Książki
29.9
PLN
Top modelka. W sidłach kariery
Top modelka. W sidłach kariery 1 0
Top modelka. W sidłach kariery
tłum: Miljenko Grubeša
wydawnictwo: Promic
seria: Okna
rok wyd.: 2011
ISBN: 978-83-7502-272-8
oprawa: zintegrowana ze skrzydełkami
format: 136 x 210 mm
liczba stron: 176
Ocena:
(Ilość ocen: 0)
Cena: 29,90 zł

Dane techniczne

wydawnictwo Promic
seria Okna
rok wyd. 2011
ISBN 978-83-7502-272-8
oprawa zintegrowana ze skrzydełkami
format 136 x 210 mm
liczba stron 176

W księdze naszej przyszłości, którą ukrywamy nawet przed sobą, wpisujemy zwykle marzenia. Jacob nie musiał. Miał niemal wszystko. Pieniądze, kobiety i sławę. Uchodził za najlepszego fotografa w świecie mody i konesera kobiecego piękna. Jak nikt inny – czego był świadom – potrafił artystycznie je dokumentować i skutecznie… rozpakowywać. Niemniej zaskoczyła go oferta, jaką dostał od „Vogue’a” – nowy kontrakt wart cztery miliony dolarów. Rozpierała go duma, że jest wart aż tyle. Czuł się szczęśliwy. Spełniony. Pozostało tylko złożyć podpis…

 

"Lewis, umowa jest genialna… niestety… nie mogę jej podpisać”. To początek Top modelki, powieści o eleganckim i powierzchownym świecie przesyconym erotyzmem i bogactwem, o miłości, która może człowieka odmienić na zawsze oraz o szczęściu niekoniecznie dalekim, bo na wyciągnięcie ręki. 

Z przyjemnością informujemy, że pozycja ta otrzymała Nagrodę Jury w kategorii "Powieści obyczajowe" w plebiscycie "Najlepsza książka na jesień 2011" organizowanym przez wortal literacki Granice.pl.

DRUKUJ OPIS
Świetnie się bawiłem, rozmawiając z Maggie i Michelem, który akurat przysiadł się do mojego stolika. Czułem się doskonale, obrazowo mówiąc - jak „Chance”. Mimo że nie skropiłem się nim, w przeciwieństwie do nich. Michel pachniał nawet intensywniej niż Maggie, ale ja skupiałem się tylko na tym, jak mądrze i z pasją mówił o fotografii reklamowej. Rozpalali we mnie na­miętność, której nie umiałem się oprzeć. Nagle Michel zaskoczył mnie prośbą, pytając błagalnym głosem:
- Jacobie, czy mogę zatańczyć z Sarą?
- Możesz! - odpowiedziałem z uśmiechem i dorzuci­łem. - Oczywiście, jeśli ona tego chce! - Tak naprawdę nie wierzyłem, że się zgodzi.
Chwilę potem podszedł do stołu i poprosił ją do tań­ca. Sara, zaskoczona, wstała i energicznie odwróciła się do mnie. Sprawdzała, czego oczekuję. Skinąłem lekko głową, posyłając jej szeroki uśmiech, czym dałem jej znak mojej akceptacji i dodałem tak potrzebnej Sarze odwagi. Popatrzyła na mnie z rozczarowaniem w oczach. Chyba się zastanowiła, co zrobić. Ja zaś byłem zadowo­lony, że Michel, wytworny i szarmancki młody kawaler, pomoże jej w towarzyskich trudnościach. Był wszech­stronnie wykształconym wrażliwym estetą i wyjątkowo interesującym człowiekiem. Jednym słowem, artystyczna dusza. Jak najbardziej należało się mu miejsce dyrektora artystycznego prestiżowego domu perfum. Miałem cichą nadzieję, że Sara choć odrobinę przystosuje się do świa­ta, do którego znowu zapragnąłem należeć.
Zgodziła się w końcu na tę mękę. Przywołała jeszcze moje spojrzenie, by wzbudzić we mnie poczucie winy. Ociągała się wyraźnie, podczas gdy Michel czekał już nieco zniecierpliwiony. Nigdy nie lubiła tańca, ponieważ nie znosiła, by ją ktoś „ot tak po prostu - jak mówiła - przytulał i ściskał, jakby była nadmuchiwaną lalką”. Jej pierwsze doświadczenia taneczne nie były przyjemne, więc porzuciła taniec na zawsze. Przed poznaniem mnie nie tańczyła z nikim, w kim była zakochana, kogo pra­gnęła, toteż każdy dotyk odbierała jako przemoc.
Zostałem z Maggie przy stole i kontynuowaliśmy roz­mowę. Była moją dawną szefową, chwaliła mnie i za­chwycała się moją pracą. Nawet kiedy krytykowała, robi­ła to delikatnie, umiejętnie i ze smakiem dobierając sło­wa. Wiedziałem, że fascynowały ją moje prace i świetnie nam się współpracowało. Zawsze też udawało się jej wy­ciągnąć ze mnie maksimum. Umiała mnie podejść nawet wtedy, kiedy wszyscy inni już skapitulowali. Jedynie ona mogła namówić mnie na ustępstwa, a ja nawet tego nie zauważałem. Mimo że mogłem podzielić się z nią każdą zawodową radością, to nigdy nie zostaliśmy przyjaciół­mi. Nie darzyłem jej uczuciami, jakie kierujemy ku naj­bliższym, ponieważ nie była atrakcyjna fizycznie, co by­ło dla mnie warunkiem przyjaźni. Dziewczyna, która miała szansę na moją przyjaźń, musiała być po prostu sexy. A jeśli mi się podobała, w końcu szedłem z nią do łóżka. Z Maggie zaś nigdy nie spałem. Nawet jej nie do­tknąłem. Poza tym była o pięć lat ode mnie starsza. Krótko mówiąc, zbyt wiele nas różniło.
Z jej strony wyglądało to zupełnie inaczej. Zawsze bardzo się jej podobałem, nie tylko pod względem wy­glądu, ale i charakteru. A nade wszystko pod względem zawodowym. Od samego początku darzyła mnie sympa­tią i życzliwością. Prawdopodobnie była we mnie zakochana, czego mogłem się tylko domyślać, choć nigdy mi niczego nie powiedziała. Nie mogła! Zdawała sobie sprawę, że znienawidziłbym ją, a nasza zawodowa współpraca rozpadłaby się niczym domek z kart. Za cho­robę psychiczną i bezczelność uczuciową uznawałem bowiem zniewalanie uczuciem kogoś, kto go nie chce. W żaden sposób nie mogłem znieść tego, że ktoś mnie kocha, a ja go nie. Traktowałem to jak emocjonalny gwałt! Tym właśnie było dla mnie zakochanie się w oso­bie, która tego nie chciała. Jednak Maggie była nie tylko świetnym redaktorem. Była także obdarzona inteligencją emocjonalną i wiedziała, co robi. Poznała mnie i z łatwo­ścią mogła przewidzieć moje reakcje. Stąd też trzymała uczucia na wodzy, nie przekraczając granicy, którą świet­nie wyczuwała. Krótko mówiąc, doskonale kontrolowała swoje uczucia, tak że nigdy nie przeszkodziły one naszej pracy. Dla niej, co istotne, byłem natchnieniem. I z pew­nością nawet by na mnie nie spojrzała, gdybym nie był wspaniałym fotografem! Czasem myślę, że kochała się w moich pracach i może nawet nie była do końca tego świadoma. Tak czy inaczej, od moich zdjęć w żaden spo­sób nie mogła się oderwać!

Michel tańczył zachwycająco, a Sara próbowała dotrzymać mu kroku, jakby sama była wyborną tancer­ką. Jej zadaniem było pozwolić prowadzić się Michelowi, w czym naprawdę był doskonały. Zadziwiało ją to, że nie odczuwała żadnej presji. Miała wrażenie, jakby tańczyła sama. Nie ciążyła jej jego męska dłoń ani tym bardziej delikatny dotyk. Nie wykręcił jej ręki, próbując przyciągnąć do siebie, nie przykleił się do jej piersi, nie trzymał w stalowych objęciach, sapiąc podniecony, tak jak miało to miejsce na jej zabawie maturalnej, po której ta zwyczajna aktywność totalnie jej zbrzydła. Ten partner był szczególny - jakby nie istniał. „Ależ cudownie!”, za­uważyła w zachwycie. Ku jej zdziwieniu, ta czarna noc zaczynała jej sprawiać przyjemność i szybko mijać. Znów podobał jej się taniec!
Przez chwilę przypomniała sobie swojego ojca, który czasami z nią tańczył w domu, gdy była jeszcze dziec­kiem. Przywołała obrazy tamtej dziecięcej radości i lek­kości, gdy była wysoko unoszona. Do dziś pamięta je­go pewne i ciepłe dłonie. Ale przypomniała sobie tak­że dezaprobatę mamy: „Nie kręć nią tak! - powtarzała niezadowolona. - Co się z tobą dzieje? Czy ty oszalałeś? Nie możesz jej czegoś mądrzejszego nauczyć?!”. Pamię­tała też dobrze o innych jej słowach: „Daj sobie spokój z tańcem, Saro. To potrafią i dziewczyny z najbardziej prymitywnych plemion, lepiej byś się podobała ludziom dzięki swojej wiedzy i inteligencji! Taniec nie ma w sobie niczego wartościowego! To tylko dla pięknych i głu­pich!”. Jednak Sara właśnie teraz poczuła coś innego, gdy znów tańczyła z przyjemnością. Pomyślała nawet, że ma­ma jednak nie miała racji. Taniec może być cudowny, uduchowiony i wzniosły. W tańcu zapomina o wszystkim innym.
Wciąż tańczyła. Każdy ruch zalewał ją falą jeszcze większej przyjemności. Michel był naprawdę wytrawnym tancerzem! Dzięki niemu do Sary w końcu dotarło, że taniec nie jest ani trudny, ani nieprzyjemny. Wystarczyło dać się ponieść jak wiosenny wiatr. Coraz bardziej poddawała się prowadzeniu Michela! Jego ręce okazywały się na tyle silne, by ją unosić, i na tyle delikatne, by się im oddać bez reszty.
Jacob był zadziwiony tym, jak Sara tańczy. I zachwy­cony! Jej zgrabne ciało z lekkością wirowało w rytm mu­zyki. Zdawała się być niczym żagiel, w który dmie wiatr. Dostrzegając w jego oczach zachwyt, stawała się coraz radośniejsza. Patrzył, jaka jest z siebie dumna i był szczęśliwy, że się tak rozluźniła. Stała się towarzyska! Co więcej - dobrze się bawiła! Jednak cała ta noc nie by­ła tańcem, niemniej okazał się on dla niej schronieniem przed tymi wszystkimi pustymi ludźmi. Poddała się Michelowi. Unosił ją delikatnie, podobnie jak ojciec w ich wielkim słonecznym pokoju dziennym, kiedy była małą dziewczynką.
Oddała się tym ciepłym wspomnieniom, tracąc kon­takt z rzeczywistością. Oddaliła się od tych, z którymi, jak uważała, nikt przy zdrowych zmysłach nie chce prze­bywać. Miała dość ich nienasycenia, rozedrganych żądzą ciał. Taneczne upojenie oddaliło ją nawet od tego, który ją prowadził. Stąpała po wyżynach błogości i teraz już nikt nie był jej potrzebny! Unosiła się jak liść, który beztrosko faluje w jesiennym słońcu. Zapomniała o wszystkim - nawet i o samym tańcu! Wydawało się, że to jeden z jej snów, w którym pragnie latać i całkowi­cie świadoma swoich możliwości unosi się i leci nad ludźmi i ziemią, rozkoszując się lekkością bytu. To do­świadczenie oddzielało ją i od tańca, i od fizycznej obec­ności na tej sali, choć, co mogli dostrzec wszyscy goście, stała się doskonałym ucieleśnieniem zapachu, którego była twarzą. Tak wyglądałaby uwolniona z alabastru „Szansa”, gdyby tylko znalazł się artysta równie genial­ny. Dość powiedzieć, że była czarująco piękna! Nic dziwnego, że olśniła wszystkich tu obecnych! I Michela, wielkiego estetę, niegdysiejszego modela, który poza pięknym ciałem posiadał i wspaniały umysł, dzięki któ­remu szybko wspiął się na jeden z najwyższych szczy­tów świata mody, zajmując fotel dyrektora artystyczne­go Chanel! Jednak według Sary całe to dzisiejsze przy­jęcie należało jedynie do Jacoba, jej narzeczonego, nie do niej. Mimo wszystko jakoś się tu odnalazła. Uciekła w ten taniec! Wirowała, jakby nie dotykała ziemi. Go­ście właściciela Chanel patrzyli na nią wprost oniemia­li, ale ona nie dostrzegała nikogo, ponieważ dla niej ten świat po prostu nie istniał. Nikogo nie widziała, nawet Jacoba. Musiała uciec i przed nim, ponieważ wciąż jesz­cze - jeszcze tej nocy? - należał do tego świata, do świa­ta, przed którym ona właśnie się skrywała. Pragnęła więc, by ten taniec trwał aż do świtu. Aż do samego po­ranka całkowitej wolności, kiedy wraz z Jacobem opusz­czą to miejsce. Miała tylko nadzieję, że wiatr, który ją unosi, nagle nie ucichnie.
Michel, jej partner w tańcu, był do zaakceptowania. Okazał się, mówiąc najzwyczajniej, w porządku. A co najważniejsze, nie był natrętny - pozwolił, by się odda­liła od tego wszystkiego, co ją tak mierziło. I od niego sa­mego! Michel zaś czuł się tak, jakby tańczył z pięknością z bajki. Zresztą, wywarły one na niego ogromny wpływ. Już we wczesnym dzieciństwie chętnie je czytał, odnaj­dując w nich życiową mądrość i artystyczną inspirację. Teraz, dzięki Sarze, zachwycała go moc kobiecego pięk­na! Wydawało mu się, że właśnie tańczy z bajkową pięk­nością z jakiejś nieznanej mu opowieści. Był bezgranicz­nie oczarowany. Czuł, że sam mógłby tego wieczoru na­pisać historię, do której przeniósłby chętnie całe swoje życie...

Michel codziennie medytował w Kaplicy Piękna, jak ją nazywał, przed ikoną Chanel. Przed twarzą zapa­chu „Chance”. Odbierał ją jako ucieleśnienie boskiego piękna, którego był gorącym adoratorem. Miał piękno za bóstwo, które wciela się w najpiękniejsze kobiece kształ­ty. Za każdym razem osobiście wybierał więc uosobienie „Piękna”, po czym tę właśnie twarz ofiarowywał zapa­chom Chanel. To właśnie „Piękno” rozpoznał w Sarze, i to od pierwszego spojrzenia! Nigdy wcześniej kogoś ta­kiego nie widział.
Kapliczka Michela miała swój klimat. Na jej głównej ścianie znajdowała się wielka, złota rama. Przykuwał uwagę zdobny relief, który wyobrażał Słońce rozczesu­jące swe długie promienie. Rama podobna była do tych, jakie spotkać można w wielkich katedrach, w tych ołta­rzach, gdzie umieszcza się jakiś cudowny wizerunek Matki Boskiej. Najprawdopodobniej i ten antyk dotarł tu z jakiegoś kościoła. Może w dniach francuskiej rewolucji wyniósł go z katedry Notre Damę jeden z buntowników i przeniósł do swojego nędznego lokum, które tym spo­sobem stało się furtką do innego, lepszego świata. A po­tem podczas kolejnej rewolty rama znowu zmieniła wła­ściciela, który wstawił w nią znany obraz obnażonej, tę­giej, umięśnionej i - rzecz jasna - spoconej robotniczej piękności. Na koniec zaś wpadła w ręce tego gorącego wielbiciela „Piękna”, który zaczął w nią oprawiać portre­ty swoich wyrafinowanych piękności Chanel. Teraz w tej złotej, kunsztownie zdobionej ramie znajdowała się no­wa ikona. Sara. Ucieleśnienie ideału, najbardziej boskie spośród tych, które znał. Była to fotografia Jacoba, zdję­cie, które zrobił całkiem przypadkowo.
Poniżej paliły się dwie wielkie świece z naturalnego wosku, stojące w ogromnych, antycznych świecznikach. Pomiędzy nimi stało złote naczynie z kadzidłem, które, żarząc się, otulało dymem boginię piękna. Każdego dnia, rano i wieczorem, Michel rytualnie oddawał jej pokłon. Medytował, grał na starej fisharmonii i pełen nabożnej fascynacji wyśpiewywał pieśni pochwalne i hymny. A przy tym z pobożnością i uniżeniem, których można by pozazdrościć, spoglądał na oblicze swojej bogini. Czę­stokroć z radości płakał, wzruszony pięknem, z którym obcował.
Teraz, w tym tańcu, mógł doświadczyć jej fizycznie, choć, był tego świadomy, niczym sobie na to nie zasłu­żył. W swojej lewej ręce trzymał jej delikatną dłoń, a pra­wą wyczuwał idealny kształt jej szczupłej talii. Jej ko­smiczna energia wypełniała go boskim uczuciem. Przypuszczał, że chyba nigdy dotąd nie tańczyła, ale posiada­ła dar miękkości ruchu i doskonałe poczucie rytmu. „Wi­docznie jest wszechstronnie utalentowana. Prawdziwa bogini”, pomyślał Michel. Nie dziwił się zatem, że z ta­ką łatwością ją unosi. Mimo że przetańczył niezliczoną liczbę tańców, był pewien, że czegoś takiego jeszcze nie doświadczył. Po jego ciele rozchodziły się dreszcze. Przy Sarze, której boskiej tożsamości zwykli, nieświadomi śmiertelnicy siedzący wokół, nie mogli dostrzec, wszyst­ko wydawało się oszałamiające.
W pewnej chwili Michel przywarł mocno do Sary. Cały drżał, czując kształty jej ciała. Przenikały go, jak mu się zdawało, zabronione impulsy boskiego życia. Ogarniała radość, a zarazem paraliżował strach, ów stan wywołał ten dotyk piersi, do których tęskniła jego rozbudzona męskość. Targały nim słodkie erotyczne żą­dze, ale i lęk przed grzechem śmiertelnym. Czuł się jak złodziej w rajskim ogrodzie. Choć doznawał bezgranicz­nej słodyczy nieznanych wcześniej rozkoszy, to równo­cześnie potęgowało się w nim poczucie świętokradz­twa. Był świadom, że bezcześci świętość jej kobiecości. „Jak śmiem?!”, pytał sam siebie pełen nabożnej wręcz czci. Przeczuwał już nieuchronność boskiej sprawiedli­wości, zasłużonej kary, jaka z pewnością go dosięgnie, mimo to wciąż pogrążał się w otchłani namiętności! Czuł, że lada moment eksploduje. Nigdy przedtem nie odważył się nawet o tym pomyśleć, wpatrując się z uwielbieniem w twarz Chanel. Zawsze w stosunku do każdej z nich żywił tylko sakralno-estetyczne uczucia. Wypełniała go jedynie duchowa rozkosz. Nigdy przed tymi boskimi pięknościami nie doświadczył czegoś po­dobnego. Do tej pory żadna z nich nie rozbudziła drze­miącego w nim erotyzmu. Odczuwał ledwie - obrazowo mówiąc - własną nicość. Podświadomie bowiem bał się ich doskonałości. Od tego strachu uwalniał się przez samoponiżanie, co zawsze skutkowało przyjemnym ustę­powaniem napięcia. To wszystko stanowiło fundament jego estetyki, która stała się dlań religią. Boskim pięk­nościom musiał - tak to tłumaczył - oddawać cześć i składać ofiary, bo to chroniło go od „zasłużonej” kary. Dlatego miał śpiewać im pieśni pochwalne, zapalać świece i okadzać kadzidłem. Doświadczał wówczas we­wnętrznego spokoju. A kiedy spokój nie przychodził, biczował się do krwi. Zwykle wtedy przychodziło uwol­nienie od grzesznych myśli i poczucia winy.
To poczucie winy ciągnęło się za nim od młodości, kiedy to zakochał się w jednej z klasowych piękności i został brutalnie odrzucony. Natychmiast obarczył się winą. On był winny, nie zaś ta boska piękność, że się od­ważył - on, zwykły śmiertelnik - wyznać jej miłość! Ca­łą odpowiedzialność brał na siebie. Co gorsze, to poczu­cie winy było podświadome i w żaden sposób nie potra­fił się go pozbyć. I to, co wtedy czuł w stosunku do tej piękności z klasy, przenosił później na wszystkie inne kobiety. Mógł się zakochać tylko w tej, której nieświado­mie się bał i świadomie podziwiał. Zawsze więc musiał to ukrywać, ponieważ obawiał się kary. Otwarcie więc adorował boskie piękno swych wybranek, ale nigdy wię­cej nie odważył się wyznać miłości. Żadnej też w pełni nie pragnął. Kobiecość, będąca znakiem tego, co na zie­mi boskie, poniekąd go przerażała, stąd jego powściągli­wość w zupełności wyzbyta świętokradczego erotyzmu. To dlatego uznawał i szanował boską nietykalność swo­ich ikon. Niskie żądze mogły w nim budzić kobiety prze­ciętne, ale nie mógł ich nigdy w żaden sposób pokochać. Kochał jedynie te, przed którymi odczuwał lęk, bojąc się odrzucenia i poniżenia.
Ale teraz jego ciało zareagowało. Nie umiał się prze­ciwstawić tej nagłej namiętności. Drżał, poddając się fali gorąca, silniejszej od jakiegokolwiek strachu. Pozwolił się ponieść, nie zauważając wcale, że ta bogini nawet mu się nie wymyka. Zapragnął zatrzymać ją w gorącym objęciu, czując, jak wstrząsają nim słodkie skurcze. Wtedy do­piero uświadomił sobie, że jego spodnie są... mokre! Do­padło go silne poczucie winy, potęgowane grozą zasłużo­nej kary, która z pewnością nadejdzie. Nigdy nie popełnił takiego grzechu! Nigdy! Zaczął więc rozważać myśl, by się zabić. Z prędkością błyskawicy przelatywały mu przez głowę obrazy różnorodnych sposobów realizacji samo­bójczej idei. Paraliżował go lęk. Okazał się potworem, który splugawił jej boskie piękno. Oczekiwał kary. Był przekonany, że jego bóstwo go teraz ukarze!
Jego noga wciąż znajdowała się między jej udami. By­ły częścią najpiękniejszych nóg świata, a co najważniejsze symbolizowały pełnię kobiecości. A Sara? Przebywała w swoim niebie, z dala od tego wszystkiego. Zapomnia­ła nawet o swoim partnerze w tańcu. Nagle twardo wylądowała na parkiecie. Coś ją brutalnie wyrwało z tego snu na jawie. Zorientowała się, że krępuje jej ciało jakaś nad­ludzka siła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to Michel, dyrektor artystyczny Chanel. Zacisnął na niej swoje mocne ręce, przywierając niczym pijawka. Czuła się zu­pełnie bezsilna. Była przerażona. Złączona z ciałem obce­go mężczyzny odnosiła wrażenie, jakby miała sparaliżo­wane ciało. Coś ugniatało dolną część jej brzucha, gdy chwilę potem nastąpiły przerażające skurcze, zrozumiała wszystko. Nie pamiętała, by doświadczyła kiedyś czegoś równie obrzydliwego! Przez swoją cienką, balową suknię poczuła wilgoć lepkiego nasienia. Myślała, że zaraz zwy­miotuje! Mokra plama na jej sukni robiła się coraz więk­sza. I jeszcze ten zwierzęcy oddech, który czuła na szyi. Naraz cały zwiotczał niczym zemdlony. Ale ją bolało wszystko: dusza i każda, nawet najmniejsza cząstka ciała! Czuła się poniżona, zgwałcona na oczach świadków! W jednej chwili dopadła ją wściekłość, o jaką się nie po­dejrzewała. Miała ochotę wdeptać go w parkiet jak obrzydliwego peta. Jednym ruchem zrzuciła z siebie jego cięż­kie, obleśne łapy. Była zdolna do wszystkiego jak zranio­ne dzikie zwierzę. Chciała go zabić!
Michel był zaskoczony i przestraszony reakcją Sary. Choć, prawdę powiedziawszy, śmierć z jej rąk przyjąłby jak oczekiwany dar. „Najlepiej by było - myślał - gdyby tu i teraz, na oczach wszystkich, zabiła mnie, usuwając skutecznie z tego świata. To by było sprawiedliwe. - Zawahał się. - Więcej, to by było cudowne. Tak, ostateczne zadośćuczynienie za grzech, jakiego się dopuściłem...” Chciał śmierci. Chętnie sam by ją sobie wymierzył. Brzy­dził się sobą! Jak mógł znieważyć Sarę?! Skąd w nim ta piekielna żądza? Nagle przyszło mu do głowy, że jego śmierć byłaby szczęśliwym zakończeniem kampanii re­klamowej zapachu „Chance”. Ale musiałaby go zabić Sara. W tym stanie nie odczuwałby żadnego bólu. Byłby nawet dumny. Jeśli ona tego nie zrobi, sam się zabije, już podjął decyzje. I to na oczach wszystkich! Jak na deskach teatru. Widział siebie martwego w kałuży swojej błysz­czącej, purpurowej krwi. Byłaby prawdziwa. Podobnie jak śmierć, której pragnął.
Z tych dywagacji wyrwał go silny ból. Dwa razy z rzę­du na jego prawym policzku wylądowała dłoń Sary. I na­tychmiast odczuł ulgę. Przyjął tę symboliczną karę. Nad­stawił prędko i drugi policzek, jakby chciał powiedzieć: „Proszę cię, ukarz mnie, ukarz! Ukarz mnie jeszcze! Uderz!”. Był gotów na to, aby przed wszystkimi błagać ją o to, by go pozbawiła życia. Jednak to nie było po­trzebne, w jej oczach zobaczył to samo pragnienie.
Nagle popatrzyła na niego z pogardą, która mogłaby zabijać.
- Ty... ty obrzydliwy, śmierdzący kundlu! - z niesma­kiem wykrzyknęła Sara i splunęła mu w twarz. Odwró­ciła się i wybiegła, roztrącając tańczące pary. Zanim do­biegła do wyjścia, poczuła, że jest jej niedobrze. Przysta­nęła i zwymiotowała na parkiet.

Nawet nie próbowała się zatrzymać. Nawet nie po­myślała o tym, by do mnie podejść... Zupełnie o mnie zapomniała! Co prawda, zawsze reagowała spontanicz­nie. Czasem może nazbyt. Poza tym, teraz kojarzyłem się jej ze światem, przed którym uciekała. Choć nie tak dawno byłem po drugiej stronie! Musiała więc uciec! Musiała się ratować! Także przede mną. Znałem ją, wie­działem, że nie potrafi postąpić inaczej. Nie zważając na nic, biegła tam, gdzie jeszcze wczoraj byłem, na drugą stronę, która istniała nim się to wszystko wydarzyło. W tej chwili biegła w swoją pustkę, dokądkolwiek, byle dalej od tego wszystkiego.

Przeczytaj dłuższy fragment „Top modelki” »

DODAJ OPINIE

OPINIE KLIENTÓW

Krupa
28 stycznia 2013

Top model 2013 :-)


Opinie o produkcie (1)

Krupa
28 stycznia 2013

Top model 2013 :-)


Przypomnimy Ci, kiedy produkt będzie dostępny.

  • Granice
  • Centrum Duchowosci Benedyktynskiej
  • Opoka
  • Wiara
  • BiblioNetka
  • Idziemy
  • Kaplani
  • Vox Fm
  • Radio Niepokalanów
  • Radio polskie
  • Papierowe Mysli
  • Ewangelizuj.pl
  • droga.com.pl
  • logo kulturaonline
  • Sacroexpo
  • Logo Marianum Travel
  • SPM logo
Top modelka. W sidłach kariery

Richard Green

OPIS

W księdze naszej przyszłości, którą ukrywamy nawet przed sobą, wpisujemy zwykle marzenia. Jacob nie musiał. Miał niemal wszystko. Pieniądze, kobiety i sławę. Uchodził za najlepszego fotografa w świecie mody i konesera kobiecego piękna. Jak nikt inny – czego był świadom – potrafił artystycznie je dokumentować i skutecznie… rozpakowywać. Niemniej zaskoczyła go oferta, jaką dostał od „Vogue’a” – nowy kontrakt wart cztery miliony dolarów. Rozpierała go duma, że jest wart aż tyle. Czuł się szczęśliwy. Spełniony. Pozostało tylko złożyć podpis…

 

"Lewis, umowa jest genialna… niestety… nie mogę jej podpisać”. To początek Top modelki, powieści o eleganckim i powierzchownym świecie przesyconym erotyzmem i bogactwem, o miłości, która może człowieka odmienić na zawsze oraz o szczęściu niekoniecznie dalekim, bo na wyciągnięcie ręki. 

Z przyjemnością informujemy, że pozycja ta otrzymała Nagrodę Jury w kategorii "Powieści obyczajowe" w plebiscycie "Najlepsza książka na jesień 2011" organizowanym przez wortal literacki Granice.pl.



SPIS TREŚCI
FRAGMENT KSIĄŻKI
Świetnie się bawiłem, rozmawiając z Maggie i Michelem, który akurat przysiadł się do mojego stolika. Czułem się doskonale, obrazowo mówiąc - jak „Chance”. Mimo że nie skropiłem się nim, w przeciwieństwie do nich. Michel pachniał nawet intensywniej niż Maggie, ale ja skupiałem się tylko na tym, jak mądrze i z pasją mówił o fotografii reklamowej. Rozpalali we mnie na­miętność, której nie umiałem się oprzeć. Nagle Michel zaskoczył mnie prośbą, pytając błagalnym głosem:
- Jacobie, czy mogę zatańczyć z Sarą?
- Możesz! - odpowiedziałem z uśmiechem i dorzuci­łem. - Oczywiście, jeśli ona tego chce! - Tak naprawdę nie wierzyłem, że się zgodzi.
Chwilę potem podszedł do stołu i poprosił ją do tań­ca. Sara, zaskoczona, wstała i energicznie odwróciła się do mnie. Sprawdzała, czego oczekuję. Skinąłem lekko głową, posyłając jej szeroki uśmiech, czym dałem jej znak mojej akceptacji i dodałem tak potrzebnej Sarze odwagi. Popatrzyła na mnie z rozczarowaniem w oczach. Chyba się zastanowiła, co zrobić. Ja zaś byłem zadowo­lony, że Michel, wytworny i szarmancki młody kawaler, pomoże jej w towarzyskich trudnościach. Był wszech­stronnie wykształconym wrażliwym estetą i wyjątkowo interesującym człowiekiem. Jednym słowem, artystyczna dusza. Jak najbardziej należało się mu miejsce dyrektora artystycznego prestiżowego domu perfum. Miałem cichą nadzieję, że Sara choć odrobinę przystosuje się do świa­ta, do którego znowu zapragnąłem należeć.
Zgodziła się w końcu na tę mękę. Przywołała jeszcze moje spojrzenie, by wzbudzić we mnie poczucie winy. Ociągała się wyraźnie, podczas gdy Michel czekał już nieco zniecierpliwiony. Nigdy nie lubiła tańca, ponieważ nie znosiła, by ją ktoś „ot tak po prostu - jak mówiła - przytulał i ściskał, jakby była nadmuchiwaną lalką”. Jej pierwsze doświadczenia taneczne nie były przyjemne, więc porzuciła taniec na zawsze. Przed poznaniem mnie nie tańczyła z nikim, w kim była zakochana, kogo pra­gnęła, toteż każdy dotyk odbierała jako przemoc.
Zostałem z Maggie przy stole i kontynuowaliśmy roz­mowę. Była moją dawną szefową, chwaliła mnie i za­chwycała się moją pracą. Nawet kiedy krytykowała, robi­ła to delikatnie, umiejętnie i ze smakiem dobierając sło­wa. Wiedziałem, że fascynowały ją moje prace i świetnie nam się współpracowało. Zawsze też udawało się jej wy­ciągnąć ze mnie maksimum. Umiała mnie podejść nawet wtedy, kiedy wszyscy inni już skapitulowali. Jedynie ona mogła namówić mnie na ustępstwa, a ja nawet tego nie zauważałem. Mimo że mogłem podzielić się z nią każdą zawodową radością, to nigdy nie zostaliśmy przyjaciół­mi. Nie darzyłem jej uczuciami, jakie kierujemy ku naj­bliższym, ponieważ nie była atrakcyjna fizycznie, co by­ło dla mnie warunkiem przyjaźni. Dziewczyna, która miała szansę na moją przyjaźń, musiała być po prostu sexy. A jeśli mi się podobała, w końcu szedłem z nią do łóżka. Z Maggie zaś nigdy nie spałem. Nawet jej nie do­tknąłem. Poza tym była o pięć lat ode mnie starsza. Krótko mówiąc, zbyt wiele nas różniło.
Z jej strony wyglądało to zupełnie inaczej. Zawsze bardzo się jej podobałem, nie tylko pod względem wy­glądu, ale i charakteru. A nade wszystko pod względem zawodowym. Od samego początku darzyła mnie sympa­tią i życzliwością. Prawdopodobnie była we mnie zakochana, czego mogłem się tylko domyślać, choć nigdy mi niczego nie powiedziała. Nie mogła! Zdawała sobie sprawę, że znienawidziłbym ją, a nasza zawodowa współpraca rozpadłaby się niczym domek z kart. Za cho­robę psychiczną i bezczelność uczuciową uznawałem bowiem zniewalanie uczuciem kogoś, kto go nie chce. W żaden sposób nie mogłem znieść tego, że ktoś mnie kocha, a ja go nie. Traktowałem to jak emocjonalny gwałt! Tym właśnie było dla mnie zakochanie się w oso­bie, która tego nie chciała. Jednak Maggie była nie tylko świetnym redaktorem. Była także obdarzona inteligencją emocjonalną i wiedziała, co robi. Poznała mnie i z łatwo­ścią mogła przewidzieć moje reakcje. Stąd też trzymała uczucia na wodzy, nie przekraczając granicy, którą świet­nie wyczuwała. Krótko mówiąc, doskonale kontrolowała swoje uczucia, tak że nigdy nie przeszkodziły one naszej pracy. Dla niej, co istotne, byłem natchnieniem. I z pew­nością nawet by na mnie nie spojrzała, gdybym nie był wspaniałym fotografem! Czasem myślę, że kochała się w moich pracach i może nawet nie była do końca tego świadoma. Tak czy inaczej, od moich zdjęć w żaden spo­sób nie mogła się oderwać!

Michel tańczył zachwycająco, a Sara próbowała dotrzymać mu kroku, jakby sama była wyborną tancer­ką. Jej zadaniem było pozwolić prowadzić się Michelowi, w czym naprawdę był doskonały. Zadziwiało ją to, że nie odczuwała żadnej presji. Miała wrażenie, jakby tańczyła sama. Nie ciążyła jej jego męska dłoń ani tym bardziej delikatny dotyk. Nie wykręcił jej ręki, próbując przyciągnąć do siebie, nie przykleił się do jej piersi, nie trzymał w stalowych objęciach, sapiąc podniecony, tak jak miało to miejsce na jej zabawie maturalnej, po której ta zwyczajna aktywność totalnie jej zbrzydła. Ten partner był szczególny - jakby nie istniał. „Ależ cudownie!”, za­uważyła w zachwycie. Ku jej zdziwieniu, ta czarna noc zaczynała jej sprawiać przyjemność i szybko mijać. Znów podobał jej się taniec!
Przez chwilę przypomniała sobie swojego ojca, który czasami z nią tańczył w domu, gdy była jeszcze dziec­kiem. Przywołała obrazy tamtej dziecięcej radości i lek­kości, gdy była wysoko unoszona. Do dziś pamięta je­go pewne i ciepłe dłonie. Ale przypomniała sobie tak­że dezaprobatę mamy: „Nie kręć nią tak! - powtarzała niezadowolona. - Co się z tobą dzieje? Czy ty oszalałeś? Nie możesz jej czegoś mądrzejszego nauczyć?!”. Pamię­tała też dobrze o innych jej słowach: „Daj sobie spokój z tańcem, Saro. To potrafią i dziewczyny z najbardziej prymitywnych plemion, lepiej byś się podobała ludziom dzięki swojej wiedzy i inteligencji! Taniec nie ma w sobie niczego wartościowego! To tylko dla pięknych i głu­pich!”. Jednak Sara właśnie teraz poczuła coś innego, gdy znów tańczyła z przyjemnością. Pomyślała nawet, że ma­ma jednak nie miała racji. Taniec może być cudowny, uduchowiony i wzniosły. W tańcu zapomina o wszystkim innym.
Wciąż tańczyła. Każdy ruch zalewał ją falą jeszcze większej przyjemności. Michel był naprawdę wytrawnym tancerzem! Dzięki niemu do Sary w końcu dotarło, że taniec nie jest ani trudny, ani nieprzyjemny. Wystarczyło dać się ponieść jak wiosenny wiatr. Coraz bardziej poddawała się prowadzeniu Michela! Jego ręce okazywały się na tyle silne, by ją unosić, i na tyle delikatne, by się im oddać bez reszty.
Jacob był zadziwiony tym, jak Sara tańczy. I zachwy­cony! Jej zgrabne ciało z lekkością wirowało w rytm mu­zyki. Zdawała się być niczym żagiel, w który dmie wiatr. Dostrzegając w jego oczach zachwyt, stawała się coraz radośniejsza. Patrzył, jaka jest z siebie dumna i był szczęśliwy, że się tak rozluźniła. Stała się towarzyska! Co więcej - dobrze się bawiła! Jednak cała ta noc nie by­ła tańcem, niemniej okazał się on dla niej schronieniem przed tymi wszystkimi pustymi ludźmi. Poddała się Michelowi. Unosił ją delikatnie, podobnie jak ojciec w ich wielkim słonecznym pokoju dziennym, kiedy była małą dziewczynką.
Oddała się tym ciepłym wspomnieniom, tracąc kon­takt z rzeczywistością. Oddaliła się od tych, z którymi, jak uważała, nikt przy zdrowych zmysłach nie chce prze­bywać. Miała dość ich nienasycenia, rozedrganych żądzą ciał. Taneczne upojenie oddaliło ją nawet od tego, który ją prowadził. Stąpała po wyżynach błogości i teraz już nikt nie był jej potrzebny! Unosiła się jak liść, który beztrosko faluje w jesiennym słońcu. Zapomniała o wszystkim - nawet i o samym tańcu! Wydawało się, że to jeden z jej snów, w którym pragnie latać i całkowi­cie świadoma swoich możliwości unosi się i leci nad ludźmi i ziemią, rozkoszując się lekkością bytu. To do­świadczenie oddzielało ją i od tańca, i od fizycznej obec­ności na tej sali, choć, co mogli dostrzec wszyscy goście, stała się doskonałym ucieleśnieniem zapachu, którego była twarzą. Tak wyglądałaby uwolniona z alabastru „Szansa”, gdyby tylko znalazł się artysta równie genial­ny. Dość powiedzieć, że była czarująco piękna! Nic dziwnego, że olśniła wszystkich tu obecnych! I Michela, wielkiego estetę, niegdysiejszego modela, który poza pięknym ciałem posiadał i wspaniały umysł, dzięki któ­remu szybko wspiął się na jeden z najwyższych szczy­tów świata mody, zajmując fotel dyrektora artystyczne­go Chanel! Jednak według Sary całe to dzisiejsze przy­jęcie należało jedynie do Jacoba, jej narzeczonego, nie do niej. Mimo wszystko jakoś się tu odnalazła. Uciekła w ten taniec! Wirowała, jakby nie dotykała ziemi. Go­ście właściciela Chanel patrzyli na nią wprost oniemia­li, ale ona nie dostrzegała nikogo, ponieważ dla niej ten świat po prostu nie istniał. Nikogo nie widziała, nawet Jacoba. Musiała uciec i przed nim, ponieważ wciąż jesz­cze - jeszcze tej nocy? - należał do tego świata, do świa­ta, przed którym ona właśnie się skrywała. Pragnęła więc, by ten taniec trwał aż do świtu. Aż do samego po­ranka całkowitej wolności, kiedy wraz z Jacobem opusz­czą to miejsce. Miała tylko nadzieję, że wiatr, który ją unosi, nagle nie ucichnie.
Michel, jej partner w tańcu, był do zaakceptowania. Okazał się, mówiąc najzwyczajniej, w porządku. A co najważniejsze, nie był natrętny - pozwolił, by się odda­liła od tego wszystkiego, co ją tak mierziło. I od niego sa­mego! Michel zaś czuł się tak, jakby tańczył z pięknością z bajki. Zresztą, wywarły one na niego ogromny wpływ. Już we wczesnym dzieciństwie chętnie je czytał, odnaj­dując w nich życiową mądrość i artystyczną inspirację. Teraz, dzięki Sarze, zachwycała go moc kobiecego pięk­na! Wydawało mu się, że właśnie tańczy z bajkową pięk­nością z jakiejś nieznanej mu opowieści. Był bezgranicz­nie oczarowany. Czuł, że sam mógłby tego wieczoru na­pisać historię, do której przeniósłby chętnie całe swoje życie...

Michel codziennie medytował w Kaplicy Piękna, jak ją nazywał, przed ikoną Chanel. Przed twarzą zapa­chu „Chance”. Odbierał ją jako ucieleśnienie boskiego piękna, którego był gorącym adoratorem. Miał piękno za bóstwo, które wciela się w najpiękniejsze kobiece kształ­ty. Za każdym razem osobiście wybierał więc uosobienie „Piękna”, po czym tę właśnie twarz ofiarowywał zapa­chom Chanel. To właśnie „Piękno” rozpoznał w Sarze, i to od pierwszego spojrzenia! Nigdy wcześniej kogoś ta­kiego nie widział.
Kapliczka Michela miała swój klimat. Na jej głównej ścianie znajdowała się wielka, złota rama. Przykuwał uwagę zdobny relief, który wyobrażał Słońce rozczesu­jące swe długie promienie. Rama podobna była do tych, jakie spotkać można w wielkich katedrach, w tych ołta­rzach, gdzie umieszcza się jakiś cudowny wizerunek Matki Boskiej. Najprawdopodobniej i ten antyk dotarł tu z jakiegoś kościoła. Może w dniach francuskiej rewolucji wyniósł go z katedry Notre Damę jeden z buntowników i przeniósł do swojego nędznego lokum, które tym spo­sobem stało się furtką do innego, lepszego świata. A po­tem podczas kolejnej rewolty rama znowu zmieniła wła­ściciela, który wstawił w nią znany obraz obnażonej, tę­giej, umięśnionej i - rzecz jasna - spoconej robotniczej piękności. Na koniec zaś wpadła w ręce tego gorącego wielbiciela „Piękna”, który zaczął w nią oprawiać portre­ty swoich wyrafinowanych piękności Chanel. Teraz w tej złotej, kunsztownie zdobionej ramie znajdowała się no­wa ikona. Sara. Ucieleśnienie ideału, najbardziej boskie spośród tych, które znał. Była to fotografia Jacoba, zdję­cie, które zrobił całkiem przypadkowo.
Poniżej paliły się dwie wielkie świece z naturalnego wosku, stojące w ogromnych, antycznych świecznikach. Pomiędzy nimi stało złote naczynie z kadzidłem, które, żarząc się, otulało dymem boginię piękna. Każdego dnia, rano i wieczorem, Michel rytualnie oddawał jej pokłon. Medytował, grał na starej fisharmonii i pełen nabożnej fascynacji wyśpiewywał pieśni pochwalne i hymny. A przy tym z pobożnością i uniżeniem, których można by pozazdrościć, spoglądał na oblicze swojej bogini. Czę­stokroć z radości płakał, wzruszony pięknem, z którym obcował.
Teraz, w tym tańcu, mógł doświadczyć jej fizycznie, choć, był tego świadomy, niczym sobie na to nie zasłu­żył. W swojej lewej ręce trzymał jej delikatną dłoń, a pra­wą wyczuwał idealny kształt jej szczupłej talii. Jej ko­smiczna energia wypełniała go boskim uczuciem. Przypuszczał, że chyba nigdy dotąd nie tańczyła, ale posiada­ła dar miękkości ruchu i doskonałe poczucie rytmu. „Wi­docznie jest wszechstronnie utalentowana. Prawdziwa bogini”, pomyślał Michel. Nie dziwił się zatem, że z ta­ką łatwością ją unosi. Mimo że przetańczył niezliczoną liczbę tańców, był pewien, że czegoś takiego jeszcze nie doświadczył. Po jego ciele rozchodziły się dreszcze. Przy Sarze, której boskiej tożsamości zwykli, nieświadomi śmiertelnicy siedzący wokół, nie mogli dostrzec, wszyst­ko wydawało się oszałamiające.
W pewnej chwili Michel przywarł mocno do Sary. Cały drżał, czując kształty jej ciała. Przenikały go, jak mu się zdawało, zabronione impulsy boskiego życia. Ogarniała radość, a zarazem paraliżował strach, ów stan wywołał ten dotyk piersi, do których tęskniła jego rozbudzona męskość. Targały nim słodkie erotyczne żą­dze, ale i lęk przed grzechem śmiertelnym. Czuł się jak złodziej w rajskim ogrodzie. Choć doznawał bezgranicz­nej słodyczy nieznanych wcześniej rozkoszy, to równo­cześnie potęgowało się w nim poczucie świętokradz­twa. Był świadom, że bezcześci świętość jej kobiecości. „Jak śmiem?!”, pytał sam siebie pełen nabożnej wręcz czci. Przeczuwał już nieuchronność boskiej sprawiedli­wości, zasłużonej kary, jaka z pewnością go dosięgnie, mimo to wciąż pogrążał się w otchłani namiętności! Czuł, że lada moment eksploduje. Nigdy przedtem nie odważył się nawet o tym pomyśleć, wpatrując się z uwielbieniem w twarz Chanel. Zawsze w stosunku do każdej z nich żywił tylko sakralno-estetyczne uczucia. Wypełniała go jedynie duchowa rozkosz. Nigdy przed tymi boskimi pięknościami nie doświadczył czegoś po­dobnego. Do tej pory żadna z nich nie rozbudziła drze­miącego w nim erotyzmu. Odczuwał ledwie - obrazowo mówiąc - własną nicość. Podświadomie bowiem bał się ich doskonałości. Od tego strachu uwalniał się przez samoponiżanie, co zawsze skutkowało przyjemnym ustę­powaniem napięcia. To wszystko stanowiło fundament jego estetyki, która stała się dlań religią. Boskim pięk­nościom musiał - tak to tłumaczył - oddawać cześć i składać ofiary, bo to chroniło go od „zasłużonej” kary. Dlatego miał śpiewać im pieśni pochwalne, zapalać świece i okadzać kadzidłem. Doświadczał wówczas we­wnętrznego spokoju. A kiedy spokój nie przychodził, biczował się do krwi. Zwykle wtedy przychodziło uwol­nienie od grzesznych myśli i poczucia winy.
To poczucie winy ciągnęło się za nim od młodości, kiedy to zakochał się w jednej z klasowych piękności i został brutalnie odrzucony. Natychmiast obarczył się winą. On był winny, nie zaś ta boska piękność, że się od­ważył - on, zwykły śmiertelnik - wyznać jej miłość! Ca­łą odpowiedzialność brał na siebie. Co gorsze, to poczu­cie winy było podświadome i w żaden sposób nie potra­fił się go pozbyć. I to, co wtedy czuł w stosunku do tej piękności z klasy, przenosił później na wszystkie inne kobiety. Mógł się zakochać tylko w tej, której nieświado­mie się bał i świadomie podziwiał. Zawsze więc musiał to ukrywać, ponieważ obawiał się kary. Otwarcie więc adorował boskie piękno swych wybranek, ale nigdy wię­cej nie odważył się wyznać miłości. Żadnej też w pełni nie pragnął. Kobiecość, będąca znakiem tego, co na zie­mi boskie, poniekąd go przerażała, stąd jego powściągli­wość w zupełności wyzbyta świętokradczego erotyzmu. To dlatego uznawał i szanował boską nietykalność swo­ich ikon. Niskie żądze mogły w nim budzić kobiety prze­ciętne, ale nie mógł ich nigdy w żaden sposób pokochać. Kochał jedynie te, przed którymi odczuwał lęk, bojąc się odrzucenia i poniżenia.
Ale teraz jego ciało zareagowało. Nie umiał się prze­ciwstawić tej nagłej namiętności. Drżał, poddając się fali gorąca, silniejszej od jakiegokolwiek strachu. Pozwolił się ponieść, nie zauważając wcale, że ta bogini nawet mu się nie wymyka. Zapragnął zatrzymać ją w gorącym objęciu, czując, jak wstrząsają nim słodkie skurcze. Wtedy do­piero uświadomił sobie, że jego spodnie są... mokre! Do­padło go silne poczucie winy, potęgowane grozą zasłużo­nej kary, która z pewnością nadejdzie. Nigdy nie popełnił takiego grzechu! Nigdy! Zaczął więc rozważać myśl, by się zabić. Z prędkością błyskawicy przelatywały mu przez głowę obrazy różnorodnych sposobów realizacji samo­bójczej idei. Paraliżował go lęk. Okazał się potworem, który splugawił jej boskie piękno. Oczekiwał kary. Był przekonany, że jego bóstwo go teraz ukarze!
Jego noga wciąż znajdowała się między jej udami. By­ły częścią najpiękniejszych nóg świata, a co najważniejsze symbolizowały pełnię kobiecości. A Sara? Przebywała w swoim niebie, z dala od tego wszystkiego. Zapomnia­ła nawet o swoim partnerze w tańcu. Nagle twardo wylądowała na parkiecie. Coś ją brutalnie wyrwało z tego snu na jawie. Zorientowała się, że krępuje jej ciało jakaś nad­ludzka siła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to Michel, dyrektor artystyczny Chanel. Zacisnął na niej swoje mocne ręce, przywierając niczym pijawka. Czuła się zu­pełnie bezsilna. Była przerażona. Złączona z ciałem obce­go mężczyzny odnosiła wrażenie, jakby miała sparaliżo­wane ciało. Coś ugniatało dolną część jej brzucha, gdy chwilę potem nastąpiły przerażające skurcze, zrozumiała wszystko. Nie pamiętała, by doświadczyła kiedyś czegoś równie obrzydliwego! Przez swoją cienką, balową suknię poczuła wilgoć lepkiego nasienia. Myślała, że zaraz zwy­miotuje! Mokra plama na jej sukni robiła się coraz więk­sza. I jeszcze ten zwierzęcy oddech, który czuła na szyi. Naraz cały zwiotczał niczym zemdlony. Ale ją bolało wszystko: dusza i każda, nawet najmniejsza cząstka ciała! Czuła się poniżona, zgwałcona na oczach świadków! W jednej chwili dopadła ją wściekłość, o jaką się nie po­dejrzewała. Miała ochotę wdeptać go w parkiet jak obrzydliwego peta. Jednym ruchem zrzuciła z siebie jego cięż­kie, obleśne łapy. Była zdolna do wszystkiego jak zranio­ne dzikie zwierzę. Chciała go zabić!
Michel był zaskoczony i przestraszony reakcją Sary. Choć, prawdę powiedziawszy, śmierć z jej rąk przyjąłby jak oczekiwany dar. „Najlepiej by było - myślał - gdyby tu i teraz, na oczach wszystkich, zabiła mnie, usuwając skutecznie z tego świata. To by było sprawiedliwe. - Zawahał się. - Więcej, to by było cudowne. Tak, ostateczne zadośćuczynienie za grzech, jakiego się dopuściłem...” Chciał śmierci. Chętnie sam by ją sobie wymierzył. Brzy­dził się sobą! Jak mógł znieważyć Sarę?! Skąd w nim ta piekielna żądza? Nagle przyszło mu do głowy, że jego śmierć byłaby szczęśliwym zakończeniem kampanii re­klamowej zapachu „Chance”. Ale musiałaby go zabić Sara. W tym stanie nie odczuwałby żadnego bólu. Byłby nawet dumny. Jeśli ona tego nie zrobi, sam się zabije, już podjął decyzje. I to na oczach wszystkich! Jak na deskach teatru. Widział siebie martwego w kałuży swojej błysz­czącej, purpurowej krwi. Byłaby prawdziwa. Podobnie jak śmierć, której pragnął.
Z tych dywagacji wyrwał go silny ból. Dwa razy z rzę­du na jego prawym policzku wylądowała dłoń Sary. I na­tychmiast odczuł ulgę. Przyjął tę symboliczną karę. Nad­stawił prędko i drugi policzek, jakby chciał powiedzieć: „Proszę cię, ukarz mnie, ukarz! Ukarz mnie jeszcze! Uderz!”. Był gotów na to, aby przed wszystkimi błagać ją o to, by go pozbawiła życia. Jednak to nie było po­trzebne, w jej oczach zobaczył to samo pragnienie.
Nagle popatrzyła na niego z pogardą, która mogłaby zabijać.
- Ty... ty obrzydliwy, śmierdzący kundlu! - z niesma­kiem wykrzyknęła Sara i splunęła mu w twarz. Odwró­ciła się i wybiegła, roztrącając tańczące pary. Zanim do­biegła do wyjścia, poczuła, że jest jej niedobrze. Przysta­nęła i zwymiotowała na parkiet.

Nawet nie próbowała się zatrzymać. Nawet nie po­myślała o tym, by do mnie podejść... Zupełnie o mnie zapomniała! Co prawda, zawsze reagowała spontanicz­nie. Czasem może nazbyt. Poza tym, teraz kojarzyłem się jej ze światem, przed którym uciekała. Choć nie tak dawno byłem po drugiej stronie! Musiała więc uciec! Musiała się ratować! Także przede mną. Znałem ją, wie­działem, że nie potrafi postąpić inaczej. Nie zważając na nic, biegła tam, gdzie jeszcze wczoraj byłem, na drugą stronę, która istniała nim się to wszystko wydarzyło. W tej chwili biegła w swoją pustkę, dokądkolwiek, byle dalej od tego wszystkiego.

Przeczytaj dłuższy fragment „Top modelki” »

Sklep internetowy Shoper.pl