duchowej, poczucia nieobecności Boga, za którym tak bardzo tęskniła.

NICZEGO MU NIE ODMAWIAĆ
Miłość Matki Teresy do Boga była tak wielka, że w 1942 roku, wzorem św. Teresy od Dzieciątka Jezus, złożyła prywatny ślub, że nigdy niczego Mu nie odmówi. Usilnie pragnęła, by ten ślub objął wszystkie aspekty jej życia, była zdecydowana odpowiadać Bogu „tak” w każdych okolicznościach, niezależnie od tego, jak skomplikowane i trudne by one były. Ślub ten dotyczył nie tylko heroicznych stron świętości, ale również zwykłych, codziennych spraw. W duchu „małej drogi” św. Tereski obiecała czynić małe rzeczy z wielką miłością. To z miłości miał odtąd wyrastać każdy jej czyn i każde poświęcenie.
We wrześniu 1946 roku w pociągu do Darjeeling i w trakcie odbytych po tej podróży rekolekcji Matka Teresa przeżyła głębokie spotkanie z Panem, który polecił jej opuścić loretanki i założyć w Kalkucie nowe zgromadzenie zakonne, „całkowicie oddane bezinteresownej służbie najbiedniejszym z biednych”. Celem tego zgromadzenia miało być zaspokajanie Jezusowego pragnienia dusz, zawierającego się w Jego „Pragnę” wypowiedzianym na krzyżu. Pragnienie Jezusa – Jego tęsknota za miłością najbiedniejszych, za których ofiarował własne zranione ciało i krew – leżało u źródła wszystkiego, co nastąpiło potem. Jezus pragnął ich miłości i chciał oddać im samego siebie, aby także oni zapragnęli oddać Mu samych siebie.
Jednak zanim Matka Teresa mogła zacząć realizować otrzymaną wizję, musiała przekonać swojego kierownika duchowego i przełożone zakonne, że jej „powołanie w powołaniu” rzeczywiście pochodzi od Boga. U loretanek nauczono ją posłuszeństwa, ale otrzymane polecenie, by czekać, wydawało jej się całkowicie sprzeczne z wolą Boga. Nalegała na szybkie podjęcie decyzji, zarazem w posłuszeństwie poddając się wskazaniom Kościoła, choćby były dla niej bolesne. Wreszcie, w kwietniu 1948 roku, Rzym wydał „dekret o eksklaustracji”, udzielając jej pozwolenia na rozpoczęcie życia w slumsach jako siostra zakonna.
Opuszczenie loretanek było dla Matki Teresy najtrudniejszą rzeczą w życiu. Ruszała do jednej z najmroczniejszych i pełnych chorób dzielnic na świecie. A do tego szła tam sama. Była świadoma swojej nieadekwatności, jak również bardzo delikatnej sytuacji samotnej kobiety w takim otoczeniu. Zakon loretanek cieszył się w Kalkucie dużym szacunkiem. Czy opuszczenie go było rzeczywiście wolą Bożą? Niektórzy uznali to posunięcie za uleganie diabelskim poszeptom. Matka Teresa była jednak zdecydowana, by nie odmawiać Jezusowi niczego, także cierpienia płynącego z plotek, niezrozumienia i izolacji.

ŻYCIE WYPEŁNIONE RADOŚCIĄ
Jej praca zaczęła się od maleńkiej szkoły, gdzie Matka Teresa uczyła dzieci, wypisując alfabet na ziemi i wyjaśniając im podstawy higieny. Wkrótce zaczęła też udzielać pomocy biednym i umierającym. Dręczona lękiem i samotnością, niepewna, w jaki sposób ma wyżebrać konieczne środki, boleśnie uświadamiała sobie, jak bardzo potrzebuje modlitewnego wsparcia. Z biegiem czasu przyłączyły się do niej niektóre z byłych uczennic i w 1950 roku nowe zgromadzenie zostało formalnie powołane. W 1952 roku napisała do Belgii, do przyjaciółki, której słabe zdrowie uniemożliwiło wstąpienie do zgromadzenia, z prośbą, by ofiarowała swoje cierpienie Panu jako formę wstawiennictwa za jej dzieło. Dało to początek gałęzi Chorych i Cierpiących Współpracowników, która odtąd wzrastała w liczbę, podobnie jak same Misjonarki Miłości.
Do Matki Teresy dołączały nie tylko kandydatki na siostry zakonne. Do pomocy zgłaszali się także świeccy, którzy z czasem utworzyli świecką gałąź jej zgromadzenia, powstało też zgromadzenie męskie. Otwierała punkty dożywiania, domy dziecka, domy dla umierających, kliniki dla trędowatych i domy dla ofiar AIDS. Kobieta modlitwy, której dzieła rodziły się z kontemplacji, odczuwała dyskomfort z powodu swej rosnącej popularności, a zwłaszcza z powodu wciąż rosnącej liczby zaproszeń do przemawiania na konferencjach i zgromadzeniach na całym świecie. I tu jednak nie odmawiała Panu, niezależnie od tego, jak wiele ją to kosztowało.
Podczas gdy świat wyrażał jej swoje
uznanie, Matka Teresa widziała w nim, i to nie tylko w świecie ubogich, ale też świecie klasy średniej i świecie osób zamożnych, współczesną Kalwarię. Podróżując do bogatych krajów, nabrała przekonania, że ubóstwo duchowe jest większym problemem niż ubóstwo materialne Trzeciego Świata, w którym pracowała. Pozostała wierna do końca swej determinacji kochania Boga tak, jak dotąd nigdy nie był kochany. Pomimo wszystkich niedostatków materialnych i cierpień duchowych, jakie przyszło jej znosić, Matka Teresa była osobą radosną. Dlaczego? Ponieważ zawsze znajdowała Jezusa w ubogich.
I ponieważ każdy czyn miłości stawiał ją „twarzą w twarz z Bogiem”. ▐


„Niech ksiądz zaryzykuje serce”

Moja przyjaźń z Matką Teresą

Niecodziennie zdarza się, że Kościół katolicki ogłasza świętym twoją przyjaciółkę. Gdy jednak
w tym miesiącu bł. Matka Teresa stanie się św. Teresą z Kalkuty, znajdę się w takiej właśnie sytuacji.
Nasza przyjaźń zaczęła się na początku lat siedemdziesiątych, kiedy byłem proboszczem parafii w centrum Waszyngtonu, a Matka praktycznie nieznaną zakonnicą, próbującą posłać swoje Misjonarki Miłości poza Indie. Ponieważ moja parafia wspierała wielu potrzebujących, Matka odwiedziła mnie pewnego dnia na plebanii, by porozmawiać o tym, jak jej siostry mogłyby służyć „najbiedniejszym z biednych” w Waszyngtonie.
Podczas rozmowy wciąż przerywał nam dzwonek wzywający mnie do drzwi. Matka zapytała, co robię. Odpowiedziałem: „Daję biednym kanapki. Przychodzą po jedzenie”. Jej reakcja zaskoczyła mnie. „Niech ksiądz nie daje im tylko jedzenia – powiedziała. – Niech ksiądz da im serce. Niech ksiądz zaryzykuje serce”. Ta skromna zakonnica uświadomiła mi, że nie mam być jedynie pracownikiem socjalnym, ale uczniem Jezusa, który służy ubogim nie z litości, ale dlatego, że w ich osobach staje u jego drzwi sam Jezus.
Z biegem lat stałem się jednym z jej spowiedników, rekolekcjonistów i kierowników duchowych. W rzeczywistości jednak już to pierwsze spotkanie nadało ton naszym kontaktom: to Matka Teresa była moją przewodniczką duchową.

„NIECH KSIĄDZ GO WYKĄPIE”
Matce nigdy nie brakowało odwagi, gdy walczyła o sprawy ubogich, zarówno modlitwą, jak i siłą woli. Jej postawa często prowokowała mnie do postawienia kolejnego kroku w wierze i rezygnacji z własnej wygody.
Kiedyś zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Do zobaczenia w najbliższą środę!”. „Przyjeżdża Matka do Waszyngtonu?” – zapytałem. Odpowiedziała: „Nie, to ksiądz przyjeżdża do Indii!”. Zaprotestowałem, że nie mam pieniędzy na podróż, ale ona bez słowa odwiesiła słuchawkę. Pomyślałem, że muszę znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji i zadzwoniłem do przyjaciela prawnika, któremu opowiedziałem
o swoim problemie. Zaczął on wychwalać Matkę Teresę w entuzjastycznych słowach, nazywając ją świętą. „Święta? To dyktatorka!” – odparowałem. Jednak pod koniec rozmowy mój przyjaciel zaoferował się, że zapłaci za moją podróż, jeśli poproszę Matkę o modlitwę za niego i jego rodzinę.
Obserwując, jak Matka Teresa odnosiła się do ludzi nieszczęśliwych, zrozumiałem, czym naprawdę jest miłość bliźniego. Pewnego dnia byliśmy razem w domu dla trędowatych w Kalkucie, kiedy pracownicy przynieśli z ulicy chorego Hindusa. Podszedłem, by go pobłogosławić, ale Matka oczekiwała ode mnie czegoś więcej. „Niech ksiądz go wykąpie” – powiedziała. Nie wiedziałem, od czego zacząć, więc pokazała mi, co mam robić. Następnie, prawdopodobnie wyczuwając moje skrępowanie, powiedziała: „Proszę księdza, jeśli będzie ksiądz patrzył oczami, zobaczy ksiądz tylko umierającego trędowatego. Ale jeśli popatrzy ksiądz sercem, ujrzy ksiądz leżącego tu Jezusa”.
Ta mądra maksyma Matki Teresy zmienia wszystko. Każde zadanie, nawet najbardziej niewdzięczne, niewygodne czy nieprzyjemne, może stać się dziełem duchowym. Prawdziwa miłość bliźniego wymaga rezygnacji z własnego komfortu i przekształcenia zwykłego aktu służby w akt serca – dar dla Jezusa.

CHWALEBNE UNIŻENIE
Matka Teresa miała wielkie nabożeństwo dla Jezusa uniżonego – prześladowanego, cierpiącego, opuszczonego. Pociągało ją to wszystko, co pozwalało jej dzielić to cierpienie. Pewnego razu wychodziliśmy razem ze sklepu z dewocjonaliami, kiedy nagle podbiegła do nas pewna kobieta i splunęła na Matkę, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Matka odpowiedziała: „Niech cię Bóg błogosławi, moje dziecko”, i otarła ślinę, a kobieta uciekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, zacząłem ją przepraszać. Matka uśmiechnęła się i odpowiedziała: „Nic się nie stało. Oni plują na Jezusa”.
W podobnych sytuacjach Matka emanowała radością i pogodą ducha. Pragnęła też, by wszystkie Misjonarki Miłości promieniowały podobną radością niezależnie od okoliczności. „Siostro, gdzie jest twój uśmiech?” – przypominała zakonnicy, która biegła otworzyć drzwi. „Zawsze otwieraj drzwi z uśmiechem”. Dla Matki uśmiech oznaczał zrozumienie, że Jezus jest obecny w każdym człowieku i w każdym miejscu, nawet najskromniejszym. Było to dla mnie świadectwem, zwłaszcza gdy zabierała mnie do miejsc, gdzie naprawdę trudno było o uśmiech.
Chodząc wieczorami z Matką Teresą ulicami Kalkuty, widziałem ludzi leżących w rynsztokach, z ciałami pokrytymi przez robactwo, całkowicie opuszczonych. Przytłoczony rozmiarem nieszczęścia, zapytałem ją: „Gdzie tu jest Bóg?”. Odpowiedziała: „Jest tu. Właśnie tutaj”. Tam, gdzie ja widziałem tylko ludzką tragedię, ona widziała Jezusa i słyszała Jego zapewnienie: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).
Żyjąc na serio tym wersetem, Matka przywracała godność ludziom żyjącym w najbardziej podłych, nędznych warunkach. Pewien człowiek, którym się zajęła, powiedział: „Umierałem jak zwierzę w rynsztoku, teraz umieram jak anioł”. Jej życzliwe słowo, uśmiech i delikatny dotyk zamieniły nędzę w poczucie godności. Starała się też pomagać wszystkim swoim wolontariuszom w zrozumieniu przemieniającej mocy miłości względem poniżonych.

TWOJE DŁONIE, JEGO DŁONIE
Dzięki licznym wyrazom uznania, takim jak na przykład Pokojowa Nagroda Nobla, Matka Teresa stała się osobą publiczną. Niepokoiło ją to, gdyż chciała pozostać w tle i kierować uwagę na Jezusa. Nawet gdy szła przez tłum, w którym każdy chciał jej dotknąć, mawiała: „Oni nie mnie dotykają, oni próbują dotknąć Boga”.
Matka Teresa wierzyła również, że Jezus chodzi dziś po ziemi w swoich uczniach – w tobie i we mnie. To także było dla mnie niełatwe do przyjęcia! Zapytała mnie: „Czy ksiądz wie, że kiedy podnosi ksiądz dziecko, karmi ubogiego czy myje umierającego, ręce księdza są rękami Jezusa? Kiedy ksiądz słucha odrzuconych, to On ich słucha. Kiedy ksiądz mówi, jest ksiądz echem Bożego serca. Jezus żyje w nas”.
W myślach Matki Teresy na pierwszym miejscu był zawsze Jezus. Słysząc rozmowę o ludziach opętanych przez demony, powiedziała: „Nie mówimy o «opętaniu» przez Jezusa, kiedy Jezus bierze nas w posiadanie i napełnia sobą”. A tego właśnie doświadczała podczas Eucharystii, która była centralnym punktem każdego jej dnia.
„Dziękuję!” – powiedziała do mnie pewnego poranka, po tym jak odprawiłem Mszę świętą. Zaskoczony okazaną przez nią wdzięcznością, powiedziałem: „Ależ ja jeszcze dziś nic dla Matki nie zrobiłem”. Odpowiedziała: „Wziął ksiądz chleb w swoje ręce i powiedział: «To jest Ciało moje», a wtedy niebo zstąpiło na ziemię i weszło we mnie”. Myślałem o tym potem bardzo często. Za każdym razem, kiedy odprawiam Mszę świętą, rzeczywiście trzymam w dłoniach Jezusa. Matka nauczyła mnie dostrzegać to misterium obecności Boga.

MIŁOŚĆ WŚRÓD NOCY
Być może największą tajemnicą Matki Teresy było to, w jaki sposób zdołała dochować wierności Bogu, nie doświadczając w odczuwalny sposób Jego obecności. Przez wiele lat kochała Jezusa, nie mając poczucia, że cokolwiek otrzymuje w zamian.
Kiedy rozmawiała ze mną o tej „ciemnej nocy duszy”, powtarzałem jej, że jest to wielki dar, wspaniały przywilej. Mówiłem, że nie wolno przyczepiać etykietki z ceną do swojej miłości do Boga. Wszystko było dla Niego i tu, na ziemi, nie miała Go prosić o nic w zamian. Nagrodą – przypominałem – będzie oglądanie Jego oblicza w wieczności. „Bóg chce, aby Matka kochała Go na ślepo. Bez żadnej pociechy – po prostu czystą miłością”. Matce bardzo się to podobało. Prosiła często: „Niech ksiądz powie mi to jeszcze raz! Niech ksiądz powie to siostrom”.
Wiara nie polega na miłych uczuciach, lecz na tym, by dzień za dniem wstawać ze słowami na ustach: „Panie, nie musisz pokazywać mi Twojej obecności. Kadzidło nie płynie w moją stronę, lecz w Twoją”. Oczywiście wierzyłem w to wszystko, ale bycie świadkiem, jak Matka Teresa kocha Boga w ciemności, było dla mnie głębokim doświadczeniem duchowym.
Na krótko przed swoją śmiercią powiedziała mi: „Moim kluczem do nieba jest to, że kocham Go wśród nocy”. Celem jej życia było po prostu kochać Boga, nie oczekując niczego w zamian.

ZASPOKAJAĆ JEGO PRAGNIENIE
To całkiem naturalne, że dla ludzi, którzy jak ja mieli szczęście zetknąć się z Matką Teresą, jej przykład stał się inspiracją. Ale jej prosta wiara i miłość oddziałują również na ludzi całego świata, którzy nigdy w życiu nie spotkali jej osobiście.
Misjonarki Miłości posługujące nieuleczalnie chorym w Waszyngtonie opowiedziały mi o swoim stałym lokatorze i pomocniku, Normanie. Pewnego dnia stanął on przed wejściem do kaplicy adoracji ze szklanką wody w ręku. Kiedy siostra przypomniała mu, że do kaplicy nie wolno wnosić jedzenia ani picia, Norman wskazał na krzyż i wypisane pod nim słowo Jezusa: „Pragnę”.
„To nie dla mnie, to dla Niego” – powiedział.
Każdy z nas może, jak Norman, przeżywać jedność z Matką Teresą i czer-
pać inspirację z jej radykalnej, twórczej miłości do Jezusa. Nawet jeśli nie zetknąłeś się z nią osobiście, pozwól, by jej proste akty miłości pobudziły cię do działania i dały ci nowe oczy wiary. A wtedy zobaczysz Jezusa i będziesz mógł zaspokoić Jego pragnienie miłości. ▐

 

MEDYTACJE NA KAŻDY DZIEŃ:

Czwartek, 1 września
Łk 5,1-11
Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.
(Łk 5,5)
Gdy Matka Teresa usłyszała Boże wezwanie do założenia nowego zgromadzenia zakonnego, służącego najbiedniejszym z biednych, była profeską wieczystą sióstr loretanek. Przedstawiła sytuację swoim przełożonym, które uznały jej pomysł za nieco dziwny. Poleciły jej więc poczekać, zastanowić się nad zaletami tego przedsięwzięcia i ocenić jego szanse na sukces.
Matka Teresa posłusznie wykonała to wszystko, jednak dla niej samej cała „mądrość” planu polegała na tym, że to Bóg powiedział jej, co ma czynić.
Przypomnijmy sobie Ewangelię – porady dotyczące połowu ryb udzielane przez Jezusa, cieślę z zawodu, tak wytrawnemu rybakowi jak Szymon również mogły wydawać się dziwaczne. Po całonocnym połowie sieć była pusta, a wszyscy zmęczeni. Jednak Szymon, jak Matka Teresa, posłuchał. Złowił mnóstwo ryb nie dlatego, że użył dobrej przynęty czy wykazał się nadzwyczajnymi umiejętnościami. Tajemnicą sukcesu było wypełnienie tego, co powiedział Jezus.
A jak to wygląda u ciebie? Być może twoi sąsiedzi dziwią się, dlaczego w niedzielny poranek wstajesz wcześniej, by pójść na Mszę świętą, zamiast dłużej pospać. Koledzy czy koleżanki w pracy mogą nie rozumieć, dlaczego powściągasz język, zamiast obmawiać na wszystkie strony kogoś, kto wyrządził ci krzywdę. Ty jednak postępujesz w ten sposób, bo wiesz, że Jezus tego od ciebie pragnie.
Chociaż Bóg nie wzywa cię, byś jak Matka Teresa zakładał nowe zgromadzenie zakonne, to przecież codziennie dokonujesz wyborów. Każdy dzień jest szansą zaufania Bogu, zapytania Go, co On myśli. Każde twoje „tak” powiedziane Panu otwiera Mu drzwi do działania w twoim życiu i w życiu twoich bliskich.
To właśnie jest najpiękniejsze w kroczeniu za Jezusem. Dajemy Mu swoje małe, skromne „tak”, a On odpowiada nam o wiele większym „tak”. Napełnia nas swoją miłością. Udziela nam siły, byśmy mogli zmieniać na lepsze nasze środowiska i nieść dobro innym.
Obyśmy wszyscy zaufali Mu na tyle, by na Jego słowo „zarzucić sieci”.
„Jezu, ufam Twojej miłości i wierności”.
1 Kor 3,18-23
Ps 24,1-6

Niedziela, 4 września
Łk 14,25-33
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie?
(Łk 14,28)
Niewielu z nas buduje wieże ani tym bardziej dokonuje przeglądu swoich oddziałów przed bitwą. Wszyscy jednak mamy różne plany, które wymagają oceny naszych możliwości. Czy stać mnie na to, żeby zdobyć tytuł magistra? Czy poradzę sobie z opieką nad dzieckiem chorej siostry lub starszą krewną? Czy mogę podjąć się poprowadzenia grupy biblijnej w parafii?
Kobieta, którą kanonizuje dziś papież Franciszek, zdecydowanie „miała na wykończenie”? Czyniąc ze swego życia „coś pięknego dla Boga”, św. Teresa z Kalkuty wykazała się determinacją, która jest znakiem charakterystycznym uczniów Chrystusa. „Pierwszym krokiem do świętości – powiedziała kiedyś – jest jej pragnienie”.
Brzmi to onieśmielająco, zwłaszcza jeśli nie uważasz się za osobę szczególnie zdeterminowaną. Dlatego Jezus pragnie dziś podzielić się z nami sekretem, jaki odkryła Matka Teresa i wszyscy święci – siła woli to jeszcze nie wszystko. Kluczowe znaczenie ma tu pragnienie samego Boga.
Jest to Dobra Nowina! Jeśli chcesz uczynić ze swojego życia coś pięknego dla Boga, wiedz, że On pragnie dokładnie tego samego. U Niego też znajdziesz wszelką łaskę, jakiej potrzebujesz, by tego dokonać. Napełnił cię swoim Duchem, daje ci swoje Ciało i Krew na Mszy świętej, idzie wraz z tobą każdego dnia, wspierając cię w niepowodzeniach i ciesząc się twoimi sukcesami. Chcąc zbudować „wieżę” dla Jego chwały, masz Jego stuprocentowe poparcie.
Kiedy więc siadasz i obliczasz koszt pójścia za Jezusem – zwłaszcza gdy ten koszt wydaje ci się zbyt wysoki – szukaj pociechy w słowach Matki Teresy z Kalkuty: „Należysz do Jezusa. Nic nie może cię od Niego oddzielić. Warto zapamiętać to jedno zdanie. Jezus będzie twoją radością, twoją siłą. Jeśli będziesz trzymać się tego zdania, to pokusy i trudności wprawdzie przyjdą, ale nie zdołają cię złamać… Modlę się, abyś odpowiedział na wezwanie Jezusa prostym słowem «tak»”.
„Jezu, mówię Ci «tak»! Pojdę za Tobą bez względu na to, ile będzie mnie to kosztować”.
Mdr 9,13-18b
Ps 90,3-6.12-14.17
Flm 9b-10.12-17

Niedziela, 11 września
Łk 15,1-32
Ten przyjmuje grzeszników. (Łk 15,2)
Piętnaście lat temu widzieliśmy, jak zawalają się bliźniacze wieże Światowego Centrum Handlu w Nowym Jorku. Rozgrywające się sceny były tragiczne i przerażające. A chociaż atak ten – jak wiele podobnych aktów przemocy mających dziś miejsce na całym świecie – był tak bardzo okrutny, grzeszny i niegodziwy, ważne jest, byśmy myśląc o nim, mieli w pamięci słowa Pawła z dzisiejszego drugiego czytania: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników”, i ze względu na Jego zbawczą ofiarę każdy, kto się nawraca, dostępuje miłosierdzia (1 Tm 1,15).
Czasami przebaczenie wydaje się wręcz niemożliwe, zwłaszcza w sytuacjach, gdy doznana krzywda jest tak niewiarygodnie wielka. Jednak wystarczy zajrzeć do Ewangelii, by przekonać się, że cała relacja Boga z nami opiera się na miłości, miłosierdziu i przebaczeniu – czy to „wielkich” grzechów syna marnotrawnego, czy to „mniejszych” grzechów jego starszego brata.
Wszystkie przypowieści z dzisiejszej Ewangelii ukazują nam, jak daleko jest w stanie posunąć się nasz Ojciec niebieski, aby zbawić to, co zginęło. Ludzie, którzy popełniają tak straszne zbrodnie, jak ataki z 11 września, z pewnością są ludźmi zagubionymi. Mimo to Bóg ich kocha i pragnie wprowadzić do swego królestwa. Chce, by odwrócili się od grzechu i znaleźli miłosierdzie, które jest dostępne dla każdego bez wyjątku człowieka.
Być może także w naszym życiu prywatnym trudno nam jest przebaczyć komuś, kto nas zranił. Jednak niezależnie od tego, jak wielka niesprawiedliwość nas spotkała i jak bardzo cierpimy z tego powodu, Bóg wzywa nas do czynienia wszystkiego, co w naszej mocy, by przebaczyć naszym bliźnim.
Próbuj więc naśladować naszego Ojca niebieskiego. Zrób sobie listę osób, z którymi nie żyjesz w zgodzie lub masz trudną relację, i proś Boga o łaskę przebaczenia. Jeśli nie jesteś w stanie wybaczyć wszystkiego od razu, proś Go o łaskę postawienia choćby jednego kroku w stronę miłosierdzia. Liczy się każdy krok!
„Ojcze, pomóż mi wznieść się ponad moje zranienia i urazy. Pomóż mi wnosić pokój i pojednanie tam, gdzie jest cierpienie i rozłam”.
Wj 32,7-11.13-14
Ps 51,3-4.12-13.17.19
1 Tm 1,12-17

Środa, 14 września
Podwyższenie Krzyża Świętego
Flp 2,6-11
Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. (Flp 2,8)
Plan krzyża jest mało skomplikowany – po prostu dwie przecinające się linie. Wyobraźmy sobie, że linia pionowa opada
w dół od Boga, przecinając poziomą linię horyzontu. W tych dwóch liniach – a zwłaszcza w miejscu ich przecięcia, gdzie niebo styka się z ziemią – można znaleźć całą Ewangelię.
Podobnie można wyjaśnić moc krzyża. Zawarte w nim przesłanie ofiarnej miłości i miłosierdzia jest tak proste, że możemy łatwo zastosować je do wszystkich aspektów naszego życia. Zarazem jednak najmędrsi teologowie świata nie są w stanie do końca zgłębić jego tajemnicy.
Dziś wywyższamy krzyż Chrystusa, gdyż w nim niebo przecina się z ziemią. Bóg zechciał, aby stał się on dla każdego wierzącego wszechogarniającym, uniwersalnym znakiem Jego miłości
(J 3,16). Pragnie, by cały świat zjednoczył się pod nim. A jednocześnie dzisiejsze święto podkreśla niezwykle osobistą naturę Krzyża. Jezus został ukrzyżowany dla ciebie. Pragnie, by ten najwyższy akt miłości przeciął się z każdym włóknem twojego człowieczeństwa. Twoja głowa, serce i wszystko inne może być „dotknięte” niebem.
Brzmi to pięknie, ale również nieco teoretycznie. Jak jednak w praktyce możemy zaprosić niebo do każdego zakątka naszego życia? Może nam w tym pomóc historia Izraelitów z dzisiejszego pierwszego czytania, którym spojrzenie na ulanego z brązu węża na pustyni dawało nowe życie. Może i ty mógłbyś zacząć od tego, że podniesiesz swój wzrok na krzyż. Spójrz na Jezusa, który wydaje samego siebie za ciebie i cały świat. Pomyśl o Jego nieprawdopodobnej miłości i dobroci. Kiedy kierujesz swój wzrok na krzyż, spływa na ciebie łaska, która przemienia twoje serce.
Krzyż jest największym znakiem zwycięstwa Jezusa nad grzechem i śmiercią. Mówi nam, że Bóg tak bardzo nas umiłował, iż zechciał sprowadzić niebo na ziemię – i to już po tym, gdy rozpanoszył się wśród nas egoizm i grzech. Dzisiejszy dzień jest dniem radości
i świętowania, dniem, w którym wychwalamy Boga i dziękujemy Mu za ten wspaniały dar. Jest to też dzień, w którym przyjmujemy największą z łask – obecność nieba w naszych sercach!
„Jezu, dziękuję Ci za Twój krzyż. Pomóż mi dziś wywyższyć go w moich myślach i w moim sercu”.
lub Lb 21,4b-9
Ps 78,1-2.34-38
J 3,13-17

Niedziela, 18 września
Łk 16,1-13
Żaden sługa nie może dwom panom służyć. (Łk 16,13)
Czy słyszałeś anegdotę o umierającym człowieku, który wygrał ogromną sumę na loterii? Obawiając się, że może on nie wytrzymać ekscytacji z powodu wygranej, rodzina poprosiła proboszcza o przekazanie mu tej wiadomości. Kiedy ten oznajmił choremu, że wygrał 10 milionów, mężczyzna odparł: „To wspaniale. Ofiaruję połowę na Kościół”. Proboszcz był tak zaskoczony, że dostał ataku serca. Dowcip ten uświadamia nam, jak wiele emocji budzą w nas pieniądze.
Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami pytanie: „Jaki jest twój stosunek do pieniądza?”. Oto kilka myśli, które mogą nam pomóc odpowiedzieć na to pytanie.
Po pierwsze, posiadanie pieniędzy nie jest grzechem. To miłość pieniądza oddziela nas od Boga. Jezus pragnie być na pierwszym miejscu w naszym życiu, przed pieniędzmi i wszystkim, co posiadamy.
Po drugie, Jezus pragnie, abyśmy byli mądrymi zarządcami. Oczekuje od nas rozsądku, uczciwości i odpowiedzialności. Nie chce, by zawładnęła nami chciwość. Mamy mądrze zarządzać swoimi dochodami, inwestować je w sposób przemyślany i dzielić się nimi z hojnością.
Po trzecie, jeśli nawet możemy przeznaczyć na to bardzo niewielkie sumy, wspieranie Kościoła i organizacji charytatywnych jest bardzo istotnym elementem naszego zarządzania majątkiem. Pismo Święte mówi nam, że ten, „kto uszy zatyka na krzyk ubogiego, sam będzie wołał bez skutku” (Prz 21,13). Możemy być pewni, że gdy dzielimy się swoimi dobrami ziemskimi, Bóg wynagrodzi nas dobrami niebieskimi – przyjęciem „do wiecznych przybytków” (Łk 16,9).
Na koniec przypomnijmy sobie, że nasze pieniądze w rzeczywistości nie są nasze – należą do Boga. W chwili śmierci nie zabierzemy ich ze sobą. Naturalnie możemy zostawić je swoim dzieciom czy przekazać jakiejś organizacji charytatywnej, ale dla nas osobiście będą one już zupełnie bezużyteczne. Będzie liczyło się tylko to, czy wykorzystaliśmy je dla dobra innych – rodziny, Kościoła, ubogich.
Pieniądze to bardzo skomplikowany i budzący silne emocje temat, prośmy więc Ducha Świętego, aby pomógł nam zachować właściwy stosunek do nich.
„Jezu, naucz mnie być dobrym zarządcą”.
Am 8,4-7
Ps 113,1-2.4-8
1 Tm 2,1-8

Niedziela, 25 września
Łk 16,19-31
U bramy jego pałacu leżał żebrak.
(Łk 16,20)
Niektórzy teolodzy twierdzą, że niewielu ludzi wejdzie do nieba. Inni uważają, że miłosierdzie Boże jest tak wielkie, iż do nieba wejdzie ogromna większość z nas. Nikt jednak nie wie tego na pewno.
Dzisiejsza Ewangelia opowiada o relacji pomiędzy człowiekiem, który żył w luksusie i poszedł do piekła, a schorowanym żebrakiem, który trafił prosto do nieba. Bogacz w gruncie rzeczy mógł być porządnym i uczciwym człowiekiem. Nie wiemy tego i Jezus w przypowieści pomija ten temat milczeniem. Na pewno kochał swoich pięciu braci, ale był obojętny na los ubogiego Łazarza.
W Biblii znajdujemy niezliczone odniesienia do ubogich i zapomnianych (Mi 2,9; Iz 58,7; Ne 5; Mt 5,42; 25,31-36). Większość z tych fragmentów mówi nam, że od tych, którzy mają więcej, Bóg oczekuje udzielenia pomocy tym, którzy mają mniej. Według Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Bóg błogosławi tym, którzy przychodzą z pomocą ubogim, a odrzuca tych, którzy odwracają się od nich” (KKK, 2443).
Jeśli posiadasz coś na własność, w oczach prawa jesteś właścicielem, ale w oczach Boga jedynie zarządcą. Podczas Sądu Ostatecznego zdamy przed Bogiem sprawę z naszego zarządzania, a zwłaszcza z naszej troski o ubogich (Mt 25,35-36).
Na tym polegał problem bogacza. Był on zarządcą Bożych dóbr i miał ich część oddawać Bogu. Nie rozpoznał jednak, że żebrak Łazarz był reprezentantem Boga i jako taki zasługiwał na o wiele lepsze traktowanie. Widział w nim jedynie ob-
dartego, chorego nędzarza.
Pismo Święte poucza nas, byśmy dzielili się odzieżą, żywnością z chorymi i ubogimi i otaczali ich troską (Mt 25,35-36; Łk 3,11). Mówi nam, że każda istota ludzka ma prawo żyć godnie, nie cierpiąc z powodu głodu czy bezdomności. Zapytajmy więc dzisiaj: „Na jakie poświęcenie mogę się zdobyć, aby przyjść z pomocą ubogim?”.
„Jezu, Ty stałeś się ubogi, abym ja mógł stać się bogaty. Pomóż mi być ofiarnym, jak Ty jesteś ofiarny”.
Am 6,1a.4-7
Ps 146,6-10
1 Tm 6,11-16


MAGAZYN:
MASZE LEKTURY


Charlotte Grossetête

PRAGNIENIE BOGA. Opowieść o Matce Teresie

W przeddzień 19. rocznicy śmierci bł. Matki Teresy z Kalkuty, 4 września br., papież Franciszek kanonizuje kobietę, która sama wyznała kiedyś, że chce być świętą „od ciemności”. Paradoks jej życia polegał na tym, że wyrywała z najstraszniejszych ciemności tysiące ludzi, sama pozostając przez pięćdziesiąt lat spowita mrokiem nocy ducha.
Opowieść o jej życiu pióra francuskiej autorki jest takim właśnie zbiorem paradoksów. Z jednej strony fascynujące, pełne Bożego światła wydarzenia trzymają w napięciu i podziwie, a z drugiej strony można wręcz poczuć trwogę w obliczu duchowej udręki, jaką Matka Teresa znosiła przez pół wieku w samotności swojego „opuszczonego przez Boga” serca.
Czytając książkę Charlotte Grossetête tylko powierzchownie, skupiając uwagę na dokonanych przez Matkę Teresę dziełach – otwartych umieralniach, sierocińcach i szpitalach, o tysiącach powołań do Zgromadzenia Misjonarek Miłości – można odnieść wrażenie, że czyta się scenariusz filmowy napisany, żeby wywołać podziw i wzruszenie. Autorka jednak przekazuje na kartach tej niezwykłej opowieści o wiele ważniejsze przesłanie o tym, że wszystko, co zewnętrzne, ma swoje ukryte źródło wewnątrz i że życie człowieka – czy to konającego anonimowego żebraka, czy też najsławniejszej zakonnicy świata – jest nieustannym pragnieniem Boga. Człowiek pragnie Boga. Bóg pragnie człowieka. Dwa pragnienia złączone w jedno na krzyżu w ostatnim słowie Jezusa.
Kiedyś, jak pisze Charlotte Grossetête, Matka Teresa tak to słowo wytłumaczyła swoim siostrom: „Dlaczego Jezus powiedział: «Pragnę»? Co to oznacza? To coś znacznie głębszego od słów Jezusa: «Kocham was». Dopóki w największej głębi samych siebie nie wiecie, że Jezus was pragnie, nie możecie wiedzieć, kim chce dla was być. Albo kim chce, byście wy były dla Niego”.
Zastanawiam się czasem, po co czytamy życiorysy wielkich świętych, skoro mamy poczucie, że i tak nigdy im nie dorównamy? Czy tylko po to, żeby na chwilę oderwać się od monotonii własnej codzienności i wzruszyć się ich pięknym życiem, oddanym bez reszty Bogu, podziwiać wyrzeczenia, na które i tak sami nigdy się nie zdobędziemy, i powzdychać z zazdrością nad ich niezliczonymi zwycięstwami tam, gdzie my sami odnosimy ciągle porażki? Są takie żywoty świętych, które bardziej przypominają powieści fantastyczne niż losy człowieka z krwi i kości. Na szczęście, w przypadku książki Charlotte Grossetête jest inaczej. Zarówno z okładki, jak i ze wszystkich kart tej opowieści uśmiecha się do nas oblicze pokryte zmarszczkami, niczym znakami wielkiego trudu ludzkiego życia, które było wspinaniem się na Kalwarię. Niedługo przed śmiercią w 1997 roku, Matka Teresa, myśląc o bliskich, którzy już umarli, wyznała: „Jakże długo trwa zdobywanie Kalwarii, kiedy przyjaciele dotarli tam wcześniej”.
Tak więc pierwszą odpowiedzią na pytanie „po co?” jest zachęta, by nie ustać w drodze, bo skoro inni doszli do celu, to i nam się uda, jeśli tylko zaufamy Temu, który nas prowadzi. Jest jeszcze jeden motyw, dla którego warto sięgać po takie książki, jak Pragnienie Boga. W lutym 1986 roku odwiedził Kalkutę Jan Paweł II i wówczas, w umieralni prowadzonej przez Misjonarki Miłości, miała miejsce scena niezwykła, a jednak tak bardzo prosta, jak zwykłe życie:
„– Ma – szepcze siostra Gertruda do Matki Teresy, tam jest dwóch nietykalnych chrześcijan, którzy w każdej chwili mogą umrzeć.
-– Chodźmy tam – mówi cicho Matka Teresa, czyniąc papieżowi znak, żeby poszedł za nią na koniec umieralni. (…)
– Ze śmierci do Życia – szepce Jan Paweł II, zamykając oczy pierwszemu z bezmiernym szacunkiem.
– Z ciemności do Światła – dodaje Matka Teresa, przykrywając drugiego nieskalanym prześcieradłem.
Potem papież i zakonnica przez długą chwilę trwają w milczeniu, bezwiednie przyjmując tę samą pozycję: podbródek ukryty w złączonych dłoniach.
– Czy jest coś, co mógłbym zrobić, żeby przydać się innym chorym, Matko? – pyta Jan Paweł II, kiedy już otworzył oczy.
– Jest pora posiłku, Ojcze Święty. Czy mógłby Ojciec Święty pomóc nam go roznosić? Ale nie chciałabym nadużywać czasu Ojca Świętego.
– Czas się nie liczy, kiedy człowiek zajmuje się tym, co najważniejsze, Matko”.
Kiedy Matka Teresa stała się już sławna i musiała przemawiać publicznie, nigdy nie korzystała z kartek. 10 grudnia 1979 roku w Oslo przyszło jej odebrać Nagrodę Nobla:
„Teraz głos ma laureatka. Matka Teresa z powagą kreśli znak krzyża na swoich wargach, który zawsze zastępuje jej notatki, gdy musi wygłosić przemówienie. Niech Jezus natchnie i błogosławi moje słowa – wydaje się mówić ten gest”.
W książce Charlotte Grossetête najcenniejsze są dla mnie właśnie te najmniejsze i niepozorne gesty i słowa, za którymi kryje się wielka życiowa mądrość kogoś, kto upominał się o godność każdego bez wyjątku człowieka – od pierwszej do ostatniej chwili jego istnienia.
Jan Paweł II beatyfikował Matkę Teresę z Kalkuty w 2003 roku, zaledwie pięć lat po jej śmierci. Teraz, po trzynastu latach, ma zostać kanonizowana. Ale ani ona, ani ta książka nie są do „podziwiania”, lecz chcą nam pokazać, jak przez posługę naszym bliźnim codziennie dawać pić spragnionemu miłości Jezusowi. Bo nieważne, ile mamy w tym życiu do zrobienia, lecz ile do umiłowania.
Lilla Danilecka

Sklep internetowy Shoper.pl